Naprawdę nie miał wobec niej złych zamiarów.
Chciał ją po prostu poznać. Zaprosić na nic niezobowiązujący lunch, pogadać, może sprawić, żeby choć odrobinę przestała patrzeć na niego, jakby zaraz miał wyskoczyć zza stołu z jakimś idiotycznym tekstem godnym szatni pełnej hokeistów. Przebywał zdecydowanie za dużo wokół kumpli z drużyny. Testosteron buzował, pot się lał, sprośne żarty latały w szatni na prawo i lewo, a on czasami no… zapominał, jak właściwie powinno się zwracać do kobiet. Starał się, naprawdę starał, żeby czuły się traktowane z należnym im szacunkiem, ale kiedy całe swoje dnie spędzało się z kolesiami na poziomie neandertalczyków, czasami człowiek mówił rzeczy, z których później nie był do końca dumny.
Chciał, żeby czuła się przy nim k o m f o r t o w o.
Żeby nie miała wrażenia, że musi mu się w jakikolwiek sposób odwdzięczać. Sam fakt, że po prostu tutaj była, wyglądając przy tym uroczo, aczkolwiek cholernie niepewnie, sprawiał, że na jego twarzy pojawiał się delikatny uśmiech. Taki, którego nawet nie próbował kontrolować. Czuł się dosłownie jak jakiś… cholera. Jakby nagle ktoś mu zabrał całą pewność siebie i kazał zachowywać się normalnie przy dziewczynie, która wcale nie powinna robić na nim aż
takiego wrażenia.
- Prawdziwi - uniósł brew, sięgając po szklankę wody, którą kelner przyniósł im dosłownie chwilę wcześniej. Upił łyk, po czym odstawił szklankę na blat.
- Cholera, auta dzisiaj nie zabrałem, więc będziemy musieli uciec jakąś taksówką - zaśmiał się pod nosem.
- W najgorszym wypadku będę musiał porwać cię w moich ramionach. - Uśmiechnął się, chociaż co to właściwie był za najgorszy wypadek? Jemu wydawało się to całkiem idealnym rozwiązaniem. Przez moment nawet zabłądził wzrokiem po jej posturze. Była tak cholernie drobniutka, że pewnie bez większego problemu mógłby ją podnieść i wynieść stąd - wydawało mu się, że ważyła mniej niż jego torba treningowa.
Jensen raczej nie należał do osób, które czegokolwiek się wstydziły.
Był b e z p o ś r e d n i. Czasami aż za bardzo. Zazwyczaj dostawał to, czego chciał, ale nie dlatego, że oczekiwał, że wystarczy pstryknąć palcami, a cały świat rzuci mu się do stóp. Nie. Był pracowity. Cholernie pracowity. Rodzice, pomimo bardzo wysokiego statusu nie tylko materialnego, ale i społecznego, uczyli jego i Paris, że nie mogą zachowywać się jak rozwydrzone dzieciaki. Że mają traktować każdy dolar, każdy cent, z szacunkiem. I od tamtego momentu właśnie tak robił. Zwłaszcza teraz, kiedy od kilku lat miał możliwość cieszenia się pieniędzmi zarobionymi już przez siebie, a nie czekami wypisywanymi przez rodziców.
Wydawało mu się, że świetnie bawiła się w jego towarzystwie.
Do momentu, gdy nie rzucił tego pierdolonego tekstu o wakacjach.
Nie no, zapraszasz obcą kobietę do zupełnie innego kraju? Imbecyl. Musiał to jakoś naprawić. Nie mógł pozwolić, żeby pomyślała o nim jak o skończonym kretynie, który uważał, że ona rzuci mu się pod nogi i zacznie je całować. No bo wyszło to kompletnie bez sensu. Wybiegł za nią z restauracji, chwilę później torując jej drogę i zasłaniając jej śliczną buźkę przed kroplami deszczu, mając kompletnie gdzieś to, czy sam zaraz nie zmoknie. Postanowił, że wyrzuci z siebie wszystko. Nawet jeżeli ten potok słów również zrówna się z jakimś bagnem, wolnymi piaskami, które wciągną go do takiego stopnia, że już nie będzie potrafił wydostać się z własnej żałości. Wpatrywał się w jej jasne tęczówki, starając się wykryć, czy jednak powiedział wszystko to, co chciała usłyszeć. A raczej to, za co byłaby wdzięczna, że usłyszała. Wolał zawsze stawiać na szczerość, a to, co jej powiedział, było wzięte prosto z serca.
Uniósł brew, zbliżając się do niej, gdy zaczęła zadawać pytania, dlaczego w ogóle robił coś takiego. To było proste. Po prostu zauważył w niej coś tak cholernie niewytłumaczalnego, że nie potrafił przejść obok tego obojętnie. To nie był żaden cel charytatywny, a raczej ciekawość i chęć poznania kogoś nowego, nawet jeżeli zdarzyło się to w dość niekonwencjonalny sposób.
- Dlaczego jestem taki miły? - uśmiechnął się pod nosem, gdy krople deszczu powoli spływały po ciemnych kosmykach jego włosów.
- Może po prostu taki jestem? - Przesunął wzrokiem po jej twarzy. Może i nie był taki dla każdej nowo napotkanej osoby, ale starał się działać sercem, życzliwością i pomocą, bo uważał, że to, co człowiek daje od siebie, wraca do niego z podwójną siłą.
- Po prostu to czuję… - nachylił się do niej nieco, żeby być jeszcze bliżej.
- Czy jestem w błędzie i czujesz się zajebiście szczęśliwa… tu… gdzie jesteś? - Wyszeptał to tylko, po czym znowu się wyprostował, zmieniając kilkucentymetrową odległość między ich ustami w kilkanaście centymetrów bezpiecznej przestrzeni. Pytał szczerze. Był ciekawy, czy zdanie, które zdążył uformować sobie w głowie, było czymś więcej niż zwyczajnym przypuszczeniem. Może była szczęśliwa. Może miała kogoś, a on właśnie przekroczył granicę jej prywatności. Nie raz, a drugi. Może próbował stworzyć w swojej głowie scenariusz, który tak naprawdę nigdy nie miał prawa bytu.
roszpunka