Prezentacja. Niby nic wielkiego czy niezwykłego, niby było to częścią pracy osób w jej fachu. A jednak Ade cholernie się nią stresowała. Wiedziała, że po poprawkach wprowadzonych dzięki pomocy Marka tym razem przygotowała się do niej odpowiednio, choć nadal obawiała się stanąć przed zarządem i ojcem, bo przede wszystkim to od niej samej zależało, jak wypadnie w ich oczach. Czy zdobędzie ten projekt na własność, jednocześnie awansując w hierarchii i udowodni wszystkim, że stała we właściwym miejscu i zasłużyła na tę pracę. Musiała wykazać się nie tylko strategicznym podejściem i przygotowaniem, ale i elokwencją oraz siłą, jakiej wymagano od przyszłej liderki. Fakt był taki, że wymagała od siebie więcej niż można byłoby przyjąć to za normę, tylko dlatego, żeby zwrócić na siebie uwagę Thomasa. Pal licho z zarządem, ale to opinia jej ojca liczyła się dla niej najbardziej.
Dasz radę, dodała sobie otuchy w myślach, zanim przybrała na twarz pewny siebie uśmiech i zaczęła, wraz z każdym kolejnym slajdem coraz bardziej czując, że to, co mówiła, miało sens. Na koniec po minach zebranych była w stanie wyczytać, że poszło jej całkiem nieźle. Dla nich może był to dzień jak co dzień, ale ona z rozszalałym biciem serca przeniosła spojrzenie na Covingtona. Jego aprobujące skinięcie głową i niewielki uśmiech poprzedzający słowa Gratuluję, Adeline. Projekt jest Twój. To wszystko, co chciała zobaczyć i usłyszeć.
Dopiero, kiedy chwilę później spojrzała na siebie w lustrze w łazience, zaczął docierać do niej jej własny sukces. I pierwszą osobą, o której pomyślała, by się o tym pochwalić, był ktoś, kto wierzył w nią bardziej, niż ona sama. Przepełniała ją taka lekkość, szczęście i ekscytacja, że bez większego zastanowienia sięgnęła po telefon i wystukała szybko wiadomości, bezwiednie się przy tym do siebie uśmiechając. Kiedy jednak zobaczyła wysłane chmurki, naszła ją refleksja, że jej impulsywność znowu wzięła górę i może jednak nie powinna była się odzywać. Nie chciała wyjść na tą, która szukała pretekstu do kontaktu. Z drugiej strony, byli przecież przyjaciółmi i nie zrobiła nic złego, prawda? Po prostu chciała, by wiedział.
Tak to sobie tłumaczyła, gdy po chwili ekran telefonu rozświetlił się, powiadamiając ją o wiadomości. Odetchnęła głębiej, zanim je odczytała, najpierw przewracając oczami z rozbawieniem, by zaraz ściągnąć brwi. Chciał po nią przyjechać pod biuro? Ewidentnie coś kombinował. I cokolwiek to było, musiała przyznać chociaż przed samą sobą, że miał ją już przy pierwszej wiadomości - zgodzi się na wszystko. Choć pewnie wcale nie chodziło o rytuał dziękczynny w Ontario.
Chwilę po siedemnastej wyszła z budynku z grupą koleżanek z pracy, automatycznie zwalniając kroku, kiedy tylko zobaczyła go przed wejściem. Oparty nonszalancko o motocykl, z typowymi dla siebie włosami w nieładzie, prezentował się nad wyraz dobrze. Czekał. Jej twarz rozjaśnił niepohamowany uśmiech, a po jej ciele rozlało się przyjemne ciepło. Dobrze było go widzieć.
W międzyczasie do jej uszu dotarł pomruk zaintrygowania dochodzący zza jej pleców. Niemal zapomniała o towarzystwie swoich współpracownic, toteż na moment przeniosła na nich spojrzenie, by szybko się pożegnać. Nie umknęło jej uwadze, jak dziewczyny na niego patrzyły. Przystojny facet z jednośladem był nie lada gratką. Ten konkretny potrafił zrobić wrażenie na każdej.
Podeszła do niego, a jej usta poszerzyły się w nieco łobuzerskim uśmieszku.
— Na kogo pan tak czeka? - rzuciła zaczepnie, stając przed nim. Od razu widać było po niej dobry humor, choć ciężko było stwierdzić, czy bardziej spowodowany był jej dzisiejszym triumfem czy jego pojawieniem się pod firmą. Trudne pytanie.
- Czyli zmieniamy konie na te mechaniczne. Sprytnie - przyznała z uznaniem i rozbawieniem w głosie, zerkając na pojazd, żeby zaraz powrócić wzrokiem na Maxa. Ciekawiło ją, czy to przypadek, czy naprawdę przemyślał tę sprawę.
Max Korhonen