Działanie procentów i rozpiętość zakrapianego alkoholem wieczoru czuł na całym ciele. W kłębkach neuronów cicho łaskotało rozlużnienie, a w krwiobiegu buzował gorąc, gdy rozszerzona siatka naczyń podnosiła alarm i sprawiała wrażenie, jakby zaraz miał pod skórą spłonąć. Wraz z tymi oczywistymi reakcjami fizjologicznymi dało się także wyczuć – niestety – nieznaczne otępienie. Rozproszenie Milesa, jak szelesty rozmów wokół niego, zdawało się zabierać z rzeczywistości znaczące niuanse. Oko nie było już tak spostrzegawcze, jak za dnia i w efekcie nie dostrzegł na przykład mokrej plamy w kształcie pierścienia na płaszczyźnie blatu, gdy rękaw beżowej kurtki oparł się dokładnie w tym miejscu, tj. na śladzie po szklance, zroszonej wilgocią.
Umiejętność trafnej oceny odległości od ręki do szklanki też pozostawiała wiele do życzenia, o czym przekonał się, gdy opuszki dłoni, zamiast pewnie uchwycić szkiełko, najpierw musnęły je palcami niedbale, by dopiero w opóźnionych mikrosekundach nadrobić drogę i objąć szklankę w całości.
Nie pamiętał, by kiedykolwiek istniała dobra proporcja
pomiędzy tym, co alkohol mu dawał, a co odbierał.
Temat ten zawsze pozostawał dyskusyjny.
Były też rzeczy, które nie podobały mu się pomimo generalnego rozluźnienia. Jak to, w jaki sposób duszące powietrze baru uderzało w jego pierś, wtapiając się w splot materiału na kurtce, na co zwykle nie zwróciłby uwagi, a co teraz przeszkadzało mu, bo po zażyciu alkoholu oddychał niezauważalnie płycej. Albo chociażby to, jak jeszcze chwilę temu jego własne stopy, wciągnięte w komfortowe obuwie, kroczyły mimo tej wygody ledwie na pół gwizdka, skupione desperacko wokół przejścia od łazienki do barowego stołka. Pozbawione dynamicznego pędu i towarzyszącej mu zwykle elegancji. Kroki stawiał wprawdzie sprawnie, (aż tak pijany nie był, by słaniać się na nogach), ale mimo wszystko manewr ten pozostawał nieco wolniejszy i ostrożniejszy, niż zwykle.
...a potem, gdy siedział przy barmanie ze szklanką wody pod ręką, witając się ze swoim świeżym „wybawcą”, okazało się, że największą przeszkodą i tak nie jest jego dzisiejszy stan, a miażdżona pod imadłem wieczoru reputacja. Już naruszona przez niespodziewaną obecność pacjenta,
prawie pęknięta.
Nie był pewien, czego oczekiwać po Oleandrze, gdy w powijakach spotkania dostrzegł cudze zdziwienie i otarł się uchem o to dziwnie doskwierające mu prychnięcie. Nie potrafił go rozgryźć.
Dodatkowo czuł się mniej czuły na podteksty i uwagi (choć te jeszcze nie nastąpiły w szerszej odsłonie). Siedząc równo na krześle, nie tracił równowagi, a jednak ramiona ciążyły mu odrobinę bardziej, gdy próbował złożyć puzzle cudzego nastawienia w jedną całość.
Skóra i twarz Everharta powinny być matrycą dla jego dzisiejszego nastroju. A jednak nie mógł odgonić się od myśli, że w jego obliczu równie dobrze mogło odbijać się znużenie, a równie dobrze krytyka.
Czy Oleander był tak samo wymagający, jak on sam był wobec siebie? Bo bestia perfekcjonizmu, nieposkromiona i obudzona w nim nagle, skomlała żewnie. Chciała wyrwać się do świata, zawyć głośno i szarpnąć go za barki, byle tylko... otrzeźwiał.
Chciałby cofnąć czas.
Nie wypić szklanek z whisky, by teraz nie patrzeć w te oczy...
...uważne, zdystansowane i zupełnie dzisiaj mu obce.
Po prawdzie nie pamiętał, by Oleander kiedykolwiek spojrzał na niego
w ten sposób: jak na
.c z ł o w i e k a. Co wydawało się wyjątkowo ironiczne, skoro przecież wszyscy byli ludźmi...ale nie wszyscy budowali swój własny obraz na tej łatce.
Jego łatka – a przy tym jego rola – zawsze ograniczała się do medycznych porad, a dziś marny byłby z niego doktor. Los nie dawał mu przestrzeni na pozostanie we władzy lekarskiego autorytetu. Brak kontroli tego typu sprawiała natomiast, że w jednym momencie trzymając napięcie na strunie ich rozmowy, w drugiej czuł jak smyczek jego dumy pęka, pozostawiając go wyłącznie z natężonym ciałem i równie natężonym umysłem. Lekkie zmarszczki, rozrysowane wokół ust i oczu pogłębiły się przy tym nieznacznie, jakby próba ujęcia rzeczywistości dziś go zawodziła, a teraźniejszość rozrywała w nim tkanki ciała na drobne strzępy, zużyte przez czas i dzisiejsze zmęczenie.
Usilnie starał się jednak nie pokazywać TEJ słabości.
(i wszystkich słabości, które w sobie nosił).
Zanim odpowiedział, dłoń ze szklanką podniosła się do góry. Pozwolił tym samym, by w paru łykach wody usta zwilżyły się od niej, przygotowując się do trudnej – przynajmniej dla niego – rozmowy.
Nie lubił uchodzić za
potrzebującego.
—
Prawdę mówiąc, kiedy mówiłem barmanowi, że może zadzwonić do kogo chce, wydawało mi się, że w ostatnich połączeniach znajdzie... no wiesz, kogoś z kim rozmawiam na co dzień.
Wciąż nie odpowiedział.
(Wciąż nie wiedział co powiedzieć).
Odchrząknął lekko, wstając zza baru, by zsunąć z ramion marynarkę, wciąż wilgotną przy rękawie. Przewiesił ją sobie przez ramię, zerkając na barmana, jak na ratunkową deskę.
Powinniśmy już wyjść.
Ja powinienem wyjść.
Kurwa, muszę wyjść z Tobą.
Myśli nagle zaczęły zagłuszać w głowie zmowę milczenia i z totalnej pustki, przeszły w chaos, szczególnie wtedy, gdy próbował ułożyć dzisiejsze spotkanie w całość.
Czy wypadało mu przyjąć JEGO pomoc? Nie miał wyjścia.
—
Gwarantuję Ci, że nawet lekarze czasem piją... powiedziałbym nawet, że w niektórych przypadkach częściej, niż inni — rozpoczął wyjaśnienia ostrożnie, wysuwając doń w kierunku barmana, by niemo zakomunikować mu, że może już oddać mu kluczyki. Niechętnie to zrobił, choć zamiast położyć je na dłoni Milesa, pracownik lokalu wyciągnął dłoń z własnością doktora w kierunku przybyłego wybawcy.
Miles opuścił dłoń, przerzucając wzrok na Everharta. Niecierpliwość ostrą szpilą wbijała mu się w ciało, choć uparcie próbował wszystkie te ukłucia kryć pod maską powściągliwości. Jedynie drżenie na grdyce zdradzało emocje.
—
Wszystko w porządku — potwierdził dosadniej po krótkiej chwilii ciszy, wpadając w promień jego wzroku z absolutną bezradnością, czającą się w kątach świadomości. —
Najmniej komfortowe fakty przemilczał:
Nie było w porządku, że barman zadzwonił akurat do niego.
Nie było w porządku, że właśnie tkwili w barze dla gejów.
Nie było w porządku, że nie miał pomysłu, jak to wyjaśnić.
—
Zrób mi przysługę i zapomnijmy o tym wieczorze, gdy tylko się skończy, okej?
Zaproponował
.w s p a n i a ł o m y ś l n i e.
oleander everhart