-
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiKe/babtyp narracjiTypicznyczas narracjiKażdypostaćautor
Gdy usłyszał pukanie do drzwi, odchrząknął cicho.
- Proszę - rzekł głośno, by osoba po drugiej stronie mogła to dobrze usłyszeć.
Kiedy June weszła do środka, wskazał jej krzesło naprzeciwko biurka. Od razu zamknął laptopa i odsunął go nieco na bok.
- Przejrzałem raport z ostatniej sprawy. Jest kilka drobnych kwestii, które chciałem omówić osobiście - brzmiał całkowicie poważnie. Nawet zbyt poważnie. Przez kilka sekund utrzymywał tę fasadę, po czym westchnął i pokręcił głową. - Tak naprawdę wszystko jest tip top - na jego twarzy pojawił się ledwie zauważalny uśmiech.
Sięgnął do szuflady i wyciągnął elegancką torbę prezentową, którą położył na biurku pomiędzy nimi.
- Doszły mnie słuchy, że ktoś miał ostatnio urodziny, więc... wszystkiego najlepszego, June - przez moment obracał w dłoni długopis, jakby nagle nie wiedział, co zrobić z rękami. - Wiem, że były kilka dni temu. Nie miałem okazji wręczyć ci tego wcześniej - wyjaśnił, oczekując zrozumienia z jej strony.
W torbie znajdowała się butelka dobrego, czerwonego wina, voucher na relaksacyjny masaż w jednym z najlepszych salonów w Toronto oraz niewielkie pudełeczko z parą subtelnych, eleganckich kolczyków.
Scott odchrząknął.
- Zanim zaczniesz protestować, informuję, że przyjęcie prezentu jest poleceniem służbowym - oparł się wygodnie o fotel, a na jego twarzy widać było pewne rozbawienie. - Ostatnie miesiące nie były dla ciebie szczególnie spokojne i chciałem, żebyś nie zapomniała, że poza śledczą Harrison jesteś też po prostu zwykłą June - przytaknął sam sobie, po czym uniósł lekko brew. - Zasłużyłaś na to bardziej, niż prawdopodobnie zdajesz sobie sprawę - po tych słowach odwrócił wzrok, jakby uznał, że powiedział już wystarczająco dużo.
June Harrison
-
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Z zamyślenia, w pewnym momencie, wyrwała ją wibracja telefonu. Widząc krótką wiadomość od Scotta, ucieszyła się, że będzie mogła chociaż na chwilę oderwać się od swojego stanowiska i rozprostować nogi.
Mam sprawę. Czekam w gabinecie.
Zapukała do jego drzwi i gdy tylko usłyszała zaproszenie, weszła do środka. Letexier siedział przy laptopie z poważną miną, co jakoś szczególnie jej nie zdziwiło. Zajęła wskazane miejsce i milczała, dopóki sam się nie odezwał.
— Tak? Znalazłeś jakieś błędy? — zapytała, zakładając od razu najgorsze i zaczęła szukać w głowie wyjaśnienia co mogła zrobić nie tak. Miała nadzieję, że to coś, co łatwo będzie jej naprostować i że jakoś uniknie przez to jakichkolwiek kłopotów.
— Chyba lubisz przyprawiać mnie o mikrozawały, co? — spytała z uśmiechem, gdy po chwili napięcia przyznał, że wszystko z jej sprawozdaniami było w porządku. Zaraz jednak znów wywołał w niej zdziwienie, gdy wyciągnął na biurko torbę z prezentem. Przez chwilę patrzyła na niego, niepewna czy to nie kolejny z jego wkrętów.
— Dziękuję — powiedziała cicho, zanim jeszcze sprawdziła zawartość. Przez moment po prostu zastygła i przypatrywała się wicekomendantowi. Nie pytała skąd wiedział o jej urodzinach, bo w sumie była to informacja, którą łatwo mógł sprawdzić. Może nawet sama o tym komuś wspomniała tamtego dnia? Nieważne. Uznała, że to miły gest. Zastanawiało ją jednak co innego. Zanim jednak zasypała go pytaniami, chwyciła za torbę i postawiła na swoich kolanach, by móc zajrzeć do środka.
Najpierw wyjęła wino i znów podziękowała, stawiając je przed sobą na biurku. Gdy w jej ręce trafił voucher na masaż, spojrzała na Letexiera i uniosła brew. Skinęła głową i zaśmiała się na jego słowa o tym, że nie miała prawa odmówić przyjęcia prezentu.
— Dzięki, naprawdę. Ja… nawet nie wiem co powiedzieć — odezwała się i chcąc odstawić torbę na ziemię, poczuła, że jeszcze coś się w niej kryje. Po chwili wyjęła pudełeczko z biżuterią i od razu uniosła na niego wzrok, mocno zszokowana — Ale tego to chyba nie mogę przyjąć — wydusiła, po tym jak otworzyła niewielki pakunek, a jej oczom ukazały się piękne kolczyki. Odetchnęła głęboko i słuchając jego budujących słów, nie do końca rozumiała czym sobie na takie traktowanie z jego strony zasłużyła i czy reszcie podwładnych też robił takie prezenty. Odstawiła otwarte pudełko obok butelki wina na biurku.
— Z masażu chętnie skorzystam, wino możemy wypić razem… właściwie to nalegam, żebyśmy wypili je razem, ale to? — wskazała podbródkiem na biżuterię — To zdecydowanie zbyt dużo.
Scott Letexier
-
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiKe/babtyp narracjiTypicznyczas narracjiKażdypostaćautor
- Harrison - charakterystyczny ton głosu zwykle zwiastował albo reprymendę, albo polecenie służbowe. - Przed chwilą jasno wyjaśniłem zasady przyjmowania prezentów od przełożonych - kącik ust Letexiera drgnął lekko. - Nie przypominam sobie, żebym zostawiał miejsce na negocjacje - rzucił i przez moment obracał jeszcze długopis między palcami, po czym spojrzał na nią już znacznie poważniej.
- Nie kupiłem ich dlatego, że czułem się do czegoś zobowiązany. Nie próbuję też niczego w ten sposób osiągnąć - jego wzrok zatrzymał się na twarzy blondynki. - Kupiłem je, bo chciałem - rzekł spokojnie bez najmniejszego zawahania. - Bardzo cię cenię, June. Jako śledczą, jako człowieka... i po prostu cię lubię - przyznał dalej ze spokojem w głosie, jakby mówił coś najbardziej oczywistego. - Przez ostatnie miesiące wielokrotnie udowodniłaś, że mogę na tobie polegać. Pracujesz ciężej niż większość gliniarzy w tym mieście. Bierzesz na siebie więcej, niż powinnaś, i zazwyczaj nawet nie przychodzi ci do głowy, żeby się na to skarżyć - uśmiechnął się lekko. - Godne podziwu i irytujące jednocześnie - zauważył, po czym wzrokiem powędrował w kierunku pudełeczka.
- To nie jest "zbyt dużo". To po prostu prezent - wzruszył lekko ramionami.
Przez chwilę bawił się znów długopisem, jakby zastanawiał się, czy powiedzieć coś jeszcze. W końcu westchnął cicho i spojrzał na regał z dokumentami.
- Poza tym... - zrobił krótką pauzę. - Nie mam komu robić takich prezentów - powiedział cicho, a jednocześnie z wyraźnie słyszalnym bólem w głosie. - Moja żona nie żyje, rodzice także - zaczął. - Z własnym rodzeństwem nie rozmawiam. Nie mam nikogo, kto czekałby na mnie w domu i komu mógłbym kupować rzeczy z okazji urodzin albo bez okazji - powiedział już nieco spokojniej, bez użalania się nad sobą, stwierdzając proste fakty. - Więc kiedy trafia się ktoś, kto jest tego wart, korzystam z okazji - spojrzał jej prosto w oczy. - Więc teraz zamknij pudełko i schowaj je do torby, zanim zacznę sporządzać oficjalną notatkę służbową o niesubordynacji - powiedział już luźniej, z pewnym rozbawieniem w głosie. Prawdę mówiąc, nigdy takowej notki na nikogo nie napisał, ale... pewnie potrafiłby. Od lat był już wicekomendantem, więc różne pisma miał obcykane. Z pamięci mógłby nawet wywołać konkretne przepisy regulaminu, które można byłoby przypiąć do Harrison, gdyby tylko się na nią uwziął.
- Zrób z tym, co zechcesz - odezwał się po chwili. - Schowaj głęboko w szafie, sprzedaj, wyrzuć... ale przyjmij. Proszę - dodał już bardziej miękkim tonem. Sam po sobie nie spodziewał się tego, jak bardzo będzie mu zależało na tym, aby June przyjęła prezent i była z niego zadowolona. Do momentu aż nie weszła do środka, nie zastanawiał się, jak przebiegnie całe spotkanie, a nawet jeśli by to zrobił, to w życiu nie postawiłby na to, że trochę się zestresował.
- A co do wina... - oparł się wygodniej o krzesło i przechylił lekko głowę. - Z chęcią, tylko może tym razem nie w gabinecie - zachichotał lekko, po czym w jego oku pojawił się mały błysk. - Może na dachu? - uniósł lekko brew, ciekaw jej reakcji na jego spontaniczną, jak i bardzo intrygującą (zdaniem Scotta) propozycję. - Nie teraz, rzecz jasna - sprostował, by nie pomyślała, że namawia ją na spędzenie dzisiejszego wieczora na dachu komisariatu.
June Harrison
-
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nadal nie wiedziała jaka reakcja w tym przypadku byłaby odpowiednia. Nie wiedziała co powiedzieć. Słuchała więc jego słów i nie przerywała wyjaśnień, choć oczywiście nie podejrzewała go o to, że swoim podarunkiem próbował coś osiągnąć i miał jakiś cel, który nie spotkałby się z niczyją aprobatą. Otworzyła już usta, by zaprotestować, ale w ostatniej chwili zdecydowała się nie wcinać i po prostu pozwoliła mu mówić. Może i słusznie, bo zaraz usłyszała coś, co z jakiegoś powodu sprawiło, że jej serce zabiło mocniej. Nie zdążyła się do tego odnieść od razu, ale wyznanie Scotta wywołało uśmiech na jej twarzy.
— To irytujące, że się nie skarżę? — spytała nagle, rozbawiona i zaraz, podobnie jak on, spojrzała znów na biżuterię. Próbowała nie dać tego po sobie poznać, ale kolejna wypowiedź wicekomendanta także ją poruszyła. Nie chciała, by myślał, że robiła to wszystko tylko dlatego, że zrobiło jej się go żal. Wzięła pudełko do rąk, jednak zamiast schować je do torby, tak jak polecił, wyjęła z niego kolczyki i założyła je jako wyraźne potwierdzenie, że je przyjmuje. Odgarnęła lekko włosy do tyłu i obróciła powoli głowę w obie strony, by pokazać jak ozdoby prezentowały się na niej.
— No… i jak? Pasują do mnie? — odezwała się trochę ciszej, po czym westchnęła i pokręciła głową przecząco — Nie mogłabym ich wyrzucić ani sprzedać, no co ty! Są naprawdę śliczne, Scott. Dziękuję.
Zbierając rzeczy do torebki, myślała o tym czy zaproszenie go do siebie na wino nie byłoby zbyt śmiałą propozycją, ale nim zdołała w głowie dobrać odpowiednie słowa, sam podsunął inny pomysł. Przez chwilę się wahała, ale ostatecznie skinęła głową, zgadzając się.
— Czemu nie? Dużo masz jeszcze pracy? — spytała, zerkając na jego biurko. Nie zobaczyła na nim bałaganu ani sterty dokumentów. Wszystko było uporządkowane, laptop zamknięty. Nic nie wskazywało na to, by miał za chwilę wracać do roboty.
— Muszę dokończyć jedną rzecz i będę wolna — oznajmiła pewnie, wstając z miejsca i chwyciła za torebkę — Za jakieś piętnaście minut możemy spotkać się na dachu, co ty na to? Chyba że oczywiście masz inne plany na wieczór — przechyliła lekko głowę, przyglądając się mu — Ale jeśli nie, to… nie daj się prosić.
Scott Letexier
-
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiKe/babtyp narracjiTypicznyczas narracjiKażdypostaćautor
Kiedy odgarnęła włosy i odwróciła lekko głowę, prezentując efekt, jego wzrok zatrzymał się na niej odrobinę dłużej, niż powinien. Przez moment nie odpowiadał, po prostu patrzył. Być może dlatego, że jeszcze kilka dni wcześniej sam nie miał najmniejszego pojęcia, jakie kolczyki mogłyby spodobać się June. Działał właściwie po omacku. Miał do dyspozycji jedno ze zdjęć znalezionych na jej mediach społecznościowych i własną, dość ograniczoną wiedzę na temat damskiej biżuterii. Ostatecznie zdał się na doświadczenie sprzedawczyni w salonie jubilerskim, która po kilkuminutowym studiowaniu fotografii oznajmiła z pełnym przekonaniem, że dokładnie taki model będzie pasował. I najwyraźniej miała rację, bo pasował idealnie. Znacznie lepiej, niż Scott odważyłby się przypuszczać.
Gdy spytała go, co sądzi o nich, przez głowę przemknęło mu kilka określeń. Przepięknie, zjawiskowo, olśniewająco. Żadne z nich nie wydostało się jednak na zewnątrz. Scott od lat bardzo uważał na słowa i nie inaczej było w tym przypadku. Nie chciał bowiem zdradzić, że urok, jaki roztaczała blondynka, działał także na niego.
- Wyglądasz... elegancko - powiedział w końcu dość oszczędnie, czego sam był bardzo świadom.
Kącik jego ust uniósł się lekko.
- Cieszę się, że pasują - rzekł. - Najwyraźniej sprzedawczyni wiedziała, co robi - rzucił z rozbawieniem i dopiero po chwili zorientował się, że właśnie zdradził część kulisów całego przedsięwzięcia. - Nie pytaj, ile czasu spędziłem w sklepie jubilerskim - machnął ręką.
Gdy temat zszedł na dach i wino, spojrzał na nią przez moment z lekkim zaskoczeniem. Jeszcze kilka minut temu rzucił tę propozycję właściwie spontanicznie, nie zakładając nawet, że June potraktuje ją poważnie. I że stanie się to akurat dzisiaj.
- June, ja zawsze mam dużo pracy - rozłożył ręce. - Gdyby ilość obowiązków miała decydować o tym, kiedy mogę zrobić sobie przerwę, najbliższa byłaby pewnie w kwietniu 2158 - przez chwilę przyglądał jej się w milczeniu. - Jedna przerwa czy dwie naprawdę nie zrobią różnicy - dodał, po czym na propozycję spotkania za piętnaście minut skinął głową.
Po chwili wskazał ruchem głowy drzwi.
- Idź dokończyć swoje sprawy, detektyw Harrison - tym razem tytuł zabrzmiał bardziej jak żart niż służbowe polecenie. - Ja spróbuję przez kilka minut udawać odpowiedzialnego zastępcę komendanta - skinął głową na pożegnanie i kiedy June opuściła gabinet, Scott przez moment siedział nieruchomo, patrząc na zamknięte drzwi. Potem westchnął cicho i wrócił do laptopa.
Przez następny kwadrans rzeczywiście pracował. Odpowiedział na kilka maili, podpisał dokumenty czekające od rana i przejrzał raport, który wcześniej służył wyłącznie jako pretekst do zaproszenia June do gabinetu. Jednak gdy tylko zbliżyła się umówiona godzina, zamknął komputer, zabrał butelkę wina i dwa kieliszki schowane wcześniej w jednej z szafek. Kilka minut później znalazł się na dachu komisariatu.
Wieczorne powietrze było przyjemnie chłodne, a nad Toronto rozbłyskały już nocne światła miasta. Scott oparł się o barierkę, odłożył butelkę obok siebie i spojrzał w stronę wejścia na dach. Przyszedł wcześniej i ku własnemu zaskoczeniu, złapał się na tym, że czeka. Na nią. Nie jak kumpel na koleżankę, z którą urodzinowo wypije drinka. Bardziej jak nastoletni gówniarz na swoją sympatię, która pierwszy raz zdawała się być w jego zasięgu.
June Harrison
-
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Z drugiej strony jednak zrobiła to, bo rozumiała co chciał jej w ten sposób przekazać - doceniał ją i odczuwał wobec niej sympatię (zresztą z wzajemnością!). Chciał zrobić dla niej coś miłego, jako przełożony, ale także jako - od niedawna - kolega. Poza tym Scott nie miał w swoim życiu wielu osób, którym mógłby sprawić przyjemność w ten sposób - Harrison skłamałaby, gdyby powiedziała, że to wyznanie wicekomendanta jej nie poruszyło. Nie chciała też wyjść na niewdzięczną, bo doceniała jego gest oraz to jak hojny był, a przecież tak naprawdę nie spodziewała się, że dostanie od niego choćby urodzinowe życzenia, nie mowa już o jakimkolwiek podarunku.
Zaśmiała się cicho, słysząc jaki epitet wybrał, by opisać to jak kolczyki prezentowały się na jej uszach. Elegancko. Sama nie wiedziała na co do końca liczyła, ale to słowo w tamtym momencie uznała za wystarczające pochlebstwo z jego strony. Uśmiechając się, pokiwała głową i choć nie mogła być pewna jak biżuteria wygląda na niej, to wierzyła, że Letexier nie kłamał i rzeczywiście June wyglądała w niej dobrze. A nie, przepraszam - elegancko!
Nieco rozczulona, patrzyla na niego tylko. Nie odpowiedziała nic, gdy zdradził jej (może nie dosłownie, ale jednak) jak dużo czasu zajęło mu zdecydowanie się na kupno akurat tej pary kolczyków. Gdyby tylko wiedziała ile tak naprawdę myślał o tym wcześniej i że w ogóle chciało mu się wyszukiwać zdjęcia June, by zbadać jej gust. Co prawda w ostatecznym wyborze pomogła sprzedawczyni, ale Scott i tak włożył w to wiele wysiłku! Może nawet zbyt wiele, biorąc pod uwagę to, że nie byli parą. No… parą kumpli co najwyżej. Nic jednak dziwnego, że June automatycznie ten miły gest szefa zaczęła porównywać do niespodzianek jakie fundowali jej faceci z którymi się niegdyś spotykała. Lepiej chyba jednak, by nie wiedział, że właśnie mocno wyróżnił się na ich tle.
Tak, poprzeczka była gdzieś w piekle.
— No dobrze, panie-wiecznie-zarobiony — mruknęła, wywracając przy tym oczami dla żartu — Będę czekać na dachu — dodała, niedbale przy tym salutując i wyszła z gabinetu, by zgodnie z tym co ustalili, dokończyć swoją robotę, a zostało jej już tylko wklepanie ostatnio skończonego raportu do komputera. Zaraz po tym, w pośpiechu posprzątała biurko, spakowała swoje rzeczy i ruszyła na górę. Po drodze wstąpiła jeszcze do pokoju socjalnego, żeby zgarnąć dwa kubki, w razie gdyby Scott nie miał ochoty pić z nią wina prosto z butelki jak ostatni menel. Kieliszków się przecież nie spodziewała.
Wychodząc na dach, westchnęła zawiedziona tym, że nie spełniła swojej obietnicy, bo to on czekał. Z winem i… odpowiednim do wina szkłem, na co jej oczy od razu rozszerzyły się w zdziwieniu.
— Kieliszki? No, no… Przygotowany na każdą okazję, co? — zacmokała z uznaniem, bo chyba rzeczywiście w swoim magicznym gabinecie miał wszystko i nic nie było w stanie go zaskoczyć.
Równie magiczny był też widok z dachu komisariatu. Toronto o tej porze miało w sobie więcej uroku niż zwykle. Wcześniej mogła podziwiać je stamtąd tylko za dnia - w tamtej chwili jednak rozglądała się jeszcze większym zachwytem w oczach. Dopiero po kilkunastu sekundach zeszła na Ziemię, a jej wzrok w końcu spoczął na towarzyszu. Uniosła lekko kubki, które nadal trzymała w dłoniach i zaraz schowała je do torby, a zaczęła szukać czego innego — Niepotrzebnie je zabierałam… o, mam! — wykrzyknęła zadowolona i wyjęła pęczek kluczy, przy których wisiały przeróżne breloczki (właściwie tych było więcej niż samych kluczy…), a wsród nich - malutki korkociąg, który mógł się przydać w sytuacji jak ta albo… do zrobienia komuś krzywdy. Zaraz przekazała to, wraz z butelką wina, swojemu przełożonemu - i tak, należało ciągle o tym przypominać, bo atmosfera panująca na dachu mogła łatwo sprawić, że Harrison zapomniałaby o tym ważnym szczególe. — Otworzysz? Właściwie nigdy z niego nie korzystałam, ale może zadziała — skomentowała, gdy Scott przyglądał się już temu miniaturowemu wynalazkowi, który zwisał przy jej kluczach.
Scott Letexier
-
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiKe/babtyp narracjiTypicznyczas narracjiKażdypostaćautor
- Mam wrażenie, że najmniej istotnym elementem tego pęku kluczy są klucze... - nie krytykował, raczej była to zwykła obserwacja. On sam zdecydowanie nie mógłby mieć czegoś takiego, choćby ze względu na brak wygody, wszak jego klucze często były albo w marynarce, albo w kieszeniach - stare przyzwyczajenie.
Przejął od niej breloczek i obrócił go w palcach.
- A wydawało mi się, że to ja jestem przygotowany na każdą okazję - rzucił, spoglądając to na korkociąg, to na kieliszki, które wziął ze sobą.
Bez większego wysiłku rozłożył go i sprawdził, czy w ogóle się nadaje do otwarcia butelki. Pokręcił lekko głową, westchnął cicho i kilka sekund później korek zaczął powoli wysuwać się ze szkła. Letexier spojrzał na June z wyraźną satysfakcją.
- Lata doświadczenia - przyznał, choć dopiero potem zdał sobie sprawę, jak to zabrzmiało i że mógł jej wyjawić trochę więcej, niż chciał. Coś, czego pewno sama się już zaczęła domyślać: że Scott pije. Dużo pije.
Czuł się znacznie lepiej niż w środku budynku. Na co dzień był zastępcą komendanta. Człowiekiem od decyzji, raportów, problemów i odpowiedzialności. Nawet kiedy żartował, zwykle robił to gdzieś pomiędzy podpisywaniem dokumentów a rozwiązywaniem kolejnego kryzysu. Tutaj, na dachu, było inaczej. To było jedno z niewielu miejsc w całym budynku, gdzie naprawdę potrafił odetchnąć. Wieczorny wiatr był przyjemny, miasto rozciągało się pod nimi całą falą świateł, a obok stała June, której towarzystwo coraz bardziej mu się podobało i którego coraz bardziej łaknął.
Napełnił kieliszki i podał jej jeden z nich.
- Za spóźnione urodziny - uniósł lekko swoje szkło. - I za to, żebyś nie wykitowała z przepracowania - rzucił żartobliwie, nawiązując do jej małego pracoholizmu. - Twoje zdrowie, June - po chwili napił się niewielkiego łyka i oparł się wygodniej o barierkę. Jego wzrok mimowolnie znów zatrzymał się na jej twarzy, wspominając widok Harrison w kolczykach. Pasowały. Zdecydowanie do niej pasowały. Ilekroć o nich myślał, wracała mu przed oczami scena z gabinetu, kiedy odgarnęła włosy i zapytała go, czy dobrze w nich wygląda. Wtedy odpowiedział "elegancko". Do teraz nie był pewien, czy było to największe niedopowiedzenie ostatnich lat.
Odwrócił wzrok, zanim zbyt długo się zagapił. Nie pomagał również fakt, że pamiętał ją z tamtego wieczoru po nieudanej randce. Tamten obraz od czasu do czasu wracał do niego całkowicie nieproszony. Elegancka sukienka, starannie ułożone włosy, makijaż, którego na co dzień prawie nie nosiła. Wyglądała wtedy tak dobrze, że przez kilka minut po spotkaniu był na siebie zwyczajnie zły za to, że w ogóle zwrócił na to uwagę. Teraz jego wyobraźnia zaczęła niebezpiecznie dopowiadać szczegóły. Jak mogłaby wyglądać podczas jakiegoś eleganckiego przyjęcia, na oficjalnej gali. W jednej z tych odważniejszych kreacji, które czasem widywał na czerwonych dywanach. Myśl pojawiła się nagle i równie szybko sprawiła, że zrobiło mu się zdecydowanie cieplej, niż powinno.
Natychmiast skupił się na kieliszku i panoramie miasta. Chciał jakoś odwrócić uwagę od June.
- Gdyby ktoś nas teraz zobaczył, mógłby wyciągnąć błędne wnioski - rzucił niby z luzem w głosie, a jednak z pewnym rozbawieniem również. - Dwóch funkcjonariuszy pijących w miejscu pracy - zaśmiał się cicho, obracając wszystko w żart, ale nie to miał na myśli wcześniej. I oboje doskonale o tym wiedzieli, bo przecież byli już obiektem plotek, wtedy bezzasadnych. A dzisiaj? Dziś już by tego nie olał. Dziś by mu to schlebiało, gdyby ktokolwiek widział go u boku tak pięknej kobiety jak June.
- Jak świętowałaś urodziny? - spytał nagle, chcąc przerzucić temat na nią.
June Harrison
-
you don't own me, i'm not just one of your many toys.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— No co ty! Mi przepracowanie nie grozi — odpowiedziała natychmiast, być może przesadnie skromnie, gdy Scott zaproponował toast. Trzymając już swój kieliszek w dłoni, uniosła go lekko — Nasze zdrowie — dodała ciszej, po czym wzięła łyk wina i uśmiechnęła się do wicekomendanta, zanim jej wzrok uciekł i ponownie przesunął się po okolicy — To prędzej o ciebie powinniśmy się martwić. W końcu to ja wyciągnęłam cię na przerwę! — przypomniała, zerkając na niego z cwanym uśmieszkiem i błyskiem w oku, jednak tym razem to on przeniósł spojrzenie przed siebie.
Marszcząc delikatnie czoło, zaśmiała się, jednak bardziej z nerwów, niż z rozbawienia. Doskonale wiedziała co sugerował swoim stwierdzeniem o tym, że gdyby zostali tam przez kogokolwiek przyłapani, błędne wnioski od razu nasunęły by się same. Świetnie, tylko tego jej teraz brakowało - kolejnych plotek. Mimowolnie, odsunęła się o krok, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Na szczęście Scott obrócił zaraz całą tę sytuację w żart.
— Widzisz? Właśnie dlatego to o siebie powinieneś się martwić. To ja zaciągnęłam cię z butelką wina na dach. Sprowadzam cię na złą drogę — odparła, brnąc w ten dowcip dalej, choć dla lepszego efektu, starała się nie zaśmiać. Za chwilę jednak pogrążyła się w rozmyślaniach i już wcale nie musiała udawać powagi.
Nie chciała, by miał przez nią kłopoty, a te ich schadzki mogły rzeczywiście stać się powodem do powtórnego rozsiewania plotek. Co prawda Paul raczej nie mógł już jej zaszkodzić, ale przecież nie on jeden na tym komisariacie potrafił kłamać na jej temat.
I gdyby chodziło tylko o nią, pewnie miałaby to gdzieś. Gdyby chodziło o nią i jakiegokolwiek innego funkcjonariusza, pewnie aż tak by się nie przejęła.
Ale nie Scott - na to nie mogła pozwolić.
— Nie jakoś hucznie, nie było czasu… — mruknęła bez entuzjazmu, jednak wdzięczna mu za to, że odciągnął jej myśli w innym kierunku. Wzruszyła ramionami, rozwijając zaraz nieco swoją odpowiedź — Spotkałam się ze znajomymi. Poszliśmy na pizzę i piwo — pominęła już fakt, że musieli ją trochę do tego namawiać. Pominęła też to, że z okazji urodzin kupiła szampana i tort, mając zamiar spotkać się z rodzeństwem, ale finalnie ciasto wylądowało w koszu, a butelka szampana nadal czekała w lodówce na to, aż zapracowani Harrisonowie znajdą dogodny termin na spotkanie. Śmieszne i tragiczne zarazem, biorąc pod uwagę fakt, że pracowała z Davidem na tym samym komisariacie, a z Ivy dzieliła mieszkanie…
— Wygląda na to, że jestem już za stara na szaleństwa — wypaliła nim zdążyła się powstrzymać. Nie chciała przecież wyjść przed Letexierem na kogoś, kto nie miał w sobie ani krzty spontaniczności i był nudny jak flaki z olejem.
— A ty kiedy masz urodziny? — spytała, chcąc jak najszybciej ponownie skupić rozmowę na nim, zanim zdążyłaby wyjawić zbyt dużo żałosnych szczegółów ze swojego życia — Jakoś w marcu, prawda? Muszę zacząć już myśleć nad jakimś super prezentem!
Scott Letexier
-
Hard-boiled detective, cop and policeman
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiKe/babtyp narracjiTypicznyczas narracjiKażdypostaćautor
- Jestem przekonany, że cała odpowiedzialność spadłaby na ciebie - przytaknął jej, kręcąc głową z rozbawieniem. - Nikt nie uwierzyłby, że zastępca komendanta, który jest uznawany za najgorszego skurwiela w policji, sam wpadł na pomysł otwarcia butelki wina - rzucił i przez chwilę przyglądał się światłom miasta. Prawda była jednak taka, że nie przejmował się specjalnie tym, co mogliby powiedzieć inni. Kiedy Baker rozsiewał swoje plotki, było mu to właściwie obojętne. Wiedział, że są wyssane z palca. Nie było w nich ani grama prawdy, więc nie widział powodu, żeby się nimi przejmować. Gdy zaczęło to jednak szkodzić Harrison, zdecydował się zmienić podejście, bo ją szanował i lubił.
Teraz sytuacja była nieco bardziej skomplikowana. Nie dlatego, że nagle zaczął bać się plotek, p prostu coraz częściej łapał się na tym, że sam szukał jej towarzystwa. Coraz częściej rozmowy schodziły z tematów służbowych na prywatne. Co więcej, sam je inicjował i czekał na nie, oczekiwał wręcz, nie myśląc w ogóle o tym, by to zatrzymać. Dlatego właśnie postanowił zachować te przemyślenia dla siebie. Znacznie bezpieczniej było rozmawiać o pizzy.
- Pizza i piwo brzmią całkiem dobrze - stwierdził. - Nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy uważają, że każde urodziny muszą przypominać wesele celebrytów - uniósł lekko brew. - Chociaż stwierdzenie, że jesteś za stara na szaleństwa, było wyjątkowo odważne - spojrzał na nią z rozbawieniem. - Skoro ty jesteś na to za stara, to ja co? Do piachu powinienem już iść? - zaśmiał się cicho, nie mając problemu z żartowaniem z własnego wieku. Co prawda te 44 lata, które miał na karku, dla niektórych były dopiero początkiem jakiegoś życia. On jednak przeżył już tyle, że spokojnie mentalnie mógł się znajdować już bliżej końca niż początku.
Kiedy padło pytanie o jego urodziny, przechylił lekko głowę.
- 16 marca - doprecyzował, będąc zaskoczonym, że June wiedziała o miesiącu jego urodzenia. Inna sprawa, że nie była to wiedza tajemna i można było taką informację szybko uzyskać w wielu miejscach, a już zwłaszcza w policji.
Letexier uniósł kieliszek.
- Widzę, że przeprowadziłaś już śledztwo w tej sprawie - po chwili jednak pokręcił głową i upił łyk. - Nawet nie myśl o żadnych prezentach. Mówię poważnie - rzucił, jednak znając June, właśnie dał jej kolejny powód, żeby jednak coś wymyśliła.
Vicekomendant westchnął teatralnie i odłożył kieliszek, by zaraz skrzyżować ręce na klatce piersiowej.
- Znajdź po prostu jakąś dobrą knajpę. Może być nawet ta pizzeria, o której wspominałaś - wzruszył ramionami. - Wystarczy, że zjemy coś dobrego i spędzimy czas w swoim towarzystwie - na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
Dopiero po chwili dotarło do niego, jak to zabrzmiało. Bo prawda była taka, że jedzenie miało w tym planie najmniejsze znaczenie. Nie interesowała go wcale pizza, lokal czy nawet sama okazja. Liczyło się wyłącznie to, że siedziałby tam z nią. Kimś, kogo w ostatnich tygodniach polubił tak bardzo, że był gotów uzewnętrzniać się sam z siebie.
Szybko znów chwycił kieliszek i upił kolejny łyk wina, odwracając wzrok w stronę miasta.
- Poza tym - odezwał się już lżejszym tonem. - Nie mogę pozwolić ci na kupno prezentu, bo to byłoby kolesiostwo! - zaśmiał się cicho, bo bezpieczniej było obrócić wszystko w żart, niż coraz mocniej zagłębiać się w to, jak bardzo obecność June w jego życiu wpływa na jego ogólne samopoczucie. Przy niej pierwszy raz od dawna miał wrażenie, że wszystko w końcu zwolniło i on sam ma też czas na oddech.
June Harrison