Madox walczył w klatce już od kilku ładnych lat, był praktycznie dzieciakiem, kiedy Diego go w to wkręcił, mógł mieć piętnaście albo czternaście lat, ale nigdy do tej pory nie czuł, że było tak blisko. Nie czuł oddechu Śmierci na karku, jak dzisiaj.
Nie w klatce, ale na tej pierdolonej plaży, kiedy Trucizna bił go na oślep, a potem ciął jej udo nożem. Naznaczył ją.
Pierdolony Trucizna, który też skończył z nożem wbitym w szyję. A mógł nawet i z poderżniętym gardłem...
Ale przecież oni nie byli tacy.
Złodziejami też nie byli, a ukradli samochód. Nie czuli też do siebie nic wcale, bo to tylko adrenalina. Cały czas to sobie wmawiali. I jak jeszcze pod sklepem mogło to działać. Adrenalinowy haj, który mieszał im w głowach, to czy potem na plaży to wszystko się nie wyjaśniło?
Czy to jak ich spojrzenia uciekały do siebie za każdym razem? Jak bardzo chcieli zrobić to znowu , pocałować się, podczas tej gry, to nic nie znaczyło? A potem te wszystkie wyznania, jebany gwóźdź do trumny. I to jak oni walczyli o siebie z Trucizną.
A teraz.
Teraz już po prostu przepadli, w spojrzeniach, w dotyku, w tym jak byli blisko siebie. Bo już mogli.
Tu i teraz.
Dlatego szarpnął się do niej od razu, bez zawahania, bez żadnego zastanowienia. Nie kierował się już głową, tylko tym co czuł. Swoim czuciem. Czarne spojrzenie zawiesił na jej ustach, bo to już było nieuniknione. Nawet jeśli miałoby ich zniszczyć, spalić na popiół. Nawet jeśli miałoby boleć, tak jak jej powiedział, to co z tego?
Obje tego chcieli, czuli to w spojrzeniach, które ślizgały się po ich mokrych twarzach, które lądowały na oczach, na ustach, na piersiach, gdzie te dwa serca szalały już tak mocno. Tak mocno, że czuli je na sobie, wzajemne bicia serc.
- Niech boli... - powtórzył po niej zaczepnie i już jego oddech musnął jej wargi, a on przysunął się do niej bliżej wbijając palce w skórę na jej plecach, w te siniaki, które zostawił jej Trucizna. Uśmiechnął się kiedy kazała mu to zrobić, bo zwariuje. On sam już też wariował. Nie mógł oderwać od niej spojrzenia, od błyszczących oczu okalanych długimi rzęsami, gdzie zatrzymywały się krople wody. Od jej pełnych ust.
Ja pierdole...
Od jej piersi, które odsłonił ściągając z niej koszulkę, widział już rysujący się pod cienkim materiałem kształt, kiedy sama zdjęła z siebie stanik podczas gry, ale przecież... nie widział jej nago. Nigdy. Oddech już urywał mu się w piersi, był już na nią tak nakręcony, tak nią zachwycony, że kiedy w końcu to zrobił, kiedy ją pocałował, nie było w tym wcale nieśmiałości. Kurwa, czysta agresja i pożądanie, ogień.
Tyle ognia jak jeszcze nigdy nie było mu dane czuć.
Zacisnął palce na jej piersi, drażniąc jej sutek, które reagował na niego w momencie. Mruczał jej w usta jak dziki kot, jaguar, kiedy z jej gardła wychodziły te ciche jęki. Coraz głośniejsze... Gdy ich języki tańczyły ze sobą gorącą salsę, walczyły o dominację, jakby chcieli sobie pokazać, które z nich... chciało mocniej, bardziej. Bardziej się nie dało.
Znowu dociskał ją do obłożonej kafelkami ściany, która grzała się pod ich gorącymi ciałami. Jego ręce chaotycznie błądziły po jej skórze, po piersiach, po brzuchu i pośladkach, zahaczały za materiał jej jeansów.
- Ja pierdole... - te słowa ułożył na jej wargach, kiedy na moment się od niej oderwał, na tej jeden moment, żeby złapać w płuca więcej powietrza, żeby go nie odcięło. Bo mogło.
Działała na niego tak, jak żadna inna dziewczyna na świecie.
A kiedy oparła palce na jego pasku, kiedy wyciągała go ze szlufek, to opuścił na dół czarne spojrzenie i teraz on warknął - hazlo - w jej lekko rozchylone usta. Zarzuciła mu mokrą skórę na kark, ciągnąc go do siebie, tak, że znowu na nią napierał, znowu mruczał w jej usta, kiedy łączyły się z tymi jego w pocałunku, zachłannym, dzikim, takim, który w głowie robił rozpierdol, w sercu też, to samo robił z ich ciałami. Każdy jebany mięsień spinał się pod jej dotykiem, każda komórka ciała wyrywała się do niej, jakby chciał czuć ją wszędzie. Cały kurwa płonął. Dla niej. Ból mieszał się z przyjemnością w najlepszy możliwy sposób. Bolały poharatane usta, ale czy oni się tym przejmowali? Bolały poobijane ciała, każdy siniak i każde zadrapanie, a oni i tak tworzyli sobie nowe.
Kurwa.
Więcej, mocniej, intensywniej. I bliżej. Bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Nawet te osiem lat temu nie byli tak blisko jak dzisiaj. Bo wtedy może kochali się całym sercem, ale byli jeszcze dziećmi, a teraz...
Nie było w tym, co ze sobą robili, ani krzty niewinności.
Jego palce odszukało zapięcie jej spodni, szarpnął. Przesunął krótkim paznokciem po suwaku, i może by go już odbezpieczył, ale wtedy z ust Pilar padło to i co, a Madox uniósł jedną brew, nabrał nawet powietrze w płuca, jakby miał jej faktycznie tłumaczyć, co będzie teraz. A z jego gardła wyszedł niekontrolowany pomruk, kiedy jej palce przesunęły się po jego brzuchu, niżej, każdy mięsień zadrżał pod tym dotykiem i się spiął w ten kurewsko przyjemny sposób - nie... - zaczął, kiedy zapytała, czy dalej uważa, że to adrenalina, chociaż ona też w tym była. Cały kalejdoskop różnych emocji. Takich, których on nie znał i nie czuł ich może jebane osiem lat - a co to znaczy? - zapytał, ale bardziej dlatego, żeby pociągnąć ją za język, niż faktycznie miałby się jeszcze nad tym zastanawiać, bo on już wiedział.
Puścił guzik jej spodni, przesunął w dół suwak i teraz wystarczyło je tylko z niej ściągnąć, zaczepił palcami o jej wystającą bieliznę i ją szarpnął. Znowu pochylał się do niej, ale teraz jego wargi tylko zaczepiły o kącik jej ust, o żuchwę, i zeszły na szyję, chociaż kiedy powiedziała to trzeba ci to będzie zaszyć, to poderwał do góry głowę, to zaraz patrzył na nią czarnymi, tym razem już od pożądania, oczami.
- Pojebało cię Pilar - mruknął i wywrócił ślepiami - nakleimy trzy plastry i będzie okej, a poza tym... - sięgał już palcami do jej dłoni, które odbezpieczyły już guziki jego spodni. Przez chwilę się zawahał, zastanawiał czy nie powinien pozwolić jej posunąć się dalej. Chciał.
Ale Madox wcale nie był jeszcze nauczony, że można się dzielić po pół, bo on znał tylko to, kiedy on decydował. On się rządził. Robił to, co chciał, a teraz chciał jej. Tak kurewsko jak jeszcze nigdy i nikogo - nie uciekniesz mi już - przełożył jej ręce nad głowę opierając je o ścianę, zaciskając palce na jej nadgarstkach, krępując ją, kiedy jego wargi znowu odszukały jej pełne, gorące usta, ale tym razem złożył na nich już tylko krótki pocałunek, szarpnął za to zębami jej zasinioną dolną wargę, jakby tego bólu mieli jeszcze mało.
I mało wszystkiego, bo jego usta schodziły niżej po jej szyi, na obojczyk, gdzie też zostawił jej pieczątkę, po uszczypnięciu zębów, na piersi, którym poświęcił więcej czasu. Jedną ręką wciąż trzymał jej ręce, nawet gdy się do niego wyrwała, a ta druga odpięła jej spodnie i szarpała je w dół - quiero… tu - chcę... ciebie, chciał, mogła czuć, jak bardzo, kiedy jej jeansy osunęły się na dół, a on na nią naparł, tak, że jego nabrzmiałą, gotową męskość od niej dzielił tylko cienki i kompletnie przemoczony materiał jego bokserek i jej bielizny. Spodnie wisiały mu na biodrach, ale zsunął je razem z tymi jej na podłogę i dopiero teraz ją puścił, żeby zaraz zaciskać palce na jej pośladkach, podniósł ją przyciskając do siebie, a kiedy oplotła go nogami, to znowu oparł ją o ścianę, jeszcze kopnął te ich mokre, ciężkie jeansy na bok, i prawie się przy tym wyjebał, więc z parsknięciem na ustach, znowu opierał głowę o jej pierś - jakbym się teraz poślizgnął... i skręcił kark... - wydusił na raty, bo oddech wciąż był płytki, urywany, dziki, kiedy ich mokre klatki piersiowe obijały się o siebie - zanim ci to powiem... - podniósł spojrzenie na jej usta, a zaraz na czarne, piękne oczy. Co jej chciał powiedzieć?
Kolejne tajemnice? Czy kolejne grzechy?
- Zanim to zrobię... - czyli jednak grzechy.
Zdecydowanie tak, bo on już znowu chaotycznie, znowu jakby chciał wszystko na już, teraz... Dla siebie. Szarpał jej bieliznę w dół. Mokre majtki zarzucił sobie na ramię, jak jakieś pierdolone trofeum, a czarne spojrzenie wbił w jej oczy.
Te oczy.
quiero… tu ༘˚⋆𐙚。⋆𖦹.✧˚