Otwieram szerzej drzwi balkonowe, żeby wpuścić do środka trochę świeżego powietrza, bo Charlotte właśnie ponownie pozbywa się zawartości swojego żołądka. Tym razem na szczęście nie na mnie. Obserwuję ją w milczeniu, a kiedy przyznaje, że
myślała o usunięciu to przestępuję z nogi na nogę. Brzmi to kurwa tragicznie, nawet w mojej własnej głowie, ale w takim razie chyba trzeba kuć żelazo póki gorące, póki ktoś nie przekona jej, że da radę i wszystko się ułoży. To znaczy wiem doskonale, że dałaby radę, ale ja bym nie dał, nawet jeśli miałbym tylko wykładać hajs i zabierać dzieciaka do siebie raz w miesiącu. W sumie daleko by nie miał. Po prostu nie wierzyłem, że to mogło jakoś się ułożyć. A co jeśli dziecko będzie takie jak ja? Tak samo zjebane, bez wartości, bez moralności, przeciwko wszystkiemu? Noriega podczas ostatniej kłótni zarzucił mi właśnie to, że nie miałem żadnych wartości oprócz chlania i ćpania i chociaż z początku mnie to dotknęło, to chyba miał rację. Chyba byłem strasznie złym człowiekiem, nie miałem prawa się rozmnażać, dla dobra wszystkich. Jeszcze zaszczepiłbym w Bogu ducha winnym istnieniu te wszystkie
złe geny i co wtedy? Czy da się naprawić kogoś, kto na start jest zepsuty? Boże, mam dosłownie wirówkę myśli w głowie i każda kolejna jest coraz gorsza, coraz bardziej dobijająca -
Przemyśleć? - powtarzam, unosząc na Kovalski spojrzenie. Łapię się na tym, że zaczynam z nerwów obgryzać paznokcie, więc wsuwam dłonie w kieszenie, po czym obchodzę cały pokój dookoła. Zatrzymuję się gdzieś przy kuchennym zlewie, żeby wreszcie zdjąć te obrzygane ciuchy. Sprzątanie mnie uspokaja. Najpierw pozbywam się marynarki, którą wieszam na oparciu krzesła i oglądam dokładnie, w zasadzie nie oberwała aż tak, ot kilka niewielkich plamek, które wycieram ścierką z płynem. Zdecydowanie gorzej wygląda koszula, tę także z siebie zdejmuję i wrzucam do zlewu, żeby zalać gorącą wodą z mydłem. W międzyczasie gadam dalej -
Ja nie chcę mieć z tobą nic wspólnego? - powtarzam, zerkając w kierunku dziewczyny -
Ja akurat bardzo bym chciał mieć z tobą coś wspólnego ale może niekoniecznie dziecko - dopiero co zaczęliśmy się jakoś dogadywać, wciąż bywało naprawdę kiepsko i nagle taka odpowiedzialność? Bez sensu, to nie ma racji bytu -
Wiesz doskonale, że jest między nami... To coś. Jakaś chemia, jakieś przyciąganie. Chciałbym żebyśmy mogli dać temu czas, chciałbym móc wyjść z tobą na randkę czy gdziekolwiek, tak po prostu, bo obydwoje chcemy - wzruszam lekko ramionami, wciąż ostro piorąc koszulę w rękach, nieźle się tam nad nią wyżywam -
Bez żadnych sztucznych deklaracji i określeń, jak dwoje wolnych ludzi, którzy lubią spędzać ze sobą czas - dla mnie to była piękna wizja, dla niej chyba niekoniecznie -
Wiesz dobrze, że już od dawna przestałaś być mi obojętna i ja chyba tobie też - opłukuję koszulę czystą wodą, wyżymam i otrzepuję -
Ale od razu dziecko? - rozwieszam odzienie na balkonie i wreszcie wracam do Kovalski, żeby opaść obok niej na kanapę -
Boję się, że jeśli urodzisz to wszystko się posypie, wszystko między nami, że z każdym dniem będziesz mnie nienawidzić coraz bardziej i ono też, a sama wiesz najlepiej jak to jest mieć ojca do bani - robię krótką przerwę, co więcej myślę, że mógłbym być nawet gorszy od Gustava, co mnie także trochę przeraża -
Jesteś ambitna, bystra, inteligentna, kto zamiast ciebie zawojuje cały prawniczy świat? Naprawdę widzisz się w pieluchach, butelkach, wymiocinach i tym wszystkim co wiąże się z wychowaniem dziecka? Nawet z pomocą rodzeństwa i rodziny? Bo ja nie i nie dlatego, że nie dałabyś rady, dałabyś, ale czy to by cię uszczęśliwiło? Czy może w pewnym momencie doszłabyś do wniosku, że popełniłaś błąd? Myślę, że to nie jest Twój świat, ty się odnajdujesz w popierzonych sprawach karnych, w siedzeniu w papierach do nocy, w zagadkach nie do rozwiązania i... No, w tym wszystkim - w tym wszystkim z czym wiązała się nasza praca -
No a twoja matka? Co by powiedziała jakby się dowiedziała, że - puściłaś się z wrogiem -
Że coś nas łączy? - myślę, że kiedyś i tak będzie musiała się dowiedzieć, ale może nie w taki sposób -
Albo w drugą stronę, gdybym to ja miał iść na rodzicielski, żebyś ty mogła pracować, przecież to jest jakieś chore, nie wiem kto pierwszy by zwariował ja czy to dziecko - wywracam oczami -
Nie zrozum mnie źle, ale po prostu... Wydaje mi się, że nie każdy jest stworzony do zakładania rodziny i rodzielstwa i my... No, my chyba nie jesteśmy, przynajmniej nie teraz, kiedy ty dopiero wkraczasz na ścieżkę kariery, a ja jestem rozjebany jak paczka dropsów, kurwa. I każdy ten drops jest w innym miejscu i być może ktoś próbuje je nawet pozbierać i znowu wrzucić do paczki, ale wtedy ta paczka znowu się rozjebuje - wzdycham ciężko na moment zawieszając się nad własnymi myślami -
Może kiedyś uznasz, że to jest ten moment na dzieci, ale to chyba nie jest teraz? - ja natomiast wiem, że u mnie ten moment nie przyjdzie, szczególnie, że od zawsze mówiłem, że nie będę miał dzieci, wszyscy powtarzali, że kiedyś mi się odmieni i co? Nie odmieniło się -
Wiem jak to brzmi, ale chyba dla wszystkich byłoby lepiej gdyby to dziecko się nie urodziło - dla mnie, dla ciebie, a przede wszystkim dla niego. Ale chcę też żebyś wiedziała, że cokolwiek nie zdecydujesz to spróbuję być, może jako wsparcie w podjęciu trudnej decyzji? A może jako człowiek, którego kiedyś przyjdzie ci znienawidzić - odwracam twarz w jej kierunku, wbijając spojrzenie w jej oczy -
Mogę cię przytulić? - ja chyba też potrzebuję teraz żeby mnie ktoś uścisnął. Albo najlepiej udusił.
Charlotte Kovalski