-
Dream, if you can, a courtyard
An ocean of violets in bloom
Animals strike curious poses
They feel the heat
The heat between me and you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tylko, że to, co miało być zwyczajnym morderstwem striptizerki okazało się być czymś znacznie większym. Rozpracowanie Nowego Początku miało być końcem ich tak intensywnej współpracy, ale potem pojawił się Caleb Foster i zamordował mentora koronerki. Zrobiło się zatem dosyć personalnie, a teraz... Teraz miały na karku to wszystko z psycholem polującym na czarnoskóre dzieci. Potwór wyhodowany na mleku radykalizmu.
Musiały jednak w końcu przestać. Tylko, że ciągle pojawiały się zapewnienia o tym, że jeszcze tylko ta sprawa. W ten sposób chyba nigdy się od tego nie uwolnią.
W normalnych okolicznościach pewnie pozwoliłaby na to, aby Zaylee wypaliła do końca papierosa, ale przecież teraz musiały być w ruchu. W końcu zależało im na tym, aby zająć się wszystkim w miarę szybko. Na pewno Swanson nie chciała ryzykować tym, że ktoś postanowi zamknąć im biuro przed nosem, tłumacząc, że pracują w skróconych godzinach.
- Wkurwiony, bo śmiem mu dyktować w jaki sposób ma pracować i poganiam go w czymś, co nie może być zrobione od ręki... Możliwe, że dodał coś jeszcze o tym, że nie powinnam być taka wyrywna - uściśliła, gdy tylko Zaylee zapytała o szczegóły zdenerwowania prokuratora.
Być może faktycznie nie powinna zbytnio szaleć, gdy jej działania nie miały odpowiedniej autoryzacji, ale właśnie w taki sposób działała i z tego, co było jej wiadomo to był on skuteczny od przeszło dwóch dekad. Jej teczka tylko to potwierdzała.
Odpaliła silnik samochodu i wyjechała z parkingu po czym skręciła w odpowiednią ulicę, aby zacząć podążać wytyczoną przez nawigację trasą. Całe szczęście o tej porze nie musiały liczyć się ze szczególnym tłokiem i przejmować się ewentualnymi korkami.
- Gnat jest na szczególne okazje... Ograniczymy się do staroświeckiej perawazji i ewentualnego zastraszania, które nie ma nic wspópnego z bronią - odpowiedziała, zwalniając, aby wejść w kolejny zakręt, gdy tylko minęła przejście dla pieszych z sygmalizacją. - Przypuszczam, że raczej odpuszczą po nieco upierdliwej wymianie zdań. Postarajmy się nie uszkodzić twoicy pięknych rączek.
Pamiętała dokładnie w jaki sposób Miller rozprawiła się z irytującą dziennikarką, a także fakt, że nieco uszkodziła przy tym dłoń, bo nikt nie nauczył jej się porządnie bić.
- Jeszcze ci się przydadzą - dodała zaczepnie, uśmiechając się do żony.
W końcu jednak udało im się dotrzeć na miejsce. Evina zaparkowała na jednym z wolnych miejsc parkingowych i wyszła z pojazdu, aby razem z koronerką przejść do drzwi firmy sprzątającej, gdzie tuż za progiem powitał je widok ewidentnie znudzonej młodej dziewczyny na recepcji.
Swanson podeszła do niej w kilku pewnych krokach i powitała skinięciem głowy, wyciągając dodatkowo odznakę, aby pokazać legitymację służbową recepcjonistce.
- Detektyw Evina J. Swanson, wydział zabójstw, TPSH. Dzwoniłam do państwa przed południem - przedstawiła się, ale nie spotkała się z większą reakcją. - Lindsey Hoppe z wydziału parków i rekreacji poinformowała mnie, że państwa firma zajmuje się utrzymywaniem porządku w parkach na terenie miasta. Chciałyśmy uzyskać wgląd w dokumenty kadrowe w związku z prowadzonym aktualnie śledztwem.
Zwykle tyle wystarczało, aby otworzyć im odpowiednie drzwi do trzymanych w zamknięciu informacji, ale nie była pewna czy tym razem tyle wystarczy, aby dotrzeć tam, gdzie chciały.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Pewnie ma rację — odparła, znów posyłając żonie rozbawione spojrzenie. Wiedziała, że małżonka potrafi być uparta i trudno było jej przemówić do rozumu, ale najwidoczniej nikt nie miał na to takich sposobów, jak Miller.
Zakodowała sobie w głowie, że jej pseudo bokserskie umiejętności mogą się jeszcze przydać. Co z tego, że prędzej wyrządzi sobie krzywdę samej sobie, niż faktycznie kogoś poharata. No cóż, zawsze lepiej szło jej łamanie serce od łamania nosów.
Wysiadła z samochodu i podążyła za Eviną. Teraz też nie było czasu na papierosa. Musiała jakoś się z tym pogodzić i stłumić głód nikotynowy. Była przekonana, że ominą ją formalne powitanie, ale kiedy detektywka tylko wyjęła odznakę, recepcjonistka popatrzyła wymownie na koronerkę.
— Doktor Zaylee Miller. Współpracuję z detektyw Swanson — wyjaśniła, żeby rozwiać wątpliwości co do tego, że przypałętała się tutaj prosto z ulicy.
Kobieta, która miała na piersi plakietkę z imieniem Susie, spojrzała na nie z jakimś politowaniem. Otworzyła swój kajecik z ważnymi notatkami, gdzie głównie znajdowało się imię jakiegoś Alfiego. Raz przekreślone czerwonym długopisem, innym razem w serduszku, otoczone wianuszkiem z kolorowych kwiatuszków.
— Nic mi o tym nie wiadomo — odparła, więc albo chciała zrobić im pod górkę, albo Lindsey Hoppe robiła je w chuja, żeby się odczepiły. Na dwoje babka wróżyła.
Evina J. Swanson
-
Dream, if you can, a courtyard
An ocean of violets in bloom
Animals strike curious poses
They feel the heat
The heat between me and you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Biorąc pod uwagę jak wyglądała ich współpraca od półtora roku to zdecydowanie koronerka była tą, która wyrywała się przed szereg i pchała się akurat nie tam, gdzie powinna się znajdować. No, ale tak już wyglądały z nimi sprawy. W momencie, gdy tylko znalazły się u progu sprawy, która wydawała się być dużo bardziej złożona i intrygująca w jakiś sposób, Zaylee musiała się trzymać blisko niej i wspólnie dojść do rozwiązania tego trudnego przypadku.
Nie miała pojęcia jak właściwie przebiegnie rozmowa w firmie porządkowej, ale na pewno nie mogło być tak źle. Lepiej też, żeby faktycznie Miller nie próbowała nikogo obić, bo jej sprawne dłonie były potrzebne w prosektorium... Oraz w zaciszu ich domu do wielu różnych rzeczy.
Może naprawdę powinny profilaktycznie wypalić już papierosa na odstresowanie. Już czuła, że pewnie po tej jednej interakcji będzie musiała wypalić zapewne całą paczkę, aby jakoś dojść do siebie i pozbyć się tych całych nerwów. Na pewno lepiej tak niż wyżywać się na własnej żonie.
Dokonano już obowiązkowej wymiany uprzejmości i na tym etapie mogłyby już się udać na przejrzenie tych wszystkich przeklętych papierów, ale oczywiście coś musiało jak zwykle pójść nie tak.
Natrafiła na pewien opór, ale to nic. Na pewno jeszcze uda jej się przekonać dziewczynę do współpracy i uświadomić to, że lepiej, aby poszła jej na rękę. Żadna z nich nie potrzebowała problemów ani niepotrzebnego przedłużania tego wszystkiego. W końcu i tak Evina w końcu postawi na swoim.
- To może sobie przypomnisz o tym kto dzwonił do waszego biura jakąś... - tutaj urwała, aby wysunąć z kieszeni telefon i zerknąć na wyświetlony na ekranie zegar - godzinę temu. Ewentualnie zawołaj kogoś kto może mieć pojęcie o tym, co się dzieje.
Mogła faktycznie być aż nazbyt ostrą, ale w tym momencie jej to nie obchodziło. Głównie dlatego, że miała przed sobą perspektywę naprawdę długiej i męczącej pracy, którą chciała mieć jak najszybciej za sobą, a cholerna Susie, gdyby nie myślała tyle o swoim cudownym Alfiem na pewno byłaby w stanie ogarnąć swoją cholerną pracę.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Evina zadawała kolejne pytania o telefon sprzed godziny i osoby odpowiedzialne za harmonogramy sprzątania parków.
— Nie wiem — powtarzała po raz kolejny, tym samym, płaskim tonem. — Ja tylko odbieram telefony i odpowiadam na mailowe zapytania — wzruszyła obojętnie ramionami.
Zaylee przesunęła wzrok po stanowisku. Porządek był raczej umowny - kilka papierów, długopis, kubek z niedopitą kawą. Typowe miejsce, gdzie kończyły się wszystkie sprawy, które nie były wystarczająco ważne, żeby trafić wyżej. Swanson próbowała jeszcze drążyć temat, ale recepcjonistka zaczęła reagować coraz bardziej automatycznie. Odpowiedzi były krótsze, a jej uwaga wracała do ekranu komputera. W końcu Miller pochyliła się nad ladą, żeby wyłapać spojrzenie recepcjonistki. Ta wprawdzie przeniosła na nią wzrok, choć zrobiła to bardzo niechętnie.
— Potrzebujemy informacji o zleceniach sprzątania parków. Harmonogramów albo kontaktu do osoby, która może je udostępnić. Jesteś pewna, że Lindsey Hoppe z wydziału parków i rekreacji nie uprzedziła cię, że zjawimy się w waszej firmie? — zapytała spokojnie. Na razie spokojnie, chociaż przeszło jej przez myśl, żeby wyszarpać Susie za kołnierzyk śnieżnobiałej koszuli.
Recepcjonistka westchnęła głośniej niż wcześniej.
— Nie — odpowiedziała bez większego zainteresowania. — Może rozmawiała z kimś z biura. Z kierownikiem, czy z kimś. Nie wiem dokładnie — swoją odpowiedź przypieczętowana kolejnym wzruszeniem ramion.
To zawężało możliwości. Albo firma była zorganizowana w sposób, w którym przepływ informacji był mocno ograniczony, albo recepcja faktycznie pełniła wyłącznie funkcję kontaktową, bez żadnego wglądu w harmonogramy i zlecenia terenowe.
— W porządku — odparła krótko. — W takim razie potrzebujemy skontaktować się z kimś z biura. Mogłabyś to dla nas zrobić? — w tym miejscu Zaylee dała recepcjonistce jasny kierunek działania. Kobieta przez chwilę nie reagowała, ale w końcu powoli sięgnęła po słuchawkę telefonu stacjonarnego, Miller miała wrażenie, że właśnie obserwują scenę ze Zwierzogrodu, w której leniwiec z Wydziału Komunikacji udziela informacji głównym bohaterom. Tempo działania recepcjonistki idealnie wpisywało się w ten obraz.
Nie było sensu dalej naciskać.Jeśli miały dotrzeć do czegokolwiek konkretnego, musiały porozmawiać z kimś wyżej w strukturze firmy. Z osobą, która faktycznie zarządzała zleceniami, a nie tylko odbierała telefony i przekazywała je dalej. A najlepiej z kimś, z kim kontaktowała się Lindsey Hoppe.
Evina J. Swanson
-
Dream, if you can, a courtyard
An ocean of violets in bloom
Animals strike curious poses
They feel the heat
The heat between me and you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- W takim razie powinnaś wiedzieć skoro odbierasz telefony - powtórzyła za nią, kładąc szczególny nacisk na dwa ostatnie słowa, bo skoro Swanson łączyła się z firmą telefonicznie to istniało przecież spore prawdopodobieństwo, że rozmawiała z Susie choćby chwilowo.
Całe szczęście były tutaj we dwie. Zaylee wciąż zachowywała spokój, ale obie doskonale wiedziały jak niewiele było trzeba do tego, żeby nerwy jej puściły, a wtedy recepcjonistka zazna prawdziwego piekła na ziemi. Sytuacja była naprawdę nieciekawa, a Evina z każdą chwilą nienawidziła tej całej biurokracji odrobinę mocniej. Nawet jeśli to dzięki niej miałyby uzyskać informacje na temat potencjalnego sprawcy wszystkich morderstw. W końcu jego nazwisko mogło widnieć na listach pracowników. Mogły też dzięki nim zyskać potencjalnych świadków. Na razie jednak zyskiwały jedynie rosnącą z każdym momentem frustrację.
- Dział kadr wie o co chodzi. Możesz nas tam od razu skierować - zasugerowała jeszcze widząc to jak leniwie recepcjonistka podnosi słuchawkę.
Trudno było jej czekać na to, aż w końcu ktokolwiek się zainteresuje ich dwójką i zabierze w odpowiednie miejsce. Nosiło ją z powodu niespożytkowanej energii. Nie wspominając już o tym, że nic nie działało bardziej na nerwy niż opieszała biurokracja.
- Niestety szefowa nie jest dostępna - powiedziała w końcu Susie, gdy już wymamrotała do telefonu coś, co miało być wyjątkowo krótką rozmową z przełożoną.
- Osobiście się nie musi fatygować - odwarknęła Swanson.
- Niestety. Mam związane ręce - powtórzyła Susie, a detektywka jedynie prychnęła.
Całe szczęście zza rogu wychynął nagle chudy chłopak w żółtej koszuli pod krawatem i w okularach z grubymi oprawkami. Idealnie.
- Hej. Gdzie jest dział kadr? - zagadnęła go, a wystraszony pracownik wskazał za siebie i nieco wystraszonym głosem wybąkał odpowiedź. - Dzięki.
Bez zbędnego ociągania zaczęła iść we wskazanym kierunku, co wywołało oburzenie siedzącej za biurkiem Susie.
- Nie może pani!
- Powstrzymaj mnie - rzuciła pogardliwie, nie przejmując się protestem recepcjonistki.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zamiast poganiać ją przy każdym ruchu, stała i obserwowała, jak Susie wykonuje telefon w tempie, które mogłoby doprowadzić do szału większość ludzi. Zwłaszcza tych, którzy prowadzili śledztwo dotyczące seryjnego mordercy. Przez chwilę nawet zastanawiała się, czy Swanson wytrzyma to równie spokojnie. To akurat nie było takie oczywiste. Obie nie lubiły ludzi, którzy utrudniali pracę, nawet jeśli robili to nieświadomie. A tutaj każda kolejna minuta wydawała się ciągnąć w nieskończoność.
Zaylee oparła ciężar ciała na jednej nodze i rozejrzała się po recepcji. Nie było tu nic interesującego. Kilka krzeseł dla klientów, stojak z ulotkami i zegar wiszący na ścianie. Zwyczajne biuro zwyczajnej firmy. A jednak to właśnie tutaj przywiódł je jeden z niewielu konkretnych tropów, jakie udało się znaleźć od tygodni. Mogły tracić czas na recepcji. Mogły czekać na odpowiednią osobę. Mogły nawet wysłuchiwać kolejnych wymówek. Jeśli na końcu miało to doprowadzić je do człowieka odpowiedzialnego za harmonogramy albo listy pracowników, było warto. Ta myśl skutecznie przypominała jej, dlaczego w ogóle tutaj były.
Cierpliwość Eviny skończyła się szybciej, niż Miller zdążyła znów przestąpić z nogi na nogę. Detektywka najwyraźniej uznała, że czekania było już wystarczająco dużo.
— Trzeba poczekać! — krzyknęła recepcjonistka, podrywając się z miejsca. — Nie wolno tam wchodzić! Zaraz wezwę ochronę! — zagroziła, wymierzając w Swanson palcem.
To ani trochę nie spodobało się Zaylee. Pochyliła się nad ladą i pacnęła dziewczynę w rękę, jakby właśnie skarciła dziecko za jakiś niesforny wybryk. Nikt nie będzie wymachiwał na jej żonę łapami!
— To nie będzie konieczne — posłała jej uprzejmy uśmiech, który w rzeczywistości nie był tak uprzejmy, na jaki wyglądał. Odwróciła się i podążyła za Eviną. — Same się obsłużymy. Dzięki za nic — rzuciła jeszcze przez ramię, dołączając do ukochanej. Nie oglądała się więcej za siebie. Szczerze mówiąc, nie interesowało jej już, czy Susie faktycznie zadzwoni po ochronę. Jeśli ochrona działała równie sprawnie jak recepcja, miały przed sobą przynajmniej kwadrans spokoju.
Za drzwiami wskazanymi wcześniej przez jednego z pracowników znajdował się długi, jasno oświetlony korytarz. Po obu stronach ciągnął się rząd identycznych drzwi, z których większość była opatrzona niewielkimi tabliczkami. Najbliżej wejścia mieścił się dział księgowości. Przez uchylone drzwi Miller dostrzegła kilka biurek, komputery i stosy segregatorów poukładanych na metalowych regałach. Kilka metrów dalej znajdował się dział logistyki. Za szybą wisiała duża tablica z rozpisanymi trasami przejazdów i harmonogramami prac terenowych. To właśnie tam siedziało kilka osób pochylonych nad monitorami, najwyraźniej zajętych planowaniem kolejnych zleceń. Naprzeciwko mieściło się niewielkie pomieszczenie socjalne. Ktoś właśnie robił sobie kawę, a zapach świeżo mielonych ziaren był chyba najprzyjemniejszą rzeczą, jaką Zaylee poczuła od momentu wejścia do budynku. Minęły jeszcze magazyn dokumentacji, pokój kierowników zmian oraz dział obsługi klienta, gdzie rozmawiano przez telefony z równie wymuszonym entuzjazmem, jaki prezentowała recepcjonistka.
Na samym końcu korytarza znajdowały się drzwi, których szukały. Dział kadr. To właśnie tam miały znaleźć listy pracowników, grafiki, harmonogramy i wszystko to, czego potrzebowały do dalszego prowadzenia śledztwa. Przynajmniej taką miały nadzieję.
— Lubię, kiedy jesteś taka stanowcza — sprzedała żonie kuksańca w bok. — To co? Ja pukam, ty mówisz? — zerknęła na nią z rozbawieniem. Już to gdzieś przerabiały.
Evina J. Swanson
-
Dream, if you can, a courtyard
An ocean of violets in bloom
Animals strike curious poses
They feel the heat
The heat between me and you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ten telefon, który był jej nadzieją na szybkie rozwiązanie sytuacji jedynie przegiął pałę goryczy. Nie zamierzała być zbywaną. Pracowały nad czymś od czego mogła zależeć przyszłość wkraczających w dorosłość dzieci, które w każdej chwili mogły paść ofiarą bezwzględnego mordercy. Na pewno było to ważniejsze niż cokolwiek się kryło w tych cholernych papierach.
Mogłyby zapewne jeszcze bliżej się zapoznać z wystrojem recepcji, gdyby nie to, że nadarzyła się wprost idealna okazja do tego, aby dowiedzieć się z pierwszej ręki czegoś na temat rozkładu budynku. Jeśli nikt nie zamierzał jej zaprowadzić w odpowiednie miejsce to sama znajdzie drogę. Co do tego nie było żadnych wątpliwości.
Groźba wezwania ochrony nie robiła na niej żadnego wrażenia. Ci ludzie byli nikim. Nie mieli żadnych specjalnych praw poza tym do noszenia śmiesznych uniformów. Byli zwykłymi cywilami, a ona występowała tutaj w roli funkcjonariusza służb porządkowych. Jakby nie patrzeć to stała o wiele wyżej w hierarchii.
Chyba właśnie dzięki interwencji koronerki, udało im się zażegnać swoisty kryzys i sprawić, że wyrywna recepcjonistka jednak zdecydowała się na to, aby nie wzywać wsparcia. Najwyraźniej uznała, że nie ma takiej potrzeby. Bardzo dobrze, bo przez takie zagrania jedynie marnowałaby dalej czas ich wszystkich i doprowadziła do niepotrzebnego napięcia. Chyba, że czekała z tym, aż znikną jej z oczu. Może Susie po prostu dawała im czas na to, aby się wycofały z tego wszystkiego?
Przynajmniej tyle dobrego, że każde z drzwi znajdujących się w korytarzu zostały odpowiednio opisane. Dzięki temu nie mogły się zgubić, a ich szanse na odnalezienie odpowiedniego pomieszczenia rosły z każdym krokiem stawianym w drażniąco jasnym korytarzu.
- Tak? - zapytała na pozór obojętnym tonem, ale kryła się w nim pewna zadziorna nuta. - To może w domu pokaże ci jak stanowcza potrafię być.
To nie był jednak odpowiedni czas ani miejsce na to, żeby uprawiać szlachetną sztukę flirtu. Pokiwała zatem głową na propozycję żony i odczekała na to, aż ta zapuka do drzwi i dopiero po usłyszeniu słabego proszę nacisnęła na klamkę i weszła do środka.
- Dzień dobry. Detektyw Evina J. Swanson, wydział zabójstw, TPSH - przedstawiła się raz jeszcze, gdy tylko przekroczyła próg pomieszczenia. - Dzwoniłam wcześniej w związku z harmonogramem sprzątania miejskich parków z okresu ostatnich kilku miesięcy.
Liczyła na to, że przynajmniej tutaj informacja dotarła do kogo trzeba i będzie mogła przejść do załatwiania dokładnie tego, co chciała. Nie sądziła rzecz jasna, że zdołali już przygotować dla niej wszystko, czego oczekiwała, ale już sama rozmowa z kimś kto miałby rozumieć to w jakiej sprawie się tu znalazła.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Parsknęła pod nosem, słysząc zapewnienie żony. Co właściwie miała na myśli, mówiąc, że pokaże jej swoją stanowczość? Bo jak na razie Zaylee nie mogła się pochwalić szczególnie przekonującymi przykładami. Może w końcu poskłada ubrania, które od tygodnia zalegały na oparciu fotela w sypialni? Albo definitywnie zakaże Zaylee korzystania z kuchennych kubków, żeby nie mogła parzyć sobie kawy? To dopiero byłby pokaz charakteru! Prawdę mówiąc, trudno było jej traktować te zapowiedzi całkiem serio. No bo Evina chyba nie sądziła, że ustawi Zaylee do pionu w łóżku? To naprawdę urocze, że w ogóle mogło przyjść jej coś takiego do głowy.
Wsunęła się do środka z Swanson, jedynie skinąwszy głową w geście powitania. Mężczyzna siedzący za biurkiem oderwał wzrok od monitora i poprawił okulary.
— Tak, pamiętam. Lindsey Hoppe z wydziału parków i rekreacji kontaktowała się z nami w tej sprawie — odpowiedział i wstał z krzesła. W końcu udało im się dotrzeć tam, gdzie trzeba. — Nazywam się Peter Rogen. Kieruję zespołem odpowiedzialnym za utrzymanie terenów zielonych w tej części miasta — wyciągnął rękę najpierw do Eviny, potem uścisnął dłoń Zaylee, która przedstawiła się krótko, a następnie wskazał wolne krzesła po drugiej stronie biurka. — Udało mi się uprzedzić pracowników, że może się pani pojawić. Nie ukrywam jednak, że wszyscy byli trochę zaskoczeni zainteresowaniem harmonogramami sprzątania parków — dodał, najwyraźniej w ogóle nie biorąc pod uwagę, że w całą sprawę może być zamieszany ktoś z jego ludzi. Miller chciała rzucić kąśliwie, że chyba przepływ informacji nie działa tutaj zbyt sprawnie, skoro w recepcji nikt nic nie wiedział, ale w porę ugryzła się w język. Zależało im na konkretach, a nie na słownej przepychance. — Zakładam, że ma to związek ze śledztwem? — na jego twarzy pojawiło się wyraźne zaciekawienie.
Zaylee usiadła, zakładając nogę na nogę.
— Tak. Próbujemy odtworzyć aktywność w kilku lokalizacjach na przestrzeni ostatnich miesięcy. Interesują nas przede wszystkim daty prac porządkowych, nazwiska pracowników przydzielonych do konkretnych parków i wszelkie odstępstwa od standardowego harmonogramu — wyjaśniła od razu, bez zbędnego przeciągania. Im szybciej to załatwią, tym szybciej będą mogły podjąć odpowiednie kroki, żeby zacząć działać.
Rogen skinął głową.
— To akurat uda się ustalić. Część dokumentacji mamy w systemie, część w archiwum — otworzył jeden z segregatorów leżących na szafce obok biurka. — Jaki to jest konkretnie park?
— Jest ich kilka — odpowiedziała od razu Miller. — Dokładnie trzy. Ale zacznijmy od Corktown Common w Downtown. Tam znaleziono pierwszą ofiarę — wyjaśniła w przekonaniu, że każdy słyszał o sprawie seryjnego mordercy małoletnich. Media doskonale zadbały o to, żeby wszystko nagłośnić.
— Ach, oczywiście. Straszna tragedia — westchnął ciężko. Przewrócił kilka kartek i zmarszczył brwi w poszukiwaniu sensownych informacji.
Evina J. Swanson
-
Dream, if you can, a courtyard
An ocean of violets in bloom
Animals strike curious poses
They feel the heat
The heat between me and you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Odnotowała to parsknięcie. Problem polegał na tym, że chociaż pasowały do siebie idealnie to obie miały wyjątkowo silne charaktery. Trudno zatem było wykazać się wystarczającą stanowczością, gdy druga starała się uczynić to samo. Nie wspominając już o tym, że Swanson miała wyjątkową słabość do swojej kochanej małżonki. Tylko dlatego ulegała jej tak często zamiast odgryźć jej głowę w jakiejś batalii. Na razie więc najbardziej stanowcza była w swoim drobnym bałaganiarstwie.
Na ten moment mogły odnieść wrażenie, że trafiły nareszcie na kogoś w miarę kompetentnego. Jak będzie w rzeczywistości to się okaże, ale na razie mężczyzna, któremu ścisnęła dłoń zrobił na niej dosyć pozytywne wrażenie.
- Czyli gdyby interesowały nas parki z innej części miasta to musiałybyśmy skontaktować się z kimś innym? - zapytała dla swojego rodzaju pewności, bo niewykluczone, że ich morderca mógł być aktywny w różnych częściach miasta.
Najlepiej, aby miały po swojej stronie jak najwięcej pracowników firmy, aby móc wyciągać z nich kolejne informacje na temat tego, co mogli potencjanie wiedzieć. Już jeden sojusznik, który wydawał się skory do pomocy mógł stanowić dla nich naprawdę cenne źródło informacji.
- Ciekawi nas również to na jakiej zasadzie przydzielani są pracownicy do konkretnych zleceń. Macie przypisane konkretne grupy do poszczególnych parków? Zawsze te same osoby sprzątają dane miejsce? - dopytała w ramach dowiedzenia się czegoś więcej na temat funkcjonowania firmy.
Całe szczęście Zaylee wydawała się być niemalże we własnym żywiole, gdy prowadziła rozmowę z mężczyzną sprawiającym wrażenie wielce zainteresowanego toczonym przez nie śledztwem. Trudno jednak było mu się dziwić, bo na pewno była to najbardziej interesująca rzecz, która mogła mu się przydarzyć w tej pracy.
- Chciałybyśmy również w miarę możliwości uzyskać kopię tych dokumentów, aby móc je później również odpowiednio przeanalizować. Mam nadzieję, że nie będzie to problem - powiedziała, przyglądając się Rogenowi, który na ten moment okazał się sensownym człowiekiem.
Była pewna, że czekało ich przebicie się przez dziesiątki, jeśli nie setki stron. Możliwe też, że będzie chciała do nich wracać, aby upewnić się czy na pewno nie ominęła niczego, co mogło się okazać istotne.
- To prawda. Dlatego właśnie liczymy na pańską pomoc - rzuciła, licząc na to, że w ten sposób chociaż minimalnie uda jej się zmotywować mężczyznę do tego, aby udzielił im większej pomocy.
Już jednak udało im się uzyskać cała stertę segregatorów, w których roiło się od grafików oraz rozpisek z datami, lokacjami oraz dziesiątkami obcych nazwisk, które zapewne będą co rusz im się przewijać w kontekście tego jednego parku.
- No to zaczynamy... - mruknęła Swanson, siadając na miejscu przy wydzielonym dla nich blacie, gdzie mogły zagłębić się bez przeszkód w dokumentacji.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Mamy jeszcze dwie inne siedziby w Toronto, więc nie zawsze to nasze kadry ustalają harmonogram. Ale spokojnie, wszystko jest zapisane w systemie, do którego mam dostęp — mężczyzna uśmiechnął się do detektywki, chcąc dać jej do zrozumienia, że to właśnie u niego uzyska wszystkie niezbędne informacje.
Miller obserwowała sposób, w jaki pracował Rogen. Zawsze uważała, że przyglądanie się ludziom podczas wykonywania obowiązków mówi o nich więcej niż większość rozmów. To właśnie wtedy wychodziło na jaw, czy ktoś był dokładny i sumienny, czy raczej robił wszystko po łebkach, byle mieć święty spokój. Dla niej miało to znaczenie. Zwracała uwagę na szczegóły. Na to, czy ktoś sprawdzał swoją pracę dwa razy, czy odpuszczał przy pierwszej okazji. Czy traktował swoje obowiązki poważnie, czy wykonywał je na odpierdol. Tak jak Susie. Samo wspomnienie o niej sprawiło, że Zaylee mimowolnie przewróciła oczami. Gdyby niektórym ludziom płacono za szukanie najprostszej drogi do nierobienia niczego, recepcjonistka prawdopodobnie zostałaby pracownikiem miesiąca.
— Grupy często się powtarzają — kontynuował mężczyzna, otwierając na komputerze odpowiedni plik. — Układamy grafik pod pracowników, którzy wcześniej zgłaszają swoją dyspozycyjność. Wielu z nich zna już parki, do których są przydzielani, więc zwykle staramy się wysyłać ich w te same miejsca. Dzięki temu wszystko idzie sprawniej. Oczywiście czasem trzeba wprowadzić zmiany, kiedy ktoś zachoruje albo bierze urlop. Wtedy dochodzi do rotacji — wyjaśniając, przesłał dokument do drukarki. Po chwili pokiwał głową, dając do zrozumienia, że nie będzie robił problemu z wykonaniem kopii. — Drukarka jest we wnęce po lewej stronie — poinformował, wskazując odpowiedni kierunek, gdzie znajdowało się urządzenie wielofunkcyjne. Ton jego głosu pozostawał uprzejmy, ale trudno było nie odnieść wrażenia, że właśnie na tym kończy się zakres pomocy, jaki zamierzał im zaoferować. Najwyraźniej uznał, że dostarczył wszystko, czego potrzebowały, a resztą mogą zająć się same. Zresztą sądząc po stosie dokumentów zalegających na jego biurku, miał własne obowiązki, do których najwyraźniej bardzo chciał wrócić. Albo nie tyle chciał, co musiał.
Nie pozostawało im nic innego, jak skorzystać z wyznaczonego miejsca. Zebrały więc potrzebne segregatory i przeniosły się do wskazanego stanowiska - niewielkiego stolika w bocznej części pomieszczenia, z dala od całego urzędniczego zgiełku. Usiadły naprzeciw siebie, rozkładając dokumenty w uporządkowany sposób, żeby nie pomieszać dat, nazwy parków, nazwisk pracowników i wydruku grafików. Papieru było więcej, niż Miller zakładała na początku, ale nie było w tym nic zaskakującego, bo miejskie harmonogramy zawsze rozrastały się do nieprzyjemnych rozmiarów, kiedy trzeba było prześledzić je wstecz.
Przesuwała wzrokiem po kolejnych stronach, starając się wyłapać powtarzające się nazwiska i ewentualne odstępstwa od rutynowych przydziałów. Co jakiś czas robiła krótką notatkę na marginesie swojego notesu.
— Spójrz na to — odezwała się po chwili, przysuwając jeden z arkuszy. — Alessio Russo — przeczytała na głos. Według jej zestawień, Włoch sprzątał każdy parki, w którym znaleziono dziecięce zwłoki.
Evina J. Swanson