-
Oh honey, I am your saviour
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dużo mniej lubił, kiedy ktoś poddawał próbie jego cierpliwość.
- A ty rozkapryszona i roszczeniowa - oczywiście że nie pozostał jej dłużny, miałby tak po prostu przyjąć obelgę pod swoim adresem? I to jeszcze taką, która nie miała wiele wspólnego z prawdą? No dobrze, może w połowie miała. Był nieprzyjemny, ale czy ciężko było go za to winić? Kiedy ktoś zachowywał się w sposób tak irracjonalny, niemal debilny, Rohan nie zamierzał temu radośnie przyklaskiwać. Zdecydowanie jednak nie był niegodny zaufania. Z jakiegoś powodu w końcu Elena tutaj przyszła, prawda? Uwierzyła, że otrzyma tutaj pomoc i że nie zostanie uśpiona i zgwałcona, albo rozkrojona by sprzedać jej organy na czarnym rynku. Sukces!
- Nie dało się tak od razu? - sarknął jeszcze, kiedy kobieta po prostu wbiła wzrok w sufit. Jej ramię mogłoby być opatrzone co najmniej kwadrans temu, gdyby tylko Santorini nie marnowała czasu na niezręczny small talk. Rohan pozwolił sobie na jeszcze jedno, ciężkie i cierpiętnicze westchnięcie, zanim przestawił się na pełen tryb profesjonalisty.
Ściągnięcie płaszcza w końcu pozwoliło mu na dokładniejsze zbadanie jej obrażeń. Nie było tak źle jak się obawiał - Elena ewidentnie miała tej nocy bardzo dużo szczęścia. Najważniejsze naczynia krwionośne, a także ścięgna pozostały nietknięte, wiec ten jeden wybryk nie przekreśli jej dalszej kariery baleriny. Uraz nie był jednak drobnym zadrapaniem i wymagał specjalistycznej opieki, a także szycia. Pozytywem było to, że rana miała gładkie brzegi, miała szansę zagoić się więc szybko i z minimalnym śladem.
- Nie umrzesz, ale będziesz mieć bliznę - odpowiedział, nie siląc się na jakiś pokrzepiający komentarz - Dam ci zastrzyk przeciwbólowy i przeciwzapalny, oczyszczę ranę, zszyję ją i obandażuję. Potem opatrunek będziesz zmieniać już sama - poinstruował ją, sięgając do swojej teczki. Jeśli nie wda się żadne zakażenie i rana będzie się goić ładnie, nie będzie tam już ani kropli krwi, więc Elena jakoś powinna sobie poradzić. Była dużą dziewczynką.
Jak mężczyzna powiedział, tak postąpił. Całe szczęście że najgorsze krwawienie już ustąpiło, ciało samo usiłowało zachować drogocenną ciecz.
- Mów do mnie, żebym nie musiał monitorować czy nie mdlejesz. Opowiedz o okolicznościach jak się zraniłaś. Czym dokładnie się pocięłaś? - polecił jej, kiedy aplikował jej strzykawką lek przeciwbólowy. Odczekał chwilę, czekając aż medykament zacznie działać, zanim rozchylił delikatnie skórę, by przepłukać i oczyścić ranę.
Elena Santorini
-
the sun through your glasses, clear to the skin and it magnifies you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Problemem była krew.
Skojarzenie, które natychmiast pchało ją w stronę wspomnień, w stronę ich martwej, cichej posiadłości i bólu rozsadzającego jej brzuch. Pustego spojrzenia bliskich utkwionego w przestrzeni gdzieś ponad nią, w miejscu, gdzie stali ich oprawcy.
Krew czyniła ją nieracjonalną i choć wcześniej wierzyła, że potrafiłaby to obejść, poradzić sobie z tym, ta chwila udowadniała jej, że gdy problem nie był natury życia i śmierci, mogła pozwolić sobie na wyjątkowy brak logiki.
- Jakbyś był milszy to by się dało - warknęła w odpowiedzi na jego sarknięcie, choć w głębi duszy wiedziała, że nie była to wcale prawda.
Gdzieś pod jej powierzchownym egoizmem miała świadomość tego, że naprzykrza się Rohanowi, który wcale nie miał obowiązku udzielenia jej pomocy - mógł odesłać ją do szpitala, bądź nawet wezwać karetkę by zmusić ją do natychmiastowej ewakuacji ze swojego mieszkania. Ale nim rana na jej skórze się nie zasklepi, ta świadomość była zaledwie odległym błyskiem małej latarki, którą łatwo było zignorować.
- Bliznę? Nie mogę mieć blizny. Nie tam - dodała wściekle, odruchowo odwracając głowę by spojrzeć - czego szybko pożałowała na widok szkarłatu i podłużnego zranienia. Już ledwo udało jej się przełknąć bliznę na jej talii - głównie dlatego, że w balecie ten obszar jej ciała zawsze był zakryty, niezależnie od wystawianej sztuki i roli, którą odgrywała. Jej ramiona były odkryte w zdecydowanej większości. - Czy inny lekarz zrobiłby to tak, żeby nie było blizny? - dodała, częściowo złośliwie, częściowo zaś kompletnie nieświadomie tego, jakie umiejętności posiadał Rohan. Nie był przecież chirurgiem, może chirurdzy potrafiliby zszyć to lepiej?
Czy znalazłaby w środku nocy chirurga? Może plastycznego? Giovanni mógłby mieć takiego pod telefonem na wypadek, gdyby coś przydarzyło się jemu. Wydawał na takiego, który dbał o swoją facjatę.
- Nie pocięłam się, zostałam pocięta - prychnęła, czepiając się każdego słówka bo teraz, po tym, gdy została zraniona i po tym, gdy dowiedziała się, że jej opryskliwy lekarz zostawi na jej ramieniu bliznę, resztki jej kultury osobistej ulatywały wraz z krwią, której z pewnością nie zostało już wiele w jej ciele. - Byłam uczestnikiem wyjątkowo beznadziejnej randki - mruknęła, ledwie pamiętając twarz i imię mężczyzny, który jej towarzyszył. - Byłaby to już druga w tym miesiącu - dodała ostentacyjnie, gdy ukłucie z zastrzyku przeciwbólowego zabolało ją mocniej, niż powinno.
Bo była przekonana, że Kim obchodził się z nią szorstko specjalnie.
Rohan Kim
-
Oh honey, I am your saviour
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Trzeba było się nie ciąć - odpowiedział jej beznamiętnie. Dobrze domyślał się, dlaczego kobieta tak panikuje na myśl o brzydkim śladzie w takim miejscu. Może nawet mógłby spróbować wykrzesać z siebie odrobinę współczucia i wyrozumiałości - oczywiście gdyby okoliczności były inne i ktoś nie próbował ciągle i na siłę go rozjuszyć. Bo pytanie o to, czy ktoś inny zrobiłby to lepiej, dotknęło Rohana do żywego - Tak. Stwórca jedyny albo inny bóg, o ile w jakiegoś wierzysz - wycedził przez zaciśnięte zęby.
To prawda że nie był chirurgiem - ale tylko z oficjalnego tytułu. Jego rezydentura miała potrwać jeszcze tylko dwa lata, a wtedy będzie już mógł się oficjalnie przedstawiać jako lekarz specjalista kardiochirurg. Już dziś jego umiejętności były tak rozwinięte, że ciężko było znaleźć kogoś, kto operowałby i zszywałby pacjentów lepiej. Najtrudniejsze przypadki zwykle trafiały właśnie do niego, bo nie bał się operacji na otwartym sercu czy przeszczepów. Jego skillset nie ograniczał się jednak tylko do krojenia serc, zamykanie ran w taki sposób, aby pozostał po nich minimalny ślad również było w jego karierze istotne. Więc nie, Santorini nie znalazłaby kogoś, kto zrobiłby to tak, by nie było absolutnie żadnego śladu. I przede wszystkim, nie w środku nocy i w domowych warunkach.
- Coś takiego, kolejna nieudana randka. Czyli to z tobą musi być coś nie tak. - zauważył rezolutnie, skupiając się ponownie na ranie. Naprawdę, momentami Elena aż sama podkładała i żal było nie skorzystać...
Potraktował ranę antyseptykiem, by następnie zacząć ostrożnie ściągać ku sobie jej brzegi. Ironią było to, że aby utrzeć kobiecie nosa istotnie zamierzał wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności i pozszywać jej tę rękę tak dokładnie, że ślad który jej pozostanie, będzie minimalny. Pozostawienie jej brzydkiej, wypukłej i odrażającej blizny może i przyniosłoby jej prawdziwą udrękę, może nawet zakończyłoby jej karierę, ale z pewnością nie przyniosłoby Rohanowi takiej satysfakcji. Poza tym, nie mógł pozwolić sobie na to, aby Santorini rozpowiadała potem w towarzystwie, że Kim jest nieudacznikiem.
- Jakbyś przestała próbować mnie na siłę obrazić i posłuchałabyś co się do ciebie mówi, to dowiedziałabyś się, że ta blizna najprawdopodobniej będzie tylko cieniutką linią, nieco jaśniejszą niż skóra dookoła. No, chyba że spierdolisz, zaniedbasz ją w czasie gojenia i wda się zakażenie. Ale wtedy to będzie twoja wina, nie moja. - poinformował ją, rozpoczynając proces zszywania. Z wprawą kogoś, kto urodził się z igłą chirurgiczną w ręce, Kim zaczął zakładać jeden szew za drugim. Każdy umiejscowiony w takim miejscu, że nie ciągnął skóry. Jeden przy drugim w zgrabnym rządku. Krew już nie płynęła, a rana niemal znikała na ich oczach.
Potrzebował zaledwie dziesięciu minut, aby zawiązać ostatni szew.
- I już - rzucił sucho, ostatni raz delikatnie przemywając miejsce zranienia i przecierając jej skórę, by pozbyć się ostatnich śladów krwi. Sięgnął po bandaż i zaczął owijać jej przedramię - Wybacz, ale nie dostaniesz naklejki dla dzielnego pacjenta. Skończyły mi się.
Elena Santorini
-
the sun through your glasses, clear to the skin and it magnifies you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Paplanie sprawiało, że nie mogła skupić się na tym doznaniu - a dzięki temu, mogła trzymać się w pionie, bo gdyby Rohan wiedział jak bliska tego pionu utracenia była, być może operowałby nieco szybciej.
- Czyli na nieudanej randce ktoś rozwala mi rękę a ty mówisz mi, że to ze mną jest coś nie tak? Wiesz jak to się teraz nazywa, Kim? - prychnęła, wdzięczna za whisky, która znajdowała się nieopodal - co prawda jej szklanka, osuszona przedwcześnie, niewiele jej dała z początku, ale gdy teraz powoli zaczynała na nią oddziaływać to nawet potencjał wąskiej kreski na ręce stawał się dla niej znośny. - Victim blaming. Poczytaj sobie o tym.
Duma Santorini miała swoje granice. Byłaby skłonna dać trochę Rohanowi satysfakcji jeśli zrobiłby na niej świetną robotę - problem polegał na tym, że dla nieobeznanego z tego typu działaniami oka wcale nie robił dobrej roboty. No bo wszędzie była krew, tkanka była spuchnięta, pod tą krwią pewnie zaczynała robić się fioletowa i Elena czuła się jak potwór frankensteina. Wielokrotnie była świadkiem tego typu zabiegów we własnym domu - ale przecież one dotyczyły mężczyzn, jej ojca bądź brata, a u nich estetyka wcale nie miała znaczenia.
Wręcz niektórzy lubili blizny.
- Nie próbuję cię obrazić - odgryzła się, bardziej dla zasady niż z faktycznej potrzeby naprostowania czegoś, ponieważ patrząc na tę sytuację z jego perspektywy, z pewnością to właśnie próbowała. Dziw tylko, że nie odniosła jeszcze w tym sukcesu.
Dziesięć minut było kurewsko długim czasem, w trakcie którego przekształciła się w woskową figurę modląc, by ten czas minął choć odrobinę szybciej. I gdy już planowała ponarzekać, że mogłoby to nie trwać tak długo - bo czas był bardzo względną obserwacją - potwierdzenie ze strony Kima o skończeniu zszywania wyrwało z jej ust westchnienie ulgi tak potężnej, że przykryła wszystko inne.
- Dziękuję - mruknęła, na tyle zadowolona z tego, że było po wszystkim, by to słowo nie przechodziło jej przez gardło z trudem. Na tyle przekonana o tym, że została okaleczona na resztę życia, by nie chcieć nawet spojrzeć na swoją rękę, nie mówiąc o podziwianiu efektów jego pracy. - Napiję się jeszcze - poinformowała go, bardziej, niż spytała, sięgając po jego szklankę z whisky, którą w trakcie tego procesu sobie przywłaszczyła.
Nie wiedziała, co w zasadzie powinno się zrobić teraz. W tej niezręczności tkwiła przez chwilę, obserwując kuchnię jakby dopiero teraz mogła przyjrzeć się pomieszczeniu. Jednocześnie z jakiegoś powodu czuła opór przed spojrzeniem na niego, teraz, gdy doświadczył jej innej strony oraz dokonał aktu operowania jej ciała, co wydawało jej się absolutnie intymne.
- Czy to robisz dla mojego kuzyna? - zapytała wreszcie, wiedziona ciekawością.
Rohan Kim
-
Oh honey, I am your saviour
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Niestety, chociaż Rohan bardzo chciałby, nie był cudotwórcą. Biologia rządziła się swoimi prawami i nawet on musiał je uszanować, chociaż nienawidził narzucanych mu ograniczeń. Perfekcyjne zszycie ręki musiało chwilę potrwać, nawet jeśli wolałby po prostu pstryknąć palcami i uznać sprawę za zakończoną. Nie spodziewał się, żeby ktoś taki jak Elena to zrozumiał. Ona w końcu oczekiwała tylko efektów.
- Rozumiem, bardzo starałaś się być miła i profesjonalna - rzucił jeszcze beznamiętnie, nawet na nią nie patrząc i upewniając się, że bandaż trzyma się porządnie. Generalnie doceniał ludzi którzy byli dociekliwi i dopytywali go o różne kwestie, ale nie w momencie gdy ktoś podważał jego kompetencje. Nawet jeśli czynił to nieświadomie. - Naszej nieudanej randki też mi wcale nie wypominałaś.
Słysząc podziękowanie, Rohan podniósł na nią wzrok i przyjrzał jej się w milczeniu. Nie spodziewał się, że usłyszy z jej ust to jedno konkretne słowo. Sądził że jej duma nie pozwoli jej na tak przyziemny czyn jak wyrażenie wdzięczności. Nie po tym, jak spędziła ostatnie pół godziny bardzo dobitnie okazując mu swoją antypatię do jego osoby.
- Proszę - odpowiedział po prostu, jakby przysługą, którą jej wyświadczył, było podanie chusteczki, a nie drobiazgowe zszycie głębokiej rany - Nie pij więcej - odezwał się jeszcze, podchodząc i odbierając jej swoją szklankę. Co się zdążyła napić to jej, ale na więcej nie mógł pozwolić - Bo ręka się będzie babrać - nie zamierzał wchodzić w biologiczne szczegóły, ale wolał by wiedziała jak nie zaszkodzić gojeniu się rany. Alkohol zdecydowanie nie wspierał funkcji regeneracyjnych organizmu. Kim prędko dopił tę resztkę whisky, żeby przypadkiem nie przyszło jej na myśl zadziałać mu na złość i wyzerować trunek. - Napiszę ci potem jak masz zmieniać opatrunek - podejrzewał że teraz Elena i tak była zbyt rozchwiana i rozkojarzona by w ogóle zapamiętać instrukcje. Nie były skomplikowane, ale widział że i tak połowa by do niej nie dotarła. - O ile nie zablokowałaś mojego numeru.
Słysząc jej pytanie, Rohan zawahał się przez moment. Nie był pewien, jak wiele może jej powiedzieć. Elena nie była wprost zamieszana w ich sprawy. Z tego co wiedział, tkwiła na pograniczu tego świata. Może Gio chciał ją chronić, odcinając ją od wszelakiej informacji? Kim nie miał powodów, aby zdradzać jej szczegóły swoich powiazań z ’Ndrangheta. Nie była jednak głupia, by mu uwierzyć, gdyby po prostu teraz zaprzeczył.
- Coś w tym stylu - odpowiedział, podejmując przerwaną wcześniej czynność doprowadzenia kuchni do porządku. Pozbierał wszystkie brudne gazy, odłożył na bok używane wcześniej narzędzia. Musiały trafić do czyszczenia i sterylizacji. Po kilku chwilach na blacie nie było praktycznie śladu po przeprowadzonym zabiegu.
- Masz jak wrócić do domu? Zadzwonić do kogoś? - wyglądała na tak wyplutą z energii, że gotów był pozwolić jej nawet przespać się w swoim pokoju gościnnym. Nawet jeśli wiedział, że następnego dnia bardzo by tego żałował i nienawidziłby się za tak poroniony pomysł.
Elena Santorini
-
the sun through your glasses, clear to the skin and it magnifies you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Czy w końcu nie zachowywała jej gdy jej ojciec wściekał się i wymachiwał w mieszkaniu bronią? Czy choćby drgnęła, gdy jej brat wrzeszczał na obsługę, samemu zakrwawiając dywan? Czy oko jej drgnęło gdy sukienka, którą jej matka zaplanowała na następne przyjęcie okazała się za ciasna i przez okno wyleciała doniczka?
Oczywiście, że nie.
A właśnie teraz t r z e ź w i a ł a, gdy kryzys jej własnego zranienia powoli zaczynał się zasklepiać, jak rana zszyta przez nieprzyjemnego lekarza. Jak za dotknięciem magicznej różdżki, którą wcale nie było polecenie nie pij więcej (bo Santorini na jego dźwięk zapragnęła wziąć jeszcze łyka), zorientowała się, że Kim zmył krew z jej ręki, a paskudną ranę przykrył opatrunkiem.
Nagle nie była umierająca, czerwona posoka nie spływała po jej skórze. Nagle mogła odetchnąć i zacząć m y ś l e ć.
A nie powinna tego robić, bo wraz z myślami wróciła do niej świadomość tego, w jaki sposób się zachowywała. Jak irracjonalna idiotka wpadająca do pierwszego, lepszego lekarza w okolicy, którego znała, wymuszająca na nim udzielenie jej pomocy i brocząca krwią płytki w jego kuchni. Może dla każdego innego człowieka ten rodzaj dramatu byłby akceptowalny do zniesienia, ale nie dla niej.
Bo wychowano ją l e p i e j.
- Dobrze - powiedziała wreszcie, ignorując falę wstydu zalewającą ją z góry na dół, zostawiającą po sobie rumieniec na jej policzkach. - Przeczytam.
Okazując ten popis w prowadzeniu konwersacji, z zażenowania podniosła się z krzesła uznając, że nie może w nim tkwić. Zostawiła go po sobie jak rozlane mleko na krześle, otrzepując jeszcze swoją sukienkę z jego wyimaginowanych kropel.
- Zamówię sobie taksówkę - odparła pośpiesznie, bo jego oferta pomocy jeszcze bardziej wzmogła jej poczucie zażenowania, że potraktowała go w ten sposób. Odchrząknęła, licząc, że ten gest magicznie przywróci jej nagle utracony talent do elokwencji, jednak nic takiego się nie stało. - Nie trzeba, dość już zrobiłeś. Dziękuję, że... - urwała, cofając się o krok w tył, w stronę salonu, uświadamiając sobie bowiem, że absolutnie przeszkodziła mu w jego wieczornych planach. Nawet, jeśli planami było tkwienie w szlafroku i oglądanie telewizji. - Dziękuję, że mi pomogłeś pomimo tego, jak ostatnio skończyło się nasze spotkanie.
Uśmiechnęła się krzywo, nie przez fakt tego, że nie mówiła szczerze - ale wydźwięk własnej niezręczności zostawił w jej ustach gorzki posmak.
- Jeśli go zobaczę, przekażę mu, że okazałeś się nieoceniony - dodała, pół żartem, pół serio, bo kuzyn akurat unikał jej jak ognia i ona nieszczególnie udawała przy nim wodę. - A jeśli odpadnie mi ręka, będę wiedziała, do kogo wrócić.
Z obrzydzeniem podniosła swój przemoczony krwią płaszcz - tylko dlatego, że bardzo go lubiła - i wycofała się powoli do jego drzwi. Z perspektywy sąsiada, musiała być kolejną kochanką Kima umykającą pod osłoną nocy w swoim pochodzie wstydu.
Tyle, że wstyd, przed którym uciekała, nie miał nic wspólnego z jego czynami. Wręcz przeciwnie.