Tutaj nie chodziło o to, że potrafił miauczeć na zawołanie, tylko po to, żeby się z nią wygłupić. Ani o to, że z taką przerażającą łatwością składał na jej ustach pocałunek, bo po prostu się za nią stęsknił. Ani nawet o to cholernie miłe uczucie, gdy jej kciuk ścierał z jego skóry tę przeklętą szminkę, o której wewnętrznie wręcz błagał, żeby została. Bo wtedy, patrząc później w lustro, widziałby ten ulotny ślad kobiecego kosmetyku. Namiastkę bliskości z jego płomyczkiem. Fuck. A może właśnie o to chodziło? O te wszystkie małe rzeczy, które przychodziły mu z przerażającą łatwością. O to, co czuł, chociaż jednocześnie chciał i nie chciał z tym walczyć. Chciał jej. Chciał mieć ją przy sobie. Jak na kogoś, kto cholernie bał się angażować w relacje z ludźmi spoza kręgu swojej pracy albo przyjaciół, lgnął do niej bez większego oporu. Niczym ćma do światła. Była powalająca, a to, jak seksownie wyglądała w tych swoich prawniczych ciuszkach, wcale mu nie pomagało. Nie mógł nic na to poradzić. Inteligentne kobiety zawsze skradały mu serce. A najwidoczniej jeszcze bardziej te, które za dnia odgrywały posłuszne córeczki, a nocą stawały się ich największym przekleństwem.
Taka właśnie była.
Splecenie ich dłoni było czymś naturalnym. Tyle że w przeciwieństwie do wymogów w pracy, tym razem naprawdę chciał to zrobić. Nie miał wypisanego w kontrakcie, co mógł, a czego nie mógł z nią robić. Nie było żadnych zasad, żadnej roli, żadnych ustalonych granic zapisanych drobnym druczkiem. Zdawał się wyłącznie na własny instynkt i tę cząstkę uczuć, która pchała go ku temu, żeby był przy niej śmielszy. Idąc przez zatłoczony chodnik, zerkał na nią od czasu do czasu. Uniósł brew, gdy zauważył, że wydawała się trochę zmieszana, wpatrzona w swoje buty albo w chodnik pod nimi... Przez krótką chwilę zastanowił się nawet, czy wszystko było w porządku z jego gadułą. Jednak moment później zobaczył ten nikczemny wyraz twarzy. No tak. Wiedział, że zaraz uderzy go czymś, co będzie musiał niemal natychmiastowo odbić. Uniósł brew, uśmiechając się pod nosem. - Dobrze, nazwiemy to wtedy obopólną zgodą na porwanie, hm? - rzucił, wbijając spojrzenie w jej słodkie, orzechowe tęczówki. Poczuł ciepło rozchodzące się po jego ciele. Cholera, była urocza. Przełknął ślinę i odwrócił wzrok na moment. Czyżby Arden się zawstydził? No nowość. - Postaraj się, bo takiej szansy nie możesz zaprzepaścić..
Wchodząc do restauracji, rozejrzał się na boki, od razu zauważając, że miejsce wyglądało bardzo posh. No tak. Płomyczek przecież pewnie pochodziła z jakiejś rodzinki krawaciarzy, więc czemu miałby się dziwić, że to było jedno z jej ulubionych miejsc, żeby coś zjeść? Rozsiadł się wygodnie na krześle, chwycił menu i zaczął przyglądać się przeróżnym pozycjom. Gdy się odezwała, zerknął na nią znad menu, unosząc kącik ust. - Ta praca ma czasami swoje zalety. Jak teraz - odparł, po czym wzruszył lekko ramieniem. - I jasne, zjem cokolwiek. - Zamknął menu i odłożył je na bok, obserwując z jakim profesjonalizmem zamawiała im jedzenie i herbatę. Było w tym coś cholernie pociągającego. Wyprostował się na krześle, przyglądając się jej uważniej. I wtedy poczuł jej nogę ocierającą się o jego łydkę.
- Eleanor - odezwał się, wbijając w nią spojrzenie, które miało być ostrzegawcze, ale prawdopodobnie zdradzało trochę za dużo. - Interviews są jutro. Nagrywanie za dwa tygodnie - odpowiedział, starając się brzmieć normalnie, chociaż mięśnie napięły mu się mimowolnie, gdy przycisnęła stopę mocniej do jego łydki. Cholera jasna. - Będziesz wyglądała we wszystkim prześlicznie - dopowiedział, z dużo większą szczerością, niż początkowo zamierzał. Jej pytanie o to czy ktoś mu powiedział, że wyglądał jak Włochh zignorował kompletnie. Nie dlatego, że nie słuchał. Słuchał aż za dobrze. Po prostu w tamtym momencie jego cierpliwość miała już dość balansowania na cienkiej granicy pomiędzy udawaniem obojętności a chęcią zrobienia czegoś skrajnie nierozsądnego. Wstał z krzesła, obszedł stolik i podszedł do niej. Chwycił torbę leżącą na miejscu obok, przełożył ją na przód, po czym usiadł tuż przy Eleanor i nachylił się do jej ucha. - A czy mówił ci ktoś kiedyś, że jesteś cholernie niegrzeczna? - wyszeptał nisko. W tym samym czasie przesunął nosem po jej szyi, powoli... a jego dłoń odnalazła jej udo pod stołem, a palce zacisnęły się na nim mocniej.
Arden nie mógł uwierzyć, że naprawdę byli już w trasie do miejsca, w którym miały rozpocząć się nagrania do The Traitors. Miał cichą nadzieję, że to właśnie on zostanie wybrany na zdrajcę i że jeżeli Eleanor trafi do wiernych, będzie mógł ją chronić tak długo, jak tylko będzie miał ku temu okazję. W końcu nie mógł zaprzepaścić swojej szansy na wygraną, prawda? Chociaż…
Dlaczego najpierw myślał o tym, żeby ona była bezpieczna, zamiast o tej cholernej wygranej? Nie rozumiał tego. Nie rozumiał siebie, a przede wszystkim nie rozumiał swoich uczuć wobec tej rudowłosej, pyskatej dziewczyny, która w diametralnym tempie przewróciła jego życie do góry nogami. Nie potrafił powstrzymać się przed zerkaniem w telefon częściej niż zwykle, tylko po to, żeby sprawdzić, czy na ekranie nie pojawiło się jej imię. Mieszała mu w głowie. Nie miał co do tego nawet cienia wątpliwości.
Momentami zastanawiał się, czy z tej niedorzecznej sytuacji istniało jeszcze jakiekolwiek wyjście. Easy way out. Tylko że z drugiej strony… było mu dobrze tu, gdzie był. A posiadanie panny O’Cahallan w swoim życiu wcale nie okazało się tak złe, jak z początku mu się wydawało. Ekipa filmowa wyjaśniła im, co i jak. Finn ruszył pierwszy w kierunku dworca, czekając na pociąg. Po chwili podszedł do niego wysoki mężczyzna z długim wąsem i brodą, która niemal przypominała zarost Albusa Dumbledore’a. - Rupert, uszanowanko po mojej stronie - przedstawił się, posyłając mu nikczemny uśmiech. Arden uścisnął jego dłoń i odpowiedział takim samym, uprzejmie fałszywym uśmiechem. - Finnegan - rzucił, po czym rozejrzał się mimowolnie, szukając wzrokiem swojej towarzyszki sekretu. Chwilę później do dwójki mężczyzn powoli podeszła starsza kobieta, obdarzając ich delikatnym, ciepłym uśmiechem. - Witam, Caroline. Miło was poznać. - Obaj mężczyźni nachylili się, żeby przytulić ją bokiem, grzecznie, ostrożnie, jeszcze w tej dziwnej fazie, w której nie byli zbytnio pewni na co mogą a na co nie sobie pozwolić...
Z każdą kolejną minutą robił się coraz bardziej niespokojny. Ludzi przybywało, ekipa kręciła kolejne ujęcia, uczestnicy wymieniali pierwsze uprzejmości, a po jego partnerce… to znaczy towarzyszce… nie było ani śladu. Może stchórzyła? Już wyglądał na wyraźnie zdenerwowanego, choć oczywiście próbował to ukryć pod swoją zwyczajową maską obojętności, kiedy nagle zobaczył rudą burzę włosów sunącą w kierunku ludzi zebranych na peronie. Poczuł nieznany ucisk w klatce piersiowej. Spróbował ukryć uśmiech, który bezczelnie pchał mu się na usta, bo przecież nie mógł dać po sobie poznać, że wywoływała w nim jakiekolwiek emocje...no i to... że się znali.k o n f e s j o n a ł
Finnegan usiadł przed kamerami na wygodnym fotelu. Rozejrzał się na boki, po czym skierował wzrok prosto w obiektyw. - Już mogę zaczynać? - zapytał, odchrząkując, kiedy kamerzysta skinął głową. - Cześć, jestem Finnegan, mam dwadzieścia dziewięć lat i na co dzień zajmuję się pomocą w domu opieki.- Pierwsze kłamstwo w tej grze. Przecież nie powie im, że był mężczyzną do towarzystwa, prawda? Aż tak nie zgłupiał. Jeszcze. - Chciałbym zostać zdrajcą i uważam, że jestem w stanie wygrać tę grę - dodał z nonszalanckim uśmiechem, po czym wstał i opuścił konfesjonał.
płomyczek