-
You're the voice I hear, inside my head
The reason that I'm singing
I need to find you
I gotta find younieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Dom niewiele się zmienił od jej wyjazdu. Wszystko pozostawione prawie tak jak w trakcie wyjazdu, oprócz jej pokoju który zamienił się w gabinet ojca. Idealne podkreślenie tego, że miała tu już nigdy nie wrócić. Nie lubiła pytań o życie w Chicago, o narzeczonego i o cholerną datę ślubu, którą przekłada w nieskończoność bojąc się zostać panią Stones. Brzmiało to samolubnie, ale choroba matki była jej na rękę. Kochała ją całym sercem, jak dziecko rodzica. Wiadomo. Ale kiedy zaawansowany rak przykuł ją do łóżka, nagle każdy z nich miał w sobie tyle wyczucia by przestać pytać o ślub. Nawet Philip, który nie zaprotestował kiedy poprosiła by mogła przylecieć na parę miesięcy do domu. Pierwszy raz od 3 lat…. Wszyscy wiedzieli, że Iris Ravenheart była w złym stanie i to były ostatnie miesiące jej życia i nawet człowiek pokroju Philipa miał w sobie dość szacunku by pozwolić jej się pożegnać.
Kolejne dwa tygodnie w mieście wyglądały tak samo. Szpital, dom i spacery z Cezarem - Chartem, którego ojciec kupił sobie by sprawiać wrażenie bogatego. Zawsze kochała zwierzęta, a Cezar był dobrym pretekstem by wyjść z domu, w którym zapach choroby, żalu i niesprawiedliwości unosił się zbyt mocno by się nim nie dusić..
Dyżur był spokojny, nic nie zwiastowało huraganu który zaraz miał nadejść. Czekała na wyniki pacjenta spod trójki który został pobity i przywieziony w obstawie dwóch policjantów i Honey nie mogła skłamać, że jej myśli uciekły do osoby, o której myśleć nie mogła. Nie łudziła się nawet, że jest w mieście. Philip przecież wiedziałby doskonale i nigdy nie pozwoliłby jej tu wrócić. Raz próbowała podpytać mamę, kiedy ta miała lepszy dzień ale Iris pokręciła głową i cicho błagała córkę by zostawiła ten temat za sobą….
Skierowała się do pacjenta przywiezionego po bójce, z wynikami badań w dłoni. Przewieszony przez szyje stetoskop odznaczał się czernią na granatowym uniformie który miała na sobie, a długie blond włosy upiętę były w kitkę, która lekko podskakiwała w rytm jej kroków kiedy przemierzała szpitalny korytarz. Do sali weszła po cichu, wpatrzona w badania na tyle mocno, że nie zauważyła osób trzecich. Wyniki toksykologii było jednoznaczne i już chciała zbesztać pacjenta za kłamstwo na temat narkotyków, ale słowa ugrzęzły jej w gardle. Mózg rejestrował obraz z opóźnieniem, a serce zwolniło swoją pracę jakby bało się, że zbyt szybkie bicie doprowadzi Honey do udaru. Dobrze zbudowane ciało schowane pod policyjnym mundurem było, ciemne włosy i jasna karnacja. Nie musiał się odwracać by wiedziała, że to on. Uczucie, które rozlało się w jej wnętrzu na widok chłopaka było mieszanką czegoś, czego nie czuła jeszcze nigdy. Ból i strach znów zapanował w jej wnętrzu, a jednocześnie uczucie ciepła która niemal błagało by skrócić między nimi dystans. Ciało spięło się mimowolnie gotowe na polecenie ale nie mogła tego zrobić. Nie mogła nic zrobić. Poruszyć się nawet o pół kroku, złapać oddech którego tak cholernie jej zaczęło brakować, ani wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Ręce odmówiły posłuszeństwa, a trzymana w dłoniach karta pacjenta wypadła, uderzając z głuchym łoskotem o płytki szpitalnej sali. Dźwięk ten mimowolnie zwrócił na nią uwagę. Nie tylko leżącego na szpitalnym łóżku pacjenta i podpinającej kroplówkę pielęgniarki. Przede wszystkim zwrócił jego. A kiedy spojrzał na nią świat się zatrzymał. Jej serce na ułamek sekundy zabiło szybciej, bo nie ważne ile lat minęło. Jak bardzo Philip starał się wymazać z niej to uczucie. Ona nie potrafiła go zapomnieć…
Sama nie wiedziała co wymalowało się na jego twarzy. Zdziwienie? To na pewno. Oprócz tego cała mieszanka uczuć, która dosięgnęła oczu, bo twarz została bez wyrazu.
- Honey skarbie, dobrze się czujesz? - Głos Cassandry, starszej pielęgniarki dobiegał do niej jakby z oddali. Przez ułamek sekundy trwała jeszcze w zawieszeniu, zanim zmartwiona twarz kobiety pojawiła się przed jej oczami, brutalnie wzywając ją z powrotem do stanu świadomości. - Mówiłam Ci, że nie powinnaś brać kolejnego dyżuru po nocce. Wykończysz się.. - Mruknęła kręcąc głową, ale w jej głosie brzmiała wyraźna troska. Zaraz jednak z ciepłym uśmiechem opuściła salę, a Honey była pewna że jeśli nie zrobi tego samego to zaraz zemdleje. Schyliła się po badania i mrucząc niewyraźne zaraz wracam z prędkością światła opuściła salę. Oparła się niedaleko drzwi o chłodną ścianę, której zimno przyjemnie koiło rozgrzane od emocji ciało. Nie wiedziała co miała zrobić. A głos w głowie, który brutalnie przypominał ten należący do Philipa stał się niezwykle wyraźny i głośny. Niemal krzyczał na krótką chwilę znów odcinając ją od świata. Jeden twój niewłaściwy krok Honey i zniszczę mu życie. Obiecuję.. Znów poczuła się jak trzy lata temu, kiedy płuca ściskały się w strachu, ciało drżało a ona czuła się jakby przygniatał ją ogromny kamień. Po chwili jednak wszystko ustało. Gwizd w uszach minął, odrętwiałe ciało znów mogło się ruszać, a oddech dostarczył płucom wyczekiwanego tlenu. I kiedy odwróciła się, chcąc zachować się choć trochę profesjonalnie, wpadła prosto w niego…. A całe trzy lata starań by o nim zapomnieć właśnie poszły na marne….
Danielius Stones
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Komunikat nadawany w radiu i w telewizji od chwili, w której prasa dowiedziała się o incydencie, wwiercał mu się w głowę. Zwłaszcza skrzekliwy ton dziennikarki, która swoim zachowaniem i ekspresyjnością, przypominała stażystkę, która zwęszyła temat — nie profesjonalistkę. Przełączał z jednej stacji radiowej, na drugą, przekładając ze znużeniem dłoń przez uchylone okno samochodu. Zamierzał wrócić teraz do domu, zjeść coś i rozpocząć falę przesłuchań. Za dziesięć minut powinien znaleźć się we własnym mieszkaniu. Korki były znacznie mniejsze, niż wcześniej, a policjant siedzący obok — kolega zaczynający służbę — wydawał się niecierpliwić. Nic dziwnego. W końcu, zamiast zająć się czymś ambitnym, właśnie robił za szofera, bo Stones nie przyjechał tego dnia na komisariat ani własnym samochodem, ani motocyklem. Przyszedł, bo poprzednią noc spędził w mieszkaniu nieopodal i tak było łatwiej, niż wracać do siebie po motocykl i przyjeżdżać z powrotem na komisariat. Cieszył się, że mógł zakończyć ten dzień, ale obiecał sobie, że wieczorem wpadnie jeszcze do szpitala, w celu przesłuchania osoby, która brała udział w wypadku. Niestety była to jedna z ofiar. Na szczęście stan tego mężczyzny był na tyle stabilny, że mógł rozmawiać — obrażenia jego ciała były mniej poważne, niż kierowcy drugiego samochodu.
Po przekroczeniu progu swojego mieszkania zapalił światło, rozmasowując dłonią nieco obolały kark.
Ciche westchnięcie, które wyrwało się z jego ust, świadczyło o zmęczeniu. Nie sypiał ostatnio zbyt dobrze, a ciągnące się dwunastogodzinne zmiany, których ostatnio było dużo, dawały mu w kość. W mieszkaniu nic się nie zmieniło. Wszystko leżało w tym samym miejscu. Sterta ubrań przewieszonych przez oparcie kanapy (obiecał sobie, że jak znajdzie chwile, to te ciuchy poskłada), pusty zlew (bo zdążył w nim ogarnąć, wbrew pozorom nie lubił syfu) i ten cholerny kubek z kawą, o którym zapomniał. Stał na szafce i go drażnił. Po zjedzeniu szybkiej kolacji — pizzy mrożonej, oczywiście — i wzięciu gorącego, odprężającego prysznica, wsunął na siebie czarny, basicowy t-shirt. Nie widziało mu się ponowne wskakiwanie w mundur — choć ten wiszący w szafie był świeżo wyprany — wolał swoje bluzy i poprzecierane, szerokie spodnie. Opierając dłonie o umywalkę, zacisnął mocno palce na jej brzegach, unosząc głowę, by zerknąć na swoje odbicie w lustrze. Przeczesał palcami włosy, pozwalając, by ciemne kosmyki rozsunęły się pod jego dotykiem i wróciły na swoje miejsce — miękko rozchodząc się od przedziałka. Kilka pasm opadło bliżej oczu, łagodząc nieco surowość rysów, choć nie odbierało mu to pewności siebie. Fryzura wyglądała swobodnie, niemal niedbale, a jednak każdy kosmyk zdawał się układać dokładnie tak, jak powinien. Dawaj Stones. Przecież wiesz, z jakiego powodu pracujesz w policji. Musisz wziąć się w garść, bo przed tobą jeszcze daleka droga. — motywował się w myślach, zbierając siły do włożenia munduru i wyjścia z mieszkania.
Zrobił to po mniej więcej dwudziestu minutach i trzydziestu dwóch sekundach.
Zamknął za sobą drzwi i skierował w stronę parkingu, na którym stał duży, czarny motocykl przysłonięty płachtą zabezpieczającą przed deszczem i resztą nieprzyjemnych zjawisk pogodowych. Zsunął ją z maszyny, zwijając i odkładając do niewielkiego garażu. Włożył na głowę kask, wsiadł na motocykl i przekręcił kluczyk. Maszyna zadrżała, wydając z siebie przyjemne dla ucha właściciela pomruki i ruszyła przed siebie. Lubił Toronto wieczorem. Najbardziej z motocykla. Wszystko wydawało się tak cholernie inne niż za dnia, lub podziwiane przed szybę radiowozu. Może to zabawne, ale dopiero teraz czuł i rozumiał to miasto; jakby uderzające o boki ciała i motocykla powietrze, przypominało mu, czym jest to cholerne życie i czym jest Toronto po zmroku.
I właśnie wtedy, gdy przeciął główną ulicę i odbił w prawo, chcąc jechać na skróty, musiał zmierzyć się z ludźmi, którzy wychodzili po zmroku. Mężczyzna okładający pięściami innego faceta, nie był widokiem, którego chciał doświadczyć po służbie. Nim zareagował, przedzwonił do chłopaka patrolującego tę okolicę o tej godzinie. Rozmowa trwała krótko. Nie był przygotowany na to spotkanie, ani odpowiednio zaopatrzony — musiał poradzić sobie bez narzędzi, mając do dyspozycji tylko własną siłę i wyuczone chwyty obezwładniające. Zareagował niemal natychmiast, starając się opanować sytuację i przegonić napastnika. Mężczyzna stawiał opór, lecz nie był na tyle nierozsądny, by wchodzić w sparing z mundurowym. Zwłaszcza że chwilę po Stonesie, podjechał samochód policyjny. Chłopaka leżącego na drodze, który zwijał się z bólu; krwawił z ust i miał rozciętą brew, ale nie był w ciężkim stanie, zgarnięto to radiowozu i przewieziono do szpitala. Danny dojechał zajechał pod szpital chwilę po dwudziestej, tuż za radiowozem. Zajął się zgłoszeniem incydentu i wyjaśnieniem stanu pacjenta. Lekarka oznajmiła, że nim zaczną przesłuchanie, facet powinien zostać przebadany. Procedury. Musiał mierzyć się z nimi codziennie i wiedział, że nim zostaną dopuszczeni do rozmowy, może to zająć sporo czasu.
I faktycznie tak było.
Przestał liczyć czas. Nie opłacało mu się wracać do domu. W tym czasie udało mu się zebrać zeznania od poszkodowanego, który wziął udział w wypadku drogowym. Zanotował potrzebne informacje, a po dostaniu zielonego światła od lekarki, skierował się do sali numer 3. Wspomniał znajomemu, że może wrócić na służbę, a mężczyznę — Henry’ego Miller, jak się okazało — mógł zostawić pod jego opieką. Ten skinął głową, wymijając go. Minął również jasnowłosą, młodą praktykantkę, która w jego odczuciu, wyglądała bardzo blado. Nic dziwnego, w końcu cała dokumentacja wypadła jej z rąk, a ona przez moment wyglądała, jakby zobaczyła ducha. I może w pewnym sensie nawet tak było?
Honey zwróciła na siebie uwagę Azjaty. Ściągnął ciemne brwi, gdy usłyszał hałas dochodzący zza pleców i mimowolnie odwrócił się w stronę jego źródła. Ujrzał jasnowłosą kobietę. Stracił przez chwilę kontakt z rzeczywistością, intensywnie przyglądając się przyjaciółce sprzed kilku lat. Serce chłopaka przyspieszyło niebezpiecznie. Ujrzenie jej, dorosłej, w tym fartuchu, przywołało wszystkie wspomnienia; zarówno te przyjemne, jak i gorzkie. Pierwszy raz nie wiedział, jak zareagować. Stał przed nim duch przeszłości, a on, choć wewnątrz drżał od niewypowiedzianych słów i gorzkich pytań, cisnących się na usta, nie mógł ich zadać. Był na służbie. Musiał zachowywać się przede wszystkim profesjonalnie. Z wyuczonym dystansem. Posłał w stronę Honey spojrzenie rzucone przez ramię; jedno z tych ostrych, buntowniczych, po czym wrócił wzrokiem do lekarki, kontynuując z nią rozmowę. Obecność jasnowłosej ciążyła mu na duszy mimo tego, że wyszła z pomieszczenia. Przytłaczające wspomnienia zostały tutaj z nim, wywołując suchość w ustach. Odpowiadał zdawkowo, choć dokładnie. Pytał również w ten sam sposób. Po zebraniu wywiadu podziękował za rozmowę i wyszedł z sali. Prawa dłoń ciemnowłosego oparła się o zewnętrzną stronę drzwi, gdy wychodził z pokoju pacjenta. Głowa Danny’ego, ciemne włosy i górna część jego torsu, wysunęły się zza drzwi jako pierwsze. Rozejrzał się po korytarzu, szukając spojrzeniem kobiety, która wywołała całe to zamieszanie i zniszczyła jego dotychczasową stabilność emocjonalną. Wpadła na niego, gdy taksował wzrokiem lewą stronę korytarza. Cofnął się mimowolnie; tak jak zawsze to robił, gdy ktoś narażał go na niechciany fizyczny kontakt. Ciemne oczy Azjaty zatrzymały się na tych należących do niej. Błękit jej oczu wrył się w jego pamięci już lata temu i mimo upływu czasu, wciąż pamiętał ten odcień. Błękitny, z domieszką zieleni. Nie chciał pamiętać koloru jej oczu, pragnął wyprzeć go z pamięci. Z tym błękitem wiązały się bolesne wspomnienia, od których chciał się odciąć. Przerażało go to, że jedno spojrzenie na jej twarz; kształt nosa, pełność ust i kształt oczu, wystarczyło, by przypomniał sobie gładkość jej skóry, smak ust i tę cholerną zieleń zmieszaną z błękitem, gdy…
Nie pozwolił jej wejść do sali. Odwrócił się w stronę gabinetu, rzucając pielęgniarce, która została w środku przepraszające spojrzenie i wyjaśnienie, że Honey jej w tym momencie nie pomoże, bo musi z nią porozmawiać na temat pacjenta przyjętego poprzedniego wieczora. Kobieta kiwnęła głową, wydając bezsłowne pozwolenie — jak inaczej miałaby zareagować? Praca w policji dawała mu przywileje i kompetencje, których nikt nie mógł podważyć. Skoro potrzebował Ravenheart, to jej p o t r z e b o w a ł. Zamknął za sobą drzwi, zmuszając jasnowłosą do cofnięcia w głąb korytarza i przechwytując rękaw jej fartucha, zaprosił ją pod ścianę na profesjonalną rozmowę. Stanął obok niej, opierając się o płaszczyznę pomalowaną jasną farbą. W niektórych miejscach ta odchodziła już od ściany.
— Honey… Dlaczego wróciłaś? — zapytał cicho, choć dosadnie, posyłając jej zmartwione spojrzenie. Czy ona wiedziała, co w ogóle robi? Po cholerę wracała? Czy już zapomniała, że zarówno jej ojciec, jak i ojciec Philipa wyrazili się tak cholernie jasno? Mieli się nigdy więcej nie spotkać. Mieli iść w swoje strony. Mieli zakończyć łączącą ich relację i zerwać tę bliską więź.
Tymczasem Honey wróciła do Toronto, a on nie został o tym przez nikogo poinformowany, co wywołało w nim frustrację i niezadowolenie. Rozumiał, że miał się nigdy nie dowiedzieć o jej przyjeździe... Pewnie ojciec Honey mocno by się tym zmartwił, bo co, jeśli te uczucia, z którymi tak zawzięcie walczył, nie zniknęły mimo upływu czasu?
-
You're the voice I hear, inside my head
The reason that I'm singing
I need to find you
I gotta find younieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Nie brała pod uwagę, że może go spotkać. W zasadzie przyjęła, że musiał wyjechać z miasta skoro zarówno Philip jak i ojciec tak chętnie przystali na jej przyjazd na parę miesięcy. Ojciec bez słowa załatwił jej staż w szpitalu, a narzeczony przez ostatnie dni przed jej wylotem był całkiem miły i sam przyznał, że powinna spędzić czas z Iris. Nic nie wskazywało na to, że mogła napatoczyć się na Stones’a gdzieś w Toronto. Myślała o nim od chwili wylądowania w Kanadzie, ale zduszała w sobie chęć napisania do niego. Wiedziała, że nie mogła tego zrobić. Trzy lata to szmat czasu. Na tyle długi, że mogło wydarzyć się wszystko a jednocześnie tak krótki, że nie zdążyła wyleczyć się z niego całkiem. W życiu pojawiali się ludzię, którzy już na zawsze zajmowali szczególne miejsce w naszych sercach. On był taką osobą, która już zawsze miała podrywać motyle w jej sercu ale tylko w myślach. Dlatego nie potrafiła opisać tego, co poczuła gdy go zobaczyła. Tsunami uczuć, uderzające z taką siłą że niemal ją zmiotło. Chyba tylko resztki zdrowego rozsądku utrzymały ją na nogach. Nie była przekonana, czy chciała z nim rozmawiać. Przede wszystkim dlatego, że nie wiedziała czy jakieś słowo opuści jej gardło. Czy będzie pamiętała jak się składa logiczne zdania. Jego widok był czymś sprzecznym. Z jednej strony, serce zrobiło fikołka, a z drugiej żołądek ścisnął się w niebezpiecznym geście. Zastanawiała się, czy to może nie jakieś omamy spowodowane zmęczeniem, ale kiedy zderzyła się z jego ciałem - wiedziała że był prawdziwy. Poczuła jak zalewa ją fala gorąca i to wcale nie spowodowana tym, jak cholernie dobrze wyglądał. Przez krótką chwilę toczyli bitwe na spojrzenia, a może w zasadzie tonęli we własnym oczach, które kiedyś tak dobrze znali. Oczy, które witały ją gdy tylko zamykała swoje i które tak usilnie próbowała wymazać.
Zagrodził jej wejście do sali, dając do zrozumienia że czas na przemyślenie co robić dalej minął. Musiała z nim porozmawiać. Wiedziała o tym. Ale jego obecność, bliskość i cholerny zapach perfum odbierał jej logiczne myślenie. Pytanie, które zawisło między nimi miało swoisty ból. Nie jak dobrze Cię widzieć, nie kope lat, tylko cholerne dlaczego wróciłaś.
- Chodź, porozmawiamy w spokojniejszym miejscu. - Odezwała się w końcu, a jej głos był słaby i cichy. Tak jakby ktoś wyszarpał z niego całą siłę i emocje jakie może posiadać człowiek.Odepchnęła się od ściany, ale widząc jego nieprzekonaną minę i fakt, że dalej stał twardo w swoim miejscu westchnęła cicho. - Nie będziemy rozmawiać na korytarzu… Poza tym, przecież Cię pogryzę. - Mruknęła. Ewentualnie tylko na Ciebie zwymiotuje ze stresu…. . Ale tego już mu nie powiedziała… Weszli do lekarskiego pokoju, w którym przydymionym światłem paliła się mała lampka. Cichy szczęk zamka, który Honey zdążyła przekręcić, boleśnie uświadomił że zostali sam na sam. Z demonami przeszłości. W komediach romantycznych w takich chwilach główni bohaterowie rzucali się na siebie, całując do jakiejś ckliwej piosenki. Ale oni nie byli w komedii. Stali naprzeciw siebie, a powietrze gęstniało z każdą sekundą. Widziała w jego oczach pytanie.
- Mama jest chora. - Jej melodyjny głos wypełnij przestrzeń między nimi. - Zostało jej parę miesięcy… może tygodni. - Wruszyła lekko ramionami i sama na siebie była zła, że to brzmiało tak lakonicznie w jej ustach. Ściągnęła z szyi stetoskop i położyła go na małym stoliczku. Następnie znów podniosła spojrzenie na azjatę. Dzielił ich cały pokój. Przestrzeń między nimi wydawała się krzyczeć, żeby ją zmniejszyć. Ale żadne nie było gotowe by się poruszyć. Przetarła dłonią zmęczoną twarz, wzdychając cicho. - Byłam pewna, że Cię tu nie ma. - Odezwała się znów po chwili, spoglądając na niego. Lampka rzucała na niego delikatne światło, przez co wydawał się jeszcze bledszy niz zwykle. - Że skoro nikt się nie sprzeciwił żebym tu przyjechała na parę miesięcy, to znaczy że Ciebie nie ma w mieście. - Ciało decydowało samo za siebie, kiedy powolnie stawiało kroki w jego stronę. - Wydawało mi się, że niemożliwym jest byśmy na siebe wpadli. Inaczej nie mogłabym tu być… - Głos lekko jej zadrżał, gdy zatrzymała się przy nim. Był na wyciągnięcie ręki. Wciąż zbyt daleko, a jednocześnie tak blisko… że ich zapachy znów mieszały się ze sobą, tworząc własną kompozycję…. Nie mogła uwierzyć, że go widzi. Że nagle był tuż obok. Żywy i prawdziwy. Że jego ciemne oczy skanowały jej twarz. Czy możliwe było, że przeznaczenie istnieje? Że nie ważne jak ktoś próbuje ich rozdzielić.. zawsze się znajdą, prędzej czy później….
W końcu parsknęła cicho, kręcąc głową i w końcu oderwała od niego wzrok. Obrzuciła spojrzeniem pomieszczenie, czując jak jej myśli wirują. Czy było mozliwe, że Philip po prostu jej zaufał? Nie sądziła. W takim razie, czy był tak pewny że udało mu się w niej wzbudzić strach na tyle by nie dopuścić do spotkania?
Jeden Twój niewłaściwy krok Honey i zniszczę mu życie. Znów zabrzęczało jej w głowie. Wbiła w niego spojrzenie, przez które krótko przetoczył się lęk. Ale tu, teraz. Teraz nikt ich nie widział. Może mieli widzieć się po tylu latach po raz pierwszy i ostatni. I zamierzała to wykorzystać..
- Pieprzyć to - Odezwała się pewniej niż przed chwilą i pokonała dzielącą ich odległość. Nikt ich tu nie widział. Nie było kamer. Nie było świadków. Byli tylko oni. Jej szczupłe ręce owinęły się wokół jego ciała. Poczuła jak sztywnieje w jej objęciach…. Nie potrafiła tego wyjaśnić, ale cholernie potrzebowała go przytulić. Na krótką chwilę zapomnieć o tym wszystkim. O całym głównie jakie się wydarzyło. O szepczących w podświadomości groźbach Philipa… Potrzebowała go. Potrzebowała go jak cholera, zwłaszcza w tej chwili. - Tęskniłam za Tobą Dani.. - Szepnęła, nawet nie wiedząc czy ją usłyszał. A wstrzymywana łza, powoli potoczyła się po jej policzku. Cholera jasna. Nie ważne ile lat minęło, ile dzieliło ich kilometrów. Zawsze był i będzie dla niej ważny.
Danielis Stones
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Praca w policji pomagała mu się wyłączyć. Naprawdę nie miał czasu na randki ani zbyt częste spotkania po służbie. Przesiadywał w pracy po dwanaście, czasem szesnaście godzin, w zależności od ilości patroli i dostępnych policjantów. Wracał do domu styrany i naprawdę nie miał ochoty na nic więcej, poza zjedzeniem kolacji wcześniej kupionej w markecie i odpoczynkiem. Często po prysznicu po prostu kładł się do łóżka i zasypiał. Potrafił przespać trzynaście godzin. Nie mógł powiedzieć, że lubił swój zawód. Przeszedł szkolenia i ukończył akademię, bo miał nadzieję, że w końcu uda mu się odnaleźć osobę odpowiedzialną za zaginięcie przyjaciółki. Żeby to zrobić, musiał odbyć kilka lat służby i wyrobić sobie dobrą opinią, żeby przejść do wydziału narkotykowego, albo tego odpowiedzialnego za zaginięcia.
W przeciwieństwie do Honey, która wybrała zawód lekarza, by pomagać innym, on wybrał swój głównie po to, żeby pomóc sobie samemu uciszyć wyrzuty sumienia.
Spotkanie z przeszłością rzadko można było nazwać przyjemnym, ale Honey… Wywoływała w nim ambiwalentne odczucia. Odkąd pamiętał, Honey kojarzyła mu się z latem — nie przez swoje słodkie imię, lecz przez osobowość. Otulała go ciepłem, przy którym słońce wiszące wysoko nad horyzontem wydawało się zaledwie bladym wspomnieniem gorąca. W jego wyobraźni była rozległą polaną porośniętą złotym zbożem, przez które leniwie przesączały się promienie popołudniowego światła. Powietrze pachniało nagrzaną ziemią, suchą trawą i polnymi kwiatami kołyszącymi się na wietrze. Gdzieś w oddali brzęczały pszczoły, cykały świerszcze, a liście starych drzew szeleściły cicho, jakby opowiadały historie znane tylko letnim wieczorom. Była zapachem siana pozostawionego do wyschnięcia, smakiem malin zrywanych prosto z krzaka i ciepłym powiewem, który przynosił ukojenie po długim dniu spędzonym w pełnym słońcu. Kojarzyła mu się z beztroską, kiedy czas płynął wolniej, a jedynym zmartwieniem było to, że dzień nieuchronnie zbliża się ku końcowi. Wspomnieniem nocy letniej.
Symbolem samotności. Nieprzepracowanych emocji i brakiem zrozumienia dla odrzucenia, choć tak naprawdę nie była przyczyną końca tego pięknego snu, w którym przez chwilę mogli się znaleźć. Najboleśniejszym momentem za każdym razem było przyjście Philipa. Nie potrafił spojrzeć na niego jak na kuzyna, traktował go jak rywala. Przeszkodę, która stała na drodze jemu oraz Honey. Nieodwzajemniona miłość była ciężka do przepracowania, lecz najtrudniejsza była odwzajemniona, lecz niewłaściwa miłość, której konsekwencje ciągną się za tobą latami tylko, dlatego że raz postanowiłeś kogoś pokochać. Danny’emu i Honey odebrano możliwość własnego szczęśliwego zakończenia, bo ktoś inny zadecydował za nich, układając im przyszłość bez zapytania ich o zgodę. Za każdym razem, gdy widywał Honey w towarzystwie kuzyna, rozmawiał ze sobą w myślach i dawał upust swojej frustracji. Nie opuszczała go myśl, że to on powinien być na miejscu Philipa. On mógł uszczęśliwić Honey. On mógł być chłopakiem, z którym chodziłaby po parku, trzymając się za ręce. To z nim szczerze rozmawiałaby o swoich rozterkach i planach na przyszłość, nie z nim — Philipem, który traktował ją jak przedmiot, który miał służyć tylko dla ozdoby. Stones wiedział, że niewiele mógł tutaj wskórać, odchodził więc z wściekłością, wynajdując sobie kolejne obowiązki.
Minęło kilka lat, odkąd wyjechała. Teraz gdy stał przed nią, blokując jej swoją sylwetką wejście do sali, patrzył na nią w ten zdystansowany, raniący sposób. Przyjazd Honey rozpętał wewnątrz niego burzę, której nie potrafił uciszyć. Mógł wydawać się chłodny, lecz nie był to chłód spowodowany wściekłością — on naprawdę rzadko się wściekał. Od pewnego czasu nie odczuwał w ogóle złości, a do porażek starał się podchodzić z dystansem. Marnowanie energii na rzeczy, na które nie miał wpływu, było szkodliwe dla jego zdrowia psychicznego. Wycierpiał wystarczająco dużo, teraz zamierzał po prostu być i przyjmować wszystko na klatę z zacięciem głazu. Nie musiał się zmuszać, by patrzeć jej w oczy. To przyszło naturalnie, niemal odruchowo, jak oddychanie. Utonął w nich bez walki, pozwalając, by pochłonęły go wspomnienia, których przez lata bezskutecznie próbował się pozbyć. Ich spojrzenia splotły się w ciszy. Nie potrzebowali słów. W jego ciemnych tęczówkach odbijała się Honey. Wciąż ciepła, atrakcyjna, jak sprzed kilku lat, podczas gdy on miał wrażenie, że blondynka w jego oczach widziała wszystko, co przez lata tak skrupulatnie ukrywał przed resztą świata.
— Prowadź — odsunął się od niej, pozwalając dziewczynie na odzyskanie komfortowej przestrzeni. Przez całą drogę przez korytarz, trzymał się tuż za nią. Szedł z dłońmi wsuniętymi w spodnie, rozglądając się po szpitalnych ścianach, jakby próbował odnaleźć w nich odpowiedź na wszystkie, jak dotąd niewypowiedziane pytania. Zastanawiał się nad tym, czy Honey przez te lata w ogóle o nim pamiętała. Raczej nie spodziewała się tego, że wpadnie na niego w szpitalnym budynku, co było oczywiste — Toronto było ogromnym miastem. Mogli dzień w dzień przemieszczać się tymi samymi autostradami, lecz nigdy na siebie nie wpaść, bo ich drogi prowadziły do innych punktów na mapie miasta. Tym razem nie zdążyli się minąć. Ich cienie zderzyły się ze sobą, eskalując w bezdźwięczny konflikt. Zatrzymał się za jej plecami, gdy otwierała gabinet lekarski. Przelotnie spojrzał na numer drzwi i nazwisko widniejące na tabliczce, chcąc zapamiętać, skąd przyszli, po czym wszedł za nią do środka.
Zdecydowanie nie byli bohaterami romantycznej komedii. Los nigdy nie pisał dla nich lekkich dialogów, niezręcznych spotkań kończących się pocałunkiem ani finałów, przy których na ekranie pojawiają się napisy końcowe, a widz wychodzi z kina z przekonaniem, że miłość potrafi pokonać wszystko. Gdyby miał przypisać ich historię do jakiegokolwiek gatunku literackiego lub filmowego, bez chwili wahania nazwałby ją dramatem. Takim, w którym bohaterowie od pierwszych stron skazani są na nieuchronną porażkę, choć uparcie próbują oszukać przeznaczenie. Ich samych określiłby mianem bohaterów tragicznych. Nie dlatego, że przestali się kochać, lecz dlatego, że życie raz za razem odbierało im możliwość, by cokolwiek z tą miłością zrobić. Bo czasami to nie brak uczuć, okazuje się największym wrogiem, a czas. Jedna zła decyzja. Jedno niewypowiedziane zdanie. Jeden pociąg odjeżdżający zbyt wcześnie i dwoje ludzi, którzy zbyt późno zdali sobie sprawę, że zmierzali w tym samym kierunku. Byli bohaterami tragedii. Takimi, których los pozwala sobie polubić tylko po to, by z większym okrucieństwem odebrać im wszystko, na czym zdążyło im zależeć. I Danny odnosił wrażenie, że ich historia od samego początku miała skończyć się właśnie w ten sposób.
Stanął naprzeciw niej z podeszwą ciężkiego buta opartego o drzwi wejściowe i plecami dociśniętymi do ich powierzchni, jakby potrzebował stabilnego oparcia, by móc w ogóle przetrwać tę rozmowę. Blada cera chłopaka, podkreślona przez rozpalone wewnątrz gabinetu światło, kontrastowała z ciemnymi włosami i oprawą oczu, nadając mu niemalże eterycznego wyglądu. Dłonie spoczywały nonszalancko w kieszeniach czarnych bojówek, zaś przenikliwe, chłodnawe spojrzenie osadzone na wysokości twarzy Honey, żądało wyjaśnień. Trwanie w tej ciszy wydawało mu się niewłaściwe i wyjątkowo dyskomfortowe. Otaczała ich nieprzyjemna cisza, zapach środków dezynfekujących i leków. Ta mieszanka zapachowa, typowo szpitalna, przyprawiała go o mdłości, choć sam nie potrafił określić dlaczego. Bywał nieraz w szpitalach, ale dopiero teraz odczuwał ten przecinający korytarze i gabinety chłód. Prawdopodobnie te wszystkie uczucia wzmacniało to, że przebywał tu w towarzystwie Honey, a duszna atmosfera między nimi, odbierała oddech.
Zaczęła mówić — a on słuchał, wpatrując się w nią z tym przerażającym spokojem. Nawet się nie poruszył, stał pod drzwiami zaklęty jak posąg i czekał na wyjaśnienia, które miały nadejść z jej ust. Wsłuchiwał się w jej słowa, notował zmianę pozycji, każdy ruch palców czy ściągnięcie brwi. To przychodziło mu naturalnie; obserwowanie ludzi było czymś, w czym od zawsze był dobry, teraz dużo łatwiej było mu określić czyjeś zamiary. Oczywistością było to, że gdyby Philip wiedział, nie pozwoliłby jej przyjechać. Na wzmiankę o tym, że miało go tu nie być, uniósł kąciki ust w rozbrajającym, nieco łobuzerskim uśmiechu, pozwalając sobie na ironiczne prychnięcie. Przymknął oczy, delektując się tymi słowami — zabawne, że mimo upływu lat, Philip wciąż widział w nim konkurencję, a już sam fakt, że mógłby pojawić się blisko Honey, napawał go takim przerażeniem, że nie zgodziłby się na jej przyjazd. Ten Stones, zawsze był zakompleksionym kretynem drżącym w obawie o to, że Honey mogłaby go zostawić. Przekrzywił nieco głowę, widząc zmianę w jej podejściu. Liczył w milczeniu kroki, które już przebyła, starając się zmniejszyć między nimi dystans. Pierwszy krok. Drugi. Trzeci. Kolejne wypowiedziane słowa.
— Nigdy nie wyjechałem z Toronto. Zmieniałem tylko dzielnice — wtrącił w dozie wyjaśnienia. Głos chłopaka rozbrzmiewał spokojnie wewnątrz gabinetu, pozwalając głębokiemu tonowi rozejść się po przestrzeni, której powoli brakowało, bo ich ciała za sprawą Honey, znajdywały się w niebezpiecznie bliskiej odległości.
Serce czarnowłosego drżało, jakby intuicyjnie chciało wyrwać się z jego klatki piersiowej i wyjść na spotkanie z tym jej. Tak, zdradzało go serce. Zdradzał go nieco przyspieszony oddech spowodowany intensywnym zapachem jej perfum w pobliżu, może ton, bardziej mrukliwy, intymniejszy niż dotychczas. Żadna inna ekspresja. Wydawał się obojętny, dopóki go nie przytuliła. Zesztywniał momentalnie, napinając każdy możliwy mięsień, jakby ciało automatycznie zareagowało na zagrożenie, przed których chciało się obronić, choć to tak naprawdę miało nie nadejść. Tęskniłam za tobą, Danny... Na dźwięk tego wyznania przełknął ślinę, odwracając głowę w stronę okna. Zatrzymał spojrzenie na żaluzjach, opierając policzek o czubek jej głowy. Czerń jego włosów splatała się z jasnymi pasmami Honey jak pióra dwóch kruków — jednego czarnego, drugiego białego. Tak różnych, że natura niemal nie przewidywała ich wspólnego lotu, a jednak los uparcie usadził ich obok siebie na jednej gałęzi. Złapał głęboki wdech, uparcie trzymając dłonie w kieszeniach spodni. Stał nieruchomo, z nonszalancko opuszczonymi ramionami i tą charakterystyczną dla siebie swobodą, która od zawsze nadawała mu aurę człowieka trudnego do rozszyfrowania. Tylko Honey, wtulona w jego pierś, mogła usłyszeć, jak bardzo przeczyło temu niespokojne bicie jego serca i rwany oddech.
— Ja za tobą też… — odezwał się po chwili ciszy, układając dłonie w jej talii i przyciągnął ją mocniej do siebie, całkowicie niwelując dzielący ich dystans. Przesunął delikatnie głowę, ocierając się o jej szyję i policzek w czułym geście. Zamknął ją w uścisku, odgradzając od świata. — Nigdy nie chciałem, żebyś wyjeżdżała, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić… To były długie miesiące — ciągnęły się w nieskończoność, a dzień zlewał się z nocą; potrzebował czasu, by uporać się z jej wyjazdem. Danny wydawał się oziębły, lecz wewnątrz odczuwał i przetwarzał emocje, jak każda zwyczajna osoba. On po prostu się nimi nie dzielił.
— Przykro mi z powodu twojej mamy. Nie wiedziałem... — przesunął prawą dłonią po jej głowie, chcąc dodać jej otuchy i okazać bliskość. Teraz była tutaj, w Toronto i przy nim, a on nie zamierzał stać z boku, przyglądając się jej bólowi. Honey mogła pozwolić sobie na słabość, mogła przy nim płakać. Jeśli potrzebowała, mogła zamoczyć mu całą bluzę — i tak nie zamierzał odchodzić, ani zostawiać jej samej.
Honey Ravenheart
-
You're the voice I hear, inside my head
The reason that I'm singing
I need to find you
I gotta find younieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Praca w szpitalu była jej ucieczką. W Chicago uciekała od życia, którego nienawidziła. Od rąk Philipa, które parzyły jej skórę przy każdym dotyku. Od głosu, który niesamowicie przypominał ten należący do ojca - wydający polecenia. W Toronto uciekała przed nieuchronnie zbliżającym się końcem. Przed widokiem zaniedbanego ogrodu, w którym już nic nie kwitło. Przed ojcem, który mijał ją w drzwiach jak powietrze. Ale najbardziej chciała uciec przed wspomnieniami, które boleśnie próbowały wdzierać się do jej głowy. Bo Toronto miało w sobie zapach niedokończonych pocałunków, niespełnionych marzeń i serca… Serca, które rozpadło się na milion kawałków i nikt nie mógł go pozbierać.
- Dani… - Jej głos wydawał się taki obcy. Pozbawiony swojej dźwięczności, miękkości, jakby ktoś przed chwilą wyrwał jej struny głosowe i z litości włożył je spowrotem. - Nie wiem kiedy się zobaczymy… Ani czy jeszcze w ogóle. Ale… - Urwała, czując jak do zmęczonych oczu znów napływają łzy. - Ale zawsze będę Cię kochać…. - Jej głos urwał się gdzieś przy ostatnim słowie, a serce na krótką chwilę zabiło szybciej.
Zawsze będę Cię kochać. Zawsze to bardzo długo… To noce, w których zimne dłonie zaciskały się w bolesny sposób na nadgarstkach. To słowa sączące się razem ze spływającą cicho po ciele krwią. Zrobię kurwa wszystko. Wszystko żebyś o nim zapomniała. Chociażbyś miała to jebane uczucie wyrzygać. Rozumiesz? Przestaniesz czuć cokolwiek do niego.. To dreszcze wstrząsające obolałym ciałem. To dźwięki rozbijającego się szkła. To każde Suko rzucone w przestrzeni gdy ciało broni się przed cielesnością. To każda spływająca łza, każdy skurcz żołądka i każdy pulsujący na ciele siniak. Każda groźba wylewająca się przez usta, których pocałunek smakuje jak najgorsza trucizna. Zawsze to coś więcej niż czas. To każde uczucie, które wstrząsa ciałem i duszą. Zawsze jest pięknym kłamstwem i jednocześnie bolesną prawdą. Zawsze - to słowo które wyryło się w miejscu, w którym kiedyś było serce.
Philip ją złamał. Nie obietnicę, którą złożyła. Ją jako człowieka. Zabił w niej szczęście, miłość i ciepło. Od lat w Honey panowała zima, która wymroziła swoim lodem wszystko co było dookoła, pozostawiając tylko zasypane śniegiem pustkowie. Ale dziś… Dziś w końcu coś poczuła. Łaskotanie w żołądku. Jakby jakiś mały i słaby przebiśnieg spróbował przedostać się przez warstwę lodu. Jakby jakaś mała iskra nadziei postanowiła zagrzać to, co zamarzło już dawno temu. Danny był iskrą, która mogła znów powołać ją do życia. Bo gdy parę lat temu złożyła mu obietnicę.. Nie kłamała. Nie ważne ile minęło czasu, co po drodzę się wydarzyło i jak usilnie próbowali wymazać z niej to uczucie…. On był jak promień słońca po bardzo srogiej zimie, którego człowiek tak bardzo wyczekuję. Gdy dłonie chłopaka delikatnie ułożyły się na jej talii, coś przyjemnego rozlało się w jej środku. Coś ciepłego, przypominającego miód. Świat był paskudny, ale może i on wiedział że nie powinno się ich rozdzielać, skoro mimo wszystko znów postawił ich sobie na drodzę…
Kiwnęła głową na jego słowa i zbierając się z powrotem w garść, odsunęła lekko od niego. Na tyle by móc na niego spojrzeć. Obrzuciła go spojrzeniem, rejestrując każdą zmianę. Dłużej skupiła się na oczach, które miały w sobie zmęczenie. Ale nie takie, które człowiek ma po długim dniu. To zmęczenie było gdzieś głębiej. I ona je doskonale rozumiała. Delikatny uśmiech wpłynął na jej usta gdy wędrowała dalej, szukając oznak że to tylko wytwór jej wyobraźni, że Danny wcale tu nie stal. Ale był tak cholernie prawdziwy. Jego dłonie, na jej talii, jego perfumy, jego głos i skupione na niej oczy - wszystko było takie prawdziwe. A w niej ktoś na krótki moment zatrzymał szalejący huragan. W jej wnętrzu nastała cisza i spokój… którego tak dawno nie czuła.
- Boże… Ty tu naprawdę jesteś - Szept opuścił jej usta, gdy wróciła wzrokiem do jego oczu. Na krótką chwilę wszystko się zatrzymało. Jakby znów cofnęła się do tamtego wieczoru. Zawsze będę Cię kochać. Uczucie ciepła, które otuliło jej ciało było tak przyjemne, że bała się odsunąć….
Danielis Stones
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednak był tutaj, z Honey, jako żywy dowód tego, że i wyrwałby się spod każdej pieczy, nawet jeśli miałby oszukać samego Szatana. Niezliczoną ilość razy zastanawiał się nad ponownym spotkaniem z Honey. W jakich okolicznościach by nastąpiło? Czy wciąż miałaby naszyjnik z wygrawerowanym wyznaniem miłości w ojczystym języku jego matki, który miał być symbolem ich wymarzonego związku? Czy Philip nie dowiedział się, od kogo miała tę pamiątkę? Czy przyjechałaby prędzej do Toronto, czy może on do Chicago? Czy wciąż kochałaby go tak, jak przed wyjazdem? Czy on wciąż czułby do niej coś więcej niż przyjaźń? Odpowiedzi na te pytania przyszły trzy lata później, wraz z pierwszymi ciepłymi wieczorami zwiastującymi lato. Nie spodziewał się tylko tego, że wpadnie na nią w szpitalu podczas dyżuru. Ani tego, że spoglądając na nią, jedynym pytaniem cisnącym się na usta był powód jej powrotu. Żadnego tęskniłem, żadnego przywitania. Odciął się od tych uczuć, nie, dlatego że zapomniał — bo próbował przyjąć profesjonalną postawę, której wymagał od niego status zawodowy. Najprostszym sposobem na rozmowę, było przesłuchanie w celu wyciągnięcia informacji na temat pacjenta, którym się zajmowała. Starał się nie mieszać własnych uczuć z zawodowymi, co przychodziło mu cholernie trudno, gdy oglądał ją taką… Po tych trzech latach. Wraz z pierwszymi słowami Honey i łzami, które dostrzegł na jej policzku, coś zaczynało w nim pękać i się burzyć. Być może cała ta bariera, którą latami tworzył, właśnie opadała, odsłaniając uczucia.
Honey
złamała.
Przytulając ją do siebie, czuł, że w końcu, po długim czasie udało mu się odnaleźć ten szczęśliwy zakątek. Honey odsunęła się od niego, by zlustrować spojrzeniem jego twarz. Faktycznie był zmęczony, nie zniszczony, ani przemęczony. Męczyły go niewiedza i niepewność, teraz mógł powoli odzyskiwać wewnętrzną równowagę. Z przyjaciółmi przychodziło to łatwiej, niż samemu. A Honey była jego najlepszą przyjaciółką i wsparciem. Dlatego, gdy się odsunęła, on, choć z reguły nie lubił dotyku, chciał zatrzymać ją przy sobie na dłużej niż chwilę. Przytulił ją do siebie, ukrywając twarz w jej ramieniu. Ciepło bijące od Honey ogrzewało go od wewnątrz, przeganiając na chwilę tę burzę śnieżną tłukącą się w jego sercu.
— Niezwykłe, prawda? Mam nadzieję, że nie będziesz musiała zaraz wracać. Wolałbym, żebyś została — wolał, żeby została przy nim. Najdłużej jak to możliwe. Stones nigdzie się nie wybierał. Mieszkał w Toronto, miał tutaj pracę, rzeczy, do których był przywiązany i osoby, których nie chciał zostawiać. W końcu wszystko było na swoim miejscu, tak mu się wydawało.
Honey Ravenheart