-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
W wolnej chwili oglądała zdjęcia miejsc, które chciałaby zobaczyć, czytała opinie restauracji, w których chciałaby zjeść śniadanie lub pod wieczór napić się kieliszka wina. Bo nawet jeśli na co dzień stroniła od alkoholu to przecież TAM mogła. Zwłaszcza, że nie miała być sama.
Nie myślała o tym jak bardzo musiała denerowac Dantego ciągłym trajkotaniem o tym wyjeździe. Ale nawet jeśli mu to bardzo przeszkadzało to mógł to uznać za swego rodzaju karę. W końcu po tym co zrobił podczas tego rzekomo nieinnego spotkania z Erikiem i to w jakim stanie musiała go z niego odbierać… powinien być tak naprawdę wdzięczny, że kara nie polegała na jedzeniu tego, co ona by przygotowała! Chociaż chyba nie mogłaby by być tak okrutna, zwłaszcza, że w tym wyjeździe najpiękniejsze miało być to, że leciał tam razem z nią. A będąc całkowicie szczerym — degustacji jej jajecznicy mógłby po prostu nie przeżyć.
I jak przez cały miesiąc ekscytacja mieszała się z małym poddenerwowaniem, tak w dzień wylotu Elsa była jednym wielkim kłębkiem nerwów. W nocy nie zmrużyła oka. Leżała w łóżku, prawie płacząc ze stresu i na nowo czytając całą swoją umowę, aby czasem na miejscu się nie dowiedzieć, że podpisała zgodę na oddanie za życia organów włoskiej mafii. O czym oczywiście nie wahała się poinformować będącego tuż obok chłopaka, zagadując najpierw czy jakby przypadkiem oddała dziwnym typom swoją nerkę to czy nadal by ją kochał. Po chwili zastanawiając się na głos czy istniał jakiś przypadek, kiedy to człowiek mógł żyć bez żadnej nerki… i wątroby. Słusznie stwierdzając, że ta należąca do Dantego była pewnie martwa od ilości wypitego alkoholu, a nadal stąpał po ziemi, więc chyba o to znalazła swój żywy dowód na potwierdzenie tej tezy.
I taką całą noc.
Zamówienie taksówki na lotnisko również stanowiło nie lada wyzwanie, więc zostawiła tę przyjemność Dantemu. Ona sama nie mogła się bowiem zdecydować czy na miejscu wystarczyło być trzy godziny wcześniej, cztery czy może popełnili wielki błąd i nie spędzili tam zeszłej nocy. Psy już dzień wcześniej wyprowadziły się do dziadków, więc przynamniej o nie nie musieli się martwić.
Ale gdy przeszli już przez wszystkie bramki bezpieczeństwa, a ogromne cztery walizki oddali do luku bagażowego… wcale nie było lepiej. Nawet najdroższa kawa na świecie nie ukoiła nerwów Elsy i to do tego stopnia, że poszłaby pod zły gate, spóźniając się tym samym na własny samolot. Ale na szczęście ktoś nad nią czuwał. Ktoś o pięknych oczach, cudownych loczkach i anielską cierpliwością.
Sam lot chyba był z tego wszystkiego najspokojniejszy. Bo gdy maszyna się ustabilizowała, a Dante mógł wreszcie poczuć krążenie w ściskanej przez dziewczynę ręce, ona wyciągnęła swojego laptopa i zaczęła pracować. Oglądała po raz milionowy zdjęcia modelek, przyglądała się szkicom projektów, do których miała wymyślić i przygotować fryzury, czytała ściągnięte wcześniej wywiady z Riccardo Dolore, a do tego powtarzała sobie zwroty po włosku, których uczyła się specjalnie na ten wyjazd. W końcu byłby wstyd, gdyby nie potrafiła zamówić kawy bądź wspomnianego już kieliszka wina w rodzimym języku kelnera. A gdy zamknęła komputer i schowała go do torby, głowa jakoś sama osunęła jej się na ramię chłopaka, potem na brzuch, a na końcu na kolana, gdzie też się zatrzymała.
Zasnęła. Wreszcie.
I spała tak do końca lotu. Obudziło ją dopiero kołowanie samolotu, a swój kolorowy łeb podniosła w chwili, gdy jedna ze stewardess dziękowała pasażerom za wspólną podróż.
— Florencja… — wymruczała leniwie, od razu odnajdując usta chłopaka swoimi i racząc je czułym buziakiem. — Pierwszy pocałunek w Europie już mamy zaliczony — Uśmiechnęła się promiennie. Teraz jeszcze musieli dotrzeć do hotelu, gdzie mieli spędzić najbliższe cztery noce. Ale na szczęście, wysłano po nich kierowcę, który powinien już na nich czekać przy wyjściu. Wobec tego największe wyzwanie stanowiło w tej chwili odebranie bagaży.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Niestety, próba zamknięcia jej ust własnymi, nie okazała się ani tak skuteczna, jak mógłby oczekiwać, ani nie dała zbyt długotrwałego efektu. W rezultacie noc miała okazać się bezsenna dla nich obydwojga, a to, że po niej udało im się rzeczywiście względnie bezproblemowo trafić na lotnisko – a także właściwy lot – można było chyba uznać za zwykły łut szczęścia. Albo faktycznie zasługę tego, że przynajmniej jedno z nich było zwyczajnie niewyspane, nie będąc przy tym kompletnie niewyspanym i zestresowanym kłębkiem nerwów. Z kolei możliwość wyspania się w samolocie była chyba dostateczną motywacją, by Dante mógł skupić się przynajmniej przez tych kilka nieco przydługich chwil, których trzeba było, by obydwoje mogli zająć właściwe miejsca. Wszystko, byleby nie przeoczyć tego konkretnego lotu i nie dopuścić do katastrofy, która z całą pewnością pozbawiłaby go snu na zdecydowanie zbyt długi czas.
Skoro jednak wszystko udało się bez większego problemu, mógł przynajmniej wykorzystać tę długą podróż na to, by odespać tę pełną abstrakcyjnych przemyśleń noc… I chociaż pewnie można byłoby mieć poważne zastrzeżenia do wygody podczas tego snu, raczej nie zamierzał na to narzekać. Zwłaszcza, że ten i tak okazał się wystarczający, by nieco przed lądowaniem obudzić się w całkiem niezłym nastroju – zwłaszcza, że to przecież nie jego czekało parę tygodni dość intensywnej pracy podczas ogarniania fryzur modelek…
I o ile na tego buziaka zafundowanego przez Elsę, trudno byłoby zareagować inaczej, jak tylko szczerym uśmiechem, nie omieszkał w kolejnej chwili poprawić go, poświęcając na niego zdecydowanie dłuższą chwilę.
– Teraz faktycznie może być zaliczony – zaśmiał się krótko i uznając najwyraźniej, że skoro te formalności mieli już za sobą, rzeczywiście mogli udać się po te nieszczęsne bagaże. Choć oczekiwanie na nie raczej trudno byłoby zaliczyć do jakkolwiek ciekawego zajęcia. Zwłaszcza, że najwyraźniej wszystkie cztery walizki po prostu nie mogły pojawić się w tym samym czasie, jakby pracownicy lotniska zamierzali testować albo cierpliwość, albo spostrzegawczość pasażerów podczas wypatrywania przez nich swojej własności. Trzy pierwsze walizki mimo wszystko trafiły do nich względnie szybko, lądując wkrótce na podłodze i wraz z nimi oczekując na tę ostatnią, która… najwyraźniej wcale nie zamierzała się pojawiać. Ani po ciągnących się w nieskończoność kolejnych piętnastu minutach, w trakcie których Dante zdążył już rozsiąść się na jednym z bagaży, ani po trzydziestu, w trakcie których zaczął już rozważać krótką drzemkę lub spacer po okolicy…
– Może jednak nie było w niej nic aż tak ważnego i możemy na przykład uznać, że w zupełności wystarczą nam te trzy…? – podniósł wreszcie spojrzenie na Elsę, mimo wszystko spodziewając się jej odpowiedzi. Bo oczywiście, że w każdej z czterech walizek znajdowały się rzeczy absolutnie istotne i niezbędne do przetrwania tych kilku tygodni. Przynajmniej jej zdaniem, które zdążył poznać już w czasie, kiedy zajmowała się ich pakowaniem. I nawet jeśli nie do końca się z nim zgadzał – w końcu potrafił wyjechać na rok, zabierając ze sobą ledwie jeden plecak… i to tylko dlatego, że również właśnie ona uznała, że jednak warto byłoby spakować się przed wyjazdem – raczej nie miał większych szans, by spróbować je przeforsować. Nie widział więc większej nadziei również teraz, nawet jeśli wszystko wskazywało na to, że kolejnych kilka godzin mogli spędzić na lotnisku, poszukując tej nieszczęsnej walizki. Bo pewnie to właśnie w niej znajdowały się te najważniejsze i najbardziej niezbędne do przeżycia rzeczy…
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Elsa oczywiście nie zamierzała protestować. Ułożyła dłoń na policzku Dantego z czułością muskając palcami jego skórę. To był moment tylko dla nich – inni pasażerowie wstawali już z miejsc, zabierali swoje walizki podręczne i ustawiali się w kolejce do wyjścia, a dla nich czas się zatrzymał. Ale mimo tego całego gwaru i zamieszania, udało jej się wyłapać komentarz jakiejś starszej pani:
– Och, jaka urocza para! Takie przypływy namiętności i czułości… zupełnie jakby byli podczas swojego miesiąca miodowego!
Mimowolnie się uśmiechnęła, bo była to zdecydowania miła odmiana od tych, które zdarzało im się słyszeć w szkole, czy to z ust Ashley, czy też Trevora. Nawet jeśli staruszka niekoniecznie trafiła z tym miesiącem miodowym to i tak było to lepsze od klasycznego i znowu się do niego przyssała, Dante, jak czujesz się molestowany to mrugnij dwa razy!
Z samym opuszczeniem samolotu niespecjalnie się spieszyli, chyba zgodnie stwierdzając, że siedzenie na swoich miejscach i czekanie aż się tłum na pokładzie nieco rozrzedzi było dużo przyjemniejszą opcją od przepychania się z ludźmi tak jakby od tego zależało ich życie.
Gdy stanęli na płycie lotniska, uderzyło w nich przyjemne, południowe powietrze. Nawet jeśli w tym momencie we Florencji był wieczór, a słońce powoli szykowało się do spania to nadal temperatura była znacznie przyjemniejsza od tej, do której przywykli w Kanadzie. A ten ciepły podmuch zdawał się być wręcz zbawienny po dziesięciogodzinnym locie. I kiedy już znaleźli się przy taśmie, która miała wypluć ich walizki, Norweżka poczuła dziwny ścisk pod żebrami. Cała podróż i przygotowania minęły im bez większych problemów – pomijając nieprzespaną noc, ale kto by się czepiał takich szczegółów – dlatego wiedziała, że coś MUSIAŁO się stać. Jako że to ona ich pakowała, a przy okazji zdecydowana większość rzeczy była po prostu jej, pozwoliła sobie na specjalne oznaczenie walizek za pomocą kolorowych wstążek. Miało to nie tylko pomóc w szybszym rozpoznaniu bagaży na tej przeklętej taśmie, ale też, gdy będzie się szykowała do pracy, na sprawnym znalezieniu niezbędnych narzędzi. Bo jakaś tam logika podpowiadała jej, że nie mogła wrzucić dosłownie wszystkiego w jedno miejsce, właśnie na wypadek, gdyby coś się miało zawieruszyć. I choć serce dalej nieprzyjemnie ściskało z dziwnego przypływu stresu, widząc jak Dante odbiera po kolei ich trzy walizki, starała się to ignorować, myśląc tylko o tym, aby ta czwarta pojawiła się równie szybko. Ale tak się nie stało. Elsa obserwowała jak kolejne torby są odbierane przez pasażerów, rejestrując kątem oka tamta starszą kobiecinę od miesiąca miodowego jak zmierza już w stronę wyjścia.
Minęło kolejne dwadzieścia minut, a ona miała wrażenie, że nie pojawiała się już na taśmie żaden nowy bagaż, a wokół krążyły tylko te, których właściciele najprawdopodobniej udali się do toalety bądź pobliskiego sklepu.
– Zielona… niebieska… fioletowa – wymamrotała, przenoszą swoje spojrzenie na przywiązane do rączek walizek wstążki. – Zielona to twoje rzeczy i nasze kosmetyki… niebieska, suszarka z dyfuzorem , prostownica, stylizacja i cieplejsze ciuchy… fioletowa to buty, stylizacja włosów, spinki, gumki i trochę ubrań… czerwona. Brakuje czerwonej… co było… Faen! – jęknęła głośno, łapiąc się za głowę i zaciskając mocno palce na swoich lokach, które przez cały lot zdążyły się trochę roztrzepać. No tak, oczywiście, że akurat tam musiały się znajdować jej sukienki, strój kąpielowy i grzebienie oraz NOŻYCZKI. Te same nożyczki, które dostała od dziadków z Norwegii, gdy otworzyła swój salon. Były najpiękniejsze na świecie i przy okazji cholernie drogie. Ale co najważniejsze — wyjątkowe, bo wykonane na zamówienie. Używała ich tylko w wyjątkowych i szczególnych sytuacjach i taką właśnie miało byc jej uczestnictwo w europejskich pokazach mody.
Przez moment wydawało jej się, że serce po prostu przestało jej bić. Oczywiście, że akurat tę jedną musieli zgubić. Bo dlaczego życie miałoby być dla niej aż tak łaskawe? Przygotowywała się do tego wyjazdu przecież tylko tygodniami, sprawdzała listy, pakowała wszystko z charakterystyczną dla siebie dokładnością,a mimo to wystarczył jeden lot, żeby cały ten idealny plan zaczął się… jebać.
— Nie… nie… nie… — powtarzała pod nosem, jakby samo to miało sprawić, że walizka z czerwoną wstążką nagle pojawi się na taśmie.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie zwrócił za to zbytniej uwagi ani na komentarz wygłoszony przez starszą kobietę, ani tym bardziej na nią samą, kiedy ta mogła bez większego problemu odebrać swój bagaż, podczas gdy oni wciąż oczekiwali na pojawienie się ostatniej walizki. Szkoda tylko, że ta najwyraźniej miała na siebie inny plan i że nic raczej nie wskazywało na to, by nagle miała pojawić się przed ich oczami. Bardziej prawdopodobne stawało się to, że po prostu wyparowała gdzieś podczas lotu albo zawieruszyła się w luku bagażowym, gdzie mogłaby odnaleźć się za jakiś czas. Na kompletnie innym lotnisku, na którym raczej nikt by jej nie wypatrywał i nie zamierzał odebrać…
Podążał spojrzeniem ku kolejnym walizkom, kiedy wymieniała ich zawartość, ostatecznie zatrzymując je na jej twarzy, gdy dotarła do brakującej czerwonej. Możliwe, że jeszcze przez tych parę sekund mógłby łudzić się, że jakimś cudem faktycznie mogłaby dojść do wniosku, że faktycznie nie było w niej nic istotnego i że nie musieli się nią w żaden sposób przejmować. W końcu i tak mieli większość, to powinno być absolutnie wystarczające i nie było sensu zawracać sobie zbytnio głowy jakąś jedną walizką… Tyle tylko, że już chyba sam wyraz twarzy Elsy wystarczył, by można było dość szybko dojść do wniosku, że najwyraźniej to właśnie ta czerwona walizka była w jej mniemaniu najważniejsza i że to właśnie bez niej nie mogli się w żaden sposób obejść. Dobrze mu już znane norweskie przekleństwo tylko potwierdzało to przypuszczenie – mniejsza tragedia wydarzyłaby się, gdyby spośród wszystkich ich bagaży zaginęły trzy pozostałe walizki, a została tylko za z czerwoną wstążką. Oczywiście. Bo jak niby mogłoby być inaczej…?
– Ok, czyli jednak nie wystarczą nam te trzy… – sam odpowiedział sobie na swoje pytanie, kontrolnie zerkając jeszcze w kierunku taśmy i pozostałych na niej bagaży. Jaka istniała szansa na to, że brakująca walizka pojawi się na niej po tak długim czasie…? Prawdopodobnie niewielka. I chyba wszystko wskazywało na to, że dalsze czekanie nie miało raczej większego sensu…
– Pewnie po prostu ta twoja wstążka się od niej owiązała i nie rzuca się tak w oczy, ale gdzieś tu jest – stwierdził, przyglądając się nieco uważniej walizkom, na które faktycznie do tej pory nie zwracał zbytniej uwagi, skoro nie było na nich kolorowych wstążek. Ale jakoś chyba żadna z nich nie wyglądała zbyt znajomo – choć to akurat mogło znaczyć naprawdę niewiele, skoro jak dotąd raczej nie zawracał sobie głowy dokładnym zapamiętywaniem, jak wyglądały ich walizki i czy poza tymi nieszczęsnymi wstążkami posiadały jakieś charakterystyczne cechy. – I może… w takim razie ktoś się pomylił i wziął ją ze sobą…
Chyba dopiero po tym, jak już wypowiedział to na głos, musiało dotrzeć do niego, że raczej nie było to coś, co miałoby Elsę uspokoić. Najprawdopodobniej wręcz przeciwnie. Mimo wszystko rozejrzał się jednak pobieżnie dookoła, jakby rzeczywiście spodziewał się zobaczyć tuż obok kogoś, kto właśnie odbierał nienależący do niego bagaż i komu można było ten pomysł wyperswadować.
– A w takim wypadku pewnie zaraz się zorientuje i… nie wiem, może po prostu warto dać znać komuś z obsługi? – właściwie chyba brzmiało to nawet dość rozsądnie. I może właśnie dlatego sam zdawał się powątpiewać, czy faktycznie był to najlepszy możliwy pomysł i czy aby przypadkiem nie powinni zamiast tego zacząć uganiać się za każdym, kto ciągnąłby za sobą jakkolwiek znajomo wyglądającą walizkę. Co chyba rzeczywiście brał całkiem poważnie pod uwagę, zatrzymując na dłużej spojrzenie na parze z dwójką dzieciaków, która pośród swoich bagaży zdawała się mieć jeden, który może i nie miał na rączce czerwonej wstążki, ale chyba mógłby dość mocno przypominać te trzy pozostałe, które wciąż tkwiły obok Elsy i Dantego.
– To chyba może być ta, nie? – nie czekając na jej odpowiedź i nie zastanawiając się zbytnio, po prostu ruszył pospiesznie w ich stronę, zanim mieliby zniknąć gdzieś w tłumie albo – co gorsza – poza lotniskiem. I chyba nawet nie zwrócił większej uwagi na to, że tamci ewidentnie nie rozmawiali ze sobą po angielsku, co pewnie mogłoby stanowić pewien problem podczas próby wyjaśnienia im, dlaczego miałby chcieć zabrać jeden z ich bagaży…
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
I oczywiście, że musiała usłyszeć akurat jak chłopak wspomniał, że ktoś mógł się pomylić i wziąć JEJ walizkę z JEJ rzeczami, a przede wszystkimi z JEJ nożyczkami. Oczywiście, miała do niej przymocowaną adresówkę z danymi kontaktowymi, ale przerażał ją fakt, że ktoś mógłby albo się z nią w ogóle nie dogadać przez telefon, albo co gorsza, uznać, że szkoda zachodu na całe to szukanie właścicieli i zatrzymać sobie całą zawartość bądź ją sprzedać… ewentualnie wywalić gdzieś na śmietnik.
Serce znów zaczęło jej walić jak oszalałe i już odwracała się w stronę chłopaka, aby błagać go, by odwołał to wszystko co powiedział i przyznał, że na pewno walizka dalej musiała być gdzieś na lotnisku, którymkolwiek — nawet jeśli miała w tym momencie zwiedzać to położone w Wenecji albo Kopenhadze — kiedy to Dante zauważył jakąś rodzinę, która miała ze sobą walizkę podobną do tej ich. Niestety, tylko podobną.
— Nie, czekaj! — zawołała, łapiąc go w ostatniej chwili za dłoń i ciągnąć lekko w swoją stronę. — To nie ta. Nasza miała granatowe szwy po bokach, tamta ma czarne. Nie ma sensu ich denerwować i stresować dzieci — odparła, zaciskając nerwowo palce na jego ręce, wbijając przy tym lekko paznokcie w jego skórę. Chyba tylko w ten sposób mogła się jeszcze powstrzymać przed skubaniem skórek.
— Musimy to zgłosić. Tutaj gdzieś musi być Biuro Zaginionych Bagaży… moze będą w stanie nam powiedzieć czy… czy walizka trafiła z nami do Florencji czy poleciała na inne wakacje… mam nadzieję, że mówią tu dobrze po angielsku… ja po włosku umiem zamówić nam kawę i wino… i przeprosić… Dante, tam były moje nożyczki od dziadków, mogę chodzić trzy tygodnie w samej bieliźnie, ale ich nie mogę stracić…! — jęknęła cała blada. Jej dłoń nada ściskała tę należącą do szatyna tak jakby jej puszczenie miało doprowadzić do całkowitego załamania wszechświata. Wybuch słońca zdawał się być przy tym jakimś totalnie nieistotnym problemem.
Na szczęście wspomniane przez Norweżkę biuro nie znajdowało się jakoś daleko. Zaraz gdzie kończyły się taśmy z bagażami, musieli skręcić w prawo i ich oczom od razu miała ukazać się gigantyczna kolejka podenerwowanych pasażerów. Najwyraźniej nie tylko ich bagaż postanowił bawić się w chowanego.
Poprosiła ukochanego, aby pilnował ich miejsca, a sama udała się do pobliskiego kiosku po butelkę wody. Z jednej strony chciała być na miejscu, gdy tylko jeden z pracowników poprosić ich do biurka, ale chyba bardziej potrzebowała rozruszać nogi i zająć myśli czymś innym, czymś mniej wymagającym i nie doprowadzającym jej do zawału serca. Tam na szczęście poradziła sobie bez większych problemów i już po kilku minutach znów stała przy Dante, który zdawał się nie ruszyć nawet o krok.
Och jak dobrze, że następnego dnia miała mieć pojawić się w pracy dopiero późnym popołudniem! W związku z czym, nawet jeśli mieliby spędzić tu jeszcze dobrych kilka godzin to nadal mogła jutro sprawiać pozory prawdziwej profesjonalistki.
— Niedobrze mi… duszno… gorąco… porzygam się zaraz i umrę…
— Pani Elsa, prawda? Wygląda mi pani na tą bajkową królewnę. — Dziewczyna drgnęła niespokojnie, słysząc swoje imię wplecione w angielskie słówka. Od razu odwróciła się w stronę przyjaznego, kobiecego głosu i ujrzała tą samą starszą kobiecinę, co w samolocie zachwycała się nad wylewem czułości zakochanej pary. Patrzyła na jej uśmiechniętą buzię tylko przez chwilę, bo zaraz spuściła wzrok na walizkę. Walizkę z czerwoną wstążką i otwartą adresówką, gdzie starannym pismem zanotowała swoje imię i nazwisko, numer telefonu oraz adres w Toronto.
— Borze szumiący… — Pieprznęła boleśnie kolanami w podłogę, nawet się przy tym nie krzywiąc, i od razu zabrała się za otwieranie torby, aby móc upewnić się, że nic z niej nie zginęło. A mówiąc nic, miała na myśli oczywiście nożyczki.
I kiedy jej oczom ukazało się ozdobne pudełko z ręcznie malowanymi fiordami… chyba całe lotnisko mogło usłyszeć jej głośne westchnienie przepełnione ulgą.
— Jest pani przeurocza… a pan… proszę o nią dbać. Bo porwę ją dla mojego syna! — Kobieta była ewidentnie zadowolona z siebie, co wskazywał jej szeroki uśmiech. Ale miła do tego pełne prawo. Właśnie uratowała ich wieczór, a przede wszystkim serce Elsy, które było bliskie od totalnej eksplozji.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Prawdopodobnie same słowa Elsy nie mogłyby wystarczyć, żeby ten całkiem niezły pomysł wybić mu z głowy, jednak szarpnięcie za rękę było już nieco trudniejsze do zignorowania. Podobnie zresztą jak wbijające się w jego skórę paznokcie, choć najwyraźniej nawet to nie przeszkodziło mu w niecierpliwym wywróceniem oczami, mogącym dość jasno sugerować, że nie sądził, by konieczne było zwracanie uwagi na tak nieistotne szczegóły jak choćby niewłaściwy kolor szwów…
– Może tylko wydają się czarne… – mruknął, mimo wszystko rzucając jeszcze niechętnym spojrzeniem w stronę tej nieszczęsnej walizki i chyba nawet we własnej ocenie musząc zgodzić się z tym, że to raczej nie była kwestia oświetlenia i ewentualnego przekłamania kolorów. Najwyraźniej pozostawało więc to rozsądne – nudne – rozwiązanie, zakładające zaangażowanie wspomnianego przez nią Biura.
I chociaż przez moment prawdopodobnie trudno byłoby oprzeć się wrażeniu, że mógłby mieć coś do powiedzenia na temat jej chodzenia w samej bieliźnie przez najbliższe trzy tygodnie – a sądząc po malującym się na jego twarzy wyrazie, raczej nie miałyby to być słowa protestu… przy założeniu, że w takim wypadku musiałaby jednak odpuścić sobie udział w pokazach – widocznie w porę musiało do niego dotrzeć, że w obliczu całej tej katastrofy, może jednak lepiej było sobie odpuścić. Albo przynajmniej odłożyć tę uwagę na nieco później. Na przykład na moment, gdy mogliby już odstać swoje w tej absurdalnie długiej kolejce i – co wydawało się wyjątkowo mało prawdopodobne – odzyskać wreszcie tę zaginioną walizkę…
Całe szczęście zresztą, że Elsa postanowiła zostawić go w tej kolejce tylko na kilka minut. Bo przecież nawet tyle wystarczyło, by zdążył się śmiertelnie znudzić i przynajmniej parokrotnie zastanowić, czy mimo wszystko nie lepiej byłoby jednak poszukać tej rodziny z podobnym bagażem. Albo przynajmniej samej Elsy. Najlepiej jeszcze przed tym, jak i ona miałaby na dobre zgubić się gdzieś na lotnisku. Albo zrobić cokolwiek, co mogłoby być zajęciem ciekawszym od bezczynnego stania w tej idiotycznej kolejce, która ewidentnie nie poruszyła się ani odrobinę od momentu, gdy do niej dotarli…
– Może chociaż odstraszyłoby to przynajmniej kilka osób… W sensie… niekoniecznie w wersji z umieraniem, to akurat możesz sobie odpuścić – zdążył zareagować na jej słowa, zanim również musiał odwrócić się w kierunku osoby, która właśnie nie tylko porównała ją do bajkowej królewny, ale w dodatku całkiem trafnie dopasowała imię. Jak się okazywało – niekoniecznie przez czysty przypadek…
Mimowolnie skrzywił się za nią, zauważając z jakim impetem jej kolana spotkały się z posadzką. Bardzo prawdopodobne, że skutki tego uderzenia miała odczuć nieco później, gdy emocje nieco już opadną. A tymczasem… najwyraźniej potrzebował krótkiej chwili, by w pełni uzmysłowić sobie, co tu się właściwie wydarzyło. A także – co może nawet istotniejsze – że w związku z takim obrotem spraw, wcale nie musieli już tkwić w tej nieszczęsnej kolejce i użerać się za następnych parę godzin z tutejszymi pracownikami, by spróbować odzyskać swój bagaż. Albo przynajmniej dowiedzieć się, gdzie ten mógłby się aktualnie znajdować. Walizka była bowiem bezsprzecznie ich, co potwierdzał nie tylko właściwy kolor szwów, ale także bezcenna dla Elsy własność…
– Taki mam zamiar… – odpowiedział bez większego namysłu, dopiero po dłuższej chwili przenosząc spojrzenie na kobietę, która bezsprzecznie uratowała ten nie najlepszy początek wyjazdu. – I… dziękujemy.
Nie zamierzając raczej wdawać się w dłuższe dyskusje z nieznajomą – nawet jeśli rzeczywiście mieli za co być jej wdzięczni – zdecydowanie wolał wraz z Elsą jak najszybciej ewakuować się poza budynek lotniska i jak najdalej od tej cholernej kolejki, która przez cały ten czas wciąż nie poruszyła się ani trochę. Jeśli nie liczyć kilku kolejnych osób, które zdążyły zająć miejsce za nimi…
– Myślisz, że możesz zacząć wozić te nożyczki w bagażu podręcznym? Może wrócimy do Toronto bez ani jednej walizki, skoro mamy do zaliczenia jeszcze kilka lotnisk, ale przynajmniej odpuścimy sobie podobne akcje… – zagadnął, kiedy już udało im się wyjść poza budynek i kiedy jedynym zmartwieniem mogłoby okazać się odnalezienie kierowcy. Choć to chyba nie powinno być już zbytnio skomplikowane. A gdyby nawet… próba dotarcia do właściwego hotelu na własną rękę mogła przynajmniej okazać się o wiele ciekawsza niż walka o zaginioną walizkę… I tyle najwyraźniej wystarczyło, by Dante mógł stosunkowo szybko odzyskać całkiem dobry humor – o czym zresztą dość jasno mogła świadczyć żartobliwa nuta wybrzmiewająca w jego słowach, a także beztroski uśmiech, który jakiś czas temu zdążył wrócić na swoje miejsce.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Ale tym razem dała radę. Możliwe, że zadziałały tutaj jej paznokcie, które wbiły się w skórę chłopaka, uniemożliwiając szarpanie sie z nią, a może to, że po prostu zmusiła go, żeby się zatrzymał i jeszcze raz przemyślał to co zamierzał zrobić. Pewnie, stanie na środku lotniska i przyglądanie się oddalającej się walizce raczej nie było tak fascynujące jak próby dogadania się na migi z Włochami, co mogło w najgorszym — bądź najlepszym — razie przerodzić się w małą awanturę, ale mogło zaoszczędzić im dalszych nerwów. A chyba tych niewiele im zostało, zważywszy na fakt, że w zagubionym bagażu był najcenniejszy skarb Norweżki. A jej zdenerwowanie najprawdopodobniej wpływało też na samopoczucie samego chłopaka, bo przecież ledwo co się obudził z przydługiej drzemki po nieprzespanej nocy, a już musiał słuchać jej zestresowanego trajkotania. Chyba każdy miał jakieś limity cierpliwości, a Elsa zdecydowanie za często wystawiała te należące do Dantego na próbę.
Ale kto by się spodziewał, że zguba zostanie im dostarczona do rąk własnych i to jeszcze zanim zdążyli w ogóle ruszyć się w tej absurdalnie długiej kolejce? Nie wspominając już nawet o tym, że ich wybawcą okazała się ta sama kobieta, która te kilkadziesiąt minut temu rozczulała się na widok ich zażyłej relacji.
— Tak, bardzo dziękujemy! Uratowała mnie pani… i jego też — odparła z szerokim uśmiechem, po chwili zabierając się za zapinanie walizki. W końcu nie było potrzeby, aby wszyscy z kolejki oglądali jej zawartość, nawet jeśli składały sie na nią w znacznej mierze letnie sukienki Elsy. Nieznajoma kiwnęła tylko głową na nich, zaraz się oddalając w stronę wyjścia. A dziewczyna jeszcze chwilę siedziała tak na kolanach, uspokajając myśli i rozszalałe serce. Dopiero kiedy ostatni zamek walizki zatrzasnął się z charakterystycznym kliknieciem, wypuściła z płuc powietrze, od razu odczuwając przyjemne rozluźnienie całego ciała. Podniosła się też zaraz, otrzepując kolana z podłogowego brudu i momentalnie objęła Dantego w pasie, cmokając go po chwili w środek mostka.
— Przed wylotem pisałam maile z linią lotniczą. Wyjaśniłam im, że jestem fryzjerką, że te nożyczki są dla mnie bardzo ważne, ale się nie zgodzili na zabranie ich w bagażu podręcznym. Podobno nawet fryzjer może kogoś zadźgać… no kto by się spodziewał, co nie? — Zaśmiała się nerwowo, zaciskając palce na materiale jego koszulki. — Ale tu Cię zaskoczę! Następnym razem samolotem będziemy lecieli z Mediolanu do Toronto. Pomiędzy miastami będziemy poruszać się samochodem, wypożyczę nam jeden na cały pobyt tutaj. Firma ma swoje siedziby w całych Włoszech, więc nie będzie problemu z zostawieniem auta na lotnisku w Mediolanie. — Mozliwe,ze tylko Elsa tak twierdziła, ale podróż autem była wygodniejsza i praktyczniejsza. Po prostu wsiadali w samochód i jechali, robiąc przerwy wtedy, gdy potrzebowali, rozmawiając tak głośno jak tylko by chcieli, nie wspominając o rozkręconym radiu i prywatnej imprezie karaoke. Ale w tym wszystkim chyba najważniejszy był fakt, że Elsa naprawdę dobrze czuła się zarówno wtedy, kiedy to Dante prowadził, jak i kiedy sama siedziała za kółkiem. Z kolei każdy start samolotem przyprawiał ją o nieprzyjemne zaciskanie się żołądka. Cmoknęła go jeszcze w odkryty kawałek szyi, tuż pod jabłkiem Adama, a potem mogli już udać się do wyjścia, gdzie czekał już na nich mężczyzna z tabliczką z ich imionami. Zapakowali więc walizki do auta, potem samych siebie, aby po kilkudziesięciu minutach samochód zatrzymał się pod ich hotelem, który swoim wyglądem przypominał renesansową willą.
Zameldowanie się na szczęście nie stanowiło problemu, ponieważ obsługa recepcji mówiła płynnie po angielsku. Jeden z pracowników pomógł im także z bagażami i zaprowadził do pokoju, w którym mieli spędzić najbliższe noce. Nie był on ogromny, choć postawione na środku łóżko spokojnie mogłoby pomieścić przynajmniej cztery osoby. Jednak to co przede wszystkim zwróciło uwagę Elsy był piękny bukiet słoneczników postawiony na toaletce i leżący obok niego plan jej pracy podczas pobytu we Florencji.
— Jutro zaczynam pracę o piętnastej… teraz mamy… — Zerknęła na telefon, który w przeciwieństwie do jej zegarka automatycznie przestawił strefę czasową. —… prawie dwudziestą pierwszą… chcesz odpocząć albo się odświeżyć? Czy idziemy od razu trochę pozwiedzać? — zapytała spokojnie, siadając po chwili na brzegu łóżka. I kiedy siłą rzeczy zgięła kolana, poczuła nieprzyjemny tępy ból, który ciągnął się do połowy łydek. Chyba uderzenie kolanami o lotniskową płytę nie było takim najlepszym pomysłem.
— Już wiem, gdzie będziesz mnie masował, gdy wrócę zmęczona i marudząca po całym dniu pracy… matko, jakie to łóżko wygodne… — wymruczala z szerokim uśmiechem i opadła plecami na materac. Odpoczynek z pewnością przydałby się im obojgu, ale przecież było tyle miejsc do zobaczenia! Musieli sprawdzić, które restauracje serwują najlepszą pizzę, skąd widać najpiękniejszy zachód słońca, przy której kamienicy jego pocałunki byłyby najsłodsze…
W końcu to miały być ich pierwsze wspólne DOROSŁE wakacje. Nawet jeśli Elsa miała podczas nich pracować to i tak chciała poświęcać mu każdą wolną chwilę.
Dante Levasseur