ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
187 cm
młodszy adwokat w Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

003.
Napisanie do niej wiadomości nie było łatwym zadaniem. Cały dzień spoglądał na telefon i zastanawiał się, co było najlepszą opcją. Rzucić luźnym, casualowym faktem, gadką na podryw czy bóg jeden wie czym innym? Czy napisać jak do kumpeli, zbić piątkę przez smsa i umówić się na jakiś termin? Nie, Aiden taki nie był, tym bardziej jeśli gdzieś podświadomie wiedział, że w jakiś pokręcony sposób zależało mu na tej relacji. Bo gdyby było inaczej, to zignorowałby fakt, że posiadał numer barmanki w swoim telefonie i na dodatek ich rozmowa rozpoczęła się od słów, które nawet nie wypłynęły spod jego palcy. W tym przypadku sądził, że musiał zrobić to w jak najbardziej szelmowski sposób — czyli kulturalnie zapytać się o dostępność, a następnie oznajmić czas ich spotkania. Vita była tak pociągająca, jej obecność uzależniająca, a nieprzewidywalność sprawiała, że patrzył na nią i zastanawiał się, czym tym razem go zaskoczy. Czuł się oczarowany głębią niebieskich jak morze oczu, pięknym uśmiechem, a nawet tym cichym chrumknięciem podczas śmiechu, które jasno wskazywało, co ją szczerze rozbawiło. Nie kłamał w smsach, że nie potrafił oderwać od niej swoich myśli. Wczoraj siedział w biurze, przerzucają sterty papierkowej roboty i tylko wracał wspomnieniem do dnia wcześniejszego oraz całej ekscytacji spowodowanej brakiem możliwości przewidzenia jej następnego kroku.
Myślał o jednym — cierpliwość uszlachetnia, dlatego też chciał przedłużyć jej oczekiwania na smsa. Sama mówiła, że nie lubiła czekać, a on z czystą premedytacją ociągał się, chcąc nieco postawić na swoim. Chciał, żeby faktycznie nieco bardziej zatęskniła za jego osobą, wyczekiwała tego spotkania i rozbłysła szerokim uśmiechem, kiedy go zobaczy. Żeby zatęskniła za rozmową z nim, ale także za lekkim dotykiem i nieco mnie powolnymi lub poważnymi pocałunkami. Co prawda, nieco popsuł swoje wdzięki przez wspominanie o innych barmankach, ale wiedział, że uda mu się odzyskać to, co zaskarbił u niej już przedwczoraj.
Miał kilka zadań bojowych do załatwienia wcześniej. Najpierw całkowicie ogarnął pracę, zawożąc dokumenty, nad którymi dzień wcześniej siedział do nocy, zamówił jedzenie wiedząc, że sushi będzie odpowiednią opcją i podjechał na zakupy, zaopatrując się w owoce i picie do obiadu, który miał odebrać przed samym podjechaniem pod dziewczynę. Od Eleanor pożyczył ładny i fikuśny koszyk piknikowy, który dodawał temu wszystkiemu odpowiedniego klimatu.
Przede wszystkim — słuchał jej. W drodze pod jej blok, zatrzymał się w kwiaciarni, głupiejąc od widoku tylu rodzajów kwiatów. Całe szczęście pani ekspedientka pomogła mu z wyborem i postawił na sezonowe, jasno różowe piwonie, które miały w sobie najwięcej uroku; zresztą tak samo jak dziewczyna, do której właśnie pędził.
Podjechał pod jej dom, na kilka minut przed ustaloną godziną i zaparkował na miejscu, które akurat się zwolniło. Czy był to znak, że dzisiejszy wieczór przejdzie zgodnie z oczekiwaniami? Oparł się szelmowsko o bok auta, ubrany dość codziennie, z okularami na nosie osłaniając się nieco od słońca, nawet jeśli zaraz mieli zamiaru oglądać to z bliska. To już dodawało zupełnie innego i nowego klimatu spotkania. Nie było to niewiadomo co, ale mieli okazję spotkać się komfortowo, na swoich warunkach, które mogli samodzielnie podyktować, a główną zasadą był brak osób trzecich, którzy doszczętnie niszczyliby im ten wieczór. Kwiaty trzymał lekko ku dołowi i rozejrzał się po okolicy, w końcu ją dostrzegając. Ruszył w kierunku Vity, zatrzymując się na krok przed nią, żeby jak prawdziwy dżentelmen lekko musnąć jej policzek i między nimi pokazując piękne kwiaty, które udało mu się zdobyć. — Dobry wieczór, bukiet dla pani na dobry początek randki — rzucił, uśmiechając się szczerze i dość… chłopięco. Jakby znowu miał dwadzieścia lat i na nowo zaczął poszukiwać miłość swojego życia. Czy poniekąd tak nie było? Co prawda był nieco starszy, ale nadal rozpoczynał swoją przygodę z randkami, próbując udowodnić, że miłość wcale nie była tak bardzo potrzebna na życia. Otworzył jej drzwi od strony pasażera, aby mogła wejść do auta i sam zaraz zajął miejsce po odpowiedniej stronie. Czuł niewyjaśniony stres, jednak nie umiał odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego. Tłumaczył sobie, że zaimponowała mu tak na pierwszym spotkaniu, że chciał zagwarantować jej po prostu miły czas.

today's first date
Ostatnio zmieniony pt cze 12, 2026 10:32 pm przez Aiden O'Cahallan, łącznie zmieniany 1 raz.
26 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
Barmanka, The Painted Lady
Awatar użytkownika
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

oh we could never be together,
but it's nice to play pretend


Czuła mieszane emocje względem Aidena. Holloway była raczej osobą, która wręcz uwielbiała chłodniejsze miesiące. Deszcz, wiatr, zimne powietrze szczypiące policzki, szare niebo... A jednak, przebywając w towarzystwie ognistowłosego, czuła, że mogłaby spędzać przy nim więcej czasu. Jego osoba wręcz emanowała ciepłem, do którego nie była wcześniej przystosowana. Ciepłem, o którym nie sądziła, że będzie do niego aż w takim stopniu lgnęła. Czekała na wiadomość. Nawet nie kryła się z tym sama przed sobą. Cały dzień spędziła, zerkając na telefon i irytując się wewnętrznie coraz bardziej, że jeszcze do niej nie napisał. Chodziła podenerwowana, choć oczywiście starała się wyglądać na kogoś pełnego nonszalancji, kogo absolutnie nic nie ruszało. Problem polegał na tym, że średnio jej to wychodziło. - Widzisz, Milo? - rzuciła w kierunku kota, który, jak zwykle, wyglądał na absolutnie niezainteresowanego tym co miała mu do powiedzenia - Wszyscy mężczyźni są tacy sami. Dasz im numer, wyślesz SMS-a z ICH telefonu i jeszcze powiesz, że nie lubisz czekać, to oni specjalnie zignorują to ostatnie, bo co? To jest trendy? - Fuknęła pod nosem z oburzenia. No bo było to oburzające, co nie?!

Nie mogła pojąć, czemu aż tak ją irytował. Czemu tak bardzo chciała, żeby jednak się odezwał. Na dobrą sprawę przecież była jeszcze mężatką. Wiedziała, że byli w separacji z lexiem. Wiedziała, że miała czas, żeby odnaleźć siebie, poskładać ten cały bajzel w głowie i zrozumieć, czego właściwie chciała od życia, ale mimo wszystko czuła się z tym… dziwnie? Jakby robiła coś, czego nie powinna, choć przecież nie robiła nic złego. No nic. Spędziła resztę dnia, oglądając Chirurgów, a kiedy już zdążyła powoli pogodzić się z faktem, że prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczy tej mendy z wczoraj, to jak na złość się do niej odezwał. Starała się zachowywać tak, jakby wcale jej to nie ruszyło. Jakby wiadomość od niego była tylko kolejnym powiadomieniem na telefonie. Tylko że ciepło rozchodzące się po jej sercu i mimowolny uśmiech pojawiający się na twarzy nie chciały z nią współpracować.
Podobał jej się.
Zaciekawił ją do takiego stopnia, że zaczynała zrzucać mur nieufności, byleby tylko po chwili przypomnieć sobie, że przecież powinna być ostrożniejsza. Oczywiście, że nie chciała z nim żadnego związku. Przecież nie zasługiwała na jakiekolwiek bliższe relacje. Nie nadawała się do tego. Była emocjonalnym chaosem w ludzkiej skórze, a oni znali się zaledwie jeden dzień. Mogła sobie go zaskarbić w inny sposób… prawda? Tylko że intencje mieszały się z uczuciami, uczucia z rozsądkiem, a Vita, cholera jasna, przeżywała właśnie kompletny emocjonalny rozgardiasz...

Poczekała do następnego rana, by potwierdzić, że na pewno się z nim spotka. Tak o, dla złośliwości. Niech sobie nie myśli, że będzie rzucała wszystko, gdy tylko kiwnie palcem. Nawet jeżeli przez cały dzień miała ochotę rzucić telefonem o ścianę tylko dlatego, że zbyt długo milczał. A bliżej godziny randki zaczęła się szykować, będąc cholernie podekscytowana. Raz po raz zerkała tylko na Milo, który w żadnym wypadku nie wyglądał, jakby podzielał jej entuzjazm względem dzisiejszego wyjścia. - Nie patrz tak na mnie - mruknęła, poprawiając włosy. - To nie jest randka. To jest… rozeznanie. - a kiedy zorientowała się, że to już ta godzina, wsunęła telefon i słuchawki do kieszeni spodni, upewniając się jeszcze, że w etui ma swoje ID, w razie gdyby chciał zabrać ich do jakiegoś miejsca, gdzie mogliby jej je sprawdzić. Potem wyszła z mieszkania, zamknęła drzwi i ruszyła na dół. Zauważyła go stojącego przy samochodzie jeszcze wtedy, gdy była w klatce schodowej. Przez szybę widziała, jak opiera się przy aucie, a kiedy wyszła na zewnątrz, ruszył w jej kierunku. Nie wiedziała, gdzie ma patrzeć. Była zbyt zaabsorbowana tym, że wyglądał naprawdę dobrze. - Cześć - powiedziała, uśmiechając się delikatnie. Przymknęła oczy w momencie, gdy musnął czule jej policzek, a potem spojrzała na niego. Dopiero wtedy zauważyła bukiet kwiatów. Poczuła, jak policzki zaczynają jej się rumienić, a ciepło rozlewa się po całej twarzy. Nie spodziewała się, że faktycznie je kupi. Że zapamięta. Że weźmie na poważnie coś, co powiedziała półżartem, półflirtem, próbując jak zwykle ukryć to, że wcale nie była taka obojętna, za jaką chciała uchodzić.
Czyli jednak był uważny.
Przysunęła bukiet do twarzy i powąchała kwiaty,- Spisałeś się, vohnyku… dziękuję - dopowiedziała ciszej, posyłając mu ciepły uśmiech. Zacisnęła dłoń na dole bukietu i po chwili weszła do samochodu. Ułożyła kwiaty na kolanach, zapięła pasy i… poczuła się o n i e ś m i e l o n a. Przecież to nie był żaden big deal...Opanuj się, kobieto. Spróbowała uspokoić się wewnętrznie, przesuwając palcami po łodygach kwiatów. - To… gdzie mnie zabierasz? - zapytała zaciekawiona, zerkając na niego kątem oka. Chwilę później zaczęła zastanawiać się, o co jeszcze mogłaby go zapytać, żeby jakoś rozluźnić atmosferę. Bardziej dla siebie niż dla niego, bo nie wiedziała, jak on się czuł, ale ona była cholernie zestresowana. - Jak minął ci dzień? - dorzuciła, kiedy jechali w kierunku lokalizacji randki, którą dla nich wybrał. Podgłośniła delikatnie piosenkę, która akurat leciała z radia samochodu, i wtedy przypomniała sobie coś zabawnego.- Ah! Pamiętasz te kamery z wczoraj? - zapytała, a na jej ustach pojawił się zadziorny uśmiech. Zakryła buzię dłonią, starając się nie roześmiać. - Kenny wysłał mi filmik, na którym widać, jak pochłaniasz mi buzię… - rzuciła, unosząc brew i zerkając na niego z boku. - Jak będziesz grzeczny, to się podzielę. - Nie mogła się opanować. Musiała dorzucić swoje trzy grosze. Musiała poczuć, że to ona przejmuje kontrolę nad sytuacją. Chociaż gdzieś głęboko wiedziała, że on już ją przejął. W momencie, gdy dwa dni wcześniej chwycił jej twarz w swoje dłonie i pocałował ją tak, jakby nie było jutra.

kinda cute date companion
26 y/o
For good luck!
187 cm
młodszy adwokat w Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Gdyby tylko wiedział, że tak bardzo oczekiwała na jego wiadomość. Gdyby wiedział, że działał na nią w aż tak intensywny sposób… schlebiałoby mu to ogromnie, ale czy zmieniłoby to cokolwiek w jego nastawieniu? Aiden był wolnym ptakiem, a je naprawdę ciężko usidlić lub zamknąć w klatce. Zasmakował wolności i nie wyobrażał sobie momentu, w którym ponownie wraca do życia „w uwięzi”. W końcu już od dłuższego czasu, paraliżowała go wizja związku lub poważniejszej relacji. Za każdym razem, gdy kobiety zaczynały oczekiwać od niego deklaracji, on uciekał. Rzucał w ich kierunku przykre słowa, tłumacząc się, że jednak tego nie czuje, a potem biegł przed siebie do momentu, w którym się nie zatrzymał. Dopóki nie postanowił na nowo zaryzykować swojego komfortu, mając nadzieję, że w końcu będzie inaczej, w końcu będzie lepiej. On nie szukał związku. Nie szukał zobowiązań. Nie dlatego, że nie chciał, ale dlatego, że bał się dużych deklaracji i zawodu, który mógłby wymierzyć w kierunku drugiej osoby. Już raz to zrobił, już raz obiecywał zająć się jedną jak najlepiej umiał i poległ. Nie zasługiwał na miłość i już przeszło osiem lat temu obiecał sobie, że nikogo nie pokocha, że nie wpadnie w morze uczuć i nie poczuje tego charakterystycznego uczucia przepadania.

A jednak czwartkowy wieczór sprawił, że coś w nim pękło. Przestawiła się jedna wajcha odpowiedzialna za jego zdrowy rozsądek, emocjonalną uważność, bo patrząc w oczy Vity poczuł coś. Coś na zasadzie cichego kliknięcia, kiedy patrzył w jej niebieski oczy, które uważnie analizowały jego osobę. Oczy, które wyglądały jak wzburzony ocean, gdy denerwowała się na jego złośliwość, a jednocześnie zachowywały pozorny spokój, który był w stanie dostrzec po intensywnym pocałunku czy delikatnym dotyku, którym przejeżdżał jedynie przez ułamek jej ciała. Było mu mało i chciał poznać ją bardziej - i to nie tylko w sferze fizycznej, ale także emocjonalnej. A może bezpieczniej było powiedzieć umysłowej? Życiowej? Chciałby wiedzieć, co lubiła robić w wolnym czasie, czy w domu czekał na nią jakiś zwierzak, jakie było jej największe marzenie i czy istniało miejsce, za które oddałaby wiele, aby móc je zobaczyć. Chciał nadal wiedzieć, jakie są jej ulubione kwiaty, żeby mógł w przyszłości kupić jej te, do których pałała największą sympatią… Jeden wieczór sprawił, że niektóre myśli realnie go przerażały. Może też stąd zwlekał z napisaniem? Ubranie tego wszystkie w słowa to jedno, ale to co kryło się w jego głowie nie mogło wyjść na wierzch, aby przypadkiem nie rozwinęło się w nieodpowiednią stronę. Na razie traktował to jak nic, co niosłoby ze sobą zobowiązanie; w końcu tak się poznaje znajomych, prawda? Chciał poznać ją głębiej, bo była fascynująca - i dobrze to wiedział po tym jednym spotkaniu, po kilku odpowiedziach i szczerości, która po prostu biła z jej oczu.

Już z daleka nie mógł powstrzymać się od uważanego otaksowania spojrzeniem jej sylwetki. Niby się nie stresował, a jednak gdy tylko ją zobaczył to poczuł, że jednak nie był tak bardzo zrelaksowany jak myślał. Z pewnością to potrzeba wywarcia na niej dobrego wrażenia sprawiała, że spinał się nieco bardziej. Nie zależało mu - a jednak czuł gdzieś wewnątrz siebie potrzebę, aby czuła się przy nim dobrze. Miał w sobie wiele sprzeczności, które ciężko było mu ogarnąć, ale wyparowały z jego głowy w momencie, kiedy stanęła przed nim, patrząc na niego swoimi hipnotyzującymi oczami, które były dosłownym kontrastem do nieco wyzywającej bluzki, która odsłaniała przed nim o wiele więcej niż firmowy t-shirt.

Z nim nie było co żartować, bo nigdy nie odmówi sprawienia przyjemności i w tym przypadku, obdarowania kwiatami. Sam uważał, że był to gest potrzebny i nawet jeśli zdawało się nie być to niczym szczególnym to jednak wiedział, że w rzeczywistości tak nie było. Świeży bukiet pięknych kwiatów robił robotę, a delikatne wypieki na jej buzi i lekko zszokowana mina mówiła sama za siebie. Obserwował, jak przysuwała bukiet do twarzy, wąchając bladoróżowe piwonie, z którymi wyglądała przepięknie. - Do twarzy Ci z nimi - stwierdził, komplementując ją. Była piękna, jednak w tym zestawieniu, z kwiatami, z tym ciepłym uśmiechem i nieco rozczulonym spojrzeniem, ten epitet wyglądał po prostu słabo. Była olśniewająca.

Wpuścił ją do auta, z przyzwyczajenia przysłaniając dłonią górną krawędź wejścia, aby uchronić ją przed potencjalnym uderzeniem głową. Wjechał na drogę i gdy już miał zaczynać jakiś temat, Vita postanowiła się odezwać. - Już chcesz wiedzieć? Długo wytrzymałaś, nie pytając wczoraj, dokąd pójdziemy. Naprawdę imponujące - rzucił, bo raczej przywykł, że gdy już robił jakieś niespodzianki swoim byłym, to one jojczyły mu nad głową, ekscytując się, ale jednocześnie dociekając, dokąd je zabierał. Jednak Vita była inna, tak? Zaczynając od tego, że nie łączyło ich nic… oprócz tego rosnącego napięcia, gdy byli blisko siebie, a może nawet i nie tylko; bo jak miał usprawiedliwić fakt, że myślał o niej cały dzień, a zdjęcie, które mu wysłała, wryło mu się w pamięć, bo patrzył się na nie zdecydowanie zbyt długo? - Jedziemy w piękne miejsce, żebyś mogła zobaczyć ze mną najpiękniejszy zachód słońca - odpowiedział z standardową dla siebie pewnością. Miał dobrą miejscówkę i był przekonany, że żaden nie zaprezentował jej tak cudownego widoku jak dziś. - I przy okazji będzie kolacja. Lubisz sushi? - rzucił, bo jego wybór był ryzykowny, ale na tym etapie był w stanie wykombinować cokolwiek innego, jeśli okazałaby się hejterką ryby w ryżu. - Dobrze. Musiałem od rana trochę popracować, a potem czekałem, aż w końcu cię zobaczę. - Musiał. Nie mógł się powstrzymać, żeby nie rzucić czegoś choć trochę flirciarskiego, dzięki czemu mogłaby poczuć się pewniej. Nie znał jej na tyle, aby wyciągać pochopne wnioski, ale na tyle ile obserwował ją kątem oka, to wydawała się być zestresowana. - A twój dzień? - zagadnął, będąc też zainteresowanym, jak to wyglądało u niej. Jaka była Vita, kiedy nie musiała oblewać krawaciarzy lemoniadą cytrynową? Postukał krótko palcem o kierownicę w rytmie piosenki, którą lekko podgłośniła, a która również była jedną z jego ulubionych. Zatrzymał się na światłach, odwracając głowę w jej kierunku i zmrużył lekko oczy na podjęcie tematu o kamerach. Nie mógł powstrzymać cichego parsknięcia śmiechem, kiedy wspomniała o pochłanianiu jej buzi. - Cóż, wydawałaś się być równie bardzo zaangażowana, aby wcisnąć swój język do moich ust - odpowiedział zaczepnie, skupiając ponownie spojrzenie na drodze, gdy dostrzegł zielone światło. Cały czas na jego twarzy błądził delikatny uśmiech, spowodowany tą całą konwersacją, ale również miłymi wspomnieniami z czwartkowego wieczoru. - Musisz podziękować Kenny’emu za tę niewątpliwą pamiątkę - dodał z rozbawieniem. - Ah, wiele ode mnie wymagasz - westchnął, gdy wspomniała o grzeczności. Położył dłoń na jej kolanie, przesuwając ją nieco wyżej i zjechał nią w bok, w kierunku wewnętrznej części jej uda, zaraz lekko ściskając jej nogę; ot tak, lekko zaczepnie, aby sprowokować ją, odbić jej piłeczkę i pokazać kontrolę, którą wiedział, że miał. A może chciał się nieco odegrać się za ten krótki deadline na dojechanie do niej wczoraj wieczorem? Gdyby wtedy był w domu… z pewnością nic by go nie powstrzymało, aby szybko zebrać się na Parkdale, zwłaszcza jeśli podpuszczała go zdjęciami. - Zawsze jestem grzeczny. Już zapomniałaś, że jestem aniołkiem? - zapytał, unosząc lekko brwi. Dalej trzymał dłoń na jej nodze, teraz dodając do tego jedynie lekki ruch kciukiem, kiedy kreślił kółka na jej osłoniętym materiałem kolanie. - Masz jakieś swoje ulubione miejsce w Toronto? - zagadnął zainteresowany. A nóż może kiedyś mu się to przyda?

flower girl
26 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
Barmanka, The Painted Lady
Awatar użytkownika
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Randki były pojęciem względnym w słowniku Holloway. Nie pamiętała już nawet, kiedy tak naprawdę ostatni raz była na randce, co mogło wydawać się wręcz komiczne, zwłaszcza że nadal była prawnie mężatką. Wszystko w swoim życiu robiła na opak, szczególnie w kwestiach miłosnych. Wiedziała, jak powinien wyglądać związek. Randka. Małżeństwo. Miała przecież te prześwity wspomnień z rodzinnego domu, kiedy jej rodzice jeszcze byli razem i przez chwilę naprawdę wyglądało to tak, jakby szczęśliwe małżeństwo mogło istnieć. Jakby ludzie mogli się kochać, wybierać siebie codziennie i nie rozwalać całego świata tylko dlatego, że pewnego dnia coś im się odwidziało. A potem jej matka zdecydowała się dać porwać w ramiona obcego mężczyzny, który, de facto, okazał się jej współpracownikiem. Ból i zdrada stały się nieodłącznymi towarzyszami ostatnich lat jej nastoletniego życia, bo Vita nie potrafiła zrozumieć, jak można było zrobić komuś taką krzywdę. Jak można było zniszczyć rodzinę, zamiast po prostu porozmawiać i powiedzieć, że nie chciało się już z tą osobą być. Była w separacji. I może właśnie dlatego czuła te cholerne wyrzuty sumienia, kiedy pisała z Aidenem. Kiedy całowała się z nim, wsuwając palce w jego płomienne włosy i pragnąc więcej. Kiedy uśmiechała się do siebie, czytając wiadomości od niego, jakby była jakąś nawina nastolatką, która pierwszy raz w życiu dostała smsa od chłopaka, który jej się podobał. Było jej głupio. Ale to było silniejsze od niej. Chęć poznania go. Poza tym po prostu czuła, że potrzebowała bliskości. Bez zobowiązań. Bez robienia z tego czegoś większego, niż powinno być. Miała tylko nadzieję, że on potrzebował tego samego.. i że obojgu uda się dotrzymać tej deklaracji, jeżeli sie zdecydują na nią.

Fala uczuć, która uderzyła ją w momencie, gdy stanęła przed nim, odbierając te kwiaty, była swego rodzaju zaskoczeniem. No bo dlaczego wywoływał w niej aż takie emocje? Przecież ledwie go znała! Muśnięcie jego ust na jej policzku przyćmiło każdą myśl, a jednocześnie wywołało w niej ciche niezadowolenie. Wolałaby, żeby jego usta odnalazły jej usta, tak jak tamtego wieczoru, a jednak przecież nie powie tego na głos, co nie? Holloway lubiła pogrywać z uczuciami. Zadawać niezręczne pytania, sprawdzać ludzkie reakcje, żeby zobaczyć, czy była w stanie wyczytać z ich twarzy prawdziwe intencje. Jednak Aiden? On był inny. Był niczym jakaś dzika karta, którą masz wrażenie, że już rozgryzłaś. Że zgadłaś, co się na niej kryje, tylko po to, by chwilę później zaskoczyła cię i zamiast asa pokazała jokera. To on tutaj z nią pogrywał. I wcale, a to wcale jej się to nie podobało. No, może troszkę. Otworzyła oczy, wpatrując się w niego swoimi niebieskimi ślepiami spod rzęs, gdy trzymała bukiet blisko nosa, napawając się zapachem kwiatów. - Ty też uroczo z nimi wyglądałeś - uśmiechnęła się. Nie kłamała. Przez moment, kiedy faktycznie była w stanie zarejestrować, że trzymał ten bukiet piwonii, zanim jej go wręczył, wyglądał bardzo delikatnie. Inaczej. Podobało jej się to. Tak samo jak ubrania, które miał na sobie. W przeciwieństwie do tej jego krawaciarskiej wersji, ta zrobiła na niej naprawdę dobre wrażenie. - Już myślałam, że urodziłeś się w krawacie - dorzuciła, bo musiała. No co? Nie byłaby sobą, gdyby była tylko słodka i urocza. Musiała trzymać jakiś balans. Wchodząc do samochodu, poczuła ścisk w żołądku, gdy przytrzymał dłoń na górze wejścia, żeby nie uderzyła się w głowę. Kolejny gest, którego nigdy wcześniej nie doświadczyła. Nie wiedziała, co o tym myśleć ani jak to skomentować. Mieszał jej w głowie... s k u t e c z n i e. Zerknęła na niego. - Po prostu zastanawiam się, czy te spodnie skutecznie uratują mnie przed kleszczem i nie mam tu na myśli ciebie - parsknęła śmiechem.

Przejechała wzrokiem po jego sylwetce, zatrzymując spojrzenie na kierownicy i jego dłoniach. Na tych uwydatnionych żyłach, które robiły z nią takie rzeczy, że aż musiała odwrócić wzrok za okno po swojej stronie, próbując się opanować. No i cholera, znowu to robił. Zachód słońca? Piękne miejsce? Miała wrażenie, że nie zasługiwała na aż taki effort, chociaż… może dla niego było to niczym chleb powszedni. Może zabierał tam wszystkie swoje poprzednie 'barmankii', których rzekomo nie całował? Poczuła, jak jej twarz rumieni się od tych wszystkich wrażeń, zanim spojrzała na niego. - No proszę, panie O’Cahallan, nie przestajesz mnie zadziwiać - uśmiechnęła się. A na samą wieść o sushi niemal podskoczyła w siedzeniu z podekscytowania. - Czekaj, serio?! Uwielbiam sushi. Gdybym mogła wybierać swój ostatni posiłek na death row, to byłoby właśnie ono albo hot pot! - Rzuciła to z szerokim uśmiechem, zanim zorientowała się, że jej wyluzowana, stoicka postura troszkę właśnie wypadła z charakteru. Odkaszlnęła więc tylko, oparła się o siedzenie grzecznie, pięknie, ładnie i w myślach przewróciła sama na siebie oczami. Cholera, girl. Nie zbłaźnij się.

Na jego komplement wydusiła z siebie ciche zaśmianie się. Trochę wymuszone przez fakt, że ją onieśmielił, a trochę dlatego, że nie wiedziała, czy naprawdę tak się czuł względem niej, czy po prostu sobie z nią igrał. - No i zobaczyłeś. Myślisz, że było warto tyle czekać? - uniosła brew, uśmiechając się zadziornie. Dopiero po chwili odpowiedziała na jego pytanie. - Ja dzisiaj miałam reset - powiedziała, zerkając na jego profil, gdy przyglądał się drodze przed sobą. - Udało mi się pierwszy raz ugotować barszcz, więc byłam z siebie dumna. A poza tym pograłam trochę w Tekkena i ponarzekałam Milo, że nie napisałeś do mnie szybciej.- Zarzuciła ramię na ramię, wzdychając teatralnie i niemal udając oburzoną. Chociaż w tamtym czasie naprawdę była oburzona. Szczegóły.

Zatrzymując się na światłach, ich spojrzenia w końcu zderzyły się w tym samym momencie, a ona poczuła ciepło i to przyjemne, niemal drapiące od środka uczucie, gdy usłyszała, jak zaśmiał się na to, co powiedziała. - Przepraszam bardzo, musiałam się chronić, a język pomagał mi przed potencjalnym uduszeniem się - prychnęła pod nosem, kiwając głową w rozbawieniu. - Dam ci tę pamiątkę, jak stracisz dla mnie głowę, diabełku. - Uśmiechnęła się nikczemnie. Chociaż nie miała w planach nic poważniejszego z chłopakiem, który teraz miał twarz skierowaną w jej stronę, rzucony w ten sposób żart wydawał jej się zabawny. Chwilę później z jej ust wydobyło się delikatne westchnienie, gdy położył dłoń na jej kolanie, powoli sunąc nią ku wewnętrznej stronie uda. Poczuła ciepło schodzące aż do lędźwi. Bardzo go chciała. - Mhm, zawsze - dopowiedziała tylko, odwracając głowę, żeby przypadkiem nie zemścić się na nim za to, co właśnie z nią robił. Położyła dłoń na jego dłoni, chwyciła ją i skierowała z powrotem na kierownicę. - Skup się na drodze, bo zaraz sie na ciebie rzucę - rzuciła, spoglądając na niego z rozbawieniem. Nie potrafiła ukrywać, że tak na nią działał. Nawet nie chciała... W końcu dzisiaj zamierzała zadać mu pytanie, czy byłby zainteresowany niezobowiązującym seksem... Musiała tylko znaleźć odpowiedni moment na randce. No nie? Uśmiechnęła się na jego pytanie o ulubione miejsce, a odpowiedź niemal od razu przyszła jej do głowy. - Uwielbiam Edwards Gardens. Wiesz, ogólnie ten park jest zamykany o dwudziestej trzydzieści, ale czasami idę tam chwilę wcześniej i potem wspinam się na takie jedno drzewo… jakoś lepiej mi się stamtąd rysuje - powiedziała z cieplejszą nutą w głosie, niż planowała. - A ty? Jakie masz ulubione miejsce poza swoją pracą? - uniosła brew w rozbawieniu.

Po jakimś czasie byli już na miejscu. Wyszli z samochodu, a Vita zabrała ze sobą kwiaty, bo nie chciała się z nimi rozstawać. Poczekała, aż Aiden wyciągnie z auta wszystko, czego potrzebował, po czym ruszyli w głąb Riverdale Park. Kurde. Jakoś nigdy wcześniej się tutaj nie znalazła. Miejsce, do którego ją prowadził, było na wzniesieniu, przez co widok rozciągał się dosłownie na całe miasto. Niebo wyglądało przepięknie, poprzecinane różowymi, fioletowymi i niebieskimi odcieniami. Gdy znaleźli się na miejscu, zaparło jej dech w piersiach. - shcho ty zi mnoyu robysh… - wyrzuciła z siebie w ojczystym języku, zanim szybko dodała już po angielsku, mówiąc zupełnie co innego, - Postarałeś się. Jestem pod wrażeniem. - Uśmiechnęła się, siadając na kocyku. Zsunęła z siebie buty i odłożyła je trochę dalej, odsłaniając dwie różnokolorowe skarpetki. Od wielu lat miała ten dziwny zwyczaj, ale let’s not judge, mkay? Ciepłe powietrze muskało jej twarz, a zanim Aiden zdążył porozkładać jedzenie albo cokolwiek jeszcze miał w tym swoim koszyku, przysunęła się do niego i pocałowała go w kącik ust. Delikatnie. Czule. Tak, żeby to on tym razem chciał pocałować ją naprawdę. - Jest pięknie, dziękuję - powiedziała z delikatnym uśmiechem. Potem wróciła na 'swoje' miejsce, opierając się na przedramionach i wpatrując w zajebiście piękny widok całego Toronto. Widok, którego nigdy wcześniej nie doświadczyła. A może po prostu nigdy wcześniej nikt nie zabrał jej w miejsce, w którym mogłaby poczuć, że ktoś naprawdę chciał jej coś p o k a z a ć...

what are you doing to me?
26 y/o
For good luck!
187 cm
młodszy adwokat w Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
You scratch and I bite
We kiss then we fight
I like it like that that that that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Aiden nie miał również dobrych wzorców, jeśli chodziło o miłość. Jego rodzice mieli związek, który teoretycznie powstał z miłości, ale obecnie miał wrażenie, jakby małżeństwo było po prostu łączącym ich zobowiązaniem. Nie chciał skończyć w ten sposób, nie chciał być z kimś po to, aby po prostu być; żeby z pozoru nie czuć samotności, która w praktyce była wypełniona jedynie pustą obecnością drugiej osoby, która po prostu egzystowała obok. Pomijając fakt, że na obecną chwilę sam zbytnio nie wiedział, czego oczekiwał od życia. Rodzina uparcie przypominała mu, że młodszy nie będzie, że trzydziestka ciągle zaglądała przez jego ramię i dopatrywała się, czy robił coś ze swoim życiem. Nie chciał być sam - uwielbiał przebywać wśród ludzi i czuć emocje, dreszczyk adrenaliny, który czasami wywoływała ich obecność, ale nadal gdzieś wisiała nad nim obawa odnośnie zobowiązania, którego w zasadzie unikał jak ognia, jeśli nie bardziej. Jedynym dobrym przykładem, z którego czerpał jakiekolwiek dobre wzorce to byli jego dziadkowie, z miłością, która może nie płonęła ogromnym płomieniem na stare lata, ale dalej przejawiał się między nimi szacunek, czułości oraz dbałość okazywana w małych gestach. Skąd indziej mógł wiedzieć, że kwiaty były czymś potrzebnym, skoro w jego rodzinnym domu stały one non stop, wymieniane przez gosposię? To jego dziadek szedł na pole, aby pozbierać dzikie kwiaty i stworzyć z nich coś, co babcia z radością prezentowała w wazonie na jadalnianym stole. Swego czasu właśnie o taką relację chciał dbać, taką miłość pielęgnować, a później szlag jasny wszystko trafił. Dzisiaj poczuł się, jakby świat się zatrzymał, a może cofnął o kilka lat wstecz, wymazując bolesne wspomnienie i stawiając przed nim osobę, która miała potencjał odczarować to całe zło, jednak szybko przypominał sobie, że rzeczywistość była inna. I w jego rzeczywistości miłość nie istniała.

A on po prostu chciał być miły.
I wyglądało to tak, że całkiem mu się to udało. Nie dał jej wszystkiego, podejrzewał, że inny pocałunek z pewnością usatysfakcjonowałby ją bardziej, ale czy o to chodziło, aby mieć wszystko na wyciągnięcie ręki? Niektóre rzeczy docenia się bardziej, gdy są wyczekane. - Uroczo? Nie lepiej powiedzieć, że jak prawdziwy dżentelmen? Przystojniak? Grecki bóg? Oni też mieli kwiaty wokół pomników - zaproponował określenia, które sądził, że pasowały do niego lepiej. Wiele osób sprzeciwiałoby się, że jego płomienne włosy czy też zawadiackie spojrzenie było urocze. Chociaż czy mieli kiedykolwiek okazję spojrzeć na niego w taki sposób jak Vita? Nie zależało mu w ostatnim czasie na tyle, aby kupować kwiaty. No, teraz przecież też mu nie zależało, ale kim był, żeby ignorować jasny sygnał o potrzebie? - W koszuli i krawacie też wyglądam gorąco. - Kolejny, mało skromny komentarz, ale czy kłamał? Czy było sens ukrywać przed nią swoją pewność siebie? Nie robił już tego podczas pierwszego spotkania, a mimo to wyczekiwała tego kolejnego. Najwyraźniej zaakceptowała wszystko, co go dotyczyło - a przynajmniej to, co dotychczas poznała. Parsknął śmiechem na jej komentarz. - Myślę, że podołają, aby ochronić cię przed kleszczami. - Pokiwał głową z pewnością, po czym uśmiechnął się pod nosem, wpatrując się dalej w drogę. - O mnie nie musisz się martwić. Poradzę sobie w każdych warunkach. - obrzucił ją jedynie krótkim spojrzeniem, bo przecież był odpowiedzialny i skupiał się w stu procentach na drodze - no dobra, teraz może w jakiś dziewięćdziesięciu pięciu, bo ciężko było zignorować fakt, że siedziała obok niego. Uśmiechnięta w kierunku kwiatów, które od niego dostała i rzucając zaczepne komentarze, na które uwielbiał odpowiadać.

Nie było innych barmanek. Przypadkowe dziewczyny w klubach lub barach, studentki prawa, sporadycznie kumpele jego siostry, aczkolwiek z tym skończył się szybko bawić, dostrzegając konflikt interesów. Nie chciał, aby miały pretensje do Eleanor, że jej brat był dupkiem. Rzadko próbował uderzać do barmanek, nie chcąc przeszkadzać im w pracy, ale teraz sytuacja potoczyła się sama, wręcz nieoczekiwanie. Chciał tylko zakończyć sprzeczkę między dziewczyną a swoim kumplem, a w zamian dostał karne sprzątanie i już mniej karne przyjemności. A może to była nagroda? Nagroda za bycie bohaterem? - Ja się dopiero rozkręcam, iskiereczko. To dopiero nasze drugie spotkanie - odpowiedział z uśmiechem. Aiden po prostu był osobą, która zadziwiała, zwłaszcza jeśli czasami ciężko było spodziewać się po nim niektórych zachowań - nawet teraz, bo czy Vita spodziewała się spokojnego posiedzenia na trawie i podziwiania zachodzącego nieba na tle zapierającej dech w piersiach panoramie Toronto? Lubił zaskakiwać i to jeszcze w ten najmniej oczekiwany, miły sposób. - W ogóle uważam to za niesprawiedliwe, że nie wiem, jak masz na nazwisko - dodał po chwili, marszcząc lekko brwi, kiedy ogarnął, że zwróciła się do niego po nazwisku; co go nie dziwiło, bo wtedy w barze brakowało do kompletu słodkich przezwisk, którymi wołała go babcia, aby mogła wiedzieć już wszystko. - Całe szczęście, bo to nasza kolacja. Już przez chwilę zacząłem się zastanawiać, czy nie będę musiał robić wielkiej improwizacji - stwierdził, dzieląc się z nią swoimi przemyśleniami i starając się zignorować jej nagły wybuch radości, a później szybko powrót do swojej maski - tylko i wyłącznie dlatego, że dostrzegł u dziewczyny nagłe zreflektowanie się i starała się udawać, że nic takiego nie miało miejsca, a jednak… - Jesteś słodka, gdy się tak ekscytujesz - skomentował, zaraz uśmiechając się szeroko, gdzieś w myślach notując informacje, które właśnie zdobył. Kto wie, czy w ogóle kiedykolwiek mu się to przyda, ale przezorny zawsze ubezpieczony.

Czy było warto ponownie zobaczyć bezkresne morze jej oczu, niewielkie wypieki na jej twarzy i rozkwitający uśmiech? Usłyszeć kolejny przytyk z jej ust, na które notabene spoglądał sporadycznie, mając ogromną ochotę, aby znowu ich skosztować i chociaż przez dłuższą chwilę delektować się słodkim pocałunkiem, ale przedłużał to w czasie, sprawdzając jej cierpliwość i jednocześnie powodując u siebie lekkie zirytowanie? - Hm, czas pokaże, czy warto - rzucił nieco tajemniczo. Warto było, wiedział to już teraz, w końcu też sam ogromnie wyczekiwał tego spotkania. Zwłaszcza jeśli błądził dłonią po jej nodze, prowokując ją jeszcze bardziej niż miał zamiar i czerpał z tego ogromną satysfakcję. - Brawo, zrobienie dobrego barszczu to jest osiągnięcie. - Pokiwał głową z podziwem. Skąd wiedział? Bo jego babcia była równie inspirującą osobą, że nawet nie musiała go namawiać, żeby zaszedł z nią do kuchni. Dzięki temu Aiden w dorosłym życiu nie miał dwóch lewych rąk i umiał zrobić normalny obiad. - Kim jest Milo? I współczuje mu wysłuchiwania twojego narzekania - dodał rozbawiony, realnie zastanawiając się, o kim mówiła. Brat? Przyjaciel? …chłopak? O zgrozo, gdyby tylko wiedział, że miała męża. - I następnym razem spotykamy się w takim razie na pojedynek w Tekkena - odpowiedział śmiertelnie poważnie. Niby pan prawnik, a wieczorami urządzał wieczory gier, albo sam, albo z najbliższymi. Był bezlitosny…. No chyba że czasami dawał fory swojej siostrze.

- Chronić? Uduszeniem? - dopytał, unosząc lekko brwi. - Ja nie wiedziałem, że robię tobie taką krzywdę. Przepraszam, już nie będę - powiedział potulnie, nie mając zamiaru traktować już w ten sposób swojej randki, skoro tak to właśnie wyglądało; a tak naprawdę tylko sprawdzał, jak szybko zaprotestuje na jego słowa. O ile zaprotestuje? A jeśli nie to może rzeczywiście nie podobało jej się to tak bardzo, jak Aiden myślał? - Muszę Cię zmartwić, skarbie, rzadko dla kogo tracę głowę - odpowiedział w żartobliwym tonie, ale jednocześnie przemycając informację o tym, jaki był. Zdradzał jej to po części, bo naprawdę mu imponowała, lubił z nią rozmawiać, droczyć się i strasznie go pociągała, ale jednocześnie… nie chciał, aby robiła sobie nadzieję. Nie chciał łamać kolejnego serca, które najwyraźniej miało w sobie delikatność pod tą maską arogancji i złośliwości. Spodziewał się wszystkiego, czując jej dłoń na tej jego - już raz pokazała swoje rogi, a w zasadzie dwa razy, uświadamiając mu, że ta buźka wcale nie była tak niewinna, jak mu się wydawało. Nawet obmyślał plan, czy miał możliwość skręcić gdzieś w bok, jakby w końcu nie wytrzymał, a ona… odłożyła jego rękę na kierownicę? Spojrzał na własną dłoń w zdziwieniu. Nagle grała niedostępną? Krótko ucinała to, pozbawiając się wizji, co mógł z nią zrobić? A może właśnie zadziałał aż za nadto? Aż w końcu usłyszał jej słowa, na co zaśmiał się szczerze. Na końcu języka miał dalszą prowokację, słowa, które być może sprawiłyby, że faktycznie musiałby zjechać w uliczkę i przetestować, jak rozkłada się fotel kierowcy, ale wstrzymał się, ograniczając się jedynie na pokiwanie głową z rozbawieniem. - Dobrze, trzymam rączki przy sobie - parsknął i ciężko było mu pozbyć się rozbawienia, spowodowanego jej reakcją, ale… jeszcze dwa dni temu jemu do śmiechu nie było, gdy dotknęła owocu zakazanego, a potem po prostu go zostawiła z tym wspomnieniem. - Wdrapujesz się na drzewo i rysujesz na nim w zamkniętym parku? - zapytał, zerkając na nią kątem oka. - Coraz bardziej mnie zadziwiasz. I co rysujesz? Zajmujesz się czymś związanym z tym? - dodał po chwili, będąc zaintrygowany jej osobą. I co potem? Przeskakiwała przez płot? Czy dała się kiedyś złapać? Co rysowała i czy robiła to dla zabawy, czy żeby odciągnąć od czegoś myśli? A może żeby właśnie coś w skupieniu przemyśleć? Miał tak wiele pytań, tak wiele rzeczy, których chciałby się o niej dowiedzieć, a na dodatek lista zdawała się powiększać. - Zdziwisz się, jak zdradzę ci, że moja praca wcale nie jest moim ulubionym miejscem? Wiem, to szokujące, mam nadzieję, że dobrze zniesiesz tę prawdę - parsknął. I to nie tak, że nie lubił swojej pracy, bo dawała mi dużo możliwości, czy to do rozwoju, czy to do poznania nowych ludzi, czy po prostu był to opłacalny biznes. Nie zmienia to jednak fakt, że wolałby wybrać coś z własnej woli albo zdecydować się na prawo samemu, a nie poprzez rodzicielską manipulacje. - Jedziemy do mojego ulubionego miejsca. Ogólnie bardzo lubię całe Parkdale. Lubię też zoo, ale to głupie - zaśmiał się. Nie wspierał miejsc, które nie dbały o zwierzęta i wystawiały nawet te ekstremalnie przebodźcowane. Wszyscy zasługiwali na należyty szacunek, bez względu czy był to człowiek, czy zwierzę, które nie mogło jednak egzystować w swoich naturalnych warunkach.

Dotarli na miejsce i dopiero wtedy mógł wewnętrznie odetchnąć z ulgą, bo wglądało na to, że wszystko mu dzisiaj sprzyjało. Na polanie nie było aż tak dużo ludzi, a niebo wyglądało wręcz bajecznie, jak wyrwane z jakiegoś obrazu lub fotografii. Zero oczekiwania kontra rzeczywistość, bo w tym momencie obydwa były takie samo. Szedł obok niej z koszykiem piknikowym i obserwował, jak rozglądała się po niebie, po czym sam zaraz przeniósł spojrzenie na chmury, które były jak muśnięte kolorowymi farbkami. Zaczął rozkładać koc, jak usłyszał że coś powiedziała. Właśnie, coś. I ciężko było znowu zrozumieć co, bo był to ten egzotyczny język, ale w smsach użyła dziwnego słowa… potem wydawało mu się, ze było to jak określenie, które kierowała wobec niego, więc wyszukał je w Internecie, trochę pobłądził, aż w końcu chat mu pomógł z jego genezą. - Mówisz po ukraińsku? - zapytał ciekawy, czy było to kwestia pochodzenia, zainteresowania czy może jakiegoś wykształcenia w tym kierunku? - Cudownie byłoby zawsze rozumieć, co mówisz - bardziej mruknął niż powiedział. Teoretycznie zaraz rzuciła coś po angielsku, ale miał nieodparte wrażenie, że to nie było dokładne tłumaczenie wcześniejszego zdania. - Oczywiście, że się postarałem. Po co siedzieć na sztywnej kolacji, skoro istnieją inne, bardziej sprzyjające warunki? - zasugerował. I to nie tak, że całkiem skreślał eleganckie kolacje, bo były potrzebne, ale nie tutaj, nie na ich pierwszym spotkaniu, które było randką-nie-randką, spotkaniem rozeznawczym, czy jak kto wolał to nazywać. Rozłożył koc, sam ściągnął buty i zaczął wykładać sushi, pałeczki i przy okazji przygotował świeże owocki jak arbuza czy winogrono. Może powinien przemyśleć to i jako przystawkę wziąć makaron? Odegraliby scenę z zakochanego kundla. Spojrzał na jej skarpetki, uśmiechając się z rozczuleniem, bo nawet jeśli charakterem byli do siebie podobni, tak oprócz tego byli jak dwa przeciwieństwa. Nawet nie obejrzał się kiedy dostał krótkiego buziaka w kącik ust. Czy teraz ona go podpuszczała? Westchnął z niezadowoleniem, zmęczony zabawą w półśrodki. Buziaki w policzek, kąciki ust, zadziorny dotyk i podpuszczające teksty - to wszystko było pociągające, nawet stopniowo podniecające, ale do czasu. Jeszcze rozłożyła się się na kocyku, podpierając się na przedramionach, eksponując odkryte ramiona, a jego wzrok padł na obojczyki, w których zagłębieniach tak bardzo miał ochotę zostawić krótkie pocałunki. A w zasadzie, co go ograniczało?
Przesunął na bok sushi, podpierając się na dłoniach po jej bokach i zawisając nad nią, przysłonił jej widok na panoramę Toronto, spoglądając w oczy Vity. W te cholernie piękne oczy, w których topił się jak wariat, powodując niekontrolowanie szybsze bicie serca. Przejechał nosem po jej szyi, a gdy lekko ją odchyliła, złożył na niej kilka wolnych pocałunków, kierując się w dół ku obojczyków, które zamarzyły mu się chwilę temu; ale to nie o to w tym wszystkim chodziło. Lekko chwycił jej buzię w jedną z dłoni i pocałował ją - wolno, ale namiętnie, z ogromną intensywnością i z niesamowitą pewnością tego, co właśnie mógł z nią robić. Rozkoszował się każdym muśnięciem jej ust, słodkim błyszczykiem i miękkimi wargami, które działały na niego niesamowicie uzależniająco. Puścił jej słodką buźkę, aby tą samą dłonią płynnie przesunąć po jej szyi, zjeżdżając dalej, nq jej obojczyki, dekolt i musiał wykazać się ogromnym samozaparciem, aby choć na chwilę nie wsunąć dłoni za jej bluzkę. Był i miał być grzeczny, tak? Sama tego chciała. Dlatego jego dłoń powędrowała na jej ramię, zsuwając się w dół na jej dłoń, którą musnął jedynie przelotnie. Mógłby ją całować cały czas, nieprzerwanie, do końca świata, a ograniczał ich własny oddech, który koniec końców kończył się w ich płucach. Chwycił leżące na boku pałeczki i odrywając się od niej, odsunął się lekko, aby zaraz drewnianymi sztućcami leciutko stuknąć w jej czubek nosa, uśmiechając się zadziornie. - Smacznego - rzucił, podając jej pałeczki i tym samym odsuwając się od niej, ale nie wiele dalej, tylko po prostu siadając obok niej i próbując udawać, że to co właśnie zrobił to było nic; standardowa sytuacja, chociaż jemu samemu trudno było okiełznać swoje myśli, skoro było mu mało. Było mu cholernie mało i nie wiedział, czy cokolwiek będzie w stanie zaspokoić ten głód na tyle, żeby po dwóch minutach nie chcieć znowu do niej powrócić. Przerażało go, ale jednocześnie ekscytowało to, jak Vita na niego działała.

sparkle
26 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
Barmanka, The Painted Lady
Awatar użytkownika
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

it's so rare
if you wanna pretend
we can say nothing..

Był uroczy. Nie miała co do tego żadnego cienia wątpliwości. Sam fakt, że rzucał tekstami tylko po to, żeby powiedziała mu wprost, że tak, podoba jej się, że jest przystojny, atrakcyjny i cholernie świadomy tego, jak na nią działa, bawił ją bardziej, niż chciała przyznać. Wiedziała, że się z nią droczył. Problem polegał na tym, że Vita Holloway nie była osobą, która dawała innym dokładnie to, czego od niej chcieli. Przynajmniej nie od razu. - Mhm, może kiedyś pokażesz mi się w samym krawacie? - rzuciła z rozbawieniem, posyłając mu spojrzenie spod rzęs. - Wtedy na pewno będziesz przypominał greckiego boga, vohnyku. - Zaśmiała się, a chwilkę później siedziała już wygodnie w samochodzie, poprawiając się na miejscu pasażera, gdy zmierzali w stronę ich destynacji. - Czyli planujesz ich więcej? - uniosła brew, wpatrując się w niego z rozbawieniem. - Ojoj, biedny pan O'Cahallan nie wie, jak mam na nazwisko. I co my teraz z tym zrobimy? - Uśmiechnęła się zadziornie, po czym skierowała wzrok przed siebie i niby od niechcenia dodała, - Holloway. - Zerknęła na niego kątem oka. - Datę urodzenia i rozmiar stanika też potrzebujesz? - Specjalnie wspomniała o staniku, a nie o bucie. Była wręcz ciekawa, czy jego męska część mózgu, ta bardzo podstawowa i przewidywalna, chociaż na sekundę powędruje w kierunku jej biustu. Tym bardziej że dzisiaj nie miała na sobie stanika.

Uśmiechnęła się pod nosem, próbując uspokoić się po swoim nagłym wybuchu ekscytacji na wieść o jedzeniu, które, swoją drogą, należało do jednych z jej ulubionych. - A jakie jest twoje ulubione? - zapytała po chwili, odwracając głowę w jego stronę. - Może na trzecie spotkanie coś ci ugotuję? - Może i była flirciarą. Może lubiła utrzeć nosa i zawsze musiała mieć ostatnie słowo, ale jej serce z kamienia miało jednak kilka rys. Takich drobnych pęknięć, przez które czasami wydostawało się ciepło tak mocne, że niemal można było usłyszeć bicie jej serca na kilometr.

Holloway była paradoksem.

Nie dało się tego inaczej nazwać. Potrzebowała bliskości. b a r d z o. Chciała czuć się pragniona, wybierana, uwielbiana, ale do tej pory wszystko kręciło się głównie wokół fizyczności. Wokół spojrzeń, dotyku, napięcia, pożądania, które było łatwiejsze do przyjęcia niż czułość. Bo ta prawdziwa, uczuciowa część, ta zwinięta gdzieś ciasno pod warstwami sarkazmu i udawania, że absolutnie wszystko ma pod kontrolą, nigdy tak naprawdę nie dostała tego, czego potrzebowała. Może dlatego wydawało jej się, że była nudna. Nieciekawa. A kiedy już czuła, że zaczyna być z kimś wystarczająco blisko, najlepszym wyjściem z sytuacji zawsze była ucieczka. Zniknięcie. Zamknięcie się we własnej, zakompleksionej skorupie, zanim ktoś inny zdążyłby zauważyć, że wcale nie była tak odporna, jak lubiła udawać.

Wpatrując się w profil płomiennowłosego, zastanawiała się, jak ten układ im się powiedzie. Jak szybko Vita uzna, że jednak jest tego za dużo. Jak szybko zrobi krok w tył, kiedy zrobi się zbyt prawdziwie. Odwróciła wzrok, gryząc policzek od środka, kiedy ją skomplementował. Boże, zachowywała się jak gówniara, a nie dwudziestosześcioletnia kobieta, którą na co dzień obsypywano komplementami. I to nie tylko ze strony mężczyzn. Kobiety też potrafiły rzucać jej spojrzenia i teksty podczas zmian w barze. Zwykle przyjmowała to z ironicznym uśmiechem, jakby nic nie robiło na niej wrażenia. Tylko że kiedy takie słowa padały z jego ust, miały jakieś inne znaczenie. Podczas jazdy rozmowa mijała im cholernie przyjemnie. Poza droczeniem się z nim naprawdę dobrze jej się z nim rozmawiało. Przyjemnie było poznawać go z innej strony, odkrywać te małe szczegóły, które nie pasowały do jego wyglądu. Na jego kolejne pytanie prawie zakrztusiła się własną śliną. Spojrzała na niego z niedowierzaniem, - Rybko, przecież wysyłałam ci zdjęcie Milo dwa dni temu - parsknęła śmiechem. - Czyżby tamto zdjęcie doprowadziło cię do tymczasowej amnezji? Dobrze się czujesz, sweetheart? - Specjalnie zaakcentowała ostatnie słowo, udając przejętą babuszkę, po czym przyłożyła mu dłoń do czoła, jakby naprawdę sprawdzała, czy przypadkiem nie ma gorączki. - Nie martw się, wybaczam ci to fiasko - oznajmiła łaskawie. - Milo to mój dziesięcioletni kociak. Jest bardzo judgemental, więc jeżeli go kiedyś poznasz, przygotuj się na to, że może cię od razu nie polubić.- Uśmiechnęła się pod nosem. - A w Tekkenie cię zniszczę, więc nie bądź taki pewny siebie.

Myślała, że była bardzo cwana, kiedy odpowiadała mu na te wszystkie teksty o kamerach. Naprawdę była przekonana, że ma sytuację pod kontrolą. Ale kiedy rzucił, że już nie będzie jej całował, poczuła coś dziwnego w klatce piersiowej. Ciepło. Rozczarowanie. Nawet zdenerwowanie i urazę! Jak to, do cholery, nie będzie jej całował? Otworzyła usta w szoku, po czym bardzo szybko się opanowała i naburmuszona odwróciła głowę. - Fine - prychnęła pod nosem. - Jeszcze będziesz tęsknił za tymi ustami.- Odwróciła się do niego i zrobiła dziubek, udając, że wysyła mu niewidzialnego buziaka. - Rzadko nie znaczy zawsze, vohnyku. Challenge accepted. - Odpowiedziała z pwnością siebie. On nie będzie jej całować??? Dobre sobie. Like, hello? Rzadko kiedy miała aż tak dobry vibe z drugą osobą. Może to było też to, że potrafił utrzymać rozmowę i nie czuła się niezręcznie, odpowiadając na jego pytania. Może to, że nie musiała przy nim udawać spokojniejszej, bardziej grzecznej wersji samej siebie. Może po prostu z jakiegoś powodu, którego wcale nie chciała analizować, było jej z nim łatwo. - Właśnie tak. Jest wtedy mega cicho - powiedziała, kiedy rozmowa zeszła na jej ulubione miejsce, - Czasami można zobaczyć skunksy, kojoty albo szopy biegające po okolicy. - Uśmiechnęła się do niego. - Najczęściej rysuję portrety albo postacie do komiksów. Czasami biorę też freelance zlecenia, kiedy ludzie chcą zwizualizować sobie postać do Dungeons and Dragons czy czegoś w tym stylu. A poza tym od wielu lat pracuję w The Painted Lady jako barmanka, gdzie muszę walczyć z facetami jak twoi koledzy, którzy mają za dużo testosteronu w gaciach. - Parsknęła śmiechem. Swoją drogą, gdyby nie musiała zawalczyć z nimi tamtego wieczoru, pewnie nigdy nie miałaby okazji go poznać. Więc może, cholera, była zadowolona z takiego obrotu wydarzeń. Chociaż oczywiście nie zamierzała mówić tego na głos, bo jeszcze by sobie pomyślał, że zrobił na niej jakieś większe wrażenie. A zrobił. Niestety. Zdziwiła się, kiedy usłyszała, że krawacik jednak nie przepada za przebywaniem w pracy. Uniosła brew w lekkim szoku i przyglądała mu się uważnie, słuchając tego, co mówił. Potem uśmiechnęła się mimowolnie, widząc, jak uroczo opowiadał o swoich ulubionych miejscach. A kiedy wspomniał, że to głupie, że lubi zoo, zmarszczyła nos. - Nie jest głupie - zaprotestowała od razu. - jedno z naszych nastepnych spotkań może być w zoo. Mój treat. - Uśmiechnęła się szerzej. - Podobno czasami robią dla dorosłych wieczorne otwarcia. Sprawdzę w necie i podeślę ci szczegóły.- Jak na kogoś, kto absolutnie nie chciał randkować, zdecydowanie zbyt łatwo przychodziło jej ustalanie kolejnych randekk z nim. I to w tak krótkim czasie.

Ale przecież to nie były randki.

To były s p o t k a n i a. Randko-spotkania.
Bardzo ważna różnica.


‘’Mówisz po ukraińsku?’’

Spojrzała na niego rozbawiona. - Oh, zrobiłeś research? - zapytała, uśmiechając się szeroko. - Tak, moja matka jest z Ukrainy, więc coś tam umiem. Mogę cię kiedyś czegoś nauczyć, jeżeli chcesz. - Usiadła wygodniej na kocyku, wciąż zachwycona tym wszystkim. Całym layoutem, jedzeniem na zewnątrz, i tą absurdalnie romantyczną atmosferą. Oczywiście, gdyby usiadła na niej pszczoła albo jakaś mrówka, z pewnością wydałaby z siebie najbardziej histeryczny dźwięk, ale na razie było naprawdę uroczo. - No tak, zgadzam się - rzuciła po chwili. - Jedyna sztywność, jakiej chcemy na naszych spotkaniach, to ta w twoich spodniach. - Powiedziała to absolutnie odruchowo. Sekundę później wybuchnęła śmiechem, zakrywając usta dłonią. - Fuck, przepraszam! Nie to miałam na myśli. - Automatycznie zerknęła na jego rozporek, po czym szybciutko odwróciła wzrok, jakby jej własne oczy ją zdradziły. A potem, żeby chociaż trochę uratować resztki godności, nachyliła się i musnęła kącik jego ust, szczerze dziękując mu za tę piękną randkę.

Opierając się na przedramionach, uniosła głowę ku górze i przymknęła oczy, pozwalając ciepłemu powietrzu muskać jej twarz. Przez chwilę po prostu chłonęła ten moment. Kiedy poczuła jego obecność, zanim jeszcze zdążył się odezwać, otworzyła oczy. Ten zapach. Te jego perfumy które robiły z nią rzeczy do których nie chciała się przyznać... Zerknęła na niego spod rzęs swoimi niebieskimi ślepiami. - W czym mogę pomóc? - wydusiła z siebie, udając, że absolutnie nie czeka na to, co zrobi dalej. Ale on najwyraźniej miał inne plany. Poczuła przyjemne dreszcze, kiedy przesunął nosem po jej szyi. Tak powoli, tak blisko, że mimowolnie odchyliła ją delikatnie do tyłu, jakby jej ciało samo robiło mu miejsce. Każdy jego oddech na skórze sprawiał, że w środku czula ekscytacje. Każdy pocałunek składany na jej łabędziej szyi, na obojczykach, przyprawiał ją o zawrót głowy. Wydobywała z siebie ciche mruknięcia i ledwo słyszalne jęki, których nawet nie próbowała powstrzymywać. Po co miałaby to robić, skoro i tak czuła, jak cała jej pewność siebie powoli rozpływa się pod jego ustami? A potem połączył ich usta w namiętnym pocałunku. Chciała więcej. Oczywiście, że chciała więcej. Ich języki splatały się w idealnym tempie, raz wolniej, raz odważniej, odbierając jej ostatni tlen, który jeszcze wił się gdzieś w płucach. Serce biło jej coraz szybciej, a dłonie aż rwały się do tego, żeby przyciągnąć go bliżej. Tak, żeby nie było między nimi ani centymetra r o z s ą d k u. I właśnie wtedy on to przerwał. Odsunął się. Jakby nic. I życzył jej smacznego. Vita przez sekundę po prostu patrzyła na niego z niedowierzaniem. No nie. Nie, nie, nie.

Co za bezczelne zachowanie!

Najpierw ją całował. Składał te cholernie wilgotne pocałunki na jej szyi, na obojczykach, jakby naprawdę należała tylko do niego, a potem odsuwał się jak gdyby nigdy nic, z tym swoim bezczelnym uśmiechem, jakby właśnie nie zostawił po sobie śladów, których jej ciało nie potrafiło tak po prostu zignorować. FUCK NO. Vita Holloway zdecydowanie nie zamierzała na to pozwolić. Odrzuciła pałeczki na bok i w zaledwie kilku ruchach, może uważnych, a może wcale nie, znalazła się na nim, popychając go dłonią w klatkę piersiową tak, by położył się plecami na kocu. Usiadła na nim okrakiem i nachyliła się nad nim, opierając dłonie po obu stronach jego głowy, a potem poruszyła biodrami powoli, ocierajac sie o jego męskosc... zupełnie specjalnie, tylko po to, żeby trochę z nim pograć. - Nie można tak robić! - rzuciła oburzona, marszcząc nos. - Nie możesz tak mnie całować i potem nagle przestawać… - Zbliżyła się do niego jeszcze bardziej i musnęła jego usta delikatnie, niemalze niewinnie. Tylko że z każdą kolejną sekundą coraz mniej niewinne wydawało się to, jak bardzo chciała zrobić to znowu. Jego usta stawały się dla niej jak jakiś przeklęty, zakazany owoc, którego już raz spróbowała i teraz nie mogła udawać, że nie pamiętała jego smaku. Zakazany. No właśnie. Bo przecież dalej była mężatką. Nawet jeżeli wróciła do panieńskiego nazwiska, nawet jeżeli w głowie już dawno odcięła się od tamtego życia, papier wciąż mówił coś innego. Legalnie wciąż miała męża. Wiedziała, że nie każdemu by się to spodobało, a Aidena tak naprawdę przecież nie znała. Nie chciała mu o tym mówić. Nie teraz. Nie w tej chwili, kiedy wszystko pomiędzy nimi miało smak droczenia i ciepła rozlewającego się w jej ledzwiach. To nie było nic poważnego. Tak przynajmniej próbowała sobie wmówić. Nie myślała o związku. Nie była zainteresowana żadnym emocjonalnym angażowaniem się w kolejną relację, bo jedna niemal ją zniszczyła i naprawdę nie potrzebowała powtórki z rozrywki. Wolała zatrzymać tę informację dla siebie. Zobaczyć, jak to wszystko się potoczy. Dać sobie ten jeden wieczór bez analizowania konsekwencji, choć jej głowa oczywiście już próbowała robić wszystko na przekór. Chwyciła jego dłoń i uśmiechnęła się zadziornie. - To tak, jakbym ja teraz zrobiła coś takiego… - Wsunęła jego dłoń pod swoją bluzkę i powoli poprowadziła ją wyżej, czując ciepło jego palców na własnej skórze, aż jego opuszki nie musnęły jej sutka. Zatrzymała ją na moment, tylko na tyle długo, by napięcie pomiędzy nimi zdążyło zgęstnieć, po czym nagle odsunęła się i szybko wstała, opuszczając jego rękę. Spojrzała na niego z góry z uśmieszkiem, choć serce waliło jej jak szalone. Jeszcze chwila, a nie wiedziała, do czego by to doprowadziło, gdyby z tyłu głowy nie miała wciąż tej irytującej świadomości, że byli w miejscu publicznym. Że gdzieś obok mogli być ludzie. - A potem zrobiła coś takiego? - zapytała, unosząc brew. - Jakbyś się z tym poczuł? - Podniosła nogę, obeszła go powoli i uklękła za nim na trawie. Nachyliła się nad jego twarzą, ujmując ją w obie dłonie. Przez chwilę po prostu na niego patrzyła. W te jego abstrakcyjne tęczówki, które za każdym razem działały na nią w sposób, którego nie potrafiła nazwać i którego, szczerze mówiąc, trochę nie chciała rozumieć.

Bo skoro nie chciała od niego nic więcej, to dlaczego za każdym razem, kiedy patrzyła mu w oczy, coś nieprzyjemnie zaciskało się jej w żołądku? Dlaczego dotykanie go przychodziło jej z taką łatwością? Dlaczego lgnęła do niego tak, jakby jej ciało dawno temu podjęło decyzję za nią? Pragnęła jego pocałunków. Irytowało ją to, ale pragnęła. Tych pocałunków, które tego wieczoru zdawały się znikać z jej skóry równie szybko, jak były na niej składane. Na ustach, na szyi, na obojczykach. Jakby potrzebowała ciągłego przypominania, że naprawdę tam były. Przełknęła ślinę, zastanawiając się, czy powinna powiedzieć to, co właśnie przyszło jej do głowy, ale właściwie… co będzie się ograniczać? Przesunęła kciukiem po jego dolnej wardze, zatrzymując się na tym słodkim pieprzyku, który zdecydowanie zbyt często przyciągał jej spojrzenie. Potem nachyliła się i ucałowała go powoli. Najpierw w kącik ust, później w policzek, centymetr po centymetrze przesuwając się w stronę jego ucha. - YA tilʹky tviy tsiyeyi nochi, tomu ne khochu, shchob ty yoho vytrachav daremno - wymruczała cicho, niemal prosto do jego skóry. Zatrzymała się na moment, pozwalając słowom zawisnąć między nimi, zanim dodała niższym tonem, - To znaczy, że bardzo chcę, żebyś się mną dzisiaj zajął, bo dzisiejszego wieczoru jestem tylko twoja, ogniku. - Musnęła zębami płatek jego ucha, po czym odsunęła się nagle, jakby nic się nie stało. Usiadła obok niego, chwyciła pałeczki i nachyliła się po kawałek sushi. Zamoczyła go w sosie sojowym, wsunęła do ust i przymknęła oczy, wydając z siebie długie, przeciągłe mruknięcie zadowolenia. Po tym, jak odchyliła lekko szyję do tyłu, przeżuwając jedzenie, mógł bez trudu domyślić się, że naprawdę jej smakowało. - Mmm, pyszka - mruknęła, oblizując delikatnie wargę. - Jesteś naprawdę dobry w tych randko-spotkaniach, Aiden. To się ceni. - Zaśmiała się pod nosem, zerkając na krajobraz przed nimi. Słońce powoli chowało się coraz niżej, rozlewając po niebie ciepłe odcienie różu, pomarańczy... - Gdybyś mógł teraz zrobić jedną rzecz albo przeteleportować się w jedno miejsce, co by to było? - zapytała po chwili, przekręcając głowę w jego stronę. No tak. Holloway uwielbiała zadawać pytania. Nawet wtedy, kiedy bardzo wyraźnie próbowała odwrócić własną uwagę. Lubiła poznawać ludzi, ich myśli i intencje... Zwykle wychodziło jej to zajebiście z rozgryzywaniem ich.... Z małym wyjątkiem. Z nim.

rybka
ODPOWIEDZ

Wróć do „Kew Gardens”