ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
172 cm
artystka, reżyser Meridian Arts Centre
Awatar użytkownika
“There is no exquisite beauty… without some strangeness in the proportion.”
— Edgar Allan Poe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

005.
I think it's 'cause I'm clumsy
I try not to talk too loud
Maybe it's because I'm crazy
I try not to act too proud

trigger warning
morderstwo, krew, przekleństwa
Zwyczajny wieczór — przynajmniej tak próbowała go traktować. Jeden z tych rzadkich dni, kiedy mogła wyjść z teatru bez ciągłego oglądania się przez ramię, bez irytacji zaciskającej się na karku za każdym razem, gdy telefon zawibrował w kieszeni płaszcza. Cisza wydawała się niemal podejrzana, ale mimo wszystko przyjemna.
Od kilku dni nie widziała jego twarzy.
Nie pojawiał się pod budynkiem. Nie przysyłał kwiatów, które bardziej przypominały demonstrację możliwości finansowych niż jakikolwiek romantyczny gest. Nie próbował zaczepiać jej po próbach, myśląc perfidnie, że prędzej czy później wszystko da się kupić — uwagę, prywatność, sympatię, cudze granice. Najgorsze było jednak to, że twierdził, iż coś o niej wiedział. Za każdym razem, gdy o tym wspominał, czuła nieprzyjemny chłód pod skórą, choć rozsądek podpowiadał jej, że blefował. Musiał blefować. Ich sekret był zbyt szczelnie zamknięty, zbyt ostrożnie pilnowany przez ostatnie trzy lata. Cała trójka nauczyła się żyć tak, by nie zostawiać śladów. Żadnych wiadomości. Żadnych zdjęć. Żadnych błędów.
Dlatego nie zgłaszała go na policję.
Zresztą znała realia aż za dobrze. Ludzie naprawdę znikali. Naprawdę ginęli. Funkcjonariusze mieli ważniejsze rzeczy na głowie niż bogaty stalker kręcący się wokół kobiety z teatru. Dopóki ktoś nie robił się agresywny, wszystko pozostawało tylko niewygodą. Problemem do przeczekania. Może właśnie dlatego, gdy skręciła w boczną uliczkę za teatrem, jej mózg przez kilka pierwszych sekund kompletnie nie rozumiał tego, na co patrzy.
Dostrzegła sylwetkę opartą o mur.
Potem ciemną plamę rozlaną po mokrym bruku.
A dopiero później twarz. Ciało spoczywało niezgrabnie przy ścianie kamienicy, jak marionetka, której przecięto wszystkie sznurki naraz. Deszcz przykleił jasne włosy do bladego czoła, a otwarte oczy patrzyły gdzieś ponad nią — martwe już nie tylko biologicznie, ale i społecznie, pozbawione tej nieznośnej iskry samozachwytu, która zawsze doprowadzała ją do furii. Pisk wydarł się z gardła cienko, niemal żałośnie, zupełnie niepasująco do kobiety, która jeszcze kilka godzin wcześniej z wyższością rozszarpywała ego jakieś stażystki na części pierwsze. Teraz jednak stała pośrodku cuchnącej alei, a rzeczywistość oblepiała kostki ciężarem czegoś gorszego niż strach — panicznej świadomości konsekwencji. Oczy biegały nerwowo po ciemnych frontach kamienic, po mokrym bruku, po rozmytych światłach latarni drżących w kałużach krwi niczym chore refleksy sumienia. Szukała pomocy. Świadka. Dorosłego, który wyrwałby ją z tej absurdalnej sceny i powiedział, co należy zrobić dalej, jakby nagle cofnęła się do dzieciństwa, do czasów, gdy odpowiedzialność należała jeszcze do cudzych barków.
Przecież niczego mu nie zrobiła.
Nigdy nawet go nie dotknęła; to on krążył wokół niej wcześniej niczym wygłodniały kundel, agresywny w tej swojej obleśnej pewności, że kobiece granice istnieją wyłącznie po to, by odpowiednio silny mężczyzna mógł je przesuwać. A teraz leżał martwy. Lub prawie martwy. Lub — do cholery — oby jeszcze żywy.
Bucior obsunął się niepewnie w gęstej jusze.
Oddech ugrzązł jej w płucach.
Dłoń szarpała materiał płaszcza w panicznym poszukiwaniu telefonu, palce plątały się niezgrabnie między podszewką, jakby ciało nagle utraciło całą wyuczoną elegancję i zostało sprowadzone do czystego biologicznego chaosu. Serce waliło brutalnie o żebra, boleśnie, niemal zwierzęco; organizm rozumiał zagrożenie szybciej niż rozum, szybciej niż duma.
Cholera... cholera... — Kucnęła przy nim; drżące palce dotknęły szyi mężczyzny i momentalnie przeszył ją odruch obrzydzenia — skóra była dziwnie lepka, nienaturalnie ciężka w bezruchu. Szukała tętna rozpaczliwie, desperacko nawołując jego receptory do wznowienia swej pracy. Nie chciała jego śmierci; chciała wyłącznie, żeby przestał być jej problemem. Żeby wstał, splunął krwią, zwyzywał ją nawet i odszedł w cholerę z własnym ego oraz paskudnym zapachem wody kolońskiej. — H-halo... policja?Jeden sygnał, drugi... nieubłagalnie trzeci, gdy nareszcie zasłyszała po drugiej stronie spokojny głos kogoś z dyspozytorni. Co właściwie miała powiedzieć?! Znalazła trupa, ale go nie zabiłam? W uszach jej szumiało, jakby krew wdzierała się w kanały słuchawe, mącąc jej trzeźwość dziwnym letargiem. — Znalazłam tru... ciało! Znalazłam ciało...
Spoiler
Frankie :podrywacz:
Chyba mam problem...
Pomóż mi
Wiadomość...
Aaron Blackwood
MinnieMouse
dogadajmy się, a będzie dobrze <3
29 y/o
For good luck!
188 cm
detektyw wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Miał dość na dzisiaj. Współpraca z O’Harą nie przebiegała za dobrze, ale nie spodziewał się niczego innego. Nie byli zgrani, częściej marząc o tym, by dać sobie wzajemnie po pysku, niż skupić się całkowicie na pracy.
Był zły na siebie, że jego partner tak na niego działał i Aaron nijak nie potrafił zapanować nad emocjami. przepełniała go jawna niechęć i nie robił nic, by ją zniwelować. Powinien, tak nakazywał mu zdrowy rozsądek. Jednak Ricky niczego nie ułatwiał, co drażniło Azjatę jeszcze bardziej.
Patowa sytuacja.
Skończył pisać raport, marząc o tym, by znaleźć się w domu. Należało mu się trochę odpoczynku. Mózg miał przepełniony do granic nowymi informacjami w sprawie podejrzanego zabójstwa, nad którym pracował. Nie było szans, by wymyślił coś więcej. Nie, kiedy każda cząstka mężczyzny błagała o chwilę snu. potrzebował go, by poukładać w głowie chaos, który szalał tam niczym tornado, nad którym coraz ciężej było zapanować.
Złożył dokumenty na biurku, zebrał swoje rzeczy i pożegnawszy się z garstką kolegów siedzących w biurze, wyszedł.
Tyle na dzisiaj.
Wsiadł do samochodu i już miał ruszać do domu, kiedy jego telefon zawibrował. Raz, drugi, trzeci. W ten sposób dał mu znać, że dostał wiadomość.
Sięgnął po komórkę, by sprawdzić, kto się do niego dobijał. Mógł to zignorować, ale poczuł pod skórą mrowienie, które jakby krzyczało, żeby tego nie odwlekać. Policyjna intuicja dawała się momentami we znaki i nijak nie potrafił jej wyłączyć. Nie potrafił również ignorować, mając wrażenie, że ilekroć próbował, było jeszcze gorzej.
Odczytał tekst. Krótki, ale wystarczający, by zmusić go o porzuceniu planu powrotu do domu. Jeszcze przyjdzie na to pora.
Odpisał, równie krótko, by dowiedzieć się, gdzie była. Chciał wierzyć, że chodziło o jakaś błahostkę; może była pijana i nie miała jak wrócić do domu? Może zepsuł jej się środek transportu, a do przystanku było za daleko?
Chciał by tak było i z taką myślą, usilnie maskującą nieprzyjemne uczucie ogarniające go coraz bardziej, ruszył w stronę miejsca, gdzie była.
Niespełna dziesięć minut później dostał wezwanie; tyle z jego wolnego wieczora.
Odpisał kobiecie, że nie może przyjechać, że czeka go praca. Ktoś ponownie został zabity, co w tym mieście stanowiło ostatnio prawdziwą plagę. Ile jeszcze?
Nie mogąc się pozbyć mocniej ogarniającego mrowienia, dziwnego uczucia niepokoju, skierował się w stronę potencjalnego miejsca zbrodni.
W pierwszej chwili nie połączył kropek, tak oczywistych. Kiedy dotarło do niego, że ciało znaleziono w pobliżu miejsca, które zaledwie chwilę wcześniej podała mu Francesca, przyspieszył.
Na litość wszystkiego, żeby tylko nie chodziło o nią. Niech to nie ona będzie ofiarą.
Miał prawo do takich myśli, widząc już na tym świecie wiele. Nie zawsze dało się być niepoprawnym optymistą, niezależnie, jak się próbowało. Z naturą człowiek nie wygra.
Zaparkował, by chwilę później wysiąść i skierować się we wskazanym kierunku. Był tu pierwszy, może i lepiej. Rickiego powiadomi później, albo jutro.
Kilka kroków i odetchnął z ulgą. Rozpoznał kobiecą sylwetkę przy murze. Nie wyglądała na martwą.
Zaraz jednak wzrok powędrował ku ciału znajdującego się tuż obok. Ogarnięty złym przeczuciem, zbliżył się.
-Fran? - rzucił cicho, powstrzymując się od powiedzenia dalszej części.
Coś ty zrobiła?
-Co tu się stało? - spytał. Wiedział, że za niespełna kilka minut będzie musiał poinformować o konieczności zawiadomienia techników. Przez ten ułamek czasu chciał dowiedzieć się jak najwięcej i odpowiedzieć na zasadnicze pytanie - Jaką rolę odgrywała w tym wszystkim jego koleżanka.

Francesca de Villiers
Mua
narracji pierwszoosobowej, nierealnych sytuacji, postaci do porzygu idealnych
30 y/o
For good luck!
172 cm
artystka, reżyser Meridian Arts Centre
Awatar użytkownika
“There is no exquisite beauty… without some strangeness in the proportion.”
— Edgar Allan Poe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Patowość sytuacji polegała na tym, że niezbyt wiedziała już, co począć — ani ze sobą, ani z ciałem, ani z własnymi dłońmi, które ledwie przed momentem dotykały trupiego chłodu; otarła je więc pospiesznie o materiał płaszcza, raz i drugi, z odruchem równie rozpaczliwym, co idiotycznym, jakby śmierć dało się zetrzeć z opuszków palców podobnie łatwo jak kurz z półki lub kroplę wina z obrusa. Nie dało się. Oczywiście, że się nie dało.
Cholera.
Mogła rano zgarnąć ten upierdliwy samochód i pojechać nim do pracy. Mogła. Mogła zachować się rozsądnie — przewidywalnie wręcz — odhaczyć dzień pomiędzy jednym obowiązkiem a drugim, wyjść z budynku o właściwej godzinie, zamknąć za sobą drzwi i wrócić do domu jak każdy pieprzony człowiek, który nie kończy wieczoru z trupem zalegającym obok własnych butów. Mogła zrobić tysiąc innych rzeczy, każdą mniej katastrofalną od tej jednej, która z niezrozumiałych przyczyn rzeczywiście się wydarzyła. Zamiast tego krążyła bez celu pośród mroku, deptając nerwowo ten sam odcinek podłoża, jakby intensywność kroków mogła wydeptać odpowiedź. Nie mogła. Wiadomość od przyjaciela nie pomogła — lakoniczna, szybka, wrzucona od niechcenia pomiędzy inne zajęcia. Zajęty. Naturalnie — pracował ciężej niż niejeden zwyczajny szarak, mierząc się z obrzydliwościami tego świata. Partnerowi nie dała znać. Nie chciała. Być może dlatego, że nie umiałaby ubrać tego w słowa; być może dlatego, że wyobrażenie go spokojnego, pochłoniętego pracą, funkcjonującego jeszcze po stronie świata, który nie cuchnął krwią i końcem, wydawało się zbyt kruche, by je naruszyć jednym telefonem.
Cholera.
W końcu ugięła się obok trupa, znużona własnym bezruchem w ruchu; torba opadła przy nodze bezwładnie, sama skuliła się przy ścianie, przyciągając kolana pod brodę i wtapiając twarz w materiał spodni, jakby chciała zniknąć w sobie całkowicie — złożyć ciało do środka, wymazać kontur, zamilknąć na amen. Palce drżały, gdy wyciągała papierosa; zapalniczka zaiskrzyła niechętnie, dopiero za którymś razem, jakby i ona rozumiała niestosowność chwili. Zaciągnęła się mocno. Zbyt mocno. Dym rozszedł się po płucach z brutalną litością i dopiero wtedy poczuła, że wciąż oddycha. Siedziała więc obok martwego człowieka i paliła, jakby nikotyna miała cokolwiek rozgrzeszyć — ją, jego, ten wieczór, wszystkie błędne decyzje ostatnich godzin. Żar tlącego się papierosa migotał w ciemności niby żałosna latarnia nad miejscem zbrodni albo modlitewna świeca postawiona nie temu świętemu.
Zabijcie mnie… — wydusiła wreszcie gdzieś w przestrzeń, głosem chropawym od dymu i paniki. Cisza nie odpowiedziała, drgnęła tylko końcówka papierosa — litościwie zmagająca uczucie bezradności. W uszach zaczęło jej cholernie piszczeć, skroń pulsowała nadwyrężając nerwy wzrokowe — traciła oddech w pieprzonej panice, zatracała się w jednym faszyzmie sytuacji. — A-aron?? — jeden wdech i drugi; oddychaj, mówił umysł, chociaż płuca nie zamierzały grać wraz z nią odpowiedniego tembru współpracy. Więc dlatego był zajęty — bywała pod wrażeniem, jak szybko działała komunikacja między służbami. Nie jestem winna...Ja tylko... Ja tylko go znalazłam...Przysięgam!
Zabijcie mnie, pozwólcie zniknąć — myśli tłukły jej się po czaszce niepokorne i rozjuszone, jak ćmy oszalałe od światła, tłukące skrzydłami o szkło bez szansy na ucieczkę; niespokojne do granic mdłości, udręczone okropnością czynu, którego przecież nie popełniła. Nie popełniła — poczucie winy obsiadło ją ciężarem równie namacalnym co dym w płucach i chłód bijący od nieruchomego ciała. A przecież to on nachodził ją od dni kilku — w teatrze, pod kulisami, przy bocznym wejściu, na korytarzu; zawsze pojawiał się niby przypadkiem, zawsze z tym samym spojrzeniem nikczemnika. Albo chciał, żeby tak sądziła. — P-pracowałam do późna i go znalazłam... — szepnęła, praktycznie nie poznając wiecznie pewnego siebie głosu. Wybacz za problem... Krążył wokół niej z nieznośną pewnością siebie, rzucał półsłówka niby okruchy pod cudze nogi i patrzył, czy się potknie. Wiedział? Blefował? Groził? Bawił się? Teraz leżał bez ruchu i nie zamierzał dopowiedzieć już niczego, drań jeden. Zabrał wszystko ze sobą — każdą odpowiedź, każde wyjaśnienie, każdy sens, pozostawiając jej wyłącznie własną panikę i ten parszywy widok.Ja nie... Nie skrzywdziłam go, przysięgam!

Aaron Blackwood
MinnieMouse
dogadajmy się, a będzie dobrze <3
29 y/o
For good luck!
188 cm
detektyw wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Pojawiając się na jakimkolwiek miejscu zbrodni nigdy nie wiedział czego ma się spodziewać. Niezliczoną ilość razy były to wezwania fałszywe, bo komuś jedynie wydawało się, że doszło do przestępstwa. Innym razem scena zbrodni wyglądała jak pobojowisko ukazujące najgorszą stronę ludzkiej natury i brutalność, do której człowiek był zdolny. Raz zobaczone nigdy nie wylatywało z pamięci. Zdarzały się też sytuacje, w których wezwanie było niemal zwyczajne, jeśli tylko tak można było nazwać ludzkie ciało pośrodku lasu czy w pustym zaułku.
Chociaż Aaron wiedział w swoim życiu naprawdę wiele, tak nigdy nie umiał się przygotować na zastanie na miejscu osoby, którą znał. Nie chciał widzieć nikogo jako ofiary. Nie chciał zajmować się sprawą, w której musiał szukać sprawcy przyjaciela, czy rodziny. Był pewien, że emocje wzięłyby górę nad profesjonalizmem, którym obiecał się zawsze kierować.
Teraz było podobnie. Nawet pomimo wcześniejszego uprzedzenia w wiadomości, czuł niepewność zbliżając się do wskazanego przez Fran miejsca. Nie umiał przewidzieć, co tam zastanie. Nie potrafił z całą pewnością orzec, że nic jej nie jest. Mógł się o to jedynie modlić.
Wątpliwości nie zniknęły, gdy się przy niej znalazł. Pojawiła się ulga, że żyła, miał nadzieję cała i zdrowa. Jedno mógł odhaczyć - to nie była sprawa z koszmaru. Nie tego, który budził w nim taki lęk.
Szybko pojawiły się kolejne pytania, wątpliwości powoli zakradały się do jego ciała, chcąc opanować umysł. To wszystko nie wyglądało dobrze, jej papieros też nie. Był groteskowy, nijak nie potrafiąc wpasować się w otoczenia. Czy tak zachowywała się osoba, która nie miała niczego wspólnego z morderstwem?
Zaraz, przecież nie powinien tak o niej myśleć. Nie chciał. Znał ją i wiedział, że nie była do tego zdolna. To jedynie policyjna dusza pchała go do takich wniosków. Szybko miała się pokłócić z lojalnością do osoby, która miała specjalne miejsce w jego życiu.
Profesjonalizm kontra emocje.
-Dotykałaś czegoś? - spytał rzeczowo, może zbyt bardzo. To nie mogło jej pomóc, ale było ważne. Technicy znajdą wszystko, więc wolał wiedzieć przed nimi. - Jak to się w ogóle stało, że się tu znalazłaś? Wezwałaś pomoc od razu? - Kolejne pytanie, po którym nastała odpowiedź. Zwyczajna, ale nie oczekiwał niestworzonych historii.
Zwlekał z wykonaniem telefonu i potwierdzeniem zabójstwa jak tylko mógł, chcąc poznać jej wersję. Kiedy pojawią się inni, nie potraktują jej z przymrużeniem oka. Stanie się podejrzaną, jak to miało miejsce niemal zawsze w przypadku osoby, która znalazła ciało.
-Spokojnie, oddychaj - położył jej dłonie na ramionach, chcąc ją uspokoić. Potrzebował jej trzeźwego umysłu, a panika nigdy nie pomagała. - Zaraz będę musiał zadzwonić, wiesz o tym, dlatego musimy porozmawiać. Opowiedz mi wszystko dokładnie - poprosił.
Wszystko szło w nie takim kierunku, jak powinno. Później pojawią się tłumaczenia, czemu nie powiadomił ich wcześniej. Wybrnie z tego, skupiając się teraz na kobiecie, która potrzebowała pomocy.
A jednak to dziwne uczucie niepewności nie chciało go opuścić, pragnąc rozwinąć ziarnko niepewności, które się w nim rodziło.

Francesca de Villiers
Mua
narracji pierwszoosobowej, nierealnych sytuacji, postaci do porzygu idealnych
30 y/o
For good luck!
172 cm
artystka, reżyser Meridian Arts Centre
Awatar użytkownika
“There is no exquisite beauty… without some strangeness in the proportion.”
— Edgar Allan Poe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Krew miała swoją pamięć. Przyklejała się do spojrzenia niczym wilgotna mgła do runa, rozpełzała po myślach cienkimi żyłkami skojarzeń, aż przestawała być jedynie substancją, a stawała się wyrokiem. Widziała ją wszędzie — w załamaniach własnych palców, na szorstkości dłoni, na skórze twarzy, której przecież nie dotykała. Umysł był bezlitosnym tkaczem; brał pojedynczą nić rzeczywistości i oplatał ją kokonem własnych lęków, aż nie sposób było odróżnić prawdy od gorączkowego majaku. Jedna kropla stawała się kałużą. Kałuża rzeką. Rzeka prowadziła prosto pod szafot.
Nie zabiłam go.
O-on nie żyje, prawda? — Płuca odmawiały współpracy. Klatka piersiowa kurczyła się spazmatycznie, jakby ciało zapomniało nagle o najbardziej pierwotnej czynności, tej samej, która od narodzin pozwalała istnieć. Powietrze znajdowało się wszędzie wokół, a jednak pozostawało nieosiągalne. Aaron był blisko. Jego dłonie zacisnęły się na ramionach, ciężkie i rzeczywiste pośród świata rozpadającego się na fragmenty. Mówił coś — musiał mówić — lecz słowa ginęły pod naporem własnego tętna dudniącego w uszach. Serce uderzało gwałtownie, chaotycznie, jak spłoszone zwierzę szukające drogi ucieczki przez gęstwinę. — Sprawdzałam... sprawdzałam funkcje życiowe! On... Nic już nie czujeJuż nigdy nie będzie czuł niczego. Papieros ostatni raz zakrawał o blade wargi, nim żar zasyczał cicho, gdy zetknął się z mokrym brukiem. Deszcz rozmazywał świat, wygładzał kontury, zamieniał ostre krawędzie w niewyraźne plamy. Chciała zazdrościć tej wodzie; zdolności do zmywania śladów, do rozpuszczania dowodów istnienia. — Do pięciu minut od znalezienia tego mężczyzny... Chyba się duszę... Czekaj...
Myśl. Myśl, do cholery.
Przerażenie było pasożytem żerującym na rozsądku. Czuła, jak dobiera się do kolejnych warstw świadomości, jak rozrywa je cierpliwie, pozostawiając po sobie jedynie nagi instynkt przetrwania. A instynkt nie znał logiki. Kazał uciekać. Gryźć. Krzyczeć.
Mów prawdę, Fran.
Prawda jednak wydawała się czymś odległym, niemal abstrakcyjnym wobec ciężaru spojrzeń, które mogły spaść na nią za chwilę. Wobec wyobrażonych kajdan już zaciskających się na nadgarstkach. Wobec wizji ludzi gotowych uwierzyć w krew bardziej niż w słowa.
Aaron, ja tylko opuściłam teatr i... Myślałam, że to jakiś pijaczyna, ale krew wydała się dziwna... — Odpowiedź opuściła jej usta ledwie słyszalnym szeptem, konspiracyjnym i kruchym zarazem, jak gdyby wypowiedziane głośniej słowa mogły nadać rzeczywistości ostateczny kształt. Spojrzenie jednak ponownie uciekło ku nieruchomej bryle ciała rozciągniętej na mokrym bruku. Zwłoki. Jeszcze przed chwilą człowiek, teraz jedynie materia pozbawiona własnej woli, cichy dowód na to, jak niewiele trzeba, by życie zostało odarte z ruchu, głosu i znaczenia. — Aaron ja go znam, rozumiesz do cholery?! Jego firma sponsoruje większość przygotowywanych sztuk... — Psychopata — tak właśnie o nim myślała. Drapieżnik ubrany w ludzką skórę, istota uparcie krążąca wokół wybranego celu niczym wygłodniały wilk wokół granic cudzego terytorium. Pojawiał się raz za razem, ignorując sygnały odrzucenia, ślepy na granice wyznaczane spokojem głosu i uprzejmością gestów. Przynosił kwiaty — martwe narządy roślin odcięte od korzeni, barwne trofea mające udawać uczucie. Lądowały w koszu. Czasem trafiały do rąk asystentki. Nigdy do serca. — Nachodził mnie od dwóch miesięcy, dzień w dzień... A dziś leży martwy...
Dopiero po chwili odnalazła spojrzeniem znajomą twarz. Nie mundur. Nie odznakę. Nie funkcję. Jego — rysy, które pamiętała jeszcze z czasów, gdy oboje byli bardziej naiwni, a świat wydawał się mniej okrutny w swojej przewidywalności. Przyjaciel. Kolega z niewdzięcznej przeszłości, utkanej z błędów, potknięć i dni, podczas których człowiek uczył się oddychać mimo ciężaru rzeczywistości przygniatającej mostek. Przez moment poczuła, jak paniczny ścisk wokół serca nieco słabnie. Bo kiedy wszystko inne rozpadało się na fragmenty — krew, deszcz, strach i martwe ciało zalegające kilka kroków dalej — on pozostawał czymś znajomym. Stałym punktem pośród chaosu. Dowodem, że nie cały świat zamienił się jeszcze w obce, drapieżne terytorium.

Aaron Blackwood
MinnieMouse
dogadajmy się, a będzie dobrze <3
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mel Lastman Square”