ODPOWIEDZ
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rozpiętość wieczoru spisała trzeźwość Milesa na straty,
jakby miarą dzisiejszych jego działań nie była precyzja, towarzysząca mu przez większość życia, a niedbałość w liczeniu kolejek. Podczas spotkania z kolegami wypił o jedną lub dwie szklanki z whisky za dużo i choć dla jednych brak limitów w piciu świadczył ledwie o powszedniości wieczoru, to dla Howarda, który po alkohol sięgał rzadziej niż jego towarzysze, decyzja ta stała się pułapką i niebezpieczną zapadnią, rozpoczynająca sekwencję dalszych błędów. Kiedy tylko wszyscy się rozeszli, okazało się bowiem, że jego wyjście stanęło pod znakiem zapytania.
Nie planuję prowadzić. Potrzebuję tylko kluczyków, żeby móc wsiąść do samochodu! — upierał się, najwyraźniej nie dostrzegając tego, że rzucone przez niego wyjaśnienie nie rozwiewało żadnych wątpliwości co do dalszych jego planów, i wprowadziło jedynie barmana w stan gwałtownie podwyższonej nieufności. W efekcie, pracownik zamiast oddać Milesowi kluczyki do auta, schował je do kieszeni własnych spodni.
Muszę dostać się do schowka, zostawiłem w nim pager.
Dodana wypowiedź nie uratowała Milesa absolutnie przed niczym. Wcześniejsza koślawość wypowiedzi wżarła się zbyt dotkliwie w schrypnięty nieco przez alkohol głos lekarza, niepotrzebnie odkrywając nietrzeźwy stan umysłu i wzbudzając w barmanie zbyt dużo podejrzeń.
Zadzwoń po kogoś, kto Cię odbierze. Oddam mu kluczyki.
Kontra pracownika była solidnym przypomnieniem o tym, kto dziś rozdawał karty. Rozwiązanie wydawało się jednocześnie całkiem proste i zasadne, nie wymagało więcej, niż odrobiny oczekiwania, co zważywszy na impas, w jakim się znaleźli, stanowiło zdrową alternatywę dla braku pagera (na co dr Howard nie mógł sobie pozwolić, wiedząc, że jutro po wytrzeźwieniu będzie go potrzebował przed popołudniowym dyżurem). Rzecz w tym, że Miles nie lubił polegać na innych. Nadwrażliwa bezbłędność, wtłoczona niemal natrętnie w jego krwiobieg i w świadomość perfekcjonisty wytrącała z niego spokój za każdym razem, gdy zmuszony był miniaturę własnego życia wręczyć komuś innemu w dłonie.
Oprzeć się na cudzej
– zamiast na własnej –
odpowiedzialności. Oszczędność w wykorzystywaniu swoich znajomości, a nawet przyjaźni, jasno wskazywała na to, jak niechętnie oddawał komuś pałeczkę decyzji. Oparł więc twardo ramię o blat baru, by nachylić się do barmana z większą niż wcześniej determinacją.
Nie chcę wracać autem, wrócę taksówką, naprawdę — przekonywał.
Wdzierająca się cal po calu bezsilność wobec nieuprzejmego chaosu w głowie, jak gęsto ścielone osty wyrośnięte na ścieżce tej krótkiej rozmowy, nie dała się jednak objąć w kleszcze rozsądku, gdy pomimo próby dogadania się z pracownikiem lokalu, najwyraźniej nie potrafił mu lepiej niż dotychczas, niczego wyjaśnić.
Wreszcie, widząc opór barmana, westchnął bezradnie, rzucając telefon pomiędzy nimi na blat.
Dobra, wygrałeś. Zadzwoń, do kogo chcesz.
Szorstkie dźwięki wetknęły swe głoski w wymuszoną zgodę, kiedy nie czekając na własną porażkę negocjacji, wstał z krzesełka, udając się w tym czasie do łazienki.
Przetarł twarz zimną wodą i z wilgotnego od potu karku ściągnął gorąc ściskających go za żołądek emocji, by dopiero pogodzony z następstwami bieżącej sytuacji, powrócić do baru nieco spokojniejszym. Kłębek niezadowolonych w nim nerwów rozprostował się tym samym w charakterystyczną linię powściągliwości, gdy popijając tym razem już samą wodę, oczekiwał na ratunek.
Nastrój tylko do czasu pozostawał wyciszony, bo wystarczył ledwie ruch znajomej sylwetki przy progu baru i delikatna kanciastość cudzego kroku (niedostrzegalna dla innych, ale znajoma dla niego), charakterystyczna dla protezy, by Miles w ostatnich sekundach przed spotkaniem nerwowo sięgnął po telefon, sprawdzając desperacko ostatnie połączenie.
Oleander Everhart.

Ze wszystkich znanych mu osób, właśnie do niego musiał zadzwonić barman.
Ciało napięło się w nagłym rauszu buzujących w nim emocji (głównie wstydu), a pod szczelną maską spokoju zapiekły policzki. Duszność i wilgoć powietrza jeszcze chwilę temu zupełnie mu nie przeszkadzały, teraz natomiast miał wrażenie, że bar zabiera z niego resztki oddechu. Poruszył się na krześle odrobinę bardziej gwałtownie, niż planował, odwracając się w kierunku pacjenta z nieukrywaną dekoncentracją.
Przepraszam... nie wiedziałem, że zadzwoni do Ciebie.
Torpeda krótkich, ale kluczowych wyjaśnień zastąpiła powitanie.

oleander everhart
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Telefon wibrujący w tylnej kieszeni jeansów o tej porze dnia nocy mógł być zwiastunem wielu rzeczy, i najpewniej - zważywszy na fakt, że Ollie nie miał dziś żadnych planów - nie miały być to rzeczy szczególnie łatwe i przyjemne, a raczej zwyczajne problemy.
Mogło, na przykład, chodzić o jednego z jego braci, i brunetowi pozostawało tylko modlić się o to, by sprawa nie tyczyła się tego najstarszego, pełniącego dziś strażacki dyżur. Mogło, równie dobrze, rozchodzić się o awarię bojlera w mieszkaniu August lub inne, równie praktyczne tarapaty w których znalazł się ktoś z jego znajomych. Mniej oczywistą, ale nadal nie nieprawdopodobną była opcja, że o Everharta upominał się któryś z jego akademickich przełożonych, pragnąc chłopakowi pilnie podrzucić jakąś interesującą lekturę lub pomysł na badania czy artykuł naukowy.
Ostatnim, czego Oleander się jednak dzisiejszego wieczora spodziewał, był głos majaczący w barowym gwarze po drugiej stronie słuchawki, należący do mężczyzny przedstawiającego się jako barman z lokalu w Distillery District.
I, w ramach wisienki na tym chaotycznym torcie, na pewno już nie przyszłoby mu do głowy, że za chwilę usłyszy od rozmówcy to, co moment później przebiło się przez mechaniczny szmer połączenia.
- Howard? - Nazwisko lekarza miało być chyba stwierdzeniem, a mimo to nadal zabrzmiało jak pytanie. Jakby barman sam nie był pewien, czy dobrze odczytał dane znalezione, Ollie mógł się co najwyżej domyślać, w dokumentach albo telefonie samego chirurga - Brunet, koło czterdziestki? Tak. Jest tutaj. W łazience. Upierał się, że będzie prowadził, ale chyba zmienił w końcu zdanie...
Przez pierwszych kilka następnych sekund, Ollie był święcie przekonany, że musiał się przesłyszeć. Potem, elektryzującym dreszczem rozchodzącym się po linii barków, przyszła konsternacja.
A zaraz po niej coś jeszcze dziwniejszego. Niepokój.
Uczucie wzbierające mu gdzieś na wysokości splotu słonecznego prędko, choć przecież bez większego sensu. Nie byli w końcu rodziną. Nie byli przyjaciółmi. Nie byli nawet jakoś szczególnie blisko w układzie pacjent-lekarz, do którego sprowadzały się wszystkie ich dotychczasowe interakcje. To prawda: ich relacja przez ostatnie lata trwała w osobliwym zawieszeniu pomiędzy wdzięcznością, żalem i poczuciem długu. Ważne było jednak to, że mimo wszystkich możliwych niedopowiedzeniem, właśnie tam miała przecież już na zawsze pozostać. W limbo bez ciągu dalszego. W co by było gdyby, które kończy się wielokropkiem, a nie jakimkolwiek nagłym zwrotem akcji.

Dlaczego więc, wysiadając z tramwaju kilka przecznic od Woody's and Sailor, Oleander Everhart czuł się dokładnie tak, jakby właśnie znajdował się na granicy dwóch rozdziałów?
Ze świadomością, w dodatku, że każdy kolejny krok - podejmowany zbyt szybko jak na pozorną obojętność, którą sobie zarówno obiecywał, jak i wmawiał - coraz bardziej oddala go od możliwości powrotu do tego, jak dynamika jego znajomości z Howardem wyglądała w przeszłości.

Był to ewidentnie jeden z tych wieczorów, podczas których Toronto, niczym wyjątkowo krnąbrne dziecko, nie chciało zasnąć nawet po zmroku. Powidok czerwcowej duchoty wypełniającej miasto w ciągu dnia, skraplał się teraz pod materiałem oleandrowej koszulki, spływając rynienkami jego lędźwi w formie kropelek potu. Ulice pulsowały światłami restauracyjnych ogródków, muzyką sączącą się z otwartych okien i śmiechem ludzi rozemocjonowanych faktem, że lato dopiero się zaczyna.
Może łatwiej byłoby zostać tu, na zewnątrz. Wykazać się zdrowszym rozsądkiem. Może lepiej byłoby odwrócić się na pięcie i zniknąć, nie sięgnąwszy po klamkę barowych drzwi, za którymi krył się specyficzny, szarawy półmrok.
Ciało, jak to miało w zwyczaju, zdecydowało jednak za Everharta - i nim brunet mógłby się przeciwko jego decyzji zbuntować, znalazł się przy linii barowej lady, raptem parę kroków od sylwetki mężczyzny, którego nigdy w życiu nie planował ratować z kłopotów, bo stało to przecież w kompletnej kontrze względem porządkowi świata.


A jednak czy los nie miał tego właśnie do siebie, że czasem po prostu lubił odwracać role?

Doktor Howard -
Miles nie wyglądał tragicznie. Nie wyglądał nawet na szczególnie pijanego - ubrany nadal schludnie, na granicy z atrakcyjnością, której Ollie zwyczajnie nie chciał zauważyć; siedząc na krześle nie tyle chwiejnie, co może odrobinę niestabilnie, bynajmniej jednak nie w sposób, który kojarzyłby się z totalną nietrzeźwością. Mimika jego twarzy także nie zdradzała pijaństwa, z brwiami, powiekami i linią warg poruszającymi się w konkretnej sekwencji gdy lekarz odwrócił się, i jego wzrok padł wreszcie na Everharta.
Coś jednak było nie tak w sposobie, w jaki opierał przedramię o blat. W usztywnieniu jego ramion.
W kolorze jego cery, kojarzącym się teraz Oleandrowi wyłącznie z ognistym płomieniem ukrytym pod taflą lodu.
Miles był w tym, przede wszystkim, po prostu boleśnie ludzki, i to właśnie w odbiorze Oleandra nie pasowało do niego najbardziej.
— Przepraszam... nie wiedziałem, że zadzwoni do ciebie.

Ku własnemu zaskoczeniu, Oleander parsknął cicho w odpowiedzi. Nie pierwszy raz od odebrania telefonu od barmana, ale pierwszy przy Howardzie.
— Uwierz mi, ja też nie — Wyrwało mu się na fali rwącego się z piersi oddechu. Podszedł na tyle blisko, by przyuważyć telefon leżący na blacie koło howardowej dłoni, szklankę z wodą, i wymowny brak kluczyków, zapewne nadal przebywających w impromptu areszcie zgotowanym im przez barmana. W innych okolicznościach pewnie to wszystko wydałoby się Olliemu zwyczajnie zabawnym. Problem leżał w tym, że Miles Howard nie był jego przyjacielem albo kolegą ze studiów. Nie był nawet kimś z jego rodzeństwa, w układzie, w którym ratunek z miejskiego baru Oleander mógłby tej drugiej stronie żartobliwie wypominać do końca życia. Był jego lekarzem prowadzącym. Człowiekiem, który - bądź co bądź - uratował mu życie. - Wszystko...? Uh. Wszystko w porządku?
Imię mężczyzny ugrzęzło mu w gardle razem z lekarskim tytułem naukowym; w efekcie więc Ollie zamilkł głupio, ze wzrokiem ciężkim od pytań wbitym w Howarda.

Miles Howard
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Działanie procentów i rozpiętość zakrapianego alkoholem wieczoru czuł na całym ciele. W kłębkach neuronów cicho łaskotało rozlużnienie, a w krwiobiegu buzował gorąc, gdy rozszerzona siatka naczyń podnosiła alarm i sprawiała wrażenie, jakby zaraz miał pod skórą spłonąć. Wraz z tymi oczywistymi reakcjami fizjologicznymi dało się także wyczuć – niestety – nieznaczne otępienie. Rozproszenie Milesa, jak szelesty rozmów wokół niego, zdawało się zabierać z rzeczywistości znaczące niuanse. Oko nie było już tak spostrzegawcze, jak za dnia i w efekcie nie dostrzegł na przykład mokrej plamy w kształcie pierścienia na płaszczyźnie blatu, gdy rękaw beżowej kurtki oparł się dokładnie w tym miejscu, tj. na śladzie po szklance, zroszonej wilgocią.
Umiejętność trafnej oceny odległości od ręki do szklanki też pozostawiała wiele do życzenia, o czym przekonał się, gdy opuszki dłoni, zamiast pewnie uchwycić szkiełko, najpierw musnęły je palcami niedbale, by dopiero w opóźnionych mikrosekundach nadrobić drogę i objąć szklankę w całości.

Nie pamiętał, by kiedykolwiek istniała dobra proporcja
pomiędzy tym, co alkohol mu dawał, a co odbierał.
Temat ten zawsze pozostawał dyskusyjny.

Były też rzeczy, które nie podobały mu się pomimo generalnego rozluźnienia. Jak to, w jaki sposób duszące powietrze baru uderzało w jego pierś, wtapiając się w splot materiału na kurtce, na co zwykle nie zwróciłby uwagi, a co teraz przeszkadzało mu, bo po zażyciu alkoholu oddychał niezauważalnie płycej. Albo chociażby to, jak jeszcze chwilę temu jego własne stopy, wciągnięte w komfortowe obuwie, kroczyły mimo tej wygody ledwie na pół gwizdka, skupione desperacko wokół przejścia od łazienki do barowego stołka. Pozbawione dynamicznego pędu i towarzyszącej mu zwykle elegancji. Kroki stawiał wprawdzie sprawnie, (aż tak pijany nie był, by słaniać się na nogach), ale mimo wszystko manewr ten pozostawał nieco wolniejszy i ostrożniejszy, niż zwykle.

...a potem, gdy siedział przy barmanie ze szklanką wody pod ręką, witając się ze swoim świeżym „wybawcą”, okazało się, że największą przeszkodą i tak nie jest jego dzisiejszy stan, a miażdżona pod imadłem wieczoru reputacja. Już naruszona przez niespodziewaną obecność pacjenta, prawie pęknięta.
Nie był pewien, czego oczekiwać po Oleandrze, gdy w powijakach spotkania dostrzegł cudze zdziwienie i otarł się uchem o to dziwnie doskwierające mu prychnięcie. Nie potrafił go rozgryźć.
Dodatkowo czuł się mniej czuły na podteksty i uwagi (choć te jeszcze nie nastąpiły w szerszej odsłonie). Siedząc równo na krześle, nie tracił równowagi, a jednak ramiona ciążyły mu odrobinę bardziej, gdy próbował złożyć puzzle cudzego nastawienia w jedną całość.
Skóra i twarz Everharta powinny być matrycą dla jego dzisiejszego nastroju. A jednak nie mógł odgonić się od myśli, że w jego obliczu równie dobrze mogło odbijać się znużenie, a równie dobrze krytyka.
Czy Oleander był tak samo wymagający, jak on sam był wobec siebie? Bo bestia perfekcjonizmu, nieposkromiona i obudzona w nim nagle, skomlała żewnie. Chciała wyrwać się do świata, zawyć głośno i szarpnąć go za barki, byle tylko... otrzeźwiał.

Chciałby cofnąć czas.
Nie wypić szklanek z whisky, by teraz nie patrzeć w te oczy...
...uważne, zdystansowane i zupełnie dzisiaj mu obce.

Po prawdzie nie pamiętał, by Oleander kiedykolwiek spojrzał na niego w ten sposób: jak na .c z ł o w i e k a. Co wydawało się wyjątkowo ironiczne, skoro przecież wszyscy byli ludźmi...ale nie wszyscy budowali swój własny obraz na tej łatce.
Jego łatka – a przy tym jego rola – zawsze ograniczała się do medycznych porad, a dziś marny byłby z niego doktor. Los nie dawał mu przestrzeni na pozostanie we władzy lekarskiego autorytetu. Brak kontroli tego typu sprawiała natomiast, że w jednym momencie trzymając napięcie na strunie ich rozmowy, w drugiej czuł jak smyczek jego dumy pęka, pozostawiając go wyłącznie z natężonym ciałem i równie natężonym umysłem. Lekkie zmarszczki, rozrysowane wokół ust i oczu pogłębiły się przy tym nieznacznie, jakby próba ujęcia rzeczywistości dziś go zawodziła, a teraźniejszość rozrywała w nim tkanki ciała na drobne strzępy, zużyte przez czas i dzisiejsze zmęczenie.
Usilnie starał się jednak nie pokazywać TEJ słabości.
(i wszystkich słabości, które w sobie nosił).
Zanim odpowiedział, dłoń ze szklanką podniosła się do góry. Pozwolił tym samym, by w paru łykach wody usta zwilżyły się od niej, przygotowując się do trudnej – przynajmniej dla niego – rozmowy.
Nie lubił uchodzić za potrzebującego.
Prawdę mówiąc, kiedy mówiłem barmanowi, że może zadzwonić do kogo chce, wydawało mi się, że w ostatnich połączeniach znajdzie... no wiesz, kogoś z kim rozmawiam na co dzień.
Wciąż nie odpowiedział. (Wciąż nie wiedział co powiedzieć). Odchrząknął lekko, wstając zza baru, by zsunąć z ramion marynarkę, wciąż wilgotną przy rękawie. Przewiesił ją sobie przez ramię, zerkając na barmana, jak na ratunkową deskę.

Powinniśmy już wyjść.
Ja powinienem wyjść.
Kurwa, muszę wyjść z Tobą.

Myśli nagle zaczęły zagłuszać w głowie zmowę milczenia i z totalnej pustki, przeszły w chaos, szczególnie wtedy, gdy próbował ułożyć dzisiejsze spotkanie w całość.
Czy wypadało mu przyjąć JEGO pomoc? Nie miał wyjścia.
Gwarantuję Ci, że nawet lekarze czasem piją... powiedziałbym nawet, że w niektórych przypadkach częściej, niż inni — rozpoczął wyjaśnienia ostrożnie, wysuwając doń w kierunku barmana, by niemo zakomunikować mu, że może już oddać mu kluczyki. Niechętnie to zrobił, choć zamiast położyć je na dłoni Milesa, pracownik lokalu wyciągnął dłoń z własnością doktora w kierunku przybyłego wybawcy.
Miles opuścił dłoń, przerzucając wzrok na Everharta. Niecierpliwość ostrą szpilą wbijała mu się w ciało, choć uparcie próbował wszystkie te ukłucia kryć pod maską powściągliwości. Jedynie drżenie na grdyce zdradzało emocje.
Wszystko w porządku — potwierdził dosadniej po krótkiej chwilii ciszy, wpadając w promień jego wzroku z absolutną bezradnością, czającą się w kątach świadomości. —

Najmniej komfortowe fakty przemilczał:
Nie było w porządku, że barman zadzwonił akurat do niego.
Nie było w porządku, że właśnie tkwili w barze dla gejów.
Nie było w porządku, że nie miał pomysłu, jak to wyjaśnić.

Zrób mi przysługę i zapomnijmy o tym wieczorze, gdy tylko się skończy, okej?
Zaproponował .w s p a n i a ł o m y ś l n i e.

oleander everhart
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
28 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Kluczyki przekazane mu przez barmana, jakimś sposobem ważyły w dłoni Oleandra jakby więcej niż powinny - zupełnie, jak gdyby zamiast paru kawałków metalu i plastiku, spiętych razem objęciami breloczka, brunet trzymał w ręce jakiś kawałek dumy Howarda. Zaskakująco delikatny, okazywało się. I kruchy.
I choć empatia względem położenia lekarza dopiero budziła się z drzemki, zwinięta w kłębek gdzieś pod wypustką kości strzałkowej Ollie'go, dwudziestoośmiolatek już teraz podświadomie przeczuwał to, czego jego umysł nie potrafił jeszcze przetrawić i nazwać. W ramach niedorzecznego zbiegu okoliczności, i telefonu omyłkowo wykonanego przez barmana właśnie do niego, nie zaś do osób, które z Milesem mogły rzeczywiście mieć o wiele bliższą relację, Oleander stał się nagle odpowiedzialny za coś więcej, niż tylko dowiezienie mężczyzny do domu w jednym, i jak najmniej upokorzonym kawałku.
Gdyby się nad tym zastanowił - choć teraz, z wiadomych względów, nie posiadał za dużo czasu na tego typu refleksje - rozpoznałby w postawie lekarza to, na co przecież raz po raz napotykał przyglądając się w lustrze samemu sobie, i czego, choć się tym niezwykle irytował, zwyczajnie nie umiał się wyzbyć.
Everhart też nie lubił polegać. Opierać się na innych - czasem w przenośni, a czasem, zwłaszcza tuż po wypadku, także i zupełnie dosłownie. Zależność od innych ludzi mylił z byciem dla nich obciążeniem - nawet, jeśli zaciekle zapewnialiby go raz po raz, że wcale tak nie jest. Samodzielność i niezależność były wartościami, z których jeszcze jako dziecko uplótł sobie zbroję za którą skrywał się przed światem. I jakkolwiek długo jego terapeuta nie próbował kłaść mu do głowy innych mądrości, bycie potrzebującym Everhart i tak zawsze interpretował jako przejaw słabości.
Chociaż, przy tym, wyłącznie u siebie.

Nie spodziewał się. Nie tego, że dzisiejszego wieczora zamieni się rolami z człowiekiem, któremu sam kiedyś - chcąc tego, czy też nie - musiał powierzyć to, co było mu najdroższe, Odebranie Howarda z baru, jakkolwiek krępujące, naprawdę wydawało się raczej błahą formą zapłaty za tamten dzień. I za wszystkie kolejne.
- Strażacy też piją - Powiedział odruchowo, w sposób, w który mężczyźni zwykli nawzajem dodawać sobie otuchy, udając, że wcale tego nie robią. Howard nie był strażakiem, a Ollie nie był, oczywiście, lekarzem. Ale obydwaj należeli do systemów, które wymagały od człowieka znacznie więcej, niż oficjalnie przyznawano w umowie o pracę. Do środowisk budowanych wokół wytrzymałości, odporności i cichego założenia, że jeśli coś w środku zaczyna się psuć, najlepiej jest po prostu zacisnąć zęby i wykonywać swoje obowiązki dalej, w stoickim milczeniu i bez mrugnięcia okiem, choćby łzawiło (w pracy Ollie'go: od dymu, albo ze smutku). Nałogi stanowiły tajemnicę poliszynela. Ich tuszowanie — niewypowiedziany pakt pomiędzy ludźmi, którzy każdego dnia znajdowali się zbyt blisko ludzkiego cierpienia, i własnej śmiertelności. Ojciec Oleandra przez większość życia również nie zadawał pytań, na które odpowiedzi mogłyby bezpowrotnie wybić go z rytmu pracy. — Nie musisz się tłumaczyć. - Dodał. Póki co, nie było potrzeby.

I dopiero teraz, gdy napięcie związane z samym odnalezieniem Howarda zaczęło powoli opadać, a bezradność obecna na jego twarzy przestawała być jedyną rzeczą, którą Oleander rejestrował, brunet zaczynał dostrzegać także tło, które przecież było tam od samego początku, ale do tej pory robiło dokładnie to, co tła zwykle robią najlepiej - rozmywało się jak tęczowa akwarela.
Kiedy tunel jego uwagi zaczął powoli się rozszerzać, dotychczas ignorowane przez Everharta szczegóły zaczęły nabierać ostrości. Woody's and Sailor nie wyglądał jak miejsce, które próbowało za wszelką cenę nadążyć za modą. Nie był też szczególnie elegancki. Miał w sobie natomiast coś, co sprawiało, jakby upływ czasu przyznał mu taryfę ulgową, barwiąc wnętrza nie tyle wrażeniem przestarzałości, co raczej nostalgii. Te przygaszone światła. Lastryko barowej lady. Zdyszana szafa grająca pod ścianą, wyrzucająca z siebie melodie nieco przygaszone wysiłkiem wiążącym się z wieloma laty wytężonej pracy.
Ollie był przy tym dzieckiem własnego pokolenia, i początkowo kompletnie nie przyuważył tęczowych flag i równie kolorowych girland pewnie właśnie dlatego, że te nie stanowiły dla niego żadnej sensacji.
Najbardziej zaskoczył go natomiast zapach, podobny do tego, który unosił się w strażackiej remizie po zakończonej zmianie. Pachniało tu mężczyznami, którzy z jakiegoś powodu nie chcieli jeszcze wracać do domu.

Obrócił kluczyki wokół palca, unosząc z wolna brwi, spod których spoglądał teraz na Milesa nie tyle w nowy sposób, co raczej w sposób wzbogacony o szczegóły, które umknęły wcześniej jego wiedzy. Czy Howard był przypadkowym klientem, który w objęcia lokalu trafił spontanicznie, będąc akurat w okolicy? Czy raczej bywał tu częściej, motywowany czymś więcej niż tylko przypadkiem? Coś w tej świadomości wydało się Oleandrowi dziwnie osobiste, i bynajmniej nie dlatego, że poczuł jakby odkrywał teraz jakiś brudny sekret, a raczej ponieważ po raz pierwszy tak naprawdę natrafił na fragment życia Howarda, który nie miał nic wspólnego ze szpitalem. Ani z nim samym.
- Prosi mnie pan dzisiaj o wiele przysług, doktorze Howard - Powiedział, przyciszając lekko głos i spoglądając przez ramię by upewnić się, że barman nie podchwyci nazwiska lekarza. Pracownik lokalu wyglądał na poczciwego, nie zaś na kogoś, kto prywatne informacje o swoich gościach wykorzystywał w jakkolwiek szkodliwych celach, ale Oleander miał na tyle rozumu by wiedzieć, że może Miles nie miał ochoty szastać własnym nazwiskiem na lewo i prawo, zważywszy na okoliczności. - Jeszcze trochę, i będę musiał zacząć naliczać odsetki. - Zahaczył palce o szlufki jeansów, pozwalając kluczykom obić się lekko o kant własnego biodro. Ruchem głowy wskazał drzwi, których próg przekroczył raptem chwilę temu. - Idziemy? I proszę, powiedz, że twój samochód ma automat... - Powodów, z których automatyczna skrzynia biegów byłaby, lekko mówiąc, problematyczna, raczej nie musiał chyba Milesowi wyjaśniać.

Miles Howard
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
ODPOWIEDZ

Wróć do „Woody's and SAILOR”