Rym razem było jednak inaczej. Nie potrzebowałem od Felixa niczego konkretnego. Po prostu po kilku dniach ciszy zacząłem czuć pod skórą dziwny niepokój, którego bardzo nie chciałem nazywać troską. Mimo wszystko sprawdzałem telefon częściej niż zamierzałem. Najpierw zadałem krótkie pytanie, żeby po prostu sprawdzić czy żyje. Potem wysłałem coś głupiego, bo łatwiej było mi zamienić zmartwienie w żart. Na koniec napisałem mu wiadomość, że jeśli przyrósł już do krzesła, to mogłem przyjechać z piłą, ale też nie doczekałem się odpowiedzi. I właśnie wtedy uznałem, że wystarczy.
Założyłem na siebie koszulę i zgarnąłem klucze, które leżały na blacie. W drodze próbowałem przekonać samego siebie, że nie robiłem z tego wielkiej sprawy. Po prostu miałem dość milczenia, a każdy normalny człowiek po kilku dniach bez odpowiedzi uznałby, że warto sprawdzić, czy kumplowi nic się nie stało.
Kiedy znalazłem się niedaleko budynku, w którym mieszka Felix, to wcisnąłem dłonie głębiej w kieszenie spodni i przyspieszyłem kroku. Zatrzymałem się dopiero pod drzwiami wejściowymi do bloku i spojrzałem jeszcze raz w telefon. Nadal nie było żadnej odpowiedzi, więc wszedłem do środka. Dość szybko wbiegłem po stopniach i zatrzymałem się przed drzwiami. Najpierw zapukałem raz. Potem drugi raz, tym razem mocniej, bo nie zamierzałem stać jak kretyn pod drzwiami. Przez chwilę czekałem, opierając się w międzyczasie o framugę.
W końcu nacisnąłem klamkę i wszedłem do mieszkania. - No siema! Żyjesz? - rzuciłem na powitanie i zamknąłem za sobą drzwi. Od razu rozejrzałem się po mieszkaniu szukając kolegi. Gdy zobaczyłem, że siedzi i męczy biedny komputer, to wsunąłem dłonie do kieszeni i uniosłem lekko brwi, jakbym przyszedł tu wyłącznie po to, aby się ponabijać. - Dobra stary. Koniec gnicia przed komputerem - dodałem, zdejmując mu przy tym słuchawki.
Felix Carlson