ODPOWIEDZ
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa i +18
Mogli dzisiaj zginąć.
Madox walczył w klatce już od kilku ładnych lat, był praktycznie dzieciakiem, kiedy Diego go w to wkręcił, mógł mieć piętnaście albo czternaście lat, ale nigdy do tej pory nie czuł, że było tak blisko. Nie czuł oddechu Śmierci na karku, jak dzisiaj.
Nie w klatce, ale na tej pierdolonej plaży, kiedy Trucizna bił go na oślep, a potem ciął jej udo nożem. Naznaczył ją.
Pierdolony Trucizna, który też skończył z nożem wbitym w szyję. A mógł nawet i z poderżniętym gardłem...
Ale przecież oni nie byli tacy.
Złodziejami też nie byli, a ukradli samochód. Nie czuli też do siebie nic wcale, bo to tylko adrenalina. Cały czas to sobie wmawiali. I jak jeszcze pod sklepem mogło to działać. Adrenalinowy haj, który mieszał im w głowach, to czy potem na plaży to wszystko się nie wyjaśniło?
Czy to jak ich spojrzenia uciekały do siebie za każdym razem? Jak bardzo chcieli zrobić to znowu , pocałować się, podczas tej gry, to nic nie znaczyło? A potem te wszystkie wyznania, jebany gwóźdź do trumny. I to jak oni walczyli o siebie z Trucizną.
A teraz.
Teraz już po prostu przepadli, w spojrzeniach, w dotyku, w tym jak byli blisko siebie. Bo już mogli.
Tu i teraz.
Dlatego szarpnął się do niej od razu, bez zawahania, bez żadnego zastanowienia. Nie kierował się już głową, tylko tym co czuł. Swoim czuciem. Czarne spojrzenie zawiesił na jej ustach, bo to już było nieuniknione. Nawet jeśli miałoby ich zniszczyć, spalić na popiół. Nawet jeśli miałoby boleć, tak jak jej powiedział, to co z tego?
Obje tego chcieli, czuli to w spojrzeniach, które ślizgały się po ich mokrych twarzach, które lądowały na oczach, na ustach, na piersiach, gdzie te dwa serca szalały już tak mocno. Tak mocno, że czuli je na sobie, wzajemne bicia serc.
- Niech boli... - powtórzył po niej zaczepnie i już jego oddech musnął jej wargi, a on przysunął się do niej bliżej wbijając palce w skórę na jej plecach, w te siniaki, które zostawił jej Trucizna. Uśmiechnął się kiedy kazała mu to zrobić, bo zwariuje. On sam już też wariował. Nie mógł oderwać od niej spojrzenia, od błyszczących oczu okalanych długimi rzęsami, gdzie zatrzymywały się krople wody. Od jej pełnych ust.
Ja pierdole...
Od jej piersi, które odsłonił ściągając z niej koszulkę, widział już rysujący się pod cienkim materiałem kształt, kiedy sama zdjęła z siebie stanik podczas gry, ale przecież... nie widział jej nago. Nigdy. Oddech już urywał mu się w piersi, był już na nią tak nakręcony, tak nią zachwycony, że kiedy w końcu to zrobił, kiedy ją pocałował, nie było w tym wcale nieśmiałości. Kurwa, czysta agresja i pożądanie, ogień.
Tyle ognia jak jeszcze nigdy nie było mu dane czuć.
Zacisnął palce na jej piersi, drażniąc jej sutek, które reagował na niego w momencie. Mruczał jej w usta jak dziki kot, jaguar, kiedy z jej gardła wychodziły te ciche jęki. Coraz głośniejsze... Gdy ich języki tańczyły ze sobą gorącą salsę, walczyły o dominację, jakby chcieli sobie pokazać, które z nich... chciało mocniej, bardziej. Bardziej się nie dało.
Znowu dociskał ją do obłożonej kafelkami ściany, która grzała się pod ich gorącymi ciałami. Jego ręce chaotycznie błądziły po jej skórze, po piersiach, po brzuchu i pośladkach, zahaczały za materiał jej jeansów.
- Ja pierdole... - te słowa ułożył na jej wargach, kiedy na moment się od niej oderwał, na tej jeden moment, żeby złapać w płuca więcej powietrza, żeby go nie odcięło. Bo mogło.
Działała na niego tak, jak żadna inna dziewczyna na świecie.
A kiedy oparła palce na jego pasku, kiedy wyciągała go ze szlufek, to opuścił na dół czarne spojrzenie i teraz on warknął - hazlo - w jej lekko rozchylone usta. Zarzuciła mu mokrą skórę na kark, ciągnąc go do siebie, tak, że znowu na nią napierał, znowu mruczał w jej usta, kiedy łączyły się z tymi jego w pocałunku, zachłannym, dzikim, takim, który w głowie robił rozpierdol, w sercu też, to samo robił z ich ciałami. Każdy jebany mięsień spinał się pod jej dotykiem, każda komórka ciała wyrywała się do niej, jakby chciał czuć ją wszędzie. Cały kurwa płonął. Dla niej. Ból mieszał się z przyjemnością w najlepszy możliwy sposób. Bolały poharatane usta, ale czy oni się tym przejmowali? Bolały poobijane ciała, każdy siniak i każde zadrapanie, a oni i tak tworzyli sobie nowe.
Kurwa.
Więcej, mocniej, intensywniej. I bliżej. Bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Nawet te osiem lat temu nie byli tak blisko jak dzisiaj. Bo wtedy może kochali się całym sercem, ale byli jeszcze dziećmi, a teraz...
Nie było w tym, co ze sobą robili, ani krzty niewinności.
Jego palce odszukało zapięcie jej spodni, szarpnął. Przesunął krótkim paznokciem po suwaku, i może by go już odbezpieczył, ale wtedy z ust Pilar padło to i co, a Madox uniósł jedną brew, nabrał nawet powietrze w płuca, jakby miał jej faktycznie tłumaczyć, co będzie teraz. A z jego gardła wyszedł niekontrolowany pomruk, kiedy jej palce przesunęły się po jego brzuchu, niżej, każdy mięsień zadrżał pod tym dotykiem i się spiął w ten kurewsko przyjemny sposób - nie... - zaczął, kiedy zapytała, czy dalej uważa, że to adrenalina, chociaż ona też w tym była. Cały kalejdoskop różnych emocji. Takich, których on nie znał i nie czuł ich może jebane osiem lat - a co to znaczy? - zapytał, ale bardziej dlatego, żeby pociągnąć ją za język, niż faktycznie miałby się jeszcze nad tym zastanawiać, bo on już wiedział.
Puścił guzik jej spodni, przesunął w dół suwak i teraz wystarczyło je tylko z niej ściągnąć, zaczepił palcami o jej wystającą bieliznę i ją szarpnął. Znowu pochylał się do niej, ale teraz jego wargi tylko zaczepiły o kącik jej ust, o żuchwę, i zeszły na szyję, chociaż kiedy powiedziała to trzeba ci to będzie zaszyć, to poderwał do góry głowę, to zaraz patrzył na nią czarnymi, tym razem już od pożądania, oczami.
- Pojebało cię Pilar - mruknął i wywrócił ślepiami - nakleimy trzy plastry i będzie okej, a poza tym... - sięgał już palcami do jej dłoni, które odbezpieczyły już guziki jego spodni. Przez chwilę się zawahał, zastanawiał czy nie powinien pozwolić jej posunąć się dalej. Chciał.
Ale Madox wcale nie był jeszcze nauczony, że można się dzielić po pół, bo on znał tylko to, kiedy on decydował. On się rządził. Robił to, co chciał, a teraz chciał jej. Tak kurewsko jak jeszcze nigdy i nikogo - nie uciekniesz mi już - przełożył jej ręce nad głowę opierając je o ścianę, zaciskając palce na jej nadgarstkach, krępując ją, kiedy jego wargi znowu odszukały jej pełne, gorące usta, ale tym razem złożył na nich już tylko krótki pocałunek, szarpnął za to zębami jej zasinioną dolną wargę, jakby tego bólu mieli jeszcze mało.
I mało wszystkiego, bo jego usta schodziły niżej po jej szyi, na obojczyk, gdzie też zostawił jej pieczątkę, po uszczypnięciu zębów, na piersi, którym poświęcił więcej czasu. Jedną ręką wciąż trzymał jej ręce, nawet gdy się do niego wyrwała, a ta druga odpięła jej spodnie i szarpała je w dół - quiero… tu - chcę... ciebie, chciał, mogła czuć, jak bardzo, kiedy jej jeansy osunęły się na dół, a on na nią naparł, tak, że jego nabrzmiałą, gotową męskość od niej dzielił tylko cienki i kompletnie przemoczony materiał jego bokserek i jej bielizny. Spodnie wisiały mu na biodrach, ale zsunął je razem z tymi jej na podłogę i dopiero teraz ją puścił, żeby zaraz zaciskać palce na jej pośladkach, podniósł ją przyciskając do siebie, a kiedy oplotła go nogami, to znowu oparł ją o ścianę, jeszcze kopnął te ich mokre, ciężkie jeansy na bok, i prawie się przy tym wyjebał, więc z parsknięciem na ustach, znowu opierał głowę o jej pierś - jakbym się teraz poślizgnął... i skręcił kark... - wydusił na raty, bo oddech wciąż był płytki, urywany, dziki, kiedy ich mokre klatki piersiowe obijały się o siebie - zanim ci to powiem... - podniósł spojrzenie na jej usta, a zaraz na czarne, piękne oczy. Co jej chciał powiedzieć?
Kolejne tajemnice? Czy kolejne grzechy?
- Zanim to zrobię... - czyli jednak grzechy.
Zdecydowanie tak, bo on już znowu chaotycznie, znowu jakby chciał wszystko na już, teraz... Dla siebie. Szarpał jej bieliznę w dół. Mokre majtki zarzucił sobie na ramię, jak jakieś pierdolone trofeum, a czarne spojrzenie wbił w jej oczy.
Te oczy.

quiero… tu ༘˚⋆𐙚。⋆𖦹.✧˚
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, +18, nagość
Niezależnie od tego, jak bardzo wypierała się tych wszystkich uczuć, jakie do niego miała, nie raz widząc go z Rosą, zastanawiała się na tym, jak smakowały jego usta. Czy wciąż jak czekolada pomieszana mango z odrobiną śliny? Beztrosko? Czy może już zupełnie inaczej, kiedy przez te osiem lat jego usta pocałowało tak wiele pięknych kobiet. W końcu kiedy mieli po dziesięć lat i dzielili ze sobą pierwszy w ich życiach pocałunek, każde z nich było w tym wszystkim nowe. Dopiero uczyli się o tym, co go w ogóle byłī robaki w brzuchu i jak nie zaciskać ust za mocno, żeby móc w ogóle musnąć te wzajemne.
Teraz wszystko było inne.
On smakował inaczej.
Smakował tak kurewsko dziko i dobrze, że uginały się jej kolana. W niczym ten ich wygłodniały pocałunek nie przypominał tych sprzed ośmiu lat. Ich języki błądziły w jednym tańcu, podczas gdy usta kradły sobie wzajemnie resztki powietrza. Nawet w najśmielszych snach nie spodziewała się, że ktoś w ogóle był w stanie się tak całować. Jakby jutra miało nieć. Wzniecać w niej tak wiele emocji. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czuła. Nie przy Tio ani przy żadnym innym facetem, z jakim przyszło jej być przez ten cały czas rozłąki. I teraz oni te nabyta doświadczenia łączyli ze sobą w ognistej salsie. Tak kurwa palącej skórę, że cała łazienka momentalnie zaparowała.
Wiła się pod jego dotykiem. Pod tym jak błądził dłońmi po jej ciele, jak okrywał ją zupełnie na nowo, to już kobiece ciało, którego nigdy przecież nie widział w takiej formie. Ona tego jego przecież też nie. Badali się, chaotycznie i bez opamiętania, oboje przyznając przed sobą nawzajem, że to wcale nie była tylko adrenalina. Że to było kurwa coś więcej. Pierdolone połączenie dusz, które rozsadzało od środka.
Sama nie wiedziała, co jej dokładnie odjebało, że zaproponowała to szycie. Nawet nie chciała tego robić. Na moment tylko przejęła się jego twarzą, jednak kiedy jego pełne usta powiedziały, że ją pojebało, zaśmiała się głośno. Jej śmiech wypełnił pomieszczenie i… ona chyba sama nie pamiętała, kiedy ostatni raz się przy nim tak szczerze zaśmiała. Dawno chyba tego nie słyszał.
I dobrze — wydyszała gdzieś w eter, gdy schodził pocałunkami po jej szyi, przy okazji rozbrajając materiał luźnych spodni. — Bo teraz mam zamiar robić z tobą zupełnie inne rzeczy — rzuciła bez najmniejszych ogródek. Pilar nie była nieśmiała, nigdy przecież nie była. Zawsze mówiła wszystko, co nawijało się jej na głowę, nie bała się chłopców i potrafiła być bezczelna. I teraz, kiedy już zrzuciła z siebie przed nim wszelkie filtry, nic ją kurwa nie mogło powstrzymać przed tym, czego chciała.
A chciała jego.
Jak jeszcze nigdy nikogo na tym zasranym świecie. Miała wrażenie, że dosłownie zwariuje, jeśli zaraz nie będzie miała go jeszcze bliżej siebie. Wyrwała się do niego odpinając i jego spodnie i szarpiąc nimi w dół. Tylko nawet nie zdążyła ich porządnie zdjąć, bo on już z nie uciekniesz mi już na ustach, krępował jej dłonie tuż nad głową, wbijając ją jeszcze mocniej w rozgrzane już kafelki.
Nie mam zamia… zamiaru. To chciała powiedzieć. Ale nawet kurwa nie zdążyła, bo on już szarpał w dół jej spodnie, wciąż nie pozwalając jej się ruszyć. Chore było to, jak bardzo ją to kręciło. Jak on tak prostymi rzeczami potrafił nakręcić ją do tego stopnia, że nie potrafiła nawet mówić, łapiąc ciężko powietrze. Drżała w jego uścisku, a zaraz potem jeszcze jęczała prosto w jego usta, kiedy złapał ją za pośladki i uniósł w górę. — Llévameweź mnie, prosiła, raz po raz całując zachłannie jego obłędne usta. Krew szalała w jej żyłach na pełnych obrotach, już nawet nie czuła żadnego bólu, żaden krwiak jej nie bolał i nawet ta krew z uda nie robiła na niej żadnego wrażenia, bo ona całą uwagę poświęcała tylko i wyłącznie jemu. — Muéstrame cuánto me deseas pokaż, jak bardzo mnie chcesz, podjudzała go, zaczepiała, jakby to w ogóle było potrzebne. Przecież czuła kurwa bardzo dostadnie, jak bardzo jej chciał, gdy docisnął do niej materiał bokserek, a twarda, nabrzmiała męskość otarła się o to jej najbardziej wrażliwe miejsce. Nawet nie zauważyła dokładnego momentu, w którym jej biodra naturalnie zaczęły się na nim poruszać, dociskać jeszcze bardziej, wraz z nogami, które kurczowo trzymały się o biodra. Nie miała zamiaru go puszczać, więc majtki musiał z niej dosłownie zerwać. To akurat nie był problem, bo przecież Pilar tego dnia nawet nie miała na sobie koronki, a bezczelne, wyłudzane stringi, które cały wieczór wystawały spod luźnego materiału spodni.
Słuchała go, gdy próbował się z nią komunikować gdzieś pomiędzy pocałunkami, ale dopiero gdy zaczął o tym powiedzeniu jej Bóg jeden wiedział czego, odsunęła się bardziej i spojrzała w jego oczy. W te kurwa obłędnie ciemne oczy, w których nie sądziła, że mogła zakochać się jeszcze bardziej. A może to uczucie zawsze tam było, a tylko dowiedzenie się prawdy je odblokowało? To, że teraz wiedziała, że nie zostawił jej, bo nic do niej nie czuł, a bo jedyne czego chciał to rodziny, która i tak odwróciła się do niego plecami.
To ja ci coś powiem — wtrąciła się, kompletnie niespodziewanie. Jakby zaskoczyła tym samą siebie. Przesunęła palcami gdzieś po jego mokrej głowie, drapiąc skórę, nawet na moment nie spuszczając z niego spojrzenia. — Jesteś wart każdej miłości, Madox — wyznała, patrząc mu głęboko w oczy. Może to nie był dobry moment na takie zwierzenia, ale kiedy on chciał jej coś powiedzieć, kiedy tak na nią patrzył, ona nagle poczuła jeszcze większą, że powiedzieć mu to, co chciała jeszcze na plaży. — Zasługujesz na to, żeby cię kochać. Mocno i szczerze — bo to co mówił Tio nigdy nie było prawdą. To jak złamał mu wtedy serce. To kurwa dobre, dziesięcioletnie serce, które przecież robiło co mogło. I ono dalej tam było. Pilar widziała to dzisiaj jak na dłoni, kiedy walczył o wszystkich, których kochał. Kochał, bo on kurwa umiał kochać. Najlepiej, jak potrafił. Po prostu wyrażał to w zupełnie inne sposób. — I ja ciebie k… kocham? To chciała powiedzieć? Najpewniej, ale nie było jej to dane, bo nagle z dołu wybrzmiał… dzwonek do drzwi. Jeden po drugim. A ona zamarła w bezruchu.
Co jest kurwa? — rzuciła niby do siebie, ale przecież też do niego. Serce waliło jej jak szalone. I w każdych innych okolicznościach miałaby to w dupie, kompletnie olała i zajęła się nim, ale przecież nie dzisiaj. Bo tu nie miał kto przychodzić pod jej dom. Nikt kurwa nie dzwonił na ten przestarzały, stary dzwonek. — Trzeba to sprawdzić — dodała tak kurwa niechętnie, jak niechętnie opuściła z niego nogi. Musieli chociaż dowiedzieć się kto to. Sprawdzić, czy tu w domu wciąż było bezpiecznie.
Zakręciła kurek, a dzwonek wybrzmiał znowu. I znowu. Puściła Madoxowi jedynie pełne… przerażenia? żalu? spojrzenie i złapała za ręcznik. Owinęła go sobie tuż nad piersiami i niepewnie zeszła po schodach. Chciała powiedzieć mu, żeby został na górze, ale przecież kurwa i tak by tego nie zrobił. Zamiast tego…
W kuchni zaraz przy lodówce są noże — poinstruowała go, gdyby cokolwiek się wyjebało, a ona powoli podeszła do drzwi. Jej ciało wciąż drżało, domagając się powrotu do Noriegi, a nogi to miała kurwa jak z waty. Przysunęła się do drzwi i spojrzała przez judasza. — Policja — odwróciła się do Madoxa i wyszeptała praktycznie ledwo słyszalnie. Nie powinna otwierać? No pewnie nie, ale z drugiej strony… — A co jak to chodzi o ciotkę albo Matiasa? — bo po co innego przyszliby do jej domu? Skąd mieliby adres. — Schowaj się — warknęła przyciszonym tonem, kiedy dzwonek po raz kolejny wybrzmiał energicznie tuż nad ich głowami. — Madox, kurwa, już — tym razem jej ton brzmiał jak ten nieznoszący sprzeciwu, a potem z gulą w gardle uchyliła drzwi. Cała mokra w ręczniku, który… gdzieś na dole przybierał czerwonego koloru.
Dobry wieczór. Pilar Stewart? — odezwała się kobieta w mundurze, przyglądając się jej od góry do dołu. Stewart miała wrażenie, że zaraz kurwa wszystko dosłownie pójdzie się j e b a c. Bała się chyba bardziej niż kurwa na plaży, kiedy Trucizna rył jej nożem w nodze.
Tak, co się stało? — spytała, szczerze zaskoczona.
Dlaczego pani tak długo zwlekała z otworzeniem? — otrącił się policjant, a jego partnerka spojrzała na niego wymownie.
No chyba widać, że pani brała prysznic, tak? — odezwała się pierwsza, a Pilar tylko skinęła głową. — W każdym razie. Przychodzimy w dość delikatnej sprawie… Madox Noriega, zna go pani, prawda? — spytała, a Stewart momentalnie poczuła, jak robi się jej niedobrze. Zacisnęła mocniej palce na drzwiach, wbijając paznokcie w drewno. Czuła jego obecność gdzieś za korytarzem. Siknęła głową.
To kolega mojego chłopaka, a o co chodzi? — szła w to w zaparte, chociaż była z niej mocno średnia aktorka.
Jest poszukiwany. Niejaki… Ticiano Martínez wniósł na niego skargę o brutalne pobicie — wyjaśniła po krótce, zaglądając w swój kajecik. — Kiedy ostatni raz go pani widziała?
Kilka godzin temu? Nie pamiętam. Był razem na imprezie na plaży ze wszystkimi — szyła jak mogła, ale za nic nie potrafiła ocenić, czy oni w ogóle jej w cokolwiek wierzyli, kiedy ona sama ledwo umiała nad sobą zapanować. Miała ochotę krzyczeć, ale przecież nie miała jak. Bała się o Madoxa, a w tym wszystkim nie mogła uwierzyć, że Tio naprawdę zgłosił Noriegę na policje. Ja pierdole.
Mieli jeszcze kilka pytań o samą imprezę, czy widziała rzekomą bójkę i stan w jakim był jej chłopak, ale naturalnie powiedziała, że nie, bo była wtedy tańczyć, a potem nie mogli się znaleźć. Kobieta spisywała coś w zeszycie, informując, że gdyby cokolwiek się zmieniło, to ma się kontaktować i może nawet byłoby okej, gdyby nagle jej partner…
Pani krwawi — zauważył, wskazując na jej nogę, po której spływał stróżka krwi, a ona w jednej chwili poczuła, jak wszystko kurwa wymyka się spod kontroli. Kurwa. Kurwa. Kurwa.
Ah to? To... — zaczęła, miotając się, mając w głębi serca jakieś pojebane resztki nadziei, że Madox coś wymyśli. Cokolwiek. Jakkolwiek odciągnie ich uwagę. Może używając radiowozu, który stał gdzieś zaparkowany z boku ulicy? Cokolwiek. Albo będzie naprawdę źle.

Te lo ruego, piensa en algo
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, +18
Pierdolone połączenie dusz, które oni poczuli już wtedy, kiedy jako dzieciaki razem walczyli z bliźniakami, wspinali się na drzewo i rozmawiali o tym, jak będzie wyglądała jego wymarzona dziewczyna, albo jej chłopak.
To już wtedy zadziałało, coś kliknęło.
A później siedziało w nich to osiem lat, u-śpio-ne. Teraz się obudziło, z tymi pocałunkami, z tym całym pojebanym dniem, który jednak wcale się nie kończył.
A mógłby, tu w tej łazience...
Mogłaby mu nawet zszyć już ten łuk brwiowy, w akompaniamencie tego śmiechu, którego dawno nie słyszał.
Słyszał, ale zazwyczaj tak śmiała się przy Tio, albo Marie, bo przecież nie przy nim, kiedy jego do wczoraj... Dzisiaj rano nawet, wcale nie lubiła.
A teraz zaglądali sobie w oczy, z malującymi się na twarzy uśmiechami, tak głęboko, jak chyba jeszcze nigdy, cali poranieni, wciąż jeszcze w strugach wody, która mieszała się z krwią. Czuł na języku jej smak. Smak krwi. Gdy schodził pocałunkami niżej, po jej szyi, ale kiedy powiedziała to bo teraz mam zamiar robić z tobą zupełnie inne rzeczy, poderwał do góry głowę. Bo przecież nie byłby sobą, gdyby on zaraz nie pytał - jakie? - wiedział jakie. Oboje wiedzieli do czego to prowadzi, a jednak Madox lubił ciągnąć za język. Grać nie tylko dotykiem, który między nimi był już elektryzujący, ale też słowem. Co w duszy, to na języku.
I on też już chyba chciał jej powiedzieć wszystko.
Że mu nie ucieknie, nie było nawet takiej opcji, kiedy sięgał do jej dłoni, kiedy krępował je jej nad głową. Nie miała szans, a kiedy zaczęła to nie mam zamia… ru?, uśmiechnął się do niej bezczelnie.
- Ani szans... - nie miała, nie dzisiaj, nie teraz. Kiedy już ściągał z niej spodnie, kiedy nie dał się jej ruszyć. Chciał ją wziąć, tak... jakby była jego. Tak, jak chciał...
Oboje chcieli.
Co przecież było widać, w tych zachłannych pocałunkach. W tym jak ich palce błądziły chaotycznie po mokrej, rozgrzanej skórze, siniakach, zadrapaniach, jakby one nie miały teraz żadnego znaczenia. Bo chyba nie miały, adrenalina wciąż krążyła w żyłach. Adrenalina, ale nie tylko ona. Bo już sami to przecież ocenili, że to nie było tylko to, zdecydowanie coś więcej. Pożądanie?
Też.
Tak kurewskie, że oboje to czuli, to jak bardzo chcieli siebie, ocierali się o siebie, mokry materiał o mokry materiał, mokra skórą o mokrą skórę, i te palce, które sięgały do policzków, odgarniając z nich jej ciemne kosmyki, które lepiły się wszędzie, między nimi. Zerwał z niej majtki, te wyuzdane stringi, przewieszając je sobie przez szyję. Nawijał, co chciał jej powiedzieć, co z nią zrobić. A te słowa, wyznania, układały mu się na języku, i wylądowały by może między ich nagimi, mokrymi piersiami, które obijały się o siebie od tych szybkich, urywanych oddechów, gdy spuścił spojrzenie. Ale ona już zadzierała do góry jego głowę, opierając mu dłonie na policzkach.
To ja ci coś powiem, miał zapytać co, ale ugryzł się w język, zamknął, słuchając jej i tylko mruknął, kiedy jej paznokcie sunęły po jego skórze, między czarnymi kosmykami. Spojrzenie zawiesił na jej pięknych błyszczących, oczach.
Jesteś wart każdej miłości, Madox, serce w piersi szarpnęło mu się do niej mocno i on też, wyrwał się do niej, bo nigdy przecież w to nie wierzył...
Przecież on nie umiał kochać, jego nie umieli kochać, tak mu powiedział Ticiano, ale... przecież jego własna matka i ojciec też go nie kochali. Matka może kiedyś, dawno temu.
Zasługujesz na to, żeby cię kochać. Mocno i szczerze - zasługiwał? Kiedy on przecież... złamał jej serce, wtedy, swoje i jej. Kiedy potem przez te osiem lat był jakąś taką paskudną wersją siebie? Wcale nie był. Bo Madox mógł się zarzekać, że jest zły, niedobry, złośliwy. Owszem, bywał, ale gdzieś tam pod tą skorupą, siedziało przecież naprawdę dobre serce, skore do poświęceń, waleczne, i oddane. Gdzieś tam głęboko, i Pilar je dostrzegła, bo on dzisiaj je jej pokazał, wiele razy. Tylko jej.
Bo ono... tylko dla niej biło. Zawsze.

Czekał na to co powie, to słowo, które on też miał w głowie, w sercu. Na języku.
Kocham cię. Te quiero. Te amo. Pilar.
Tylko, że to już nie padło, żadne wyznanie. Bo zamiast tego wybrzmiał... dzwonek do drzwi. Agresywny, wdzierający się w ten cały nastrój, który między sobą stworzyli nachalnie.
Tak jak lubili? Nie, kurwa, zupełnie inaczej.
- Poczekaj... - jeszcze chciał ją zatrzymać, zaciskając palce na jej nadgarstku. Jeszcze chciał zostać z nią w tej bańce, w tej wyimaginowanej bezpiecznej przestrzeni, którą sobie tu stworzyli, w strugach wody, z tym zawieszonym między nimi kocham cię, ale się nie dało. Dzwonek przerwał ciszę, znowu i znowu, a kiedy Pilar powiedziała to trzeba to sprawdzić, to skinął głową. Chociaż kiedy mu uciekła, to oparł na moment czoło o płytki, tak, że woda spłynęła mu tym razem po karku. W końcu się ruszył, wciągnął na siebie mokre bokserki i te ciężkie od wody jeansy, ciotka na pewno się wkurwi, bo pomoczył jej podłogę, ale... nie mógł ryzykować, bo jeśli to był ktoś od Trucizny? Albo ktoś, kto go szukał?
Skinął głową, kiedy powiedziała mu gdzie są noże, chociaż liczył, że nie będzie musiał ich używać, a kiedy powiedziała to policja, to pokręcił głową. Chciał jej powiedzieć, żeby nie otwierała, bo miał kurewsko złe przeczucia, po prostu wiedział, że chodziło o niego. Ale nie odważył się, kiedy powiedziała to, że co jeśli chodzi o ciotkę, albo Matiasa. Jeszcze raz uniósł ciemne tęczówki na jej piękne, błyszczące oczy - Pilar, ja ciebie... - zaczął, gdy kazała mu się schować, ale kiedy go pośpieszyła, to nawet tego nie dokończył. Wycofał się w cień, do korytarza.
Na początku słuchał ich rozmowy. Kiedy padło jego nazwisko, a potem to, że Ticiano złożył na niego skargę. Serce w piersi waliło mu znowu w szaleńczym rytmie, tak że kiedy przyciskał plecy do ściany to czuł jak obijało się o żebra. Cholerny Ticiano. Jego kurwa brat.
Więcej nie słuchał, bo zgarnął z wieszaka jakąś bluzę z kapturem, adidasy Matiasa i ubierając się po drodze, wyszedł tylnym wyjściem.
Może rzeczywiście chciał odwrócić uwagę policji? Może nawet by to zrobił? Gdyby tylko los (jebane kostki) nie uznał, że na dzisiaj już jego fart się wyczerpał. Skończył.
Bo kiedy przedzierał się przez ogródek na przód domu, to narobił hałasu i policjant, który zainteresował się nogą Pilar, od razu zwrócił na to uwagę. A później zwrócili już oboje, kiedy zakapturzona postać wypadła z boku na trawnik.
- Kto...? Co... - wyrzuciła z siebie policjantka oglądając się jeszcze na Pilar. Ukrywała go?
A Madox stanął jak gdyby nigdy nic, obejrzał się w ich kierunku, a zaraz wyrwał biegiem wzdłuż ulicy. Oczywiście, że pan policjant rzucił się za nim w pościg. I chociaż jego koleżanka po fachu najpierw chciała się wrócić do Pilar, to w końcu też ruszyła z miejsca, do radiowozu. Bo może nie tak to miało wyglądać, ale Noriega specjalnie na początku puścił się biegiem ulicą. Żeby oboje ruszyli dupy. Syrena zawyła i samochód ruszył z piskiem opon. Rzeczywiście teraz tylko brakowało, żeby zajechał mu drogę i go mieli. Ale Madox jeszcze pomyślał i przeskoczył przez niski płotek otaczający podwórko Pani Flores, skręcił w podwórko, między domy. A policjant za nim. Jego koleżanka zajechała z drugiej strony. I jeśli Pilar wyszła przed dom, to jeszcze mogła słyszeć...
- Stój, bo strzelam! - pana policjanta. A potem jeszcze kilka krzyków jego koleżanki po fachu - Stój! Rzuć nóż! - nie zatrzymał się, a ostrze z tego kuchennego noża, które wskazała mu Pilar, błysnęło gdzieś w jego ręcę. Ciszę przerwał huk wystrzału. A potem kolejny. I cisza. Martwa cisza zapanowała dookoła. Pani Flores wyszła na ganek, kilka osób powychodziło z domów pobudzonych przez hałas, ale wszystko działo się z tyłu domu. Gdzieś na podwórku.
Madox leżał na ziemi, na świeżo skoszonej trawie, którą przecież przycinał jeszcze przed walką. Zapach świeżo skoszonej trawy, to ostatnie, co pamiętał.

Te quiero, Pilar ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, agresja
Złamał jej serce, to fakt.
Do tego stopnia, że przez osiem lat nie chciała go znać. Miała do niego żal. Największy o to, że nigdy nie powiedział jej dlaczego. Nie wyjaśnił, nawet nie próbował — po prostu zniknął z jej życia i chociaż wciąż łączył ich Ticiano, to Madox pozwolił jej nienawidzić się przez cholerne osiem lat.
I Pilar dopiero dzisiaj zrozumiała, że to wcale nie było tak, jak podpowiedziała jej głowa. Że on wcale nie zrobił tego z zimnym sercem, kompletnie bez emocji, ale że to jego również pękło na pół tamtego letniego wieczoru. Że to wszystko nie było jego winą, a jego najlepszego przyjaciela, człowieka, którego uważał za swojego brata, a który bezczelnie i w pełni świadomie wbił mu nóż w plecy. Ticiano zawsze interesował tylko czubek jego własnego nosa, ale nikt nie zdawał się tego zauważać.
Do dzisiaj.
Do dnia, w którym wyszło, że jego intencje nigdy nie były szczere. Że tak naprawdę od zawsze robił wszystko pod siebie. Za dzieciaka, kiedy Madox musiał mu wszystkiego odstępować, kiedy patrząc mu prosto w oczy mówił, że nie potrafił kochać i nie zasługiwał na Pilar, aż do pełnoletności, w której nie tylko zdradzał swoją dziewczynę, ale i był skłonny zdradzić nawet własnego brata. Pierwszy raz z Rosą, spotykając się z nią za jego plecami, a drugi, kiedy poszedł na policje wnieść na niego oskarżenie.
Stewart z początku nie chciała w to uwierzyć. Nie potrafiła zrozumieć dlaczego to zrobił. Jak bardzo musiało poprzestawiać mu się w głowie, żeby chcieć wsadzić swojego najlepszego przyjaciela za uderzenia, które swoją drogą mu się należały. I nawet stojąc przed policją, kompletnie zestresowana, jej głowa uciekała do tych wszystkich powodów. Kręciła się wokół tego, jak Madox wiecznie miał ze wszystkim pod górkę, jak ludzie którymi się otaczał, dosłownie robili wszystko, żeby nie był szczęśliwy. I jak ona mogła być na niego jakkolwiek zła, za to co zrobił, jako dzieciak, który tylko potrzebował miłości i rodziny?
Nie mogła.
Tak jak teraz, nie mogła pozwolić na to, żeby go znaleźli.
Więc łgała policji prosto w twarz. Zarzekała się, że wcale go nie widziała, że ostatni raz to na imprezie i to jeszcze w dodatku przed tą cała sytuacją z Ticiano. Że to z pewnością było jakieś jedno, wielkie nieporozumienie. I może nawet by jej to wyszło, uszło na sucho, bo kobieta już się odwracała, żeby odejść, ale wtedy Pan ciekawski musiał zauważyć to, jak na białym ręczniku pojawia się czerwona plama, która po chwili również zaczęła płynąć po jej nodze. W głowie już wertowała możliwe wymówki: okres? Zacięcie przy goleniu? Tylko co z tego, co ona chciała powiedzieć, jak Noriega zamiast się posłuchać i siedzieć w środku postanowił wyrwać się do przodu i wyjść na ogródek.
Wiedziała, że to on.
Wszędzie poznałaby jego sylwetkę, to jak się poruszał. Serce podeszło jej do gardła, a kiedy ruszył przed siebie, uciekając w stronę domu pani Flores, Pilar od razu chciała się do niego wyrwać. Tylko pierwszy puścił się policjant z głośnym stój, policja na ustach, które wryło się w głowie Stewart i zadzwoniło tak kurewsko nieprzyjemnie, że na moment aż ją odcięło. Stała w tym pieprzonym ręczniku zawiniętym wokół ciała i kompletnie nie wiedziała, jak powinna się zachować. Cóż, na pewno nie powinna robić tego, co finalnie zrobiła. Bo nim policjantka porządnie wsiadła do auta i ruszyła na sygnale, by zajechać poszukiwanemu drogę, Pilar też ruszyła boso po kamieniach i trawie, biegnąć w ich kierunku.
Nie miała żadnego planu. Najmniejszego rozwiązania na to, co zrobi, jak już ich znajdzie, ale przecież nie mogła tak bezczynnie stać. Nie kiedy chcieli go znowu jej odebrać. Była gotowa pójść z nim do samego dna piekła. Byle razem.
I kiedy gdzieś z tyłu ogrodu Pani Flores wybrzmiewało to stój bo strzelam, ona przyśpieszyła jeszcze bardziej. Nogi całe ją piekły, stopy były poharatane. Przedzierała się przez krzaki, mając wrażenie, że tu liczyła się każda sekunda. Wyleciała na trawę akurat w momencie, gdy wybrzmiały strzały. Stanęła jak wryta, czując, że całe jej ciało na moment się zatrzymało: serce przestało pracować, krew przytkała się w żyłach, a głowa na moment naprawdę myślała, że go straciła. Nawet nie potrafiła krzyknąć, głos kompletnie ugrzął jej w gardle. Najgorsze dziesięć sekund w jej całym życiu.
Tylko w jedenastej zobaczyła, że broń, którą trzymał policjant, jest skierowana ku górze, a wokół Madoxa, który leżał na podłodze nie było żadnej krwi. Nie mu nie było. Nic mu kurwa nie było. Westchnęła głośno, próbując na nowo łapać powietrze do płuc. Oczy miała całe zaszklone. Tylko to przecież wcale nie był koniec, bo facet już gotowy był się na niego rzucić.
Tylko wtedy znowu stało sie coś kompletnie niespodziewanego. Pani Flores, która wyszła na swój ogród, pierwsze skrzyżowała z Pilar spojrzenie, a zaraz potem zaczęła krzyczeć. Głośno. Jakby ktoś obdzierał ją ze skóry. Policjanci od razu odwrócili się w jej stronę, a mężczyzna pobiegł sprawdzić, czy jakimś cudem jej przy tym wszystkim nie postrzelił. Nie zmieniało to jednak faktu, że policjantka już nachylała się do Madoxa z kajdankami, depcząc mu po ręce, w której wcześniej trzymał nóż. I może Pilar powinna to jakoś inaczej rozegrać, zastanowić się, jakoś to wszystko przekalkulować, ale tu chodziło kurwa o Madoxa. Ona przy nim nigdy nie myślała. I znowu, tak jak wtedy gdy wskoczyła za nim do klatki, zrobiła coś skrajnie głupiego. Mianowicie złapała za jednego z kwiatków w wielkiej donicy od Pani Flores i zaszła kobietę od tyłu, dosłownie r o z t r z a s k u j ą c jej to na głowie. Uderzenie było tak mocne, że ceramika puściłą się jej po włosach, razem z ziemią i runęła na podłogę wraz z kobietą, która chyba straciła przytomność.
Kurwa, co ona robiła?!
Madox, szybko — nachyliła się do niego, szarpiać go mocno, akurat kiedy policjant odwrócił się w ich kierunku.
Stójcie!! — warknął, gotowy rzucić się w pościg i tym razem pewnie wcale nie pudłując, ale wtedy Pani Flores, opadła na niego swoim ciałem i… pewnie uratowała im tyłki. Dosłownie. Bo za ten czas, w którym mężczyzna zebrał się z desek i spod Pani Flores, Pilar i Madox już rzucili się ogródkiem w przeciwną stronę. Serce biło jej na pełnej, krew szumiała nawet w uszach, a adrenalina chyba przez cały dzień nie była tak wysoka, jak w tamtej chwili.
Madox, radiowóz — kolejny skrajnie durny pomysł, ale innego przecież nie mieli. Już i tak złamali prawo. On był ścigany, ona targnęła się na życie policjantki… wsadzą ich. I tak ich kurwa wsadzą, jeśli zaraz nie uciekną. Nie mieli wyjścia.
Wpadli do auta. On za kółko, a ona z tyłu. Nawet nie było zgaszone, więc Madox po prostu odjechał z piskiem opon. W policyjnym radiu mogli słyszeć, jak wpada zgłoszenie na to, co własnie miało miejsce i dokładnie podane dane pojazdu, którym się przemieszczali. Nie mogli w nim długo zostać. I tak zaraz po całym mieście będą ich szukać. Musli przejechać nim tylko tyle, ile mogli, żeby oddalić się od miejsca zdarzenia, a potem jakoś się ulotnić.
Tu. Tu sie zatrzymaj — wskazałą mu jakaś ciemną uliczkę, gdzie nie było nawet latarni. Wypadli z pojazdu, ona w tym pieprzonym ręczniku, który ledwo trzymał się na jej ciele, kompletnie boso, ze łzami w oczach, na takim haju z adrenaliny, jak chyba jeszcze nigdy. Tak mocnym, że chyba jeszcze do niej nie docierało, co oni odjebali. Oboje. Ale przede wszystkim ona. — Potrzebuje jakieś ciuchy — rzuciła niby do niego, niby do siebie, rozglądając się dookoła, gdy biegli pomiędzy jakimiś domami. — Tam!! — machnęła ręką w stronę posiadłości, na której ogrodzie było wywieszone pranie. Wciąż lekko wilgotne, ale przecież to był akurat najmniejszy problem. Szarpnęła za pierwsze lepsze spodnie, o wiele na nią za duże i bluzę, która wisiała na niej prawie do kolan.
Madox, ja pierdole. Co ja zrobiłam? — spojrzała na niego przelotnie, chyba pierwszy raz, odkąd uciekli z posiadłości Pani Flores. — Myślisz, że ją zabiłam? — zadrżała z przerażenia. A może z zimna, kiedy zrzuciła z siebie ręcznik i zaczęła wciągać czyjeś spodnie. — Musimy stąd spierdalać. Dostać się na dworzec, wsiąść do pierwszego, lepszego autobusu. Ale przecież nie mamy żadnych pieniędzy, to jak my to kurwa zrobimy? Ja pierdole — nawijała jak nakręcona, kompletnie się fiksując na tym wszystkim, kiedy powinno się zachować zimną głowę. Dłonie zaczęły jej drżeć, a serce waliło mocno w piersi. Bo jak oni sobie teraz poradzą? Naprawdę zostawią wszystkich? Na pewno, jesli ona zaraz zejdzie z powodu ataku paniki.

mi refugio seguro
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Madox też nie mógł zrozumieć Ticino.
On traktował go jak brata, mimo wszystko, gotowy za nim wejść w ogień. Gotowy oddać mu wszystko, byle tylko... go mieć.
Chociaż jego.
Bo przecież Madox wiecznie był sam. Samotny Jaguar, który chodził własnymi ścieżkami, zawsze spadał na cztery łapy i szedł przed siebie nie oglądając się do tyłu. Nie zwracając uwagi na to co za plecami. Co było kiedyś.
Nie wypominał Ticiano tych wszystkich przykrych słów, które mu powiedział. Nie wypominał mu nawet, że przez niego rozstał się z Pilar. Ale dzisiaj jakaś miarka się przebrała, dzisiaj Ticiano cały czas pokazywał jak bardzo był podły, zapatrzony tylko w siebie. Najpierw na walkach, na których obstawił Truciznę, później z Rosą i Pilar, a teraz jeszcze z tym napuszczeniem na niego policji.
Ale może coś w tym było, że Madox zawsze otaczał się nieodpowiednimi ludźmi? On oddałby wszystko, serce miał na dłoni, gotowy był walczyć za swoich, wejść za nimi w ogień, a wiecznie dostawał za to po dupie. Dobrze, że miał ją twardą.
Że zamiast użalać się nad sobą, to on otrzepywał się i szedł dalej, i teraz też zamierzał.
Nie chciał, żeby Pilar miała przez niego problemy z policją, i tak już dzisiaj cały dzień dla niego ryzykowała.
Jedyna osoba na tym skurwiałym świecie, która faktycznie za nim weszła w ogień, do klatki, a teraz... kłamała przed patrolem.
Potem wszystko poszło nie tak jak powinno, bo Madox wyrwał się do tego ogródka. Stanął między domem, a chodnikiem i jeszcze raz spojrzał w kierunku Pilar, zanim rzucił się biegiem drogą. Gdzieś przed siebie, na patrząc w tył. Nie zatrzymując się nawet gdy wybrzmiało za nim to stój policja i dźwięk syreny. Biegł ile sił w nogach, a potem skręcił w znajome podwórko. Wiedział dokładnie jak wyglądało. Liczył na to, że ucieknie. Łudził się...
Wybrzmiał pierwszy strzał ostrzegawczy, a on się zatrzymał, i wtedy to ostrze, które trzymał w dłoni, błysnęło złowieszczo. Drugi strzał, a on odruchowo padł na ziemię. Jakby rzeczywiście chciał się poddać, bo jak miał z tym walczyć? Z pociskami?
Nie miał pojęcia, że Pilar też przybiegła do ogrodu Pani Flores, ani że staruszka wyszła na ganek w szlafroku i kapciach. Policzek oparł o świeżo przyciętą trawę, a serce waliło mu tak mocno obijając się o ziemię, że czuł je w skroniach. Wzrok wbił gdzieś przed siebie, czekał aż go skują. Bo tak to chyba powinno wyglądać, tylko że zaraz w uszy wdarł mu się ten krzyk, upiorny, tak, że Madox aż się obejrzał. A potem to wszystko potoczyło się jakoś szybko. Wypuścił nóź pod naporem buta policjantki, chciał się jeszcze jakoś wyrwać, i nawet kątem oka złapał Pilar, która stanęła nad nią z tą wielką donicą. A potem ceramika pękła z trzaskiem, kobieta osunęła się na ziemię, a Madox szybko się z niej zbierał.
- Chodź! - zaraz złapał Pilar za rękę, mocno, szarpnął ją za sobą, przez ogród, w kierunku ulicy, gdzie stał zaparkowany radiowóz. Skinął głową, kiedy Stewart go wskazała. Nie mieli innej opcji. Wpadli do niego oboje, a Madox nie poczekał nawet aż dobrze zatrzasnęła za sobą drzwi, już ruszał z miejsca z piskiem opon. Prosto przed siebie. Obejrzał się do tyłu - Pilar, po co to zrobiłaś? - warknął do niej, ale przecież wiedział po co. Wiedział nawet chyba co nią kierowało. To co kwitło w nich jebane osiem lat, a dzisiaj wypierdoliło w najbardziej szczery i piękny sposób. Dzisiaj wylewało się w każdym ich geście. I w tym jak zaparkował radiowóz w ciemnej uliczce, którą mu wskazała, a potem doskoczył do niej i złapał ją za ramiona, i znowu przesunął po nich palcami, jakby sprawdzając czy jest cała. Nie była, wciąż udo jej krwawiło, a do tego miała na sobie tylko ten ręcznik - estas loca - rzucił i sięgnął do niej, chciał ją przytulić, kurewsko chciał, ale kiedy powiedziała, że potrzebuje jakieś ciuchy, to on zaraz zdejmował z siebie bluzę Matiasa, żeby jej ją dać. Wszystko by jej oddał.
Może spodnie też, tylko już ruszyli między budynkami, a potem Pilar szarpała go w kierunku tego prania. On też złapał ze sznurka jakąś kolorową koszulę, wciągnął ją na siebie i zaczął zapinać przyglądając się jak do tej wielkiej bluzy zakładała na siebie, równie wielkie, spodnie. Podniósł na nią spojrzenie, na jej twarz, kiedy się odezwała, a zaraz wyciągnął do niej rękę - chodź do mnie - przyciągnął ją do siebie i teraz znowu opierał ręce na jej ramionach, patrzył jej prosto w oczy, w te wielkie, szklące się, piękne oczy - na pewno jej nie zabiłaś. Słyszałaś radio? Atak na policjantkę, wezwali jedną karetkę, żeby po prostu sprawdzili co z nią i Pania Flores, zresztą od takich rzeczy się nie umiera Pilar - on też już jej nawijał. A na jej kolejne słowa pokiwał głową, bo musieli uciekać, teraz już nie było innej opcji. I kiedy ona mówiła o tych pieniądzach i pierwszym lepszym autobusie, to w końcu przytulił ją do siebie. Zamknął w ramionach, palcami sunąc po jej plecach, po włosach, serce waliło mu w szalonym rytmie i mogła to czuć na policzku, który wylądował na jego klacie - spokojnie... Coś wymyślę - powiedział, on, Madox Noriega, który nie umiał brać spraw na spokojnie. W domu obok którego stali zapaliło się światło na ganku, więc znowu musieli się ruszyć. Bo teraz...
Teraz już nie mogli się zatrzymywać. Oglądać za siebie.
Tylko przeć na przód, i Madox znowu złapał ją za rękę i pociągnął za sobą.
- Mam pomysł... - zaczął, kiedy wyszli już na brukowaną ulicę w lepszej dzielnicy, tą która prowadziła do willi. Było cicho, bo jej mieszkańcy pewnie jeszcze spali. I Madox liczył, że w jego domu też wszyscy śpią. Spał Smok i spała Księżniczka - idziemy do mnie... - zaczął i wtedy jego spojrzenie padło na jej poranione, bose stopy. Nawet nie odezwał się słowem, tylko złapał ją na ręce, a kiedy oplotła jego szyję ramionami, to wbił czarne spojrzenie w jej piękne, duże oczy - tylko Pilar… musisz mi zaufać, bo... bo zrobimy coś złego - jakby to, co robili cały czas takie nie było.
Ten dzień mógł się skończyć w łazience, kiedy zaglądali sobie głęboko w oczy.
Nie mógł.
Bo przed nimi ciąg dalszy wrażeń.
Stanęli dopiero przed tym wysokim, kamiennym ogrodzeniem i metalową furtką na tyłach domu, po której pięła się czerwona róża. Postawił ją na trawie i zatrzymał przed sobą, żeby znowu spojrzeć jej w oczy - to co tam zobaczysz... I tak to nie my tu jesteśmy najgorsi, my po prostu nie mamy wyjścia - o co mu chodziło?
Pewnie zaraz się okaże. Uchylił furtkę z cichym skrzypnięciem i wkroczyli do tego pogrążonego we śnie ogrodu. Przez trawnik, prosto do tylnego wejścia, a Madox nawet na moment nie puścił jej ręki, zaciskał na niej mocno swoje palce. Oparł dłoń na klamce modląc się w duchu, żeby było otwarte. Było. Matka często zostawiała mu otwarte tylne wejście. Madox wchodził nim i wymykał się niezauważenie. I dzisiaj też chciał to zrobić. Po cichu, wejść do gabinetu ojca, zabrać z sejfu jego pieniądze i zniknąć.
Uciec, bo musieli stąd spierdalać. Postawił Pilar przy drzwiach w dużej kuchni z marmurowymi blatami, cichej i sterylnej, jakby rzadko ktokolwiek z niej korzystał - zaczekaj - sam podszedł do jednej z kuchennych szafek i sięgnął do tyłu, wyjął z niej dużą apteczkę, którą złapał pod pachę. Znowu wyciągnął do Pilar rękę, znaczyła na podłodze krwiste ślady, on mokre, kiedy przeszli przez kuchnię do długiego korytarza. Madox zatrzymał się nasłuchując, ale dom był cichy, spokojny, jakby niczego się nie spodziewał. Przez chwilę zastanowił się, czy nie powinien tu zostawić Pilar, a sam iść po forsę, ale... nie chciał już dzisiaj jej tracić z oczu, za dużo ich to kosztowało, a zresztą może uda im się chociaż odrobinę opatrzeć na górze? Przebrać? Zacisnął mocniej palce na jej ręce ciągnąc ją za sobą w kierunku schodów. A potem po nich, i prosto do jego pokoju... Na samym końcu. Po cichu... Jak złodzieje.

Simplemente no tenemos otra opción ﮩ٨ـﮩﮩ٨ـ♡ﮩ٨ـﮩﮩ٨ـ
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
30 y/o
PEW PEW
169 cm
śledcza at toronto police service
Awatar użytkownika
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Estas loca.
W niczym się nie pomylił.
Była szalona. Tego wieczoru do reszty postradała rozum. Pogubiła po drodze wszystkie szare komórki, z godziny na godzinę robiąc coraz to większe głupstwa. Dopuszczając się rzeczy, których normalnie wcale by nie zrobiła, ledwo uchodząc z tego wszystkiego z życiem. Wszystko po to, żeby na koniec, jako zwieńczenie tego pojebanego dnia, rozbić ceramiczną donicę na głowie p o l i c j a n t k i, próbując go ratować.
Nie była głupia, wiedziała jak poważne przewinienie to było, a jednak najgorsze w tym wszystkim było to, że ona w tamtej chwili byłaby chyba nawet gotowa ją zastrzelić, gdyby tylko sytuacja tego wymagała. Gdyby Madox był w aż takim niebezpieczeństwie i tylko to dzieliło ją od pomocy mu. Zrobiłaby to. Nawet by się kurwa nie zastanowiła.
A jeszcze tego ranka go nienawidziła.
Obwiniała go za wszystko co złe w swoim życiu. Za to, jak nie potrafiła znaleźć szczęścia z jego najlepszym przyjacielem, bo zawsze to Noriega kręcił się gdzieś z tyłu jej myśli. Za to jak osiem lat temu złamał jej serce, porzucając ją na marmurowych schodach przed domem. Że kłamał jej żywe oczy, że wcale jej nie kochał, że nic do niej nie czuł, że to wszystko, co mieli… było tylko wytworem jej wyobraźni. Nie było. I dzisiejszy dzień był zwieńczeniem tego wszystkiego. To jak oni oddaliby za siebie nawzajem życie… takich rzeczy nie robiło się dla byle kogo, dla byle kumpla. I teraz już chyba oboje to wiedzieli. Jadąc pieprzonym radiowozem, a potem wdzierając się komuś na posesję, żeby ukraść trochę ciuchów. Wiedzieli, że to co między nimi, to było prawdziwe, niepodważalne uczucie.
Pilar czuła to tak bardzo, że nawet jeszcze nie dochodziło do niej, jak poważna była sytuacja. Że oni naprawdę nie mogli tutaj zostać, żę musili uciekać nie tylko spod domu ale całego Medellin. Że teraz na pewno będą ich szukać. Że nawet nie pożegna się z ciotką i Matiasem. Kurwa, nawet nie miała telefonu, żeby do nich napisać. Wciągała na siebie te pieprzone o wiele za duże spodnie i czuła, jak wzbiera się w niej fala łez. Coś tak silnego, jakby te wszystkie emocje, które kisiła w sobie cały dzień, po prostu miałyby się z niej wylać. Tylko wtedy odezwał się on.
Chodź do mnie.
Jego głos był spokojny, opanowany. Jakby nic takiego się nie działo. Jakby on naprawdę wierzył, że jakoś to będzie. Zawiesiła na nim wielkie, ciemne oczy i nawet nie protestowała, kiedy przyciągał ją do siebie. Jego palce wbijały jej się w skórę przez materiał bluzy, podczas gdy te Pilar drżały niebezpiecznie.
Skąd możesz wiedzieć, że nie? Że jej nie zabiłam tą donicz… — nawet nie dał jej dokończyć. Od razu kontrował jej lęki, racjonalnymi argumentami. Tym, że gdyby ją zabiła, słyszeliby w radiu, że potrzebne jest więcej jednostek, że policjantka nie jest ranna, tylko że wlaczy o życie. Miało sens to co jej nawijał i chociaż ona jeszcze przez chwilę kręciła głową, jakby wcale nie chciała mu wierzyć, tak kiedy w końcu przyciągnął ją do siebie bliżej, tak mocno, że zderzyła się z jego klatką piersiową… dopiero wtedy odpuściła. Uniosła dłonie, zaciskając je na materiale jego bluzy, twarz chowając gdzieś na wysokości jego piersi. Czuła na policzku jak waliło mu serce. Jak wyrywało się do przodu, a niespokojny oddech lądował na czubku jej głowy. Drżała w jego ramionach, a on zachowywał stoicki spokój. Zapewniał ją, że coś wymyśli. I Pilar… wierzyła mu. Patrząc w jego wielkie, ciemne oczy, naprawdę wierzyła, że uda mu się coś ogarnąć. Zaraz zresztą informował ja co.
Jak to do ciebie? — zamrugała kilkakrotnie. — Nie możemy, przecież co jak policja przyjedzie do ciebie do domu? Co jak twoi rodzice nas przyłapią, co jak twój ojciec dowie sie… — uda się jej nie zamykały. W swoim analitycznym umyśle miała już sto powodów, dla których nie powinni tego robić. A jednak wystarczyło, że szarpnął ją za rękę nieco mociej, a ona i tak za nim poszła. W ciemno. Wszędzie by kurwa za nim poszła. Zrobiła rzeczy, o których nawet się jej nie śniło.
Przeprawa nie zajęła im długo. Po kilku minutach i trzech płotach do przeskoczenia, stali już przy różanym ogrodzeniu. Pilar mocniej zacisnęła palce na jego dłoni. Nigdy wcześniej nie była u niego w mieszkaniu. Nie miała pojęcia, czego mogła się spodziewać. Ale chyba nic dobrego, biorąc pod uwage to, co powiedział jej przed samym wejściem.
A kto jest najgorszy? — dopytała, kompletnie nie wiedząc, o co mu chodzi. — Madox, co ty chcesz zrobić? — musiała go przecież pomęczyć. Nawet przerażona, Pilar Stewart zawsze była ciekawska, lubiła wiedzieć. Tylko wtedy czuła, że miała jakąkolwiek kontrolę nad sytuacją. Chociaż tą to akurat straciła już dzisiaj milion razy, więc co tam jedno w tą w czy w tą?
Bose stopy w końcu stanęły na idealnie wypolerowanych kafelkach w ogromnej kuchni. W powietrzu unosił się zapach jedzenia. Buñuelos? Aż zaburczało jej w brzuchu. Nie zwróciła jednak na to uwagi i przesunęła się powoli bliżej wyspy, kiedy kazał jej czekać, sam szukając apteczki. Po jej stopie sączyła się krew. Zostawiała po sobie plamy, już nie tylko z brudu, ale też czerwonej cieczy.
Madox… co z tym? — szepnęła, pokazując mu ślady na podłodze, ale on złapał ją za rękę i znowu ciągnął ich w głąb domu. Tym razem po schodach i korytarzem do ostatniego pokoju. Jego pokoju. Stewart czuła, jak mocno wali jej serce. Jak krew szumi w żyłach i pulsuje nawet na skroniach. A jednak kiedy Madox zamknął za nimi drzwi… pozwoliła sobie rozejrzeć się dookoła. Blask księżyca rzucał wystarczająco światła na ściany i środek pomieszczenia. Przesunęła palcami po zdjęciu na którym był z Rosą, a potem jeszcze jedno z Ticiano i jego matką. Jedno jak był dzieckiem. Dziesięcioletnim szkrabem z wielkimi, brązowymi oczami, w których tak bez pamięci się zakochała. Aż westchnęła głośniej i uśmiechnęła się pod nosem. A potem spuściła wzrok w dół, gdzie malowała się czarna plama.
Kurwa — syknęła, unosząc stope. — Trzeba to jakoś zatamować — przecież nie mogła zostawiać po sobie tak znaczących śladów. Momentalnie sięgnęła do guzika spodni, ale nawet nie musiała go odpinać, bo spodnie i tak były na nią o wiele za duże. Wystarczyło że pchnęła je w dół, a same spadły aż do podłogi. A ona znowu stała przed nim prawie naga. Miała na sobie jedynie bluzę, która co prawda większość i tak przysłaniała. — Daj tą apteczkę. Są w niej jakieś bandaże? — przeszła do łóżka i przysiadła na brzegu. — Chociaż chyba trzeba to pierwsze odkazić? — sięgnęła do lapki przy łóżku i dopiero, kiedy promień światła padł na jej nogę, mogli zobaczyć, jak bardzo czerwona dookoła zrobiła się ta pieprzona literka T, która wyrył jej nożem Trucizna. Aż od samego patrzenia zaczęło ją to bardziej piec.
Kurwa.

Solo tú puedes calmarme
kasik (dc: kasik_srasik)
nudy. a tak poza tym, to używania AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
34 y/o
MADITO
184 cm
właściciel klubu i informator policji | Emptiness
Awatar użytkownika
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granicy między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkinie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
A rano siedzieli spokojnie w kawiarni, planowali imprezę na plaży, ona ze swoim chłopakiem, a on z dziewczyną, i z Marie, którą mieli się wspólnie zająć.
Rano łączyła ich tylko Marie, bo przecież nic więcej.
A teraz między nimi było tyle różnych emocji, tak silnych, że cały jebany świat mógł płonąć, mógł się walić im na głowy, a oni trzymając się za ręce szli przez to obce podwórko, uciekali. Przed policją, przed Trucizną.
Razem, a między nimi zawieszone to wyznanie, które przecież nie padło. Ale ich serca już to czuły, ich spojrzenia, już to mówiły, kiedy zaglądali sobie znowu w oczy, przy sznurku, na którym wisiały czyjeś... czyste majtki.
Sytuacja była... chujowa. I to dość delikatne słowo jak na to, co oni właśnie odjebali, w co się wmieszali i z czym musieli sobie teraz radzić. Ale Madox starał się zachować zimną krew, spokój. On... On starał się zachować spokój, kiedy to on zazwyczaj chodził jak nakręcony. Ale kiedy patrzył w te błyszczące, duże oczy Pilar, to przecież nie mógł teraz spanikować. Nabrał w płuca więcej powietrza, kiedy ją do siebie przyciągnął, kiedy ją przytulił, mogła czuć, jak jego klatka piersiowa unosi się i opadała w głębokim oddechu. A zaraz nawijał jej, że nie zabiła tej policjantki, zapewniał ją, że coś wymyśli...
To nie był dobry pomysł, ale kurwa innego nie miał.
- Policja nie przychodzi do naszego domu - wzruszył ramionami - akurat jeśli chodzi o policję... i Truciznę, to tam będziemy bezpieczni - wyjaśnił zaglądając w jej ciemne oczy. Dom Noriegów to nie była zwykła willa na obrzeżach miasta, to było miejsce, które budziło strach. I Madox o tym wiedział. Szkoda tylko, że to było jak pieczara smoka, miejsce tak kurewsko niebezpieczne... - musimy zrobić tak, żeby ojciec się nie dowiedział - świetnie, wchodzili do jaskini bestii, ale nie mogli jej obudzić.
Rzeczywiście czekała ich jakaś karkołomna wyprawa, ale co innego mieli zrobić?
Uciekać po ulicy bez celu, bez kasy, wyglądając przy tym gorzej niż bezdomni?
Nie, musieli się ogarnąć, musieli zorganizować, jeśli zamierzali to jakoś... przeżyć.
A Madox miał już pewien plan, tylko nie był pewny, czy to był odpowiedni moment, żeby przedstawić go Pilar, kiedy skradali się do tylnego wejścia przez cichy, różany ogród - zobaczysz, zaufaj mi... - i tyle, na razie więcej jej nie powiedział. Bo to wszystko było... pojebane.
Jego plan. W którym wszystko mogło się wyjebać w sekundzie, a on teraz szedł w to, jakby nigdy nic i jeszcze ciągnął ją za sobą, za rękę, na której mocniej zacisnął swoje palce.
A kiedy stanęli w kuchni, od razu poszedł szukać apteczki, nie zwrócił uwagi na ślady, które robili, dopiero kiedy Pilar na nie pokazała, to machnął ręką - to nic, i tak... On będzie wiedział, że to ja - bo tylko Madox i Esme znali szyfr do sejfu, w razie gdyby musieli uruchomić protokół awaryjny, gdyby musieli uciekać.
Tak jak oni z Pilar.
Pociągnął ją na górę, do swojego pokoju... Typowy pokój nastolatka, na fotelu wywalone jakieś szmaty, biurko zawalone wszystkim, ale nie książkami. Łóżko, którego nawet nie zaścielił, rozgrzebane, z ciemną pościelą, która wisiała z niego na podłogę. Uchylona szafa, z której wystawała jego gitara i deska, bo Madox miał różne zajawki, motocykl i walki nie były jedyne. Jakiś regał, na którym stały jego stare figurki zwierząt, z przodu jaguar, trochę książek, a między nimi... album z naklejkami. No i tablica korkowa ze zdjęciami, głównie jego i Rosy, które sama mu tam wieszała, ale było też jego z Tio, z Marie, a nawet z Pilar, we trójkę, bo ona przytulała się do swojego chłopaka, a Madox był na doczepkę. Dziwnie wyglądała pinezka wbita w głowę Tio, pewnie zrobił to niechcący. Ta...
Na to kurwa, które padło z ust Pilar, odwrócił się do niej, bo w międzyczasie on już leżał na podłodze i wyciągał spod łóżka jakąś sportową torbę.
- Pokaż... - wyrwał się do niej, ale kiedy te za duże spodnie opadły na podłogę to się zatrzymał, to znowu jego ciemne spojrzenie przesunęło się po jej nagich nogach, ale zatrzymało na udzie - ja pierdole... - rzucił, a zaraz... lądował przy niej na kolanach, żeby się lepiej przyjrzeć, tej ranie na udzie, przesunął palcami po jej skórze tuż obok krwistej szramy - na pewno są... Ale wygląda jakby trzeba było to szyć, ja bym na to pierdolnął taką szarą taśmę - zadarł głowę do góry, żeby na nią spojrzeć. Żartował. Ale musieli to jakoś opatrzeć.
Nawet nie pozwolił jej iść do łóżka (sorry ;p), bo on już sadzał ją na swoim biurku, żeby mieć do niej lepszy dostęp. Do rany. Bo teraz nie było czasu na nic innego, a kiedy światło z lampki padło na szramę, to się skrzywił - ohydnie wygląda... - no bo tak to wyglądało, po prostu był szczery. Znowu podniósł głowę, żeby na nią spojrzeć, a zaraz otworzył apteczkę, było tam dużo różnych rzeczy, dobrze wyposażona. Madox najpierw sięgnął po jakiś środek odkażający i psiknął nim na jej ranę, zapieniło się, a kiedy krew spłynęła po jej udzie, to się pochylił, żeby się lepiej przyjrzeć - zajebane piachem, trzeba to wyczyścić, bo tak to będzie odbierać - no proszę, jaki doktor Madox Noriega. Który sam oberwał już tyle razy, i pewnie nie raz opatrywał nie takie rany, że... musiał się tego nauczyć. Sięgnął po gaziki i kolejny środek na rany - będzie trochę piekło - uprzedził ją, a potem wylał płyn na gazik i wygarniał nim z rany ziarenka piasku, chciał być delikatny, ale i tak miejscami musiał mocniej docisnąć gazę do uszkodzonych tkanek, jeśli chciał ją faktycznie wyczyścić - za tobą, na biurku, jest taka szkatułka... - rzucił, ale nawet na nią nie podniósł spojrzenia, bo jego ciemne oczy wpatrywały się intensywnie w jej udo - niby nie ma tam nic szczególnego, ale chciałbym ją zabrać - trochę specjalnie to rzucił, żeby jednak zajęła się skrzyneczką, kiedy on mocniej docisnął gazik do rany. A kiedy Pilar trzymała w palcach drewniane pudełeczko, a potem pewnie z tą jej wrodzoną ciekawością, zerknęła na jej zawartość, to mogła tam zobaczyć... No na pierwszy rzut oka trochę śmieci, pogniecione naklejki, które kiedyś zamoczyli na deszczu, gdy biegli w nim do domku na drzewie i nigdy nie wkleili ich do albumu, Ticiano wtedy powiedział, że trzeba je wyrzucić, a Madox i tak je schował, bo Pilar uparła się, że nie, a on nie chciał, żeby się kłócili. Kamień z dziurą, który znalazła mu Stewart, kapsel z oranżady, który pod wieczkiem miał uśmiechniętą buźkę, a który Pilar dała mu, gdy był smutny, i odpustowy pierścionek, który razem kupili, za ostatnie pieniądze, odmawiając sobie lodów, bo podobał się Pilar, ale potem okazało się, że był na nią za duży, i żeby się nie zmarnował, to nosił go Madox. Może wtedy zaczęła się jego słabość do wyrazistych błyskotek?
Zanim ona to przejrzała, to Noriega skończył czyścić ranę, a na koniec zalał ją całą środkiem odkażającym i podniósł do góry głowę opierając się o jej kolano - i już... Zobacz jak ładnie mi to wyszło - w kontekście paskudnej rany może brzmiało to słabo, ale naprawdę Madox dobrze ją wyczyścił z brudu, i naprawdę podniósł na nią jakieś takie spojrzenie... Jak ten dziesięciolatek, który czekał na jej pochwałę, chociaż zaraz sięgał do apteczki - to taka maść na rany mojej ciotki, jest świetna, bo odkaża i robi taki... niewidzialny opatrunek, potem nawalimy gazy i zakleimy to, żebyś nie krwawiła... - znowu gadał jak najęty, a zaraz nabrał na palec maść i delikatnie nałożył ją na ranę, a na koniec jeszcze się pochylił, żeby ją podmuchać, bo tak zawsze robiła jego matka, albo ciotka, żeby nie piekło, kiedy zdzierał jako dzieciak kolana. Przesunął spojrzeniem po jej nogach - niech się trochę wchłonie, dobra, teraz stopy - zadecydował i może nawet upadłby znowu przed nią na kolana, ale zerknął do tej szkatułki, którą trzymała, na pierścionek, a potem do niego sięgnął opierając się obok niej o biurko - pamiętasz go? Już mi się nie mieści na palce - rzucił i zerknął na nią z ukosa, bo może wciąż by go nosił, nawet mimo upływu lat, i tego, że kosztował tyle co lody, wciąż wyglądał nieźle. A przede wszystkim to miał wartość sentymentalną, bo Pilar nie lubiła takich rzeczy, oni na odpustach woleli kupować kapiszony, albo jakieś inne zabawki, a ten jej się rzucił w oczy, zresztą Madoxowi też się podobał, nawet mimo tego, że potem koledzy zarzucali mu kilka razy, że nosi babski pierścionek.

Solo tú podías consolarme ₊˚⊹♡
zgrozo
stania w miejscu i postów z czata
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po wymiarach”