It never was.
Co mogło pójść nie tak?
Dwadzieścia cztery godziny w Rio de Janeiro. Pobiorą się, przypieczętują to na jakiejś dzikiej plaży, a jak dobrze pójdzie, to jeszcze pokąpią się nago w oceanie, a on zakopie ją w piachu po szyję. Musiało pójść dobrze i na razie byli na dobrej drodze do tego. Bo już wsiedli do samolotu, a Madox tym razem sam z siebie szarpnął się na pierwszą klasę...
Wcale nie dlatego, że tylko tam były te bilety. A zresztą co miał sobie, im... żałować, skoro lecieli tam, żeby przeżyć najlepszy dzień swojego życia.
Z nią każdy był zajebisty, tak jak ona uważała, że z nim też. Chociaż zawsze mogła zmienić zdanie. Noriega nauczył się nie chwalić dnia przed zachodem słońca. Chociaż te nad Toronto już zachodziło, bo załapali się na jakiś nocny lot, tego samego dnia, kiedy tylko postanowili, że jutro się pobiorą, ona postanowiła...
A co za tym idzie... - ja pierdole, nic wczoraj nie spałem, i dzisiaj też mi się nie udało - mruknął, kiedy już usiedli sobie na tych rozkładanych fotelach z masażem, a on Pilar ustąpił miejsce od okna. Żeby tym razem mogła podziwiać nocne światła Toronto, kiedy będą startować - wzięłaś tą poduszkę w kaczuszki? - zaczepił ją, nawiązując do ich pierwszej podróży do Medellin. A zaraz sięgnął do niej ręką, żeby spleść jej palce za swoimi - no i może ustalmy jakąś wspólną wersję, jeśli będzie trzeba udawać jakąś chorobę? - no tak, bo była już nerwica i Touret, to teraz pora na coś innego. Oni przecież lubili sobie urozmaicać różne rzeczy.
Madox już się wyciągnął na fotelu, przysuwając się do niej i opierając sobie jej dłoń na klatce piersiowej. Pod opuszkami mogła czuć jak szybko biło mu serce. Za szybko?
- Dwanaście godzin lotu, powinniśmy je dobrze wykorzystać, jeszcze jako narzeczeństwo... - mrugnął do niej jednym okiem. Coś jej sugerował?
Może...
I może nawet by jej powiedział co, jak powinni wykorzystać te dwanaście godzin, tylko wtedy niespodziewanie, za jego plecami wyrosła... znajoma postać.
- To wy... - Madox aż podskoczył na miejscu, bo od razu poznał ten głos.
Karen.
Zanim się odwrócił to spojrzał na Pilar, jakby jej pytał czy to naprawdę się dzieje, czy oni zawsze muszą na nią trafić?
To była jakaś ich samolotowa klątwa? A może Karen specjalnie wybierała te loty, co oni? Ale przecież Madox kupił bilety w ostatniej chwili, więc to musiał być... jakiś żart od losu.
- To nie my... - odwrócił się do blondynki poprawiając na fotelu - chyba nas pani z kimś pomyliła, wszyscy mówią mojej narzeczonej, że wygląda jak taka... hiszpańska aktorka, może dlatego? - zerknął na Pilar z ukosa i nawet puścił jej oczko. Naprawdę liczył, że uda im się w ten sposób spławić Karen?
Pewnie tak. Zresztą blondynka ściągnęła do siebie brwi przyglądając im się podejrzliwie. Wyglądała jakby chciała coś powiedzieć, ale zanim to zrobiła, to obok niej wyrosła inna stewardessa, brunetka.
- Dobry wieczór, czy... - zaczęła i jej głos też Madox poznał od razu, bo to była... Dolly, jego była.
Naprawdę jeszcze jej tutaj brakowało. I naprawdę los sobie dzisiaj z nich kpił. Żeby tylko Cherry nie siedziała gdzieś obok, skoro to była pierwsza klasa.
- Nic nie potrzebujemy, chcemy się z narzeczoną przespać - wypalił Madox, bo jeszcze liczył, że dadzą im spokój.
El mejor día de nuestras vidas, recuérdalo ₊˚⊹♡