Stellan niemal zakrztusił się własnym śmiechem, który przeszedł w suchy, świszczący kaszel. Oparł się mocniej o ścianę, czując jak chłód cegieł przenika przez jego brudną kurtkę. Wytarł wierzchem dłoni usta i spojrzał na Jasona z wyrazem czystej pogardy.
-
Po co? - powtórzył, cedząc słowa przez zaciśnięte zęby. -
A skąd mam wiedzieć? Pytaj swojego tatusia. Pewnie znudziło mu się słońce, albo znów poczuł, że musi udawać wielkiego biznesmena w kraju, w którym wszyscy wiedzą, kim naprawdę jest. - Splunął, celując nieco bliżej butów Jasona. Drżenie rąk stało się tak silne, że wcisnął je głęboko w kieszenie, żeby brat tego nie zauważył.
-
Wróciliśmy do tego samego szamba, tylko z większymi wymaganiami. Rodzice myślą, że jak kupią sobie nowe mieszkanie w lepszej dzielnicy, to wszystko zacznie się od nowa. Że ja będę tym samym gnojkiem, który będzie siedział cicho i wykonywał polecenia. - Parsknął pogardliwie. -
Jak widzisz, niezbyt im to wyszło. Ale ty mi nie wyjeżdżaj z takimi pytaniami, jakby to była moja decyzja. Ja tu nie wróciłem dla przyjemności, ja tu utknąłem.
Widział to rozdrażnienie, ale nie kupował tej obojętnej miny. Dla niego to było tylko kolejne kłamstwo, które Jason próbował mu sprzedać. Nie wierzył, że ten człowiek nie czuje triumfu - przecież to niemożliwe, żeby tak łatwo wymazał te wszystkie lata, kiedy to on był tym gorszym. Poczuł w żołądku narastający skurcz, ostrzeżenie, że jego organizm zaraz zacznie upominać się o swoje. Z trudem utrzymał pion, przenosząc ciężar ciała na drugą nogę.
-
Nie rób tej miny – rzucił, a jego głos był zachrypnięty. -
Nie udawaj świętego, który jest ponad to. Widzę, jak na mnie patrzysz. Ta twoja obojętność to tylko kolejna maska, dokładnie taka sama, jaką ja nosiłem przez lata, kiedy rodzice nie spuszczali ze mnie wzroku. Myślisz, że nie widzę, jak ci się micha cieszy w środku? - Zrobił chwiejny krok w stronę Jasona, nie dbając o to, że jego śmierdzące ubranie narusza przestrzeń wokół brata. -
Jesteś tu, masz kasę, masz laskę przy boku i patrzysz na mnie na kawałek gówna na podeszwie buta. Nie kłam, że nie czujesz satysfakcji. To przecież o to chodziło, prawda?
Zaśmiał się krótko, ale tym razem zabrakło w tym energii. Był zbyt wyczerpany, by dalej ciągnąć tę szaradę, choć jego duma wciąż kazała mu nie odpuszczać. Choć sam deklarował, że nie chce litości, usłyszenie tego od Jasona prosto w twarz sprawiło, że poczuł się bardziej samotny i bezbronny. Z trudem powstrzymał drżenie rąk, zaciskając dłonie w pięści w kieszeniach kurtki.
-
Karetkę? - powtórzył z szyderczym, pełnym goryczy uśmiechem, który tylko podkreślał jego nędzny wygląd. -
Wielkie dzięki, wielkie dzięki. Naprawdę.
Z trudem utrzymał kontakt wzrokowy, choć każda sekunda tego spotkania sprawiała, że chciał po prostu zniknąć. Czuł, że jego organizm powoli odmawia posłuszeństwa, a głód i odstawienie narkotyku zaczynają wygrywać z dumą.
-
Nie licz na to, że kiedykolwiek o to poproszę. Jeśli padnę, to padnę, ale ostatnią rzeczą, jakiej bym chciał, to widzieć twoją gębę przy telefonie dzwoniacego na numer alarmowy. - Splunął ponownie na chodnik, a potem lekko się zachwiał, tracąc na moment równowagę. Szybko się poprawił, żeby nie dać Jasonowi satysfakcji z oglądania swojego upadku.
Krew uderzyła mu do głowy, gdy usłyszał jego śmiech. To nie był śmiech kogoś, kto czuje współczucie - to był dźwięk chłodnej wyższości. Śmiech kogoś, kto nigdy nie rozumiał, że dla niego to mieszkanie było jedynym, co miało jakiekolwiek znaczenie, jedynym miejscem, gdzie kiedykolwiek czuł się panem sytuacji. Zacisnął zęby tak mocno, że aż poczuł ból w szczęce. Jego oddech stał się krótki i świszczący.
-
A co cię to w ogóle obchodzi, co bym z nim zrobił? - wycedził w końcu, choć jego głos był teraz cichszy, pozbawiony dawnej agresji, a bardziej podszyty rezygnacją. -
To było nasze mieszkanie, a ty je sprzedałeś, jakbyś wywoził śmieci.
Opuścił głowę, wpatrując się w czubki swoich brudnych butów. Czuł, że jeśli spojrzy Jasonowi w oczy, to całkowicie straci resztki panowania nad sobą.
-
Nie twoja sprawa, czy zrobiłbym z tego melinę, czy wysadził w powietrze. To nie było twoje miejsce, Jason. Ty tam tylko byłeś. - Zaśmiał się pod nosem, ale był to dźwięk pozbawiony humoru, niemal płaczliwy. -
Chciałeś się zemścić, więc to zrobiłeś.
To zabolało bardziej niż jakakolwiek obelga dotycząca jego wyglądu czy nałogu. Wzmianka o matce i ojczymie sprawiła, że w oczach zapiekło go z wściekłości i upokorzenia. Jason nie tylko wbijał mu szpile - on wyciągał na wierzch wszystko to, co desperacko próbował przed nim ukryć, żeby zachować resztkę dumy.
-
Zamknij się - warknął, a głos mu drżał. -
Nie masz pojęcia, o czym mówisz. Nie wiesz, co się stało, ani gdzie są. - Wyprostował się nieco, choć nogi wciąż mu się uginały. Próbował patrzeć na Jasona z góry, tak jak robił to, gdy byli dziećmi, ale wiedział, jak żałośnie to teraz wygląda.
-
Myślisz, że jestem od nich zależny? Że czekam, aż ktoś mnie uratuje? Nie ma ich, bo mam ich gdzieś. Tak samo jak mam gdzieś to, czy myślisz, że jestem książęcym syneczkiem. Nie potrzebuję ich pieniędzy, nie potrzebuję ich obecności i na pewno nie potrzebuję twojego współczucia. Jesteś taki sam jak oni, Jason. Ciągle oceniasz, ciągle wyliczasz. Myślisz, że jesteś lepszy, bo wstałeś z kolan? Wszyscy jesteśmy z tego samego syfu. Nie udawaj, że to, co ci zrobili, w ogóle cię nie ruszyło. Widzę, że wciąż jesteś tym samym wkurzonym dzieciakiem, tylko teraz masz okazję, żeby się odegrać na kimś, kogo zawsze nienawidziłeś. To nie jest sukces, to tylko kolejna forma twojej frustracji.
Zacisnął szczękę tak mocno, że poczuł, jak zaczynają go boleć zęby. Przez moment w jego oczach błysnęło coś na kształt szoku, jakby Jason właśnie zniszczył ostatni fundament jego świata, nawet jeśli ten fundament był zgniły.
–
Ty w ogóle wiesz, co ty pieprzysz? – jego głos był teraz cichy, zachrypnięty, niemal pozbawiony sił. W końcu puścił ścianę, której się wspierał i zachwiał się, próbując utrzymać pion. Przymknął na sekundę oczy, walcząc z zawrotami głowy. –
Wystawowy kundel. Pięknie to ująłeś, naprawdę. Bardzo dojrzałe. - Otworzył oczy i spojrzał prosto w twarz Jasona, nie dbając już o to, czy jego własny wzrok jest mętny od nałogu i niewyspania.
-
Wiesz co jest w tym najlepsze? Że nawet teraz, kiedy stoisz przede mną i udajesz, że przejrzałeś cały świat, jesteś tak samo zepsuty jak ona. Jesteś jej najlepszym uczniem, Jason. Tylko że zamiast pasywnej agresji, wybrałeś wyrachowaną obojętność. Gratulacje.
Zrobił krok w jego stronę, ignorując to, że niemal potknął się o własne nogi. Nie było w tym ruchu ataku, była tylko bezsilność. Stanął tak blisko, że czuł zapach płynu po goleniu brata – zapach, który w tym miejscu, w tym syfie, wydawał się wręcz obcy.
–
Jesteś z tego dumny? – zapytał, patrząc mu prosto w oczy, nie próbując nawet ukryć zniszczenia, jakie malowało się na jego brudnej twarzy. –
Że po latach stania w cieniu w końcu masz kogoś, na kim możesz się wyżyć za te wszystkie krzywdy? Że patrzysz na mnie i widzisz dokładnie to, co chcesz widzieć?
Jason Choi