i close my eyes only for a moment
and the moment's gone;
all my dreams pass before my eyes — a curiosity
Pisk opon przy gwałtownym hamowaniu, choć w rzeczywistości trwał krótko, abstrakcyjnie zwolnił czas; rozciągnął chwilę i bezkompromisowo obdarł ją ze zwyczajowego zgiełku myśli,
i nie miały w niej znaczenia żadne jego problemy,
żadne rozterki ani bolączki.
Nie miała znaczenia nawet ta cholerna piosenka, która nie chciała dać się tak łatwo przełączyć, bo akurat telefon mu się zaciął i przestał odpowiadać na dotyk, a która przypominała mu o Corze — mimo że tę chwilę temu zdawało się, że miała dla niego naprawdę
.n a j w i ę k s z e
. znaczenie.
Piosenka — nie Cora, oczywiście.
…
(Oczywiście.)
W momencie, w którym
stary Ford się zatrzymał, Jake’iem szarpnęło, a ktoś uderzył w maskę —
albo to maska uderzyła w kogoś;
albo zdarzyło się to ułamek sekundy później… albo ułamek sekundy wcześniej — trudno było powiedzieć, bo to z kolei zadziało się już za szybko, zbyt blisko siebie.
Maska pick-upa zasłoniła mu potrąconą postać, gdy ta już upadła. W naturalnym odruchu chciał wyskoczyć z auta — zobaczyć
co, kurwa, najlepszego znowu narobił co
się wydarzyło, pomóc, z r o b i ć
. c o ś, naprawdę
cokolwiek.
Tym razem zaszwankowały pasy
(a może to po prostu nerwowe ruchy rąk nie mogły dogadać się ze zblokowanym po gwałtownym pociągnięciu mechanizmem),
utrzymując go wewnątrz samochodu tak długo, aż poszkodowana sama zebrała się z ziemi i podeszła do niego.
Przekręcił głowę w jej stronę z opóźnieniem, prawie zaskoczony, że to zrobiła. Jakaś jego część musiała odnotować ulgę — bo
była w stanie wstać, więc nie mógł wyrządzić jej aż tak wielkiej krzywdy; pozostała część nie mogła się zdecydować, czy wyprzeć ze świadomości całe zajście, czy przeciwnie: uczynić je powodem do biczowania się przez następne dni albo i tygodnie.
Dopóki nie zrobiłby czegoś głupszego i gorszego.
Wszystko było jakieś odrealnione.
—
Co, jakiej-… — Dłoń z słuchawką mignęła mu przed nosem. —
Przecież to ty- — nawet nie zdążył dobrze unieść głosu, a ta się odwróciła i ruszyła. —
HEJ, CZEKAJ! — Nie zaczekała. —
Kurwa…
Z pasami szarpał się o kilka sekund za długo — nie na tyle długo, żeby nie zobaczyć, w którą stronę kuśtykała, kiedy on wreszcie się wyswobodził i pośpiesznie otworzył drzwi Forda, jednak już na tyle długo, by z poprzedniego skrzyżowania zaczęły nadjeżdżać inne samochody. W ferworze emocji gotów byłby zostawić auto na chodzącym silniku na tych pieprzonych światłach, żeby ją dogonić, ale to nie było
jego zapyziałe miasteczko. Zaraz został otrąbiony — i cofnięty do otaczających go realiów. I do Forda.
…
Parę minut później pick-up Jake’a stał zaparkowany przy najbliższym umownie dozwolonym miejscu do postoju — sam Jake zaś stał
jak idiota
(…)
tam, gdzie ostatnio widział dziewczynę. Chwilę już się tam kręcił i rozglądał. I zwątpił co najmniej dwa razy, czy
w ogóle zapamiętał, jak wyglądała…
Dotknięty, obrócił się od razu: na tyle gwałtownie, jakby gdzieś obok czyhało wciąż aktualne zagrożenie; na tyle zamaszyście, że musiał zrobić szybkie pół kroku w tył dla równowagi.
Nie zdążył dobrze objąć dziewczęcej twarzy ani sylwetki spojrzeniem, nim spojrzenie to pociemniało
pod narzuconym na Jake’a całunem
niesprawiedliwego osądu.
—
„Ś l e d z i s z”? — powtórzył nie tyle nawet
z obruszeniem czy
z oburzeniem, co z żywą, głęboką
.p r e t e n s j ą —
zbyt poważną jak na okoliczności,
przede wszystkim jednak jak na te okoliczności zbyt personalną, bo to, co ubzdurała sobie przypadkowa nieznajoma
spotkana potrącona na ulicy, nie powinno mieć dla nikogo takiego znaczenia, jakie w tej chwili miało dla niego.
—
Po pierwsze na jaką śmierć, przecież chyba ŻYJESZ — wytknął obronnie, mimowolnie idąc o ton wyżej, niż ona.
Wychował się w domu, w którym rację zawsze miał ten, kto mówił ciszej i z większym opanowaniem. Jake
.n i g d y
. nie miał w nim racji — ani wtedy, gdy serce podpowiadało mu coś innego, ani nawet gdy z całą siłą coś innego
.k r z y c z a ł o; gdy wyrywało się z piersi, bo nie potrafiło zaakceptować tego, co widziały oczy i co czuł w całym ciele, mimo że to czucie ciała wcale nie dotykało.
(Wtedy nie miał jej zwłaszcza;
wtedy podejmował najbardziej nieprzemyślane decyzje,
których potem żałował — również najbardziej.)
Do dziś się nie nauczył.
—
A szukałem cię — zaakcentował, wycelowując w nią oskarżycielsko palec wskazujący —
bo uciekłaś, zanim zdążyłem wysiąść i-
Zamiast wypluć kolejne słowa w spójnym ciągu, zawiesił się z półotwartymi ustami. Nie w celowym zabiegu, mającym nadać przejętej
wypowiedzi więcej dramatyzmu; piwne oczy przez krótką chwilę skakały pomiędzy piegami na opalonej skórze, choć nie miało to w żaden sposób pomóc mu połączyć kropek w głowie.
Zapomniał, co chciał powiedzieć dalej — a może i wcale do tego wcześniej nie doszedł, może liczył, że wyklaruje mu się to samo gdzieś po drodze — i tylko któryś z podszeptów świadomości popychał ku niedającemu się zignorować wrażeniu, że zmierzał przecież do czegoś konkretnego;
może nie w tym akurat zdaniu…
—
Normalna jesteś?! Ja pierdolę, nie robi się tak! — wyrzucił w końcu z siebie, wyrzucając przy tym ręce w powietrze.
(Ku niebu.)
(Boże, kurwa, za co…)
…ale
chyba .m u s i a ł
. pójść za nią z inną motywacją niż krzyki i wyzwiska. Po prostu
nie mógł sobie przypomnieć, kiedy w głowie szumiało od
wszystkiego.
are you o u t of your f u c k i n g mind???
dust in the wind — all we are is dust in the wind