Bała się tego pustego spojrzenia, którym ją raczył od progu. Przerażało ją patrzenie na przyjaciela i zastanawianie się za ile sekund się rozpadnie, a przede wszystkim czy zdąży go pozbierać i jakoś posklejać. Bo niestety przeczuwała, że nawet jej niesamowite plastry w pandy musiałyby się poddać, wywieszając białą flagę. Dlatego kiedy ujrzała jego wymuszony uśmiech, nieco się uspokoiła. To oznaczało, że byli na dobrej drodze, aby jakoś to wszystko naprawić. Bo może chciał ją w ten sposób uspokoić, ale przecież nie można było udawać w nieskończoność. Nawet najlepszy aktor musiał w końcu zejść ze sceny i żyć. Po prostu
kurwa żyć.
Kiedy się wspomniał o Dante, zaśmiała się cicho. Cóż, ona go z ziołem widziała akurat dosyć regularnie. Oczywiście, nawet on nie był tak bezczelny, żeby na środku dziedzińca wyciągnąć skręta i zapalić go, patrząc w oczy dyrektorowi, który akurat wyglądał z okna swojego gabinetu… chociaż przede wszystkim jego rzadko można było w tej szkole zobaczyć. Ale jak już się łaskawie pojawił, to musiała mu przyznać jedno — nigdy nie czuła się dla niego
niewidzialna. Zawsze do niej podchodził, gdy wypatrzył ją w tłumie, zawsze reagował jak sama go wołała… nie wstydził się też pocałować ją przy kolegach, a także zawsze stawał w jej obronie, kiedy chłopaki ze starszych klas sugerowali, że spotykał się z nią tylko po to, aby odrabiała za niego pracę domową i że taką korepetytorkę też by chętnie przy(g)ruchali. I choć zdawali się być z zupełnie innych światów to chyba naprawdę do siebie pasowali.
— Bo… — Zacięła się, szukając odpowiednich słów, aby szybko usprawiedliwić Dantego i jego
wybór. Znów to robiła. Znów robiła wszystko, aby wybielić tych, którzy kiedyś ją skrzywdzili. Co było dość ciekawe, bo przecież dla tych, co krzywdzili innych, nie miała litości.
— Tak jak wspomniałeś, w szkole byliśmy nierozłączni. Jak już się oczywiście książę pojawił i zaszczycił poddanych swoją obecnością… no a jak wyjechał… Nie widzieliśmy się rok. Rozmowy, nawet video… to nie to samo. Mówił, że z Ivy zaczął spotykać się znacznie później niż urwał ze mną kontakt… — Jej głos lekko przygasł. Bo nawet teraz, po tylu latach, jakaś część niej wciąż pamiętała tamte noce. To głupie wpatrywanie się w telefon. Wymyślanie kolejnych powodów: Zmęczenie.Nowi znajomi. Problemy… i w końcu ona.
— Nie byłam idealna. Nadal nie jestem. Miał prawo znaleźć sobie kogoś lepszego i bardziej do niego pasującego i… nawet się z tego cieszyłam. — Cieszyła się i rozpaczała jednocześnie. Płakała, że to nie ona zasługiwała na jego uśmiech, ale czuła przyjemne ciepło, że szczerze uśmiechał się do innej. Nie spała, wiedząc, że właśnie trzymał w objęciach inną, ale jednocześnie zalewał ją dziwny spokój, że on bezpiecznie i błogo mógł korzystać ze snu. A ta
inna musiała być naprawdę wyjątkowa. Bo przecież Dante byle kogo by nie pokochał.
Uśmiechnęła się szeroko, kiedy wreszcie przyznał jej rację. I mimowolnie dalej miziała go palcami po policzkach, mimo że już żadna kropla deszczu nie spływała po jego zimne skórze. Bo oczywiście mogła się mylić, ale miała dziwne wrażenie, że chociaż trochę go to uspokajało. A taki był jej cel na ten wieczór — ułożyć odpowiednio te rozbiegane myśli i emocje jej przyjaciela.
— Jak się wychodzi? — Powtórzyła jego pytanie, przechylając głowę lekko w bok, jakby naprawdę potrzebowała się mocno zastanowić nad odpowiedzią. A przecież była ona cholernie banalna.
— Bardzo nieefektownie. — Uśmiechnęła się, puszczając mu oczko. Zaraz tez zabrała swoje dłonie, ale tylko po to, aby pstryknąć go zaczepnie w czoło.
— Nie obudzisz się jutro z szerokim wyszczerzem na mordzie, krzycząc, "Ha! Udało sie!". Najpierw będzie godzina, podczas której nie zerkniesz ani razu na telefon, żeby sprawdzić czy ci odpisała. Potem dzień bez zastanawiania się czy nie wpakowała się w jakiś bajzel… potem tydzień, miesiąc… nie mówię, że masz z nią uciąć kontakt. Chodzi mi, żebyś przestał stawiać ją nad siebie. — Mówiąc to, przypomniała sobie własne poranki. Dokładnie te, kiedy przez pierwsze sekundy po przebudzeniu była szczęśliwa, bo jeszcze nie pamiętała.A potem wszystko wracało. Wspomnienia. Ból. Poczucie pustki. I ten okropny ciężar pod żebrami… Ale musiała być dzielna. Właśnie dla samej siebie.
Westchnęła cicho i dopiła do końca zawartość swojego kieliszka, aby zaraz na nowo go napełnić. A w międzyczasie sięgnęła palcami po jedną rolkę sushi z awokado. No skoro już je przyniósł to przecież nie mogło się zmarnować!
— Widzisz? Sam przyznałeś, że nawet jak za nią latasz to jesteś samotny. A to chyba nie tak powinna wyglądać ta relacja, nie uważasz? Ale Hello! Jaki samotny? A ja? A moje wiadomości o najbardziej powalonych godzinach? A moje szeroko otwarte drzwi? — Skrzyżowała ramiona pod biustem, nadymając przy tym policzki, ale tylko po to, aby zaraz wypuścić z nich powietrze z cichym śmiechem, który jednak ustał, gdy zapytał o nią. O jej sposoby na odcięcie się od tego całego bólu.
— Przecież Ty najlepiej wiesz, że nie jestem w tym specjalistką… miałam dobre oparcie i chyba to mi najbardziej służyło. — Posłała mu rozczulony uśmiech. Bo przecież to on był jej tarczą. On był tą ścianą, o którą mogła się oprzeć, aby w najgorszym momencie swojego życia nie upadła tak boleśnie, że nie byłaby w stanie unieść choćby głowy. To na niego mogła liczyć. Nie na Audrey i Aurelię, choć je uwielbiała to właśnie Noe okazał się tym, który przyjechał bez pytania, kiedy nie była nawet w stanie sklecić sensownej wiadomości. Tym, który siedział z nią na podłodze, kiedy płakała tak mocno, że zaczynała się dławić własnym oddechem. Tym, który słuchał tych samych pytań zadawanych po raz setny i ani razu nie powiedział, że już wystarczy.
I dlatego tak bardzo ją bolało, kiedy widziała go teraz po drugiej stronie.
— Nie jestem żadnym guru. Nie siedzę na szczycie dziwnej góry i nie sprzedaję złotych rad za miskę ryżu… ale chyba po prostu zaczęłam żyć. Dzień po dniu. Jak chciałam płakać to ryczałam tak długo aż nie czułam, że się zaraz odwodnię. Jak chciałam krzyczeć, to darłam ryjoka aż dostałam chrypki. A potem szłam spać i rano robiłam swoje. Bo nikt za mnie nie skończy studiów, nikt za mnie nie zarobi za rachunki… nikt za mnie nie przeżyje tego życia. Więc jeśli w którymś momencie się zatrzymam… czas i świat na mnie nie zaczekają. I na ciebie Noe też nie. Żaden bóg nie pstryknie palcem i nie powiem "stop, czekamy aż Villeneuve ogarnie dupsko! Już? To jedziemy dalej!". No… no nie. — Znów się do niego uśmiechnęła i delikatnie dźgnęła go w policzek. Potem drugi i trzeci raz. A kiedy miał nadejść
ostateczny cios, po prostu go przytuliła.
Noe Villeneuve-Scott