it's so rare
if you wanna pretend
we can say nothing..
Był uroczy.
Nie miała co do tego żadnego cienia wątpliwości. Sam fakt, że rzucał tekstami tylko po to, żeby powiedziała mu wprost, że tak, podoba jej się, że jest przystojny, atrakcyjny i cholernie świadomy tego, jak na nią działa, bawił ją bardziej, niż chciała przyznać. Wiedziała, że się z nią droczył. Problem polegał na tym, że Vita Holloway nie była osobą, która dawała innym dokładnie to, czego od niej chcieli. Przynajmniej nie od razu.
- Mhm, może kiedyś pokażesz mi się w samym krawacie? - rzuciła z rozbawieniem, posyłając mu spojrzenie spod rzęs.
- Wtedy na pewno będziesz przypominał greckiego boga, vohnyku. - Zaśmiała się, a chwilkę później siedziała już wygodnie w samochodzie, poprawiając się na miejscu pasażera, gdy zmierzali w stronę ich destynacji.
- Czyli planujesz ich więcej? - uniosła brew, wpatrując się w niego z rozbawieniem.
- Ojoj, biedny pan O'Cahallan nie wie, jak mam na nazwisko. I co my teraz z tym zrobimy? - Uśmiechnęła się zadziornie, po czym skierowała wzrok przed siebie i niby od niechcenia dodała,
- Holloway. - Zerknęła na niego kątem oka.
- Datę urodzenia i rozmiar stanika też potrzebujesz? - Specjalnie wspomniała o staniku, a nie o bucie. Była wręcz ciekawa, czy jego męska część mózgu, ta bardzo podstawowa i przewidywalna, chociaż na sekundę powędruje w kierunku jej biustu. Tym bardziej że dzisiaj nie miała na sobie stanika.
Uśmiechnęła się pod nosem, próbując uspokoić się po swoim nagłym wybuchu ekscytacji na wieść o jedzeniu, które, swoją drogą, należało do jednych z jej ulubionych.
- A jakie jest twoje ulubione? - zapytała po chwili, odwracając głowę w jego stronę.
- Może na trzecie spotkanie coś ci ugotuję? - Może i była flirciarą. Może lubiła utrzeć nosa i zawsze musiała mieć ostatnie słowo, ale jej serce z kamienia miało jednak kilka rys. Takich drobnych pęknięć, przez które czasami wydostawało się ciepło tak mocne, że niemal można było usłyszeć bicie jej serca na kilometr.
Holloway była paradoksem.
Nie dało się tego inaczej nazwać. Potrzebowała bliskości. b a r d z o. Chciała czuć się pragniona, wybierana, uwielbiana, ale do tej pory wszystko kręciło się głównie wokół fizyczności. Wokół spojrzeń, dotyku, napięcia, pożądania, które było łatwiejsze do przyjęcia niż czułość. Bo ta prawdziwa, uczuciowa część, ta zwinięta gdzieś ciasno pod warstwami sarkazmu i udawania, że absolutnie wszystko ma pod kontrolą, nigdy tak naprawdę nie dostała tego, czego potrzebowała. Może dlatego wydawało jej się, że była nudna.
Nieciekawa. A kiedy już czuła, że zaczyna być z kimś wystarczająco blisko, najlepszym wyjściem z sytuacji zawsze była ucieczka. Zniknięcie. Zamknięcie się we własnej, zakompleksionej skorupie, zanim ktoś inny zdążyłby zauważyć, że wcale nie była tak odporna, jak lubiła udawać.
Wpatrując się w profil płomiennowłosego, zastanawiała się, jak ten układ im się powiedzie. Jak szybko Vita uzna, że jednak jest tego za dużo. Jak szybko zrobi krok w tył, kiedy zrobi się zbyt prawdziwie. Odwróciła wzrok, gryząc policzek od środka, kiedy ją skomplementował. Boże, zachowywała się jak gówniara, a nie dwudziestosześcioletnia kobieta, którą na co dzień obsypywano komplementami. I to nie tylko ze strony mężczyzn. Kobiety też potrafiły rzucać jej spojrzenia i teksty podczas zmian w barze. Zwykle przyjmowała to z ironicznym uśmiechem, jakby nic nie robiło na niej wrażenia. Tylko że kiedy takie słowa padały z jego ust, miały jakieś inne znaczenie. Podczas jazdy rozmowa mijała im cholernie przyjemnie. Poza droczeniem się z nim naprawdę dobrze jej się z nim rozmawiało. Przyjemnie było poznawać go z innej strony, odkrywać te małe szczegóły, które nie pasowały do jego wyglądu. Na jego kolejne pytanie prawie zakrztusiła się własną śliną. Spojrzała na niego z niedowierzaniem,
- Rybko, przecież wysyłałam ci zdjęcie Milo dwa dni temu - parsknęła śmiechem.
- Czyżby tamto zdjęcie doprowadziło cię do tymczasowej amnezji? Dobrze się czujesz, sweetheart? - Specjalnie zaakcentowała ostatnie słowo, udając przejętą babuszkę, po czym przyłożyła mu dłoń do czoła, jakby naprawdę sprawdzała, czy przypadkiem nie ma gorączki.
- Nie martw się, wybaczam ci to fiasko - oznajmiła łaskawie.
- Milo to mój dziesięcioletni kociak. Jest bardzo judgemental, więc jeżeli go kiedyś poznasz, przygotuj się na to, że może cię od razu nie polubić.- Uśmiechnęła się pod nosem.
- A w Tekkenie cię zniszczę, więc nie bądź taki pewny siebie.
Myślała, że była bardzo cwana, kiedy odpowiadała mu na te wszystkie teksty o kamerach. Naprawdę była przekonana, że ma sytuację pod kontrolą. Ale kiedy rzucił, że już nie będzie jej całował, poczuła coś dziwnego w klatce piersiowej. Ciepło. Rozczarowanie. Nawet zdenerwowanie i urazę! Jak to, do cholery, nie będzie jej całował? Otworzyła usta w szoku, po czym bardzo szybko się opanowała i naburmuszona odwróciła głowę.
- Fine - prychnęła pod nosem.
- Jeszcze będziesz tęsknił za tymi ustami.- Odwróciła się do niego i zrobiła dziubek, udając, że wysyła mu niewidzialnego buziaka.
- Rzadko nie znaczy zawsze, vohnyku. Challenge accepted. - Odpowiedziała z pwnością siebie. On nie będzie jej całować??? Dobre sobie.
Like, hello? Rzadko kiedy miała aż tak dobry vibe z drugą osobą. Może to było też to, że potrafił utrzymać rozmowę i nie czuła się niezręcznie, odpowiadając na jego pytania. Może to, że nie musiała przy nim udawać spokojniejszej, bardziej grzecznej wersji samej siebie. Może po prostu z jakiegoś powodu, którego wcale nie chciała analizować, było jej z nim łatwo.
- Właśnie tak. Jest wtedy mega cicho - powiedziała, kiedy rozmowa zeszła na jej ulubione miejsce,
- Czasami można zobaczyć skunksy, kojoty albo szopy biegające po okolicy. - Uśmiechnęła się do niego.
- Najczęściej rysuję portrety albo postacie do komiksów. Czasami biorę też freelance zlecenia, kiedy ludzie chcą zwizualizować sobie postać do Dungeons and Dragons czy czegoś w tym stylu. A poza tym od wielu lat pracuję w The Painted Lady jako barmanka, gdzie muszę walczyć z facetami jak twoi koledzy, którzy mają za dużo testosteronu w gaciach. - Parsknęła śmiechem. Swoją drogą, gdyby nie musiała zawalczyć z nimi tamtego wieczoru, pewnie nigdy nie miałaby okazji go poznać. Więc może, cholera, była zadowolona z takiego obrotu wydarzeń. Chociaż oczywiście nie zamierzała mówić tego na głos, bo jeszcze by sobie pomyślał, że zrobił na niej jakieś większe wrażenie. A zrobił. Niestety. Zdziwiła się, kiedy usłyszała, że krawacik jednak nie przepada za przebywaniem w pracy. Uniosła brew w lekkim szoku i przyglądała mu się uważnie, słuchając tego, co mówił. Potem uśmiechnęła się mimowolnie, widząc, jak uroczo opowiadał o swoich ulubionych miejscach. A kiedy wspomniał, że to głupie, że lubi zoo, zmarszczyła nos.
- Nie jest głupie - zaprotestowała od razu.
- jedno z naszych nastepnych spotkań może być w zoo. Mój treat. - Uśmiechnęła się szerzej.
- Podobno czasami robią dla dorosłych wieczorne otwarcia. Sprawdzę w necie i podeślę ci szczegóły.- Jak na kogoś, kto absolutnie nie chciał randkować, zdecydowanie zbyt łatwo przychodziło jej ustalanie kolejnych randekk z nim. I to w tak krótkim czasie.
Ale przecież to nie były randki.
To były
s p o t k a n i a.
Randko-spotkania.
Bardzo ważna różnica.
‘’Mówisz po ukraińsku?’’
Spojrzała na niego rozbawiona.
- Oh, zrobiłeś research? - zapytała, uśmiechając się szeroko.
- Tak, moja matka jest z Ukrainy, więc coś tam umiem. Mogę cię kiedyś czegoś nauczyć, jeżeli chcesz. - Usiadła wygodniej na kocyku, wciąż zachwycona tym wszystkim. Całym layoutem, jedzeniem na zewnątrz, i tą absurdalnie romantyczną atmosferą. Oczywiście, gdyby usiadła na niej pszczoła albo jakaś mrówka, z pewnością wydałaby z siebie najbardziej histeryczny dźwięk, ale na razie było naprawdę uroczo.
- No tak, zgadzam się - rzuciła po chwili.
- Jedyna sztywność, jakiej chcemy na naszych spotkaniach, to ta w twoich spodniach. - Powiedziała to absolutnie odruchowo. Sekundę później wybuchnęła śmiechem, zakrywając usta dłonią.
- Fuck, przepraszam! Nie to miałam na myśli. - Automatycznie zerknęła na jego rozporek, po czym szybciutko odwróciła wzrok, jakby jej własne oczy ją zdradziły. A potem, żeby chociaż trochę uratować resztki godności, nachyliła się i musnęła kącik jego ust, szczerze dziękując mu za tę piękną randkę.
Opierając się na przedramionach, uniosła głowę ku górze i przymknęła oczy, pozwalając ciepłemu powietrzu muskać jej twarz. Przez chwilę po prostu chłonęła ten moment. Kiedy poczuła jego obecność, zanim jeszcze zdążył się odezwać, otworzyła oczy. Ten zapach. Te jego perfumy które robiły z nią rzeczy do których nie chciała się przyznać... Zerknęła na niego spod rzęs swoimi niebieskimi ślepiami.
- W czym mogę pomóc? - wydusiła z siebie, udając, że absolutnie nie czeka na to, co zrobi dalej. Ale on najwyraźniej miał inne plany. Poczuła przyjemne dreszcze, kiedy przesunął nosem po jej szyi. Tak powoli, tak blisko, że mimowolnie odchyliła ją delikatnie do tyłu, jakby jej ciało samo robiło mu miejsce. Każdy jego oddech na skórze sprawiał, że w środku czula ekscytacje. Każdy pocałunek składany na jej łabędziej szyi, na obojczykach, przyprawiał ją o zawrót głowy. Wydobywała z siebie ciche mruknięcia i ledwo słyszalne jęki, których nawet nie próbowała powstrzymywać. Po co miałaby to robić, skoro i tak czuła, jak cała jej pewność siebie powoli rozpływa się pod
jego ustami? A potem połączył ich usta w namiętnym pocałunku. Chciała więcej. Oczywiście, że chciała więcej. Ich języki splatały się w idealnym tempie, raz wolniej, raz odważniej, odbierając jej ostatni tlen, który jeszcze wił się gdzieś w płucach. Serce biło jej coraz szybciej, a dłonie aż rwały się do tego, żeby przyciągnąć go bliżej. Tak, żeby nie było między nimi ani centymetra r o z s ą d k u. I właśnie wtedy on to przerwał. Odsunął się. Jakby nic. I życzył jej smacznego. Vita przez sekundę po prostu patrzyła na niego z niedowierzaniem. No nie. Nie, nie, nie.
Co za bezczelne zachowanie!
Najpierw ją całował. Składał te cholernie wilgotne pocałunki na jej szyi, na obojczykach, jakby naprawdę należała tylko do niego, a potem odsuwał się jak gdyby nigdy nic, z tym swoim bezczelnym uśmiechem, jakby właśnie nie zostawił po sobie śladów, których jej ciało nie potrafiło tak po prostu zignorować. FUCK NO. Vita Holloway zdecydowanie nie zamierzała na to pozwolić. Odrzuciła pałeczki na bok i w zaledwie kilku ruchach, może uważnych, a może wcale nie, znalazła się na nim, popychając go dłonią w klatkę piersiową tak, by położył się plecami na kocu. Usiadła na nim okrakiem i nachyliła się nad nim, opierając dłonie po obu stronach jego głowy, a potem poruszyła biodrami powoli, ocierajac sie o jego męskosc... zupełnie specjalnie, tylko po to, żeby trochę z nim pograć.
- Nie można tak robić! - rzuciła oburzona, marszcząc nos. -
Nie możesz tak mnie całować i potem nagle przestawać… - Zbliżyła się do niego jeszcze bardziej i musnęła jego usta delikatnie, niemalze niewinnie. Tylko że z każdą kolejną sekundą coraz mniej niewinne wydawało się to, jak bardzo chciała zrobić to znowu. Jego usta stawały się dla niej jak jakiś przeklęty, zakazany owoc, którego już raz spróbowała i teraz nie mogła udawać, że nie pamiętała jego smaku. Zakazany. No właśnie. Bo przecież dalej była mężatką. Nawet jeżeli wróciła do panieńskiego nazwiska, nawet jeżeli w głowie już dawno odcięła się od tamtego życia, papier wciąż mówił coś innego. Legalnie wciąż miała męża. Wiedziała, że nie każdemu by się to spodobało, a Aidena tak naprawdę przecież nie znała. Nie chciała mu o tym mówić. Nie teraz. Nie w tej chwili, kiedy wszystko pomiędzy nimi miało smak droczenia i ciepła rozlewającego się w jej ledzwiach. To nie było nic
poważnego. Tak przynajmniej próbowała sobie wmówić. Nie myślała o związku. Nie była zainteresowana żadnym emocjonalnym angażowaniem się w kolejną relację, bo jedna niemal ją zniszczyła i naprawdę nie potrzebowała powtórki z rozrywki. Wolała zatrzymać tę informację dla siebie. Zobaczyć, jak to wszystko się potoczy. Dać sobie ten jeden wieczór bez analizowania konsekwencji, choć jej głowa oczywiście już próbowała robić wszystko na przekór. Chwyciła jego dłoń i uśmiechnęła się zadziornie.
- To tak, jakbym ja teraz zrobiła coś takiego… - Wsunęła jego dłoń pod swoją bluzkę i powoli poprowadziła ją wyżej, czując ciepło jego palców na własnej skórze, aż jego opuszki nie musnęły jej sutka. Zatrzymała ją na moment, tylko na tyle długo, by napięcie pomiędzy nimi zdążyło zgęstnieć, po czym nagle odsunęła się i szybko wstała, opuszczając jego rękę. Spojrzała na niego z góry z uśmieszkiem, choć serce waliło jej jak szalone. Jeszcze chwila, a nie wiedziała, do czego by to doprowadziło, gdyby z tyłu głowy nie miała wciąż tej irytującej świadomości, że byli w miejscu publicznym. Że gdzieś obok mogli być ludzie.
- A potem zrobiła coś takiego? - zapytała, unosząc brew.
- Jakbyś się z tym poczuł? - Podniosła nogę, obeszła go powoli i uklękła za nim na trawie. Nachyliła się nad jego twarzą, ujmując ją w obie dłonie. Przez chwilę po prostu na niego patrzyła. W te jego abstrakcyjne tęczówki, które za każdym razem działały na nią w sposób, którego nie potrafiła nazwać i którego, szczerze mówiąc, trochę nie chciała rozumieć.
Bo skoro nie chciała od niego nic więcej, to dlaczego za każdym razem, kiedy patrzyła mu w oczy, coś nieprzyjemnie zaciskało się jej w żołądku? Dlaczego dotykanie go przychodziło jej z taką łatwością? Dlaczego lgnęła do niego tak, jakby jej ciało dawno temu podjęło decyzję za nią? Pragnęła jego pocałunków. Irytowało ją to, ale pragnęła. Tych pocałunków, które tego wieczoru zdawały się znikać z jej skóry równie szybko, jak były na niej składane. Na ustach, na szyi, na obojczykach. Jakby potrzebowała ciągłego przypominania, że naprawdę tam były. Przełknęła ślinę, zastanawiając się, czy powinna powiedzieć to, co właśnie przyszło jej do głowy, ale właściwie… co będzie się ograniczać? Przesunęła kciukiem po jego dolnej wardze, zatrzymując się na tym słodkim pieprzyku, który zdecydowanie zbyt często przyciągał jej spojrzenie. Potem nachyliła się i ucałowała go powoli. Najpierw w kącik ust, później w policzek, centymetr po centymetrze przesuwając się w stronę jego ucha.
- YA tilʹky tviy tsiyeyi nochi, tomu ne khochu, shchob ty yoho vytrachav daremno - wymruczała cicho, niemal prosto do jego skóry. Zatrzymała się na moment, pozwalając słowom zawisnąć między nimi, zanim dodała niższym tonem
, - To znaczy, że bardzo chcę, żebyś się mną dzisiaj zajął, bo dzisiejszego wieczoru jestem tylko twoja, ogniku. - Musnęła zębami płatek jego ucha, po czym odsunęła się nagle, jakby nic się nie stało. Usiadła obok niego, chwyciła pałeczki i nachyliła się po kawałek sushi. Zamoczyła go w sosie sojowym, wsunęła do ust i przymknęła oczy, wydając z siebie długie, przeciągłe mruknięcie zadowolenia. Po tym, jak odchyliła lekko szyję do tyłu, przeżuwając jedzenie, mógł bez trudu domyślić się, że naprawdę jej smakowało.
- Mmm, pyszka - mruknęła, oblizując delikatnie wargę.
- Jesteś naprawdę dobry w tych randko-spotkaniach, Aiden. To się ceni. - Zaśmiała się pod nosem, zerkając na krajobraz przed nimi. Słońce powoli chowało się coraz niżej, rozlewając po niebie ciepłe odcienie różu, pomarańczy...
- Gdybyś mógł teraz zrobić jedną rzecz albo przeteleportować się w jedno miejsce, co by to było? - zapytała po chwili, przekręcając głowę w jego stronę. No tak. Holloway uwielbiała zadawać pytania. Nawet wtedy, kiedy bardzo wyraźnie próbowała odwrócić własną uwagę. Lubiła poznawać ludzi, ich myśli i intencje... Zwykle wychodziło jej to zajebiście z rozgryzywaniem ich.... Z małym wyjątkiem. Z nim.
rybka