ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

008
outfit

Prezentacja. Niby nic wielkiego czy niezwykłego, niby było to częścią pracy osób w jej fachu. A jednak Ade cholernie się nią stresowała. Wiedziała, że po poprawkach wprowadzonych dzięki pomocy Marka tym razem przygotowała się do niej odpowiednio, choć nadal obawiała się stanąć przed zarządem i ojcem, bo przede wszystkim to od niej samej zależało, jak wypadnie w ich oczach. Czy zdobędzie ten projekt na własność, jednocześnie awansując w hierarchii i udowodni wszystkim, że stała we właściwym miejscu i zasłużyła na tę pracę. Musiała wykazać się nie tylko strategicznym podejściem i przygotowaniem, ale i elokwencją oraz siłą, jakiej wymagano od przyszłej liderki. Fakt był taki, że wymagała od siebie więcej niż można byłoby przyjąć to za normę, tylko dlatego, żeby zwrócić na siebie uwagę Thomasa. Pal licho z zarządem, ale to opinia jej ojca liczyła się dla niej najbardziej.
Dasz radę, dodała sobie otuchy w myślach, zanim przybrała na twarz pewny siebie uśmiech i zaczęła, wraz z każdym kolejnym slajdem coraz bardziej czując, że to, co mówiła, miało sens. Na koniec po minach zebranych była w stanie wyczytać, że poszło jej całkiem nieźle. Dla nich może był to dzień jak co dzień, ale ona z rozszalałym biciem serca przeniosła spojrzenie na Covingtona. Jego aprobujące skinięcie głową i niewielki uśmiech poprzedzający słowa Gratuluję, Adeline. Projekt jest Twój. To wszystko, co chciała zobaczyć i usłyszeć.
Dopiero, kiedy chwilę później spojrzała na siebie w lustrze w łazience, zaczął docierać do niej jej własny sukces. I pierwszą osobą, o której pomyślała, by się o tym pochwalić, był ktoś, kto wierzył w nią bardziej, niż ona sama. Przepełniała ją taka lekkość, szczęście i ekscytacja, że bez większego zastanowienia sięgnęła po telefon i wystukała szybko wiadomości, bezwiednie się przy tym do siebie uśmiechając. Kiedy jednak zobaczyła wysłane chmurki, naszła ją refleksja, że jej impulsywność znowu wzięła górę i może jednak nie powinna była się odzywać. Nie chciała wyjść na tą, która szukała pretekstu do kontaktu. Z drugiej strony, byli przecież przyjaciółmi i nie zrobiła nic złego, prawda? Po prostu chciała, by wiedział.
Tak to sobie tłumaczyła, gdy po chwili ekran telefonu rozświetlił się, powiadamiając ją o wiadomości. Odetchnęła głębiej, zanim je odczytała, najpierw przewracając oczami z rozbawieniem, by zaraz ściągnąć brwi. Chciał po nią przyjechać pod biuro? Ewidentnie coś kombinował. I cokolwiek to było, musiała przyznać chociaż przed samą sobą, że miał ją już przy pierwszej wiadomości - zgodzi się na wszystko. Choć pewnie wcale nie chodziło o rytuał dziękczynny w Ontario.
Chwilę po siedemnastej wyszła z budynku z grupą koleżanek z pracy, automatycznie zwalniając kroku, kiedy tylko zobaczyła go przed wejściem. Oparty nonszalancko o motocykl, z typowymi dla siebie włosami w nieładzie, prezentował się nad wyraz dobrze. Czekał. Jej twarz rozjaśnił niepohamowany uśmiech, a po jej ciele rozlało się przyjemne ciepło. Dobrze było go widzieć.
W międzyczasie do jej uszu dotarł pomruk zaintrygowania dochodzący zza jej pleców. Niemal zapomniała o towarzystwie swoich współpracownic, toteż na moment przeniosła na nich spojrzenie, by szybko się pożegnać. Nie umknęło jej uwadze, jak dziewczyny na niego patrzyły. Przystojny facet z jednośladem był nie lada gratką. Ten konkretny potrafił zrobić wrażenie na każdej.
Podeszła do niego, a jej usta poszerzyły się w nieco łobuzerskim uśmieszku.
Na kogo pan tak czeka? - rzuciła zaczepnie, stając przed nim. Od razu widać było po niej dobry humor, choć ciężko było stwierdzić, czy bardziej spowodowany był jej dzisiejszym triumfem czy jego pojawieniem się pod firmą. Trudne pytanie.
- Czyli zmieniamy konie na te mechaniczne. Sprytnie - przyznała z uznaniem i rozbawieniem w głosie, zerkając na pojazd, żeby zaraz powrócić wzrokiem na Maxa. Ciekawiło ją, czy to przypadek, czy naprawdę przemyślał tę sprawę.

Max Korhonen
25 y/o
Welkom in Canada
186 cm
Pisarz/złota rączka what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, Jego
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Odkąd pamiętał, motocykl był dla niego czymś więcej niż tylko środkiem transportu. Dawał poczucie wolności, którego czasami brakowało mu w codziennym życiu, pełnym terminów, remontów i cudzych problemów. Problem polegał na tym, że od kilku miesięcy praktycznie nie miał czasu, żeby go ruszyć. Stał więc w garażu, przykryty cienką warstwą kurzu, skutecznie przegrywając rywalizację z obowiązkami i wysłużonym pickupem. Dopiero kilka dni temu, podczas rozmowy z Adeline, wrócił do niego temat „mechanicznych koni”. Wspomniała wtedy, że zwykła jazda konna raczej odpada, a Max złapał się na tym, że odruchowo pomyślał właśnie o motocyklu. O maszynie, która od zbyt dawna stała nieużywana w garażu. I chyba właśnie wtedy podjął decyzję, że najwyższa pora wyciągnąć ją z powrotem na drogę. Natomiast dzisiejszy dzień wydawał się do tego idealny. Zwłaszcza że miał całkiem dobry powód, by świętować.
Nie zamierzał przyznawać nawet przed samym sobą, że od chwili otrzymania jej wiadomości uśmiechał się jak idiota. Był z niej dumny, tak cholernie dumny, bo wiedział, ile pracy włożyła w tę prezentację, ile razy analizowała każdy szczegół i jak bardzo zależało jej na opinii ojca. Dlatego gdy przeczytał krótką wiadomość o sukcesie, nawet przez moment nie rozważał zwykłego „gratuluję” - Adeline zasługiwała na coś więcej. I najwyraźniej dlatego od dobrych kilku minut stał przed budynkiem firmy, oparty o motocykl, ignorując spojrzenia przechodniów. Kiedy w końcu pojawiła się w drzwiach w towarzystwie współpracownic, od razu ją zauważył. Trudno byłoby nie zauważyć. Nie przez elegancki strój czy charakterystyczne rude włosy, ale przez ten błysk w oczach, którego nie dało się pomylić z niczym innym. Wyglądała na szczęśliwą, co wystarczyło, by na moment zapomniał o wszystkim innym.
Uniósł lekko brew, gdy zatrzymała się przed nim z tym swoim zaczepnym uśmiechem. — Na bardzo ważną osobę — odpowiedział z całkowicie poważną miną. — Słyszałem, że właśnie zdobyła awans, o który walczyła od tygodni. Pomyślałem, że warto zobaczyć tę legendę na własne oczy.[/b] - wyjaśnił, nie kryjąc przy tym swojego firmowego uśmiechu, który nie tylko ukazywał wszystkie zęby, ale przede wszystkim objawiał się subtelnym, słodkim dołeczkiem w prawym policzku. Kątem oka zauważył te zainteresowane spojrzenia współpracownic przyjaciółki i nie mogąc się powstrzymać. — Spokojnie, panie. Autografy rozdajemy dopiero po oficjalnej części wydarzenia. — rzucił w ich stronę z rozbawieniem, licząc dokładnie na reakcję, którą wywołał. Potem bez wahania przyciągnął Adeline do siebie i objął ją krótko, ale mocno. — Gratulacje, Clem. Wiedziałem, że sobie poradzisz.
Przez moment przyglądał jej się uważnie, jakby chciał zapamiętać ten widok. Potem skinął głową w stronę motocykla. — A skoro już pytasz, to nie było przypadkowe. Obiecałem, że go kiedyś wyprowadzę z garażu, więc uznałem, że twój awans jest wystarczająco dobrym powodem.— poklepał dłonią siedzenie. — Poza tym pickup średnio nadaje się do celebracji. Ma zdecydowanie za mało charakteru. - stwierdził, a w jego błękitnych oczach pojawiło się rozbawienie. — Chociaż przyznam, że przez chwilę rozważałem przyjazd z tabliczką „Gratulacje dla przyszłej pani prezes”. Ostatecznie uznałem, że lepiej nie wystawiać na próbę twojej dobroci.
Sięgnął po drugi kask, który wcześniej zawiesił na kierownicy, i podał go Adeline. — No dobrze, Clem. Powiedz mi tylko jedno. — przechylił lekko głowę. — Świętujemy ten sukces jak odpowiedzialni dorośli czy dajemy się ponieść losowi? [/b]




Adeline Covington
wanilia
27 y/o
For good luck!
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jak Ade świętowałaby ten dzień, gdyby nie odezwała się do Maxa? Pewnie nie tak spektakularnie, jakby można było o niej sądzić. Ostatnie tygodnie były intensywnym czasem spędzonym nad projektem i prezentacją, które chciała dopracować do perfekcji. Wiązało się to z siedzeniem do późnych godzin przed laptopem, oraz zbywaniem znajomych, by nic ją nie rozpraszało. Jedyną osobą, której pozwoliła zaprzątnąć sobą umysł, był mężczyzna napotkany przypadkowo w sklepie. Z tym, że kolejne spotkanie było już całkowicie świadome i, choć obarczone ciężarem własnych sekretów, pozwoliło jej na złapanie chwili oddechu oraz zaprzestanie myślenia o tym, co czekało ją w tym tygodniu w pracy. Nawet nie wiedziała, jak bardzo potrzebowała towarzystwa, i to tego konkretnego.
Rudowłosa nie przypuszczała, jak dzięki jednej wiadomości jej plany na to popołudnie ulegną diametralnej zmianie. Najpewniej w ramach uczczenia awansu skoczyłaby na jakieś zakupy i wieczorem skończyłaby z bukietem swoich ulubionych tulipanów w wazonie i lampką dobrego wina. Całkiem prawdopodobne, że nawet tego samego, które kilka dni temu przyniósł blondyn w ramach skutecznego budowania relacji, jak to określił.
Tymczasem szła właśnie w stronę Maxa z promiennym uśmiechem i bijącą od niej energią, którą z pewnością mogłaby przenosić góry. Kiedy tylko usłyszała jego odpowiedź o legendzie, która właśnie dostała awans, w jej oczach pojawił się błysk.
Ach, tak? - mruknęła, unosząc przy tym brew, nieudolnie próbując zachować taką samą powagę. - I ten widok usatysfakcjonował Cię wystarczająco? — dopytała żartobliwie, a kąciki jej ust samoistnie rozszerzyły się pod wpływem rozbawienia. Nawet nie próbowała snuć domysłów, o kogo też mogło chodzić, czy też zaprzeczać jego słowom, bo doskonale znała swoją wartość. A przynajmniej teraz, kiedy rzeczywiście udało jej się zrobić krok w stronę swoich marzeń. Na dziś wystarczająco duży, by zmartwienia dotyczące przyszłości rozwiał wiatr nieznacznie targający jej rozpuszczone włosy. Na jego komentarz dotyczący autografów przygryzła wargę i pokręciła głową, z trudem opanowując śmiech, gdy zobaczyła miny koleżanek.
Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale właśnie zaserwowałeś mi serię pytań o Ciebie. Nie dadzą mi spokoju - stwierdziła z udawanym wyrzutem, ale jej roześmiane spojrzenie całkowicie ją zdradzało, tuż zanim pozwoliła na chwilę się objąć. — Dziękuję. Za wiarę i wsparcie również - odparła trochę cieplejszym tonem, bo naprawdę wiele to dla niej znaczyło - zarówno pewność w tonie jego głosu, jak i obecność, która mówiła znacznie więcej. Przez tę krótką chwilę znów nie potrafiła oprzeć się myślom, że dobrze było go mieć w swoim życiu na nowo.
Mowa nadal o tym samym pickupie, którym kiedyś zakopaliśmy się w błocie? Charakter to on miał, i to bardzo osobliwy - roześmiała się na wspomnienie o przygodzie sprzed kilku lat i fakcie, że samochód już wtedy bywał mało przewidywalny. A przynajmniej Adeline nie spodziewała się, że będzie wobec niej taki nieposłuszny, iż postanowi ugrzęznąć w błocie. — Ale masz rację, motor jest zdecydowanie lepszym wyborem na dziś. Przynajmniej na nim mamy szansę gdzieś dotrzeć - zmrużyła żartobliwie oczy, patrząc na niego z niejakim wyzwaniem. Tak, z pełną premedytacją postanowiła poruszyć tę jego czułą strunę i zobaczyć, czy kiedyś się doigra. — A do tego akurat jeszcze trochę mi brakuje - skomentowała kwestię tabliczki, przewracając oczami z rozbawieniem. Wolała w tym momencie nie myśleć, czy kiedykolwiek przyjdzie jej zająć rolę pani prezes.
Sięgnęła po kask, zatrzymując spojrzenie na mężczyźnie odrobinę dłużej, zanim rozwinął swoją wypowiedź. — Co to za pytanie? - ściągnęła brwi, udając oburzenie. - Mój limit odpowiedzialności na dziś został już wykorzystany do cna. Teraz pozostało już tylko zaufać temu, co przyniesie los - uśmiechnęła się kącikiem ust, bo Max znał ją zbyt dobrze i nie mógł spodziewać się innej odpowiedzi. — To zamierzasz mnie uprowadzić gdzieś konkretnie? - zagadnęła z pobrzmiewającą w głosie ciekawością, gdy zakładała kask.

Max Korhonen
25 y/o
Welkom in Canada
186 cm
Pisarz/złota rączka what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, Jego
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Max nie zastanawiał się nad tym, jak mogłoby wyglądać popołudnie Adeline, gdyby ponownie nie pojawił się w jej życiu. Ich przypadkowe spotkanie zmieniło jednak więcej, niż początkowo był gotów przyznać. Nie tylko wprowadziło nową dynamikę do jej codzienności, ale również rozjaśniło jego własną. Objawiało się to teraz w sposób zaskakująco oczywisty — w szerokim uśmiechu, który coraz częściej gościł na jego twarzy, i w błysku spojrzenia pojawiającym się zawsze wtedy, gdy patrzył właśnie na nią. — Zdecydowanie nie — odpowiedział bez chwili zastanowienia na pytanie o satysfakcję, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. — Ale uznałem, że gdybym patrzył dłużej, mógłbym zostać oskarżony o podejrzane zachowanie pod budynkiem firmy. Rozłożył niewinnie ręce. — A wtedy cała moja reputacja ległaby w gruzach. Nie żeby kiedykolwiek szczególnie się nią przejmował.
Parsknął śmiechem, słysząc wzmiankę o koleżankach. — Czyli plan zadziałał idealnie. Jeszcze kilka takich akcji i zaczną wymyślać nam wspólną historię życia. Objęcie trwało zaledwie chwilę, ale Max odsunął się od niej odrobinę wolniej, niż powinien. Dopiero po sekundzie odchrząknął cicho i wrócił do bezpieczniejszego gruntu. - W zasadzie trochę mnie ciekawi, jaką historię już zdążyły sobie wymyślić. - przechylił lekko głowę. — Tajemniczy motocyklista? Były narzeczony? Członek gangu? - na ostatnim określeniu sam się rozbawił. — Dobra, tego ostatniego nie kupiłby nawet ślepy. - stwierdził, kręcąc przy tym głową. Zdecydowanie nie wyglądał jak członek gangu, który budzi postrach na ulicach. Co najwyżej jak facet, który przyjechał po kobietę świętującą awans i za wszelką cenę próbuje zrobić lepsze wrażenie, niż faktycznie robił.
— Nie musisz dziękować. Naprawdę wierzyłem, że ci się uda. Właściwie byłem bardziej zdziwiony, że ktoś wcześniej nie wpadł na to, żeby dać ci ten awans. - oznajmił, kiedy wyraziła swoją wdzięczność za wsparcie i wiarę. W swoim mniemaniu nie zrobił przecież nic szczególnego. Powiedział jedynie na głos coś, co dla niego od dawna było oczywiste. Z jakiegoś powodu jednak wiara Adeline we własne możliwości wciąż potrafiła się chwiać, jakby lata ciężkiej pracy, osiągnięć i kolejnych sukcesów nadal nie były wystarczającym dowodem na to, ile naprawdę jest warta. Max nigdy tego nie rozumiał. Widząc ją przy pracy, słuchając z jaką pasją opowiada o swoich projektach i obserwując upór, z jakim dąży do celu, nie miał najmniejszych wątpliwości, że prędzej czy później zajdzie dokładnie tam, gdzie sobie wymarzyła. Problem polegał jedynie na tym, że ona sama zdawała się dostrzegać swoje potknięcia znacznie wyraźniej niż wszystkie sukcesy. — Naprawdę, Clam. — dodał już ciszej, posyłając jej krótkie spojrzenie. — Gdybyś czasem potrafiła spojrzeć na siebie tak, jak patrzą na ciebie inni, oszczędziłabyś sobie sporo niepotrzebnych nerwów.

Słowa wypowiadane przez Korhonena wydawały się wybrzmiewać ciężarem, którego Max zamierzał dziś unikać. W gruncie rzeczy nadal nie doszedł do siebie po ich ostatniej, szczerej rozmowie okupionej alkoholem, która pozostawiła po sobie znacznie więcej pytań i emocji, niż był gotów przyznać. Nie chciał jednak pozwolić, by ten wieczór skręcił w podobnym kierunku. Dziś miał świętować sukces Adeline, a nie rozkładać własne myśli na czynniki pierwsze. Dlatego zmianę tematu przyjął z wyraźną ulgą, niemal chwytając się jej obiema rękami. Na wspomnienie pickupa jęknął teatralnie i odchylił głowę do tyłu. — Po pierwsze, ten samochód został bezpodstawnie oczerniony. Po drugie, przypominam, że to ty stwierdziłaś wtedy, że skrót przez błoto jest świetnym pomysłem. - stwierdził, doskonale pamiętając tamten dzień. Stary pickup od zawsze miał własny charakter i zwyczaj odmawiania współpracy w najmniej odpowiednich momentach, ale akurat wtedy niemałą rolę odegrała również Adeline. Max do dziś pamiętał fontannę błota, która wystrzeliła spod kół, kiedy zamiast biegu wstecznego wrzuciła ten prowadzący dokładnie w przeciwnym kierunku. Sam został wtedy ochlapany od stóp do głów, a jego ulubiona koszula nadawała się już wyłącznie do prania. Ostatecznie oddał ją zresztą sprawczyni całego zamieszania, uznając, że skoro już doprowadziła ją do takiego stanu, to może przynajmniej pomoże przywrócić jej dawną świetność. Co ciekawe, nie pamiętał nawet własnej irytacji. Za to jej minę, gdy zorientowała się, co zrobiła, potrafiłby odtworzyć z najmniejszymi szczegółami. — Nadal twierdzę, że tamto błoto było bardziej agresywne niż powinno. — dodał z niewzruszoną powagą. — I zdecydowanie działało przeciwko nam.
Natomiast spojrzał na nią z udawanym oburzeniem, gdy zakwestionowała jego umiejętności prowadzenia. — Doprawdy? Dwie minuty od spotkania i już podważasz moje kompetencje? A ja przygotowałem cały plan świętowania. - pokręcił głową z rozczarowaniem, choć rozbawienie w jego oczach mówiło zupełnie co innego. Kiedy założyła kask, oparł dłoń o siedzenie motocykla i przez chwilę przyglądał jej się w milczeniu. — Uprowadzić? — powtórzył, unosząc brew. — To bardzo brzydkie słowo. Przysunął się odrobinę bliżej i ściszył głos konspiracyjnie. — Wolę określenie „zorganizować świętowanie godne awansu”. - Wyprostował się zaraz potem. — Miejsce pozostaje tajemnicą. Mogę jedynie zdradzić, że nie wymaga garnituru, prezentacji ani odpowiadania na maile. - wyciągnął w jej stronę rękę, wskazując motocykl. — Reszta wymaga odrobiny zaufania. Uśmiechnął się szeroko. — No i może podpisania oświadczenia, że nie ponoszę odpowiedzialności za nadmierny poziom dobrej zabawy. - dodał puszczając jej oczko.
Silnik motocykla zamilkł dopiero po dobrej pół godzinie jazdy, kiedy droga zaczęła stopniowo tracić swój miejski porządek, a asfalt ustąpił miejsca bardziej chropowatej nawierzchni. Max zwolnił jeszcze przed wjazdem na parking — szeroki, wysypany jasnym piaskiem i drobnym żwirem, który chrzęścił pod kołami jakby sam teren sygnalizował, że to już inne miejsce, oderwane od reszty miasta. Zatrzymał motocykl spokojnie, pewnym ruchem podpierając go nogą, a potem przez chwilę nie wyłączał jeszcze silnika. Jakby dawał im obu moment na „dojechanie” do końca tej jazdy. Dopiero gdy upewnił się, że stabilnie stoją, przekręcił kluczyk i zapadła cisza, którą natychmiast wypełnił odległy gwar. Przed nimi, po drugiej stronie parkingu, rozciągało się wesołe miasteczko. Nie było ogromne, raczej stare i lokalne, jakby zatrzymało się gdzieś pomiędzy wspomnieniem a teraźniejszością. Nad wejściem kołysała się świetlna brama z neonowych żarówek, które mrugały nierówno, jakby każda z nich miała własny rytm i humor. Kolory były intensywne, ale lekko przygaszone przez kurz i czas — czerwienie i żółcie karuzel mieszały się z bladym błękitem reflektorów, które próbowały udawać nowoczesność.
Z oddali dochodził metaliczny stukot kolejki i przeciągłe piski ludzi z diabelskiego młyna, który powoli obracał się nad całym terenem jak spokojne, mechaniczne oko. Gdzieś niżej, przy budkach z jedzeniem, unosił się zapach cukrowej waty i karmelizowanego cukru, mieszający się z tłuszczem z frytek i popcornu, który ktoś właśnie rozsypał na ziemię. Powietrze było gęste od dźwięków — śmiechu dzieci, krzyków z atrakcji, muzyki z głośników, która powtarzała ten sam wesoły motyw aż do lekkiego zmęczenia. Karuzele mieniły się światłami, kręcąc się w powolnym, hipnotycznym rytmie. Jedna z nich, z końmi zawieszonymi na metalowych prętach, skrzypiała przy każdym obrocie, jakby pamiętała więcej lat, niż chciałaby przyznać. Obok niej automat do gry błyskał kolorowymi diodami, kusząc przypadkowych przechodniów obietnicą nagród, które wydawały się zawsze o krok za daleko. Max zdjął kask i przez moment po prostu patrzył przed siebie, zanim lekko skinął głową w stronę wejścia. — No… — odezwał się spokojnie, z tym swoim półuśmiechem, który pojawiał się wtedy, kiedy coś było dokładnie takie, jak chciał, żeby było. — Cel wycieczki. Nie było w tym patosu ani wielkiego ogłoszenia. Raczej coś prostego — miejsce, które nie udawało niczego więcej niż było. I może właśnie dlatego pasowało do tego dnia bardziej, niż jakiekolwiek „lepsze” miejsce mogłoby pasować.



Adeline Covington
wanilia
27 y/o
For good luck!
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ponowna obecność Maxa w jej życiu zdecydowanie wiele zmieniała. Przede wszystkim to, że nie spodziewała się, jak bardzo jej go brakowało - tego, że miał do niej podejście pełne akceptacji i braku oceniania, wspierał ją i w nią wierzył, zwłaszcza wtedy, kiedy sama w siebie przestawała, czy poprawiał jej humor i potrafił rozbawić, aż wszystkie troski rozpływały się w powietrzu. Nic dziwnego, że był pierwszą osobą, o której pomyślała, chcąc pochwalić się dzisiejszym sukcesem. I że jej szczery śmiech poniósł się po ulicy echem, gdy usłyszała jego odpowiedź.
Masz na myśli stalking? To byłoby bardzo prawdopodobne - odparła z rozbawieniem, próbując sobie wyobrazić to podejrzane zachowanie mężczyzny. Zaraz zmrużyła oczy. — Reputacja tajemniczego, momentami zbyt rozsądnego i panującego nad wszystkim mężczyzny? Da się to podważyć - rzuciła filuternie, przekrzywiając nieco głowę na bok. Czy właśnie opisała to, jak go widziała? Częściowo, bo dobrze wiedziała, że za tym wizerunkiem kryło się znacznie więcej. I miała zamiar to z niego wydobyć.
No pięknie, czyli Twój plan to dręczenie mnie - mruknęła, udając niepocieszoną, choć po krótkim uścisku perspektywa przesłuchania albo rzucanych z przekąsem uwag wścibskich koleżanek wydała jej się trochę znośniejsza. — Zdam Ci z tego raport. Ale spodziewaj się, że w najbliższym czasie będą piekły Cię uszy - ostrzegła lojalnie, już powoli zaczynając się na to nastawiać. Ale gdy usłyszała o członku gangu, ściągnęła brwi, próbując się nie roześmiać. — Pewnie dlatego, że brakuje Ci jakiejś fajnej dziary - stwierdziła, będąc pod wrażeniem powagi we własnym głosie. - A może właśnie to idealna okazja na sprezentowanie sobie takiej? I proszę, motyw znajomości gotowy - jej sugestię ostatecznie skwitowała cichym śmiechem. Przecież to nie było tak, że tatuaże były jej słabością. Niemniej nie mogła zaprzeczyć, że nie zwracały uwagi i nie intrygowały. Właściwie aż dziwne, że sama do tej pory o żadnym nie pomyślała. Z drugiej strony chyba nie potrzebowała żadnych dodatków, by zdobyć czyjeś zainteresowanie. Prawda?
Najwyraźniej nie w każdym przypadku nazwisko ułatwia sprawę - zauważyła z lekkim uśmiechem, starannie kamuflując nutę goryczy, która na moment zmąciła jej umysł, gdy o tym pomyślała. Nie mogła sobie pozwolić, by jej myśli odbiegły w stronę drogi, jaką musiała przebyć, żeby znaleźć się w tym miejscu. Jej brat został ukierunkowany na szczyt i wszystko miał podawane jak na tacy, natomiast ona musiała walczyć o swoje, i to nie mogąc liczyć na przychylność jej ojca ot tak. Jedynym pocieszeniem było przekonanie, że im trudniej było przeskoczyć przeszkody, tym sukces smakował bardziej. I nic nie mogło dziś zepsuć jej święta. Następne słowa Maxa jednak na kilka sekund ją zastanowiły. Zdawała sobie sprawę z tego, że była dla siebie surowa, ale kiedy patrzyli na nią inni, ona patrzyła wyłącznie na ojca, który jej nie doceniał. Bezwiednie poprawiła opadający jej na policzek kosmyk włosów za ucho. — Bez tego nie byłoby ciasta klementynkowego - wzruszyła ramieniem, unosząc przy tym kącik ust w niewinnym geście. Na szczęście był ktoś, kto naprawdę ją doceniał, i to taką, jaka była. I właśnie na tę osobę patrzyła.
Wspomnienie ich błotnej przygody pozwoliło powrócić im w lżejsze tony rozmowy. Usłyszawszy, o co mężczyzna ją posądził, rudowłosa na chwilę wydęła wargę w udawanym oburzeniu, natomiast z błysku w jej oczach bez problemu można było wyczytać czające się w nich rozbawienie. — Wiedziałeś, na co się piszesz, pozwalając mi kierować - stwierdziła finalnie, wpatrując się w Maxa z coraz bardziej poszerzającym się uśmiechem. I taka była prawda. Uwielbiał tego pickupa, więc pamiętała, jak bardzo chciała się przekonać, co on w nim takiego widzi. Poprosiła go więc o zamianę miejsc, aż z pomocą wymownego trzepotu rzęs i najbardziej wdzięcznego uśmiechu, na jaki było ją stać, w końcu się zgodził. Dlatego tak bardzo później było jej głupio, kiedy nierozważnie wjechała w tę błotną dziurę i potem, gdy próbowali się wydostać, okropnie go ochlapała. Co prawda, nie było tego po nim widać, pewnie przez wzgląd na to, że błoto znacząco maskowało jego minę, jak i nie chciał tego przyznać, ale musiał bardzo żałować tej decyzji. — Kto by pomyślał, że odwdzięczy się taką fontanną, co? - przygryzła wargę, starając się ukryć nieco zakłopotanie wymieszane z rozbawieniem.
Jego następujące po tym oburzenie skwitowała miną niewiniątka. — Ja coś podważam? Wydaje Ci się. - Bardzo. Bardzo starała się zachować powagę, ale z jej oczu można było czytać jak z otwartej księgi. One się po prostu śmiały. — Coś mi mówi, że ktoś tutaj dobrze przemyślał ten plan. Na pocieszenie zdecydowałbyś się na to samo? - zmieniła szybko temat, zanim Max mógłby rozkręcić się bardziej. Jej uniesiona wysoko brew stanowiła czystą zaczepkę. Zaraz na wzmiankę o brzydkim słowie parsknęła nieznacznie śmiechem. — A może jednak nie tylko mi pasowałby ten pomarańczowy uniform? - Przyglądała mu się pewnym siebie wzrokiem, kiedy na chwilę się do niej zbliżył, wspominając ich poprzednią rozmowę na temat zbirów i złoczyńców. Nie sądziła, by takie przekomarzanie się z nim kiedykolwiek jej się znudziło.
Na jego kolejne wyznanie pokiwała z aprobatą głową, bo taki stan rzeczy zupełnie jej odpowiadał. Skoro miało to być coś zgoła innego niż praca, została już kupiona. No i może podpisania oświadczenia, że nie ponoszę odpowiedzialności za nadmierny poziom dobrej zabawy. Jej śmiech trochę stłumił kask. Bez wahania podała dłoń mężczyźnie. - Z Tobą nie mogłoby być inaczej - przyznała z całkowitym przekonaniem co do słuszności swoich słów, by po chwili zająć miejsce na tylnym siedzeniu motoru.
W trakcie drogi wiatr przyjemnie targał jej rude włosy, które kaskadą opadały na jej plecy spod kasku. Dla bezpieczeństwa przytrzymywała Maxa w pasie, pozwalając sobie wyglądać zza jego ramienia na zmieniający się krajobraz, jednak gdy tylko nawierzchnia się zmieniła, instynktownie zacisnęła na nim dłonie odrobinę mocniej. Po dotarciu na miejsce rozejrzała się z ciekawością, ale kiedy dostrzegła cel podróży, na kilka sekund zamarła. Po chwili już pospiesznie pozbywała się kasku z głowy, czując, jak jej serce zaczyna gwałtownie przyspieszać. Spojrzała jeszcze raz w tamtą stronę, starając się wyłapać wszystkie szczegóły - neony, mieniące się karuzele, śmiech dzieci i pisk ludzi zjeżdżających na kolejce. I ten unoszący się w powietrzu zapach - nie tylko cukrowej waty, ale również czegoś, za czym ostatnio tęskniła - zapach przygody i dobrej zabawy.
Max… - zaczęła powoli, nie przestając wpatrywać się w ten festyn świateł, kolorów i dźwięków - jesteś genialny - stwierdziła w końcu, czując rosnące podekscytowanie. Najwyraźniej przyjaciel znał ją zbyt dobrze. — Nie byłam tutaj od wieków - na jej usta wstąpił uśmiech szczęścia. Mimowolnie odzywały się w niej wspomnienia sprzed kilku lat, kiedy jej życie wydawało się jeszcze takie proste, a przykre doświadczenia były tylko brzydkim snem. Jej serce aż rwało się do tego, by poczuć się tak znowu.
Czyli to miałeś na myśli, mówiąc o daniu ponieść się chwili - mruknęła z wyraźnym uznaniem, kiedy z pomocą blondyna znalazła się już na ziemi. Szybko przeczesała dłonią burzę rudych włosów, godząc się z faktem, że nie będzie już w stanie nad nimi zapanować. Tak samo, jak nad roziskrzonym spojrzeniem, które co chwila uciekało w kierunku celu ich wycieczki. Wtedy dostrzegła wzrok Maxa.
Na co czekasz? Chodź! - rzuciła ze śmiechem, bez namysłu łapiąc go za rękę i ciągnąc w stronę wesołego miasteczka. Dopiero znalazłszy się na miejscu, zorientowała się, że nadal trzymała jego dłoń, ciepłą, silną, pasującą do tej jej idealnie. Zbyt idealnie. Delikatnie wysunęła swoją ze splotu. - To na co idziemy jako pierwsze? Czy na to też przewidujesz jakiś plan? - zapytała jakby nigdy nic, rozglądając się po atrakcjach, które mieli po drodze jako pierwsze.

porywacz
25 y/o
Welkom in Canada
186 cm
Pisarz/złota rączka what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, Jego
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

On także odczuwał skutki ponownego pojawienia się Adeline w swoim życiu i skłamałby, twierdząc, że choć jeden z nich miał negatywny wydźwięk. Rudowłosa należała do kobiet, które już od pierwszego spotkania wywoływały w nim emocje. Oczywiście dostrzegał jej urodę — trudno było jej nie zauważyć — ale to nigdy nie ona przyciągała go najbardziej. Znacznie większe znaczenie miało to, jak czuł się w jej obecności. To, że rozmowa przychodziła im z zaskakującą łatwością. Że potrafiła go rozbawić wtedy, kiedy wydawało mu się, że nie ma już ochoty się śmiać. Że nie musiał przy niej niczego udawać ani kreować się na kogoś, kim nie był. Z biegiem czasu coraz częściej łapał się na tym, że szukał okazji, by się z nią zobaczyć, usłyszeć jej głos albo zwyczajnie sprawdzić, jak minął jej dzień. Dlatego nie zdziwiło go, że wiadomość o sukcesie Adeline wywołała u niego tyle radości. Był z niej dumny. Może nawet bardziej, niż powinien być ktoś, kto teoretycznie nie miał z tym osiągnięciem nic wspólnego. Wiedział jednak, ile pracy kosztowała ją ta prezentacja i jak wiele dla niej znaczyła. Widok jej szczerego śmiechu był więc nagrodą samą w sobie. Kiedy echo jej wesołości poniosło się po ulicy, Max poczuł znajome ciepło rozlewające się gdzieś w okolicach klatki piersiowej. To był jeden z tych momentów, które wydawały się absurdalnie zwyczajne, a mimo to zostawały w pamięci na długo.
Max także zareagował głośnym śmiechem, zwracając na siebie uwagę ostatniej grupy osób opuszczających firmę, kiedy między nimi wybrzmiały słowa Adeline. — To nie stalking. — zaprotestował odruchowo. — Stalking wymaga planowania, notatek i podejrzanego siedzenia w krzakach. Ja po prostu przypadkiem znajduję się w odpowiednich miejscach o odpowiednim czasie. To zupełnie co innego. Brzmiało to dokładnie tak niewiarygodnie, jak powinno. Dopiero kiedy wspomniała o jego reputacji, uniósł brew i spojrzał na nią z wyraźnym rozbawieniem. — Momentami zbyt rozsądnego? — powtórzył z niedowierzaniem. — Nie wiem czy uznać to za komplement czy jednak obelgę Uśmiechnął się pod nosem, ale zaraz odwrócił wzrok gdzieś na bok. Przez krótką chwilę wyglądał niemal na zakłopotanego. Prawda była taka, że przez większość życia bardzo pilnował tego, co pokazuje innym. Łatwiej było być tym opanowanym, pewnym siebie facetem od rozwiązywania problemów niż przyznać, że sam czasami nie miał pojęcia, co robi.— A jeśli chodzi o tę część o panowaniu nad wszystkim… — mruknął po chwili. — To obawiam się, że ktoś sprzedał ci mocno wyidealizowaną wersję mnie. Spojrzał na nią ponownie i kącik jego ust drgnął lekko. W ostatnim czasie było to określenie, które zupełnie do niego nie pasowało. Coraz częściej gubił się we własnej rzeczywistości, do której zapraszając kolejne osoby, wprowadzał chaos, chociaż Adeline nie była go jeszcze świadoma. Nie mieli okazji poruszać tych kwestii, a tym bardziej tematu innych dziewczyn w jego życiu, bo gdy tylko był z rudowłosą nie umiał nie poświęcać jej każdej swojej myśli, przez co inne osoby schodziły na dalszy plan. — Chociaż przyznam, że trochę mnie niepokoi, z jaką pewnością mówisz, że da się tę reputację podważyć. Brzmi to niemal jak groźba.
Raczej zapewniam ci dodatkową rozrywkę — odpowiedział po chwili ciszy, zastanawiając się przez moment, czy rzeczywiście jego „plan” nie podchodził pod pewien rodzaj dręczenia. Ostatecznie doszedł do wniosku, że nie. A nawet jeśli trochę tak było, to zdecydowanie mieściło się jeszcze w granicach przyjacielskiej złośliwości. Zwłaszcza że Adeline sama od lat nie pozostawała mu dłużna. Uśmiechnął się więc bez cienia skruchy, a na wzmiankę o raporcie pokręcił głową z rozbawieniem.— Wspaniale. Czyli przez najbliższe tygodnie będę głównym bohaterem firmowego folkloru. — westchnął teatralnie. — Mam nadzieję, że przynajmniej zostanę przedstawiony jako ktoś przystojny i tajemniczy. Nie chciałbym rozczarować publiczności. Przez chwilę przyglądał jej się uważnie. Było coś ujmującego w sposobie, w jaki próbowała zachować powagę przy coraz bardziej absurdalnych pomysłach. Jeszcze kilka miesięcy temu pewnie nie zwróciłby na to większej uwagi. Teraz łapał się na tym coraz częściej. Na obserwowaniu drobnych gestów. Mimiki. Sposobu, w jaki marszczyła nos, kiedy coś ją rozbawiło albo kiedy próbowała ukryć śmiech. Dlatego gdy wspomniała o tatuażu, od razu zauważył ten błysk w jej oczach, na co zareagował uniesieniem brwi. - A więc o to chodzi. — pokiwał głową z przesadną powagą. — To nie gang motocyklowy cię zainteresował. To tatuaże. Przez moment wyglądał, jakby analizował sprawę z pełną powagą. — Powinienem był się domyślić wcześniej. W sumie całkiem nieźle ukrywałaś ten fetysz.Nie wytrzymał jednak długo i parsknął śmiechem, kompletnie nieświadomy tego, że w komentarzu opuszczającym jego usta kryła się prawda. — Problem polega na tym, że jeśli już miałbym zrobić sobie tatuaż, to musiałby być naprawdę dobry. A wszystkie moje pomysły kończą się czymś pomiędzy katastrofą a kompromitacją. — Przyłożył dłoń do brody, udając głębokie zamyślenie. Jego spojrzenie zatrzymało się na niej odrobinę dłużej. — Ale jeśli kiedyś faktycznie zdecyduję się na tatuaż, obiecuję jedno. Nie pozwolę ci wybierać wzoru. Wskazał na nią oskarżycielsko palcem.— Znam cię już wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że skończyłbym z czymś kompletnie absurdalnym. I istnieje bardzo duża szansa, że byłaby tam klementynka. - tym komentarzem porzucił temat, choć ku własnemu zaskoczeniu sama wizja tatuażu nie wydawała mu się już tak niedorzeczna jak kiedyś. Przez lata konsekwentnie odrzucał podobne pomysły, nie widząc potrzeby znaczenia skóry obrazami czy symbolami. Teraz jednak mimowolnie zaczął się zastanawiać. Były przecież rzeczy, które wiele dla niego znaczyły. Miejsca, ludzie i wspomnienia, które odcisnęły na nim ślad znacznie trwalszy niż tusz. Na krótką chwilę odpłynął myślami, próbując wyobrazić sobie, co właściwie mógłby wybrać. Broń. Róża. Książka. Coś związanego z podróżami. Każda z tych opcji wydawała się jednocześnie sensowna i kompletnie nietrafiona. Ostatecznie doszedł do wniosku, że to właśnie dlatego nigdy żadnego nie zrobił. Zbyt długo analizowałby każdy szczegół, zanim pozwoliłby komuś z igłą zbliżyć się do własnej skóry. A potem najpewniej i tak skończyłby z klementynką.
Chociaż Adeline starała się zamaskować gorycz własnych słów, Max wychwycił ją bez najmniejszego problemu. Była ledwie cieniem przebiegającym przez jej spojrzenie, krótką zmianą tonu, czymś, czego większość ludzi prawdopodobnie nawet by nie zauważyła. On jednak znał ją już wystarczająco dobrze. Wiedział, że za tym pozornie lekkim komentarzem kryło się znacznie więcej. Nie rozumiał do końca wszystkich rodzinnych zależności, w których przyszło jej funkcjonować. Nie znał uczucia dorastania pod ciężarem nazwiska, oczekiwań i ciągłego porównywania do kogoś innego. Rozumiał jednak niesprawiedliwość. Rozumiał, jak wygląda walka o uznanie ludzi, od których najbardziej chciałoby się usłyszeć zwykłe „jestem z ciebie dumny”. Patrząc na Adeline, a wcześniej na Corę, coraz częściej dochodził do wniosku, że pieniądze i wpływy potrafią rozwiązać wiele problemów, ale równie skutecznie tworzą zupełnie nowe. Takie, których nie dało się załatwić przelewem, znajomościami ani odpowiednim nazwiskiem. Na szczęście nigdy nie musiał mierzyć się z czymś podobnym. Nie oznaczało to jednak, że nie potrafił dostrzec, jak wiele kosztowało to ją. — Czasami jest jeszcze gorzej. — przyznał spokojnie. — Bo ludzie zakładają wtedy, że wszystko dostałaś za darmo. Że nie musiałaś na nic pracować. Że wystarczyło pojawić się we właściwym miejscu z odpowiednim nazwiskiem. - przez moment obracał kluczyki między palcami, po czym spojrzał na nią uważniej. — A potem przychodzi ktoś taki jak ty i kompletnie psuje tę teorię. - na jego ustach pojawił się lekki uśmiech. — Właściwie to jestem prawie pewien, że twoja upartość jest głównym źródłem większości sukcesów w twoim życiu. — stwierdził z rozbawieniem. — Reszta to tylko szczegóły techniczne. Kiedy wspomniała o cieście klementynkowym, parsknął cicho śmiechem. — To prawda. — przyznał z pełną powagą. — Historia zna wiele wielkich osiągnięć, ale niewiele z nich można zjeść do kawy. - pokręcił głową, a w jego spojrzeniu pojawiło się coś cieplejszego. — Chociaż mam wrażenie, że to trochę nieuczciwe sprowadzać wszystko do ciasta. - przez chwilę patrzył jej prosto w oczy. — Bo prawda jest taka, Clem, że gdybyś nie była tak cholernie zawzięta, nie siedzielibyśmy tutaj świętując wygranego projektu. - kącik jego ust drgnął lekko. — I tak między nami? Myślę, że czasami sama nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele osiągnęłaś. - tym razem nie próbował obrócić tego w żart. — Ja za to zdążyłem zauważyć. - oznajmił, nawiązując w ten sposób nie tylko do awansu, ale także ich szczerej, pełnej emocji rozmowy, która rozjaśniła mu nieco postać dziewczyny i tego, co przechodziła w ciągu ostatnich lat oraz z czym musiała się zmierzyć. W jego oczach był silną kobietą.
Maximilian posiadał wiele wspomnień związanych z Adeline, ale tylko nieliczne potrafiły wywołać uśmiech jeszcze zanim zdążył do nich wrócić myślami. Tamten dzień zdecydowanie należał do tej grupy. Wystarczyło jedno krótkie wspomnienie błota, a przed oczami od razu stanęła mu rudowłosa siedząca za kierownicą jego ukochanego pickupa z miną osoby absolutnie przekonanej, że wszystko znajduje się pod pełną kontrolą. Problem polegał na tym, że Max już wtedy wiedział, iż kiedy Adeline wyglądała na tak pewną siebie, należało przygotować się na wszystko. Dosłownie wszystko. Pamiętał trzepot rzęs, którym próbowała go przekonać do zamiany miejsc. Pamiętał ten triumfalny uśmiech, kiedy w końcu oddał jej kluczyki. Pamiętał również własną naiwność, bo naprawdę uwierzył, że nic złego nie może się wydarzyć. — Wiedziałem. — przyznał w końcu z rozbawieniem. — To właśnie jest najgorsze. Nie mogę nawet udawać, że zostałem oszukany. Sam dobrowolnie oddałem ci kierownicę. Pokręcił lekko głową, a kącik jego ust uniósł się wyżej. — Chociaż uczciwie mówiąc, nie przewidziałem jedynie skali zniszczeń. — dodał. — Byłem przekonany, że najwyżej wrócimy z kilkoma nowymi rysami. Tymczasem skończyłem wyglądając jak człowiek wyłowiony z bagna. - parsknął śmiechem na wspomnienie fontanny błota. — A ty nawet nie próbuj udawać, że było ci przykro. — oskarżył ją żartobliwie. — Pamiętam tę minę. Walczyłaś wtedy o życie, żeby nie wybuchnąć śmiechem prosto w moją twarz. Przez moment przyglądał jej się uważniej. W jego spojrzeniu nadal czaiło się rozbawienie, ale pojawiło się też coś znacznie cieplejszego. — Wiesz co? — odezwał się ciszej. — Mój pickup pewnie do dziś ma gdzieś schowane resztki tamtego błota, ale i tak oddałbym ci kluczyki drugi raz. - wzruszył lekko ramionami, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. — Niektóre katastrofy są po prostu warte zachodu.
Wybrzmiewające na końcu wypowiedzi rudowłosej pytanie zmusiło Maxa do chwilowej refleksji, którą ostatecznie skwitował szerokim uśmiechem. — Wtedy uruchomiłbym plan awaryjny. — odpowiedział z całkowitą powagą. — Kilka paczek twoich ulubionych chipsów, zdecydowanie za dużo jedzenia na wynos, film, który podobno miał poprawiać humor i być może niewielkie ilości alkoholu. Bardzo profesjonalna operacja ratunkowa. - wzruszył lekko ramionami, jakby mówił o czymś całkowicie oczywistym. — Chociaż szczerze? — dodał po chwili. — Nigdy nie zakładałem, że będzie potrzebny.- przez moment przyglądał jej się uważnie. W jego spojrzeniu nie było ani odrobiny wahania. Dopiero wtedy uśmiechnął się szerzej i od razu wrócił do ich ulubionego tonu przekomarzanek. — A jeśli chodzi o pomarańczowy uniform, to przykro mi, ale nadal uważam, że leżałby na tobie znacznie lepiej. — oznajmił stanowczo. — Masz naturalną przewagę kolorystyczną. Ja wyglądałbym jak drogowcy wysłali mnie tam przez pomyłkę. - usta blondyna drgnęły w obrazie rozbawienia, kiedy zrobił krok bliżej. — Poza tym ktoś w tym duecie musi sprawiać wrażenie odpowiedzialnego obywatela. — dodał ciszej. — I obawiam się, że z dwojga złego to wciąż jestem ja.

Przejażdżka motorem minęła mu zdecydowanie szybciej, niż powinna. Być może dlatego, że przez większą część drogi był aż nazbyt świadomy obecności Adeline za swoimi plecami. Dłoni oplecionych wokół jego pasa. Ciepła bijącego od jej ciała za każdym razem, gdy droga stawała się bardziej wyboista i odruchowo przysuwała się odrobinę bliżej. Niby nic niezwykłego. Każdy rozsądny pasażer robił dokładnie to samo. A jednak gdzieś z tyłu głowy rejestrował każdy taki moment z niepokojącą dokładnością.
Kiedy zatrzymali się na miejscu, najpierw zwrócił uwagę na kolorowe światła, muzykę ani tłum ludzi przewijających się między atrakcjami, a następnie skupił spojrzenie wyłącznie na Adeline. Chłoną to w jaki sposób niemal natychmiast zdjęła kask, chłonął błysk pojawiający się w zielonych oczach oraz ten charakterystyczny uśmiech, który zawsze pojawiał się wtedy, gdy coś naprawdę ją cieszyło. I właśnie dla niego tutaj przyjechali. Przez ostatni tygdzień widział ją spiętą bardziej, niż chciała przyznać. Zmęczoną. Coraz częściej zamyśloną. Widział też, ile kosztowała ją walka o projekt, który właśnie wygrała. Dlatego obserwując jej reakcję, poczuł znajome ciepło rozlewające się gdzieś pod mostkiem. To dziwne uczucie satysfakcji, które pojawiało się zawsze, gdy udało mu się wywołać na jej twarzy taki właśnie wyraz.
Pozwolił, aby cisza rozbrzmiała między nimi i odezwał się dopiero kiedy nazwała go genialnym, wywołując u Maxa śmiech. — Wiem. Dobrze, że wreszcie zaczynasz to doceniać. - pokręcił głową, oczywiście żartując - przynajmniej częściowo. Prawda była taka, że sukces projektu cieszył go mniej niż fakt, że od kilku minut wyglądała po prostu na szczęśliwą. — Właśnie o to chodziło. — przyznał chwilę później, już nieco spokojniej. — O jeden wieczór, podczas którego nikt nie będzie od ciebie niczego chciał. Żadnych prezentacji, telefonów, spotkań ani ludzi próbujących ci udowodnić, że wiedzą lepiej. - na jego ustach pojawił się lekki uśmiech. — Tylko dobra zabawa. Chociaż odpowiedzialności za jej nadmierny poziom nadal nie biorę. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo chwilę później złapała go za rękę i pociągnęła za sobą. Roześmiał się cicho, pozwalając prowadzić się w stronę atrakcji. Nie protestował ani przez sekundę. Właściwie zrobiłby dokładnie to samo, gdyby ciągnęła go w dowolnym innym kierunku. Dopiero po kilku minutach zorientował się, że nadal trzyma jego dłoń. I równie szybko zauważył moment, w którym ją puściła. Nie skomentował tego, lecz przez krótką chwilę poczuł znajome ukłucie rozczarowania, którego nie miał najmniejszego zamiaru analizować.
Na jej pytanie zatrzymał się pośrodku alejki i rozejrzał teatralnie dookoła. — Oczywiście, że mam plan. - wypowiedział te słowa z taką powagą, jakby zarządzał właśnie skomplikowaną operacją wojskową. — Każda profesjonalnie przygotowana akcja wymaga planu. - uniósł rękę i wskazał ogromny rollercoaster górujący nad resztą atrakcji. — Punkt pierwszy: sprawdzić, czy nadal jesteś tak odważna, jak twierdzisz. - spojrzał na nią znacząco, a w jego błękitnych oczach pojawiło się rozbawienie. — Chociaż istnieje całkiem spora szansa, że za kilka minut będziesz błagała mnie o możliwość zejścia na ziemię. - kącik jego ust drgnął wyżej. — A wtedy, Clem, będę ci o tym przypominał przez następne dziesięć lat. Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę kolejki po bilety. — Chodź. Zanim stchórzysz.



Adeline Covington
wanilia
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”