Jego ciało też czuwało, choć było znacznie bardziej zmęczone. Był więc boleśnie świadomy, że kobieta nadchodzi, jeszcze zanim zobaczył jej sylwetkę w przytłumionym świetle. Dźwięk cicho skrzypiącej podłogi sprawił, że coś w jego wnętrzu spięło się, jakby wyczuwał zbliżające się niebezpieczeństwo. Umysł najeżył się i zaczął krzyczeć, starając się zmusić Carlosa do jakiejkolwiek reakcji. Nie mogła zobaczyć go słabego i bezbronnego, nie powinien odsłaniać tych wszystkich wrażliwych punktów przed kimś obcym, nie teraz, kiedy tak łatwo było to wykorzystać. Bez znaczenia było to, że Joe nie miała żadnych powodów, by go zranić. Uratowała mu życie, uratowała również Cassandrę od kolejnych miesięcy żałoby, ale w tamtym momencie nie potrafił myśleć logicznie – paranoicznie szukał zagrożenia wszędzie, nawet tam, gdzie go nie było. Zupełnie tak, jakby jedyne co nim kierowało to instynkt przetrwania, tak skrupulatnie pielęgnowany przez lata. W tym życiu nie było już przyjaciół, bo wszyscy odeszli – była tylko Cassandra i cała reszta świata, której nie można zaufać.
To zabawne, że jednak postanowił zignorować te wszystkie sygnały ostrzegawcze i jazgot, który sprawiał, że jego głowa pulsowała. Może nie miał siły walczyć, a może po prostu nie dbał o to w jakim stanie zobaczy go Joe. To i tak nie miało znaczenia, skoro niedługo zniknie z jej życia. Nie otarł więc śladów wilgoci z policzków, nie próbował udawać, że wszystko było w porządku. Nadal wpatrywał się w sufit, tym nieobecnym i znużonym spojrzeniem, zupełnie jakby był gdzieś daleko. Pozwolił jej się przyglądać, całą wieczność, bo najwidoczniej próbowała zrozumieć. Nie była w stanie, ale też nie chciał, by rozumiała. Chciał żeby wyciągnęła rękę i pożałowała tego kontaktu, tak jak dziecko, które pierwszy raz dotyka płomienia. Niektóre rzeczy powinny pozostać niedostępne.
Odwrócił głowę w jej stronę dopiero gdy się odezwała. Przesunął spojrzeniem po stoliku i szklance, jakby nie do końca wiedział co powinien zrobić. Nie potrzebował żeby się nim opiekowała, nie był jej zmartwieniem. Nie chciał, by mówiła do niego jak do kolejnego pacjenta, który wymaga uwagi.
Uniósł się powoli. Wciąż czuł zimne palce Martina, które zaciskały się na jego szyi. Nie potrafił wypowiedzieć ani słowa, bo gardło miał zaciśnięte i suche jak wiór. Rana na ramieniu paliła, wysyłając falce ostrego bólu aż do palców, ale tym razem uparcie starał się to zignorować. Zapewne chciała mu pomóc, ale był jak ranne zwierzę – jego spojrzenie mówiło, że nie potrzebuje wsparcia, tylko czas i przestrzeń mogły dać mu poczucie odzyskania kontroli. Usiadł, nierówna walka wprawiła jego mięśnie w drżenie. Złapał za szklankę i zanim zrobił łyk, część wody wylała się na jego spodnie, wsiąkając w materiał. To bez znaczenia.
Napój był przyjemnie chłodny w kontakcie z jego rozgrzanymi wargami.
—
Dziękuję za to co zrobiłaś. — Wydawało się, że mówił jak najbardziej szczerze. Odchylił głowę i oparł ją o zagłówek kanapy, obserwując Joe spod półprzymkniętych powiek. W półmroku wydawała się drobniejsza, bardziej zagubiona niż wtedy, gdy go zszywała. Nie tak pewna siebie i zdeterminowana, by coś mu
sobie udowodnić; a może tak po prostu chciał ją postrzegać, jak kolejną osobę, którą trzeba ochronić przed nim samym. —
Spłacę ten dług, powiedz tylko czego oczekujesz. — Zamkną ten wątek szybko i bezboleśnie. Wrócą do własnych światów, gdy wszelkie zobowiązania zostaną uregulowane. —
Najlepiej jednak będzie, jeśli po prostu zapomnisz, że to miało miejsce — dodał, tym razem brzmiąc niemal zbyt ostro. Był chłodny i zdystansowany, zupełnie inny, niż przed kilkoma godzinami, gdy ściskał dłoń Cassandry, zapewniając ją, że wszystko będzie dobrze. To prosta gra – próbował zniechęcić do siebie Joe, przyjmując maskę nieprzyjemnego człowieka (
czy naprawdę musiał udawać?), bo tylko to mogło zapewnić jej bezpieczeństwo. Niechęć jest prostsza i bardziej znośna niż współczucie i sympatia.
Chciał dodać coś jeszcze, wbić pod jej skórę kolejną igłę zwątpienia, ale kątem oka wyłapał ruch. Cienie falowały, a powietrze gęstniało i zamykało się wokół niego coraz bardziej. Wiedział co czaiło się pod płaszczem nocy. Jedyna rzecz, której się bał. I choć był świadomy, że to tylko kolejna sztuczka umysłu ogarniętego gorączką, nie sprawiało to, że prościej było się jej oprzeć. Strach, który go ogarniał był dzieckiem wyobraźni. Gniew, który tak często w sobie nosił, był natomiast dzieckiem strachu.
Obiecałeś.
Upił kolejny łyk wody, niemal się nią krztusząc. Bardzo nieudolnie starał się zamaskować panikę, która wypełniała ciało. Nie teraz, tylko nie teraz. Nic nie było tak jak powinno. Był tutaj, w tym domu, w obecności Joe i okrutnej karykatury Martina, a Cassandra była gdzieś daleko i nie wiedział czy jest bezpieczna. Chciał wyjść, ale został uwięziony w niesprawnym ciele. Powinien coś zrobić, c o k o l w i e k co…
Obiecałeś.
Zerwał się z kanapy. Dużo gwałtowniej niż chciał, dużo szybciej niż mógł. Szklanka wyleciała z dłoni i roztrzaskała się na podłodze z głośnym brzdękiem. Szkło prześlizgnęło się po panelach, a resztki wody zgromadziły się pod ich stopami. Carlos zachwiał się, gdy uderzyła go fala mdłości i ten piekielny, duszny gorąc. Światło kuchennej lampy przygasło, a obraz na chwilę stracił ostrość. Kątem oka widział, jak cień porusza się, a później rozmywa się w martwym polu.
—
Kurwa — wydusił, łapiąc się oparcia. Znów oddychał ciężej. Zamrugał szybko, chcąc odgonić mgłę, która pokrywała jego oczy. —
Muszę się przewietrzyć. — Wyprostował się i chciał ruszyć dalej, ale przeszedł tylko kilka kroków, zanim wpadł na stół. Drewno zajęczało, gdy naparł na nie ciałem, ciężko opierając się o blat. —
Proszę... — cichy szept wydostał się z gardła. Niemal na pewno nie była w stanie go usłyszeć. Sam Carlos nie wiedział też, do kogo kierował te słowa – do
Martina, by zostawił go w spokoju? Do
Boga, chcąc prosić o cudowną interwencję? Do
samego siebie – o stabilność, a może do
Joe – o pomoc?
Ślina była gęsta i smakowała jak żółć. Krew dudniła w uszach, tłumiąc inne dźwięki, a mimo to wydawało mu się, że wyraźnie słyszy ten ponury szept, który sprawiał, że po jego kręgosłupie prześlizgnął się dreszcz.
Obiecałeś.
joe grainier