Wracając myślami do dziecięcych marzeń, nie przychodziło mu ich zbyt wiele do głowy. Jakoś nie potrafił przypomnieć sobie tego, o czym marzył będąc dzieckiem. Koleżanki i szkolni koledzy, z którymi chodził do klasy, opowiadali nauczycielom o dziecięcych marzeniach z pasją, jakiej brakowało w życiu dorosłym ludziom. Co druga dziewczynka chciała być tancerką, trzecia lekarzem. Chłopcy marzyli o zostaniu jutuberami i streamowaniu gier komputerowych. Rzadko zdarzał się ktoś z ambitniejszymi planami. Pokolenie Z miało to do siebie, że dorastając już w zdigitalizowanym świecie z powszechnym dostępem do internetu, mogło pozwolić sobie na nieco inny rodzaj marzeń. Zawody powiązane z rzeczywistością, oczekiwania względem życia i przyziemne plany zmieniały swoją formę. U niego nie było tego typu planów. Zawsze powtarzał, że chciałby po prostu zarabiać pieniądze, obojętnie w jakim zawodzie. Niewiele miał do powiedzenia na ten temat, choć zainteresowań miał całkiem sporo. Od zawsze lubił sport, radził sobie nieźle z liczbami — jak większość jego rodziny, a przynajmniej od męskiej strony. Mama lubiła rysować i tworzyła piękne szkice. Gdy był młodszy, rysowała dla przyjemności, cieszyło ją to. W pewnym momencie przestawała, robiła przerwę na długie miesiące, aż w końcu wracała do swojego hobby, gdy kłóciła się z mężem. Danny doskonale pamiętał trzaskanie drzwiami za każdym razem, gdy tata uznał, że nie zamierza przesiadywać w tym domu. Po kłótni po prostu wychodził, wracał w nocy, czasem nad ranem… Podczas gdy jego żona zostawała w domu, z dziećmi. Bo przecież kto miał się nimi zająć? Im starszy był, tym bardziej rozumiał, że ta kobieta była po prostu samotna. Dzieci nie potrafiły wypełnić tej pustki, którą zostawiał po sobie chłód mężczyzny, z którym postanowiła się związać. I być może dlatego Danny sam nieszczególnie chciał wchodzić w poważne relacje. Introwertyczna natura mu to utrudniała, nie chciał skrzywdzić kogoś, kogo kochał, a jaką mógł mieć pewność, że nie zacznie zachowywać się jak ojciec? Prawdopodobnie nie tylko on mierzył się z tymi rozterkami. Eric zapewne również.
Praca w policji pomagała mu się wyłączyć. Naprawdę nie miał czasu na randki ani zbyt częste spotkania po służbie. Przesiadywał w pracy po dwanaście, czasem szesnaście godzin, w zależności od ilości patroli i dostępnych policjantów. Wracał do domu styrany i naprawdę nie miał ochoty na nic więcej, poza zjedzeniem kolacji wcześniej kupionej w markecie i odpoczynkiem. Często po prysznicu po prostu kładł się do łóżka i zasypiał. Potrafił przespać trzynaście godzin. Nie mógł powiedzieć, że lubił swój zawód. Przeszedł szkolenia i ukończył akademię, bo miał nadzieję, że w końcu uda mu się odnaleźć osobę odpowiedzialną za zaginięcie przyjaciółki. Żeby to zrobić, musiał odbyć kilka lat służby i wyrobić sobie dobrą opinią, żeby przejść do wydziału narkotykowego, albo tego odpowiedzialnego za zaginięcia.
W przeciwieństwie do Honey, która wybrała zawód lekarza, by pomagać innym, on wybrał swój głównie po to, żeby pomóc sobie samemu uciszyć wyrzuty sumienia.
Spotkanie z przeszłością rzadko można było nazwać przyjemnym, ale Honey… Wywoływała w nim ambiwalentne odczucia. Odkąd pamiętał, Honey kojarzyła mu się z latem — nie przez swoje słodkie imię, lecz przez osobowość. Otulała go ciepłem, przy którym słońce wiszące wysoko nad horyzontem wydawało się zaledwie bladym wspomnieniem gorąca. W jego wyobraźni była rozległą polaną porośniętą złotym zbożem, przez które leniwie przesączały się promienie popołudniowego światła. Powietrze pachniało nagrzaną ziemią, suchą trawą i polnymi kwiatami kołyszącymi się na wietrze. Gdzieś w oddali brzęczały pszczoły, cykały świerszcze, a liście starych drzew szeleściły cicho, jakby opowiadały historie znane tylko letnim wieczorom. Była zapachem siana pozostawionego do wyschnięcia, smakiem malin zrywanych prosto z krzaka i ciepłym powiewem, który przynosił ukojenie po długim dniu spędzonym w pełnym słońcu. Kojarzyła mu się z beztroską, kiedy czas płynął wolniej, a jedynym zmartwieniem było to, że dzień nieuchronnie zbliża się ku końcowi. Wspomnieniem nocy letniej.
Wspomnieniem…
Symbolem samotności. Nieprzepracowanych emocji i brakiem zrozumienia dla odrzucenia, choć tak naprawdę nie była przyczyną końca tego pięknego snu, w którym przez chwilę mogli się znaleźć. Najboleśniejszym momentem za każdym razem było przyjście Philipa. Nie potrafił spojrzeć na niego jak na kuzyna, traktował go jak rywala. Przeszkodę, która stała na drodze jemu oraz Honey. Nieodwzajemniona miłość była ciężka do przepracowania, lecz najtrudniejsza była odwzajemniona, lecz niewłaściwa miłość, której konsekwencje ciągną się za tobą latami tylko, dlatego że raz postanowiłeś kogoś pokochać. Danny’emu i Honey odebrano możliwość własnego szczęśliwego zakończenia, bo ktoś inny zadecydował za nich, układając im przyszłość bez zapytania ich o zgodę. Za każdym razem, gdy widywał Honey w towarzystwie kuzyna, rozmawiał ze sobą w myślach i dawał upust swojej frustracji. Nie opuszczała go myśl, że to on powinien być na miejscu Philipa. On mógł uszczęśliwić Honey. On mógł być chłopakiem, z którym chodziłaby po parku, trzymając się za ręce. To z nim szczerze rozmawiałaby o swoich rozterkach i planach na przyszłość, nie z nim — Philipem, który traktował ją jak przedmiot, który miał służyć tylko dla ozdoby. Stones wiedział, że niewiele mógł tutaj wskórać, odchodził więc z wściekłością, wynajdując sobie kolejne obowiązki.
Minęło kilka lat, odkąd wyjechała. Teraz gdy stał przed nią, blokując jej swoją sylwetką wejście do sali, patrzył na nią w ten zdystansowany, raniący sposób. Przyjazd Honey rozpętał wewnątrz niego burzę, której nie potrafił uciszyć. Mógł wydawać się chłodny, lecz nie był to chłód spowodowany wściekłością — on naprawdę rzadko się wściekał. Od pewnego czasu nie odczuwał w ogóle złości, a do porażek starał się podchodzić z dystansem. Marnowanie energii na rzeczy, na które nie miał wpływu, było szkodliwe dla jego zdrowia psychicznego. Wycierpiał wystarczająco dużo, teraz zamierzał po prostu być i przyjmować wszystko na klatę z zacięciem głazu. Nie musiał się zmuszać, by patrzeć jej w oczy. To przyszło naturalnie, niemal odruchowo, jak oddychanie. Utonął w nich bez walki, pozwalając, by pochłonęły go wspomnienia, których przez lata bezskutecznie próbował się pozbyć. Ich spojrzenia splotły się w ciszy. Nie potrzebowali słów. W jego ciemnych tęczówkach odbijała się Honey. Wciąż ciepła, atrakcyjna, jak sprzed kilku lat, podczas gdy on miał wrażenie, że blondynka w jego oczach widziała wszystko, co przez lata tak skrupulatnie ukrywał przed resztą świata.
— Prowadź — odsunął się od niej, pozwalając dziewczynie na odzyskanie komfortowej przestrzeni. Przez całą drogę przez korytarz, trzymał się tuż za nią. Szedł z dłońmi wsuniętymi w spodnie, rozglądając się po szpitalnych ścianach, jakby próbował odnaleźć w nich odpowiedź na wszystkie, jak dotąd niewypowiedziane pytania. Zastanawiał się nad tym, czy Honey przez te lata w ogóle o nim pamiętała. Raczej nie spodziewała się tego, że wpadnie na niego w szpitalnym budynku, co było oczywiste — Toronto było ogromnym miastem. Mogli dzień w dzień przemieszczać się tymi samymi autostradami, lecz nigdy na siebie nie wpaść, bo ich drogi prowadziły do innych punktów na mapie miasta. Tym razem nie zdążyli się minąć. Ich cienie zderzyły się ze sobą, eskalując w bezdźwięczny konflikt. Zatrzymał się za jej plecami, gdy otwierała gabinet lekarski. Przelotnie spojrzał na numer drzwi i nazwisko widniejące na tabliczce, chcąc zapamiętać, skąd przyszli, po czym wszedł za nią do środka.
Zdecydowanie nie byli bohaterami romantycznej komedii. Los nigdy nie pisał dla nich lekkich dialogów, niezręcznych spotkań kończących się pocałunkiem ani finałów, przy których na ekranie pojawiają się napisy końcowe, a widz wychodzi z kina z przekonaniem, że miłość potrafi pokonać wszystko. Gdyby miał przypisać ich historię do jakiegokolwiek gatunku literackiego lub filmowego, bez chwili wahania nazwałby ją dramatem. Takim, w którym bohaterowie od pierwszych stron skazani są na nieuchronną porażkę, choć uparcie próbują oszukać przeznaczenie. Ich samych określiłby mianem bohaterów tragicznych. Nie dlatego, że przestali się kochać, lecz dlatego, że życie raz za razem odbierało im możliwość, by cokolwiek z tą miłością zrobić. Bo czasami to nie brak uczuć, okazuje się największym wrogiem, a czas. Jedna zła decyzja. Jedno niewypowiedziane zdanie. Jeden pociąg odjeżdżający zbyt wcześnie i dwoje ludzi, którzy zbyt późno zdali sobie sprawę, że zmierzali w tym samym kierunku. Byli bohaterami tragedii. Takimi, których los pozwala sobie polubić tylko po to, by z większym okrucieństwem odebrać im wszystko, na czym zdążyło im zależeć. I Danny odnosił wrażenie, że ich historia od samego początku miała skończyć się właśnie w ten sposób.
Stanął naprzeciw niej z podeszwą ciężkiego buta opartego o drzwi wejściowe i plecami dociśniętymi do ich powierzchni, jakby potrzebował stabilnego oparcia, by móc w ogóle przetrwać tę rozmowę. Blada cera chłopaka, podkreślona przez rozpalone wewnątrz gabinetu światło, kontrastowała z ciemnymi włosami i oprawą oczu, nadając mu niemalże eterycznego wyglądu. Dłonie spoczywały nonszalancko w kieszeniach czarnych bojówek, zaś przenikliwe, chłodnawe spojrzenie osadzone na wysokości twarzy Honey, żądało wyjaśnień. Trwanie w tej ciszy wydawało mu się niewłaściwe i wyjątkowo dyskomfortowe. Otaczała ich nieprzyjemna cisza, zapach środków dezynfekujących i leków. Ta mieszanka zapachowa, typowo szpitalna, przyprawiała go o mdłości, choć sam nie potrafił określić dlaczego. Bywał nieraz w szpitalach, ale dopiero teraz odczuwał ten przecinający korytarze i gabinety chłód. Prawdopodobnie te wszystkie uczucia wzmacniało to, że przebywał tu w towarzystwie Honey, a duszna atmosfera między nimi, odbierała oddech.
Zaczęła mówić — a on słuchał, wpatrując się w nią z tym przerażającym spokojem. Nawet się nie poruszył, stał pod drzwiami zaklęty jak posąg i czekał na wyjaśnienia, które miały nadejść z jej ust. Wsłuchiwał się w jej słowa, notował zmianę pozycji, każdy ruch palców czy ściągnięcie brwi. To przychodziło mu naturalnie; obserwowanie ludzi było czymś, w czym od zawsze był dobry, teraz dużo łatwiej było mu określić czyjeś zamiary. Oczywistością było to, że gdyby Philip wiedział, nie pozwoliłby jej przyjechać. Na wzmiankę o tym, że miało go tu nie być, uniósł kąciki ust w rozbrajającym, nieco łobuzerskim uśmiechu, pozwalając sobie na ironiczne prychnięcie. Przymknął oczy, delektując się tymi słowami — zabawne, że mimo upływu lat, Philip wciąż widział w nim konkurencję, a już sam fakt, że mógłby pojawić się blisko Honey, napawał go takim przerażeniem, że nie zgodziłby się na jej przyjazd. Ten Stones, zawsze był zakompleksionym kretynem drżącym w obawie o to, że Honey mogłaby go zostawić. Przekrzywił nieco głowę, widząc zmianę w jej podejściu. Liczył w milczeniu kroki, które już przebyła, starając się zmniejszyć między nimi dystans. Pierwszy krok. Drugi. Trzeci. Kolejne wypowiedziane słowa.
— Nigdy nie wyjechałem z Toronto. Zmieniałem tylko dzielnice — wtrącił w dozie wyjaśnienia. Głos chłopaka rozbrzmiewał spokojnie wewnątrz gabinetu, pozwalając głębokiemu tonowi rozejść się po przestrzeni, której powoli brakowało, bo ich ciała za sprawą Honey, znajdywały się w niebezpiecznie bliskiej odległości.
Serce czarnowłosego drżało, jakby intuicyjnie chciało wyrwać się z jego klatki piersiowej i wyjść na spotkanie z tym jej. Tak, zdradzało go serce. Zdradzał go nieco przyspieszony oddech spowodowany intensywnym zapachem jej perfum w pobliżu, może ton, bardziej mrukliwy, intymniejszy niż dotychczas. Żadna inna ekspresja. Wydawał się obojętny, dopóki go nie przytuliła. Zesztywniał momentalnie, napinając każdy możliwy mięsień, jakby ciało automatycznie zareagowało na zagrożenie, przed których chciało się obronić, choć to tak naprawdę miało nie nadejść. Tęskniłam za tobą, Danny... Na dźwięk tego wyznania przełknął ślinę, odwracając głowę w stronę okna. Zatrzymał spojrzenie na żaluzjach, opierając policzek o czubek jej głowy. Czerń jego włosów splatała się z jasnymi pasmami Honey jak pióra dwóch kruków — jednego czarnego, drugiego białego. Tak różnych, że natura niemal nie przewidywała ich wspólnego lotu, a jednak los uparcie usadził ich obok siebie na jednej gałęzi. Złapał głęboki wdech, uparcie trzymając dłonie w kieszeniach spodni. Stał nieruchomo, z nonszalancko opuszczonymi ramionami i tą charakterystyczną dla siebie swobodą, która od zawsze nadawała mu aurę człowieka trudnego do rozszyfrowania. Tylko Honey, wtulona w jego pierś, mogła usłyszeć, jak bardzo przeczyło temu niespokojne bicie jego serca i rwany oddech.
— Ja za tobą też… — odezwał się po chwili ciszy, układając dłonie w jej talii i przyciągnął ją mocniej do siebie, całkowicie niwelując dzielący ich dystans. Przesunął delikatnie głowę, ocierając się o jej szyję i policzek w czułym geście. Zamknął ją w uścisku, odgradzając od świata.
— Nigdy nie chciałem, żebyś wyjeżdżała, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić… To były długie miesiące — ciągnęły się w nieskończoność, a dzień zlewał się z nocą; potrzebował czasu, by uporać się z jej wyjazdem. Danny wydawał się oziębły, lecz wewnątrz odczuwał i przetwarzał emocje, jak każda zwyczajna osoba. On po prostu się nimi nie dzielił.
— Przykro mi z powodu twojej mamy. Nie wiedziałem... — przesunął prawą dłonią po jej głowie, chcąc dodać jej otuchy i okazać bliskość. Teraz była tutaj, w Toronto i
przy nim, a on nie zamierzał stać z boku, przyglądając się jej bólowi. Honey mogła pozwolić sobie na słabość, mogła przy nim płakać. Jeśli potrzebowała, mogła zamoczyć mu całą bluzę — i tak nie zamierzał odchodzić, ani zostawiać jej samej.
Honey Ravenheart