I don't wanna know your favourite colour
or about your other lovers
Nie była osobą, która podążała za tłumem. Była indywidualistką, która robiła to, co jej się żywnie podobało. Nie obchodziło jej, co inni o niej myśleli. Tak długo, jak działała zgodnie ze sobą i swoimi przekonaniami, to w zupełności wystarczało jej do szczęścia. Dlatego też, jeżeli sądził, że była niewychowana, pyskata, wredna czy jakakolwiek inna - nie miało to dla niej najmniejszego znaczenia. Nie mogła zmienić tego, w jakim świetle widzieli ją inni. Miała wpływ tylko na to, co sama robiła. A teraz starała się go rozgryźć. Rzucać złośliwościami, sprawdzać jego reakcje. To, jak się zachowa. Czy się zdenerwuje, obrazi, a może po prostu zacznie grać z nią w tę samą grę. No i wypadło na to ostatnie. Był godnym przeciwnikiem. Była pod cholernym wrażeniem. Naprawdę.
- To się ceni, serio. Chciałabym kiedyś jedną zobaczyć… może nawet pokażę ci swoją - odparła złośliwie. Nie miała żadnych laurek. A może te, które kiedyś istniały w ich wspólnym, rodzinnym domu, wylądowały gdzieś na strychu? Nie była pewna. Jakakolwiek myśl o tym, jak kiedyś wyglądała jej rodzina, a jak wyglądała teraz, doprowadzała ją do mdłości. Więc ucieszyła się, gdy temat ich rozmowy zsunął się na jego znajomych. Uśmiechnęła się szeroko na jego słowa.
- Ah, czyli cię uratowałam, tak? - uniosła brew, a kącik jej ust drgnął w niemal zwycięskim uśmiechu, zanim postanowiła pobawić się z nim w kotka i myszkę, machając mu kluczami przed nosem jak marchewką. To od niego zależało, czy będzie chciał ją ugryźć, czy nie.
''Iskiereczko…”
Znowu robił to samo. Przestała dosłownie kontaktować, a ta cholerna fala gorąca znowu przeszła przez całą jej klatkę piersiową, aż do lędźwi.
- Myślisz, że oskarżyłabym cię po tym, jak na dobrą sprawę sama cię do tego zachęciłam? - zmarszczyła nos.
- Nie wiem, za kogo mnie masz, lisie - dorzuciła, wyraźnie oburzona. Była ostatnią osobą, która rzuciłaby w kogoś bezpodstawnymi oskarżeniami, ale co ona była mu winna? Na pewno nie zamierzała starać się o to, żeby myślał o niej w jakiś konkretny sposób, skoro najwidoczniej zdążył już wyrobić sobie zdanie. Skupiła się więc na lżejszym temacie Zootopii i
zakryła usta dłonią, gdy wyrwał jej się śmiech. Zaraz po nim wydobyło się z niej to charakterystyczne chrumknięcie, które pojawiało się zawsze wtedy, kiedy coś naprawdę ją rozbawiło. Tak jak teraz jego poza, przez którą dosłownie przypominał Nicka Wilde’a.
W przypływie emocji zburzyła dystans między nimi, próbując poigrać z ogniem, który stał tuż przed nią. Uśmiechnęła się szeroko, starając się nie roześmiać, po czym wspięła się na palce, udając, że rozgląda się za jego rzekomą aureolką. Dopiero po chwili opadła z powrotem na pięty.
- Aniołki podobno nie kłamią, Lucyferze - powiedziała z nikczemnym uśmiechem. Nie była pewna, jak sama powinna się opisać. Nie czuła się do końca ani aniołem, ani diabłem. Może była czymś pomiędzy? Czymś, co chętnie igrało z chłopakiem stojącym przed nią, nawet jeżeli gdzieś z tyłu głowy rozsądek już machał białą flagą i błagał ją, żeby przestała.
- Obawiam się, że nie będziesz w stanie zapomnieć tej słodkiej buźki po tym spotkaniu. - Musnęła palcami jego dłoń, a w tym samym momencie oparła się pośladkami o tył blatu, gdy przylgnął do niej bliżej. Igrał z nią... a ona z nim. Było to coś w rodzaju starcia ognia z powietrzem. Jedno podsycało drugie, nakręcało, drażniło, aż trudno było stwierdzić, kto tak naprawdę miał tu nad kim... p r z e w a g ę.
Uchyliła delikatnie usta, unosząc brwi w ramach zaskoczenia, że zapamiętał, jak miała na imię. Myślała, że mu to umknie i do samego końca ich spotkania pozostanie anonimowa. Teraz, skoro wiedział, jak miała na imię, znał jakąś cząstkę jej. Jej wizytówkę, która koloryzowała jej osobę od momentu, w którym się urodziła. Może myślał w tamtym momencie, że z nią wygrał? Tym, że znał jej imię. Tym, że chwycił jej biodro, wtapiając w nie delikatnie swoje palce. Opuściła tylko na moment głowę, by zerknąć na jego dłoń, a zaraz potem uniosła twarz, żeby znowu spojrzeć na niego. Niesamowite, jak zupełnie obcy jej facet potrafił wywoływać w środku niej tyle emocji. Tyle reakcji. Fala ciepła przepłynęła przez jej ciało, a ona złapała się na tym, że przez moment przeszła jej myśl, że był faktycznie cholernie atrakcyjny. Im dłużej i częściej na niego patrzyła, zwłaszcza z tak bliskiej odległości, tym częściej łapała się na tym, że zauważa coraz więcej cech charakterystycznych, które wydawały jej się niemal… urocze?
- A co chciałbyś, żebym z tym zrobiła, O’Cahallan? - przybliżyła się do niego jeszcze bardziej, rozbijając jakąkolwiek przestrzeń między ich ciałami. Uniosła brew, a kącik jej ust drgnął delikatnie. Niemal triumfalnie. Pamiętała, jak jeden z tych krawaciarzy zwrócił się do chłopaka na początku wieczoru. Może i nie znała jego imienia, ale teraz byli kwita. Ząb za ząb, oko za oko… imię za nazwisko czy jak to tam szło. Nieważne. To ona miała tutaj rozdawać karty. Swoim głosem zapraszać go na pokład niczym syrena, która chciała usidlić swoją ofiarę, zaczarować ją niemalże. A tymczasem, za każdym razem, gdy on się odzywał… słuchała. Milczała, skanowała wzrokiem jego twarz. To, w jaki sposób układał usta, wydobywając z nich słowa. Mówił w sposób, który świadczył o tym, że był bardzo oczytany.
Czując, jak chwycił ją za podbródek, kierując jej twarz tak, że nie miała innego wyjścia, jak patrzeć mu prosto w oczy, poczuła, jak nogi się pod nią uginają. Nie spodziewała się po nim TAKIEJ bezpośredności. Jego pytanie wybrzmiewało w jej głowie, jakby ktoś puścił je na jakimś niekończącym się loopie. Serce zabiło kilka razy mocniej, a żołądek zacisnął się w supeł od ekscytacji tą całą sytuacją. Przyglądając się jego abstrakcyjnym tęczówkom, widziała, jak źrenice mu się powiększają w momencie, gdy delikatnie przejechał kciukiem po jej dolnej wardze. Ten gest rozbił coś w niej. Poczuła przypływ adrenaliny i pewności siebie, której nie czuła od dłuższego czasu.
- Jesteś gotowy, by się tego dowiedzieć? - zapytała, wpatrując się w jego oczy. Uniosła dłoń, chwytając go za nadgarstek, a kciuk, który jeszcze chwilę wcześniej przesuwał się po jej wardze, zostawiając po sobie chemicznie cytrynowy posmak, został delikatnie otoczony jej językiem. Wsuwając jego kciuk w całości do ust, zassała go lekko - nie przerywając kontaktu wzrokowego - po czym wypuściła. Zaraz potem wsunęła dłoń w jego wilgotne włosy i przysunęła jego twarz jeszcze bliżej swojej. Ich usta były teraz oddalone od siebie zaledwie o kilka centymetrów. Jeden ruch. Jedno bliższe przysunięcie się i dzieliłby ich pocałunek. W tym momencie mogli jednak tylko czuć swoje ciepłe oddechy na skórze. Zerknęła na niego spod rzęs, szturchnęła swoim nosem jego nos i wyszeptała,
- Jesteś moim pierwszym krawaciarzem, vohnyku. - Wydobyła z siebie ciche westchnienie, zaciskając palce w jego włosach. Starała się opanować, ale czując jego bliskość tak intensywnie, stwierdziła, że co jej szkodzi. Przechyliła twarz delikatnie, by zetknąć ich usta w pocałunku, jednak kiedy już miała to zrobić…
Trzask w drzwi. Jeden. Drugi.
- Aiden, do cholery! Ile można czekać?! Zapomniałeś czegoś?! - Głosy mężczyzn przekrzykiwały się nawzajem, a chwilę później zaczęli walić w witrynę pubu. Vita tylko westchnęła głośno, przewracając oczami, po czym odsunęła się od chłopaka.
Saved by the bell. Prawie dosłownie. Wsunęła dłoń w braletkę i wyciągnęła klucze, które z zimnego metalu stały się już bardzo ciepłe przez jej rozgrzane ciało. Wcisnęła mu je w dłoń i rzuciła,
- Biegnij, bo koledzy chcą cię odprowadzić na dobranockę, minionku. - Spojrzała na niego jeszcze przez chwilę, po czym podeszła do kasy. Wpisała kod, wysunęła pieniądze ze środka i zaczęła iść w kierunku drzwi do małego biura, w którym znajdował się komputer i sejf. Odwróciła się tylko jeszcze na moment.
- Zostaw klucze w drzwiach, dobrze? Zakluczę za tobą - Dodała to tak, jakby serce wcale nie biło jej jak oszalałe. Jakby jej źrenice nie były rozszerzone, a nogi nie uginały się pod nią od tego, co prawie właśnie zrobiła. Musiała zająć myśli czymś innym. Może był to jakiś znak, że nie powinni. Że ona nie powinna. Poza tym chciała dać mu wybór. Teraz miał w dłoniach klucze do miejsca, w którym, jak to wcześniej ujął, go usidliła. Mógł zostać. Albo mógł z niego uciec i już nigdy więcej jej nie zobaczyć.
O'Cahallan