ODPOWIEDZ
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Od tamtego momentu, w którym Kovalski powiedziała mi o ciąży, albo może raczej, w którym się o jej ciąży dowiedziałem, bo dam sobie kurwa rękę uciąć, że gdyby nie przypadek to nie wiedziałbym do tej pory, minęło kilka dni. Trochę zdążyłem już przetrawić tę myśl, że być może będę ojcem, chociaż wciąż było to dla mnie na maksa zjebane i nie zmieniłem swojego podejścia, niemniej z każdym kolejnym dniem coraz łatwiej wstawało mi się z łóżka, bo te pierwsze godziny to była jakaś tragedia. Czasem łapałem się na tym, że dosłownie miałem nadzieję, że podczas powrotu z pracy napadnie mnie jakiś ćpun nożownik i zajebie i bajlando, nie będę się już musiał niczym martwić. I kiedy było już lepiej to dotarła do mnie kolejna fantastyczna informacja - Gabriela również była w ciąży. Być może ze mną. Trochę liczyłem, że jednak nie chociaż po naszej rozmowie sam nie wiedziałem co o tym myśleć, miałem we łbie taki rozpierdol, że łapałem się czegokolwiek byle tylko zająć czymś umysł. Książki, krzyżówki, plotki z Peach, praca (to na końcu oczywiście), byle nie musieć rozkminiać przyszłości, która na ten moment jawiła mi się raczej w szarych barwach. Siedzę sobie w chacie i pykam na ukulele jakieś smutne piosenki o miłości, kiedy do moich uszu dociera trzask drzwi w mieszkaniu na przeciwko. Oho, Lotta wróciła do domu. Nie daję jej właściwie nawet chwili na ogarnięcie tylko biorę instrument i już za trzydzieści sekund jestem pod drzwiami, żeby jak zwykle bez pukania wbić się do środka - Cześć, gdzie byłaś? - pytam od progu, po czym zatrzaskuję za sobą wrota, a kot jak tylko słyszy mój głos to podbiega żeby mi się połasić o łydki - Jak się dzisiaj czujesz? - wygląda... Sam nie wiem czy lepiej czy gorzej, chociaż akurat jej ciąża raczej nie służy, wystarczy sobie przypomnieć jak ostatnim razem rzygała dalej niż widziała, w tym na mnie. W internecie czytałem, że jak płód zabiera urodę to będzie córka, jak dodaje to wtedy syn. Nie wiem ile w tym prawdy, ale akurat ja mam to do siebie, że wierzę w różne gusła, więc kto wie? Może jednak coś w tym było. Wchodzę głębiej, rozsiadając się na kanapie, po czym zaczynam plumkać sobie na ukulele jakiś wymyślony na poczekaniu rytm, cicho, w tle - Zagrać ci coś? - a tak o, na poprawę nastroju w ten piękny, słoneczny dzień.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

:william:

To był cholernie ciężki dzień. Są tacy klienci, którym nie możesz odmówić. Musisz wstać, ruszyć się z miejsca, choćby skały srały i prezentować się odpowiednio. Charlotte nienawidziła rozmawiać z Perrezem, ale on zawsze gadał to samo. Jesteś najlepsza, z nikim innym nie będę współpracował. Przy każdym spotkaniu robił do niej maślane oczka. Nigdy nie uszło to jej uwadze. Dotykał ją po ramieniu, a choć próbowała go strofować, to nic nie dawało. Stary spróchniały typ, którego serdecznie miała dosyć. Tylko był jeden bardzo ważny szczegół. Dobrze płacił. Musiała stawić się na jego rozprawie, uśmiechać się, ale po przerwie... wyczuła intensywną woń tytoniu i tak po prostu puściła bełta na środku sali. Przerwa w rozprawie. Sędzia mruknął jej tylko, by ogarnęła się. Czy to właśnie był zwiastun z niebios, że czas zakończyć ciążę?
Musiała trzasnąć drzwiami. Cała spięta weszła do mieszkania. W pierwszej chwili miała ochotę się rozpłakać, w drugiej coś zniszczyć, a w trzeciej... pojawił się William. Wypuściła głośno powietrze z nosa, kręcąc na niego głową. Czemu musiał traktować jej mieszkanie, jak własną spelunę? Kim dla siebie byli? Rodzicami nienarodzonego dziecka. To też ją wkurzyło.
Cześć Lotte, miło Ciebie widzieć. Czy mógłbym wejść? — westchnęła głośno, wręcz pokazowo, strzelając przy tym oczyma — tak powinieneś zacząć — i w jednej chwili miała ochotę go wyrzucić z mieszkania. Po co mu takie informacje? Przecież była wolną kobietą, mogła robić to, co żywnie się jej podobało — W sądzie — mruknęła finalnie, siadając na fotelu — zwymiotowałam na sali. Typ jebał szlugami, a ja nie mogłam znieść tego smrodu — to co się w niej rozwijało, przekreślało jej karierę. Aż sama miała ochotę sobą wstrząsnąć, nawrzucać sobie, bo ile mogła to ciągnąć? Jej miejsce znajdowało się na sali rozpraw — nawet nie wiesz, jak brakuje mi zjarania fajki — albo zimnego piwa, kolorowego drinka, zapachu jaranego blanta — a kurwa rzygam, gdy je wyczuję — ostatnio to nawet nie mogła sama nic posprzątać, bo zawartość żołądka dawała o sobie głośno znać.
Naprawdę Cię to obchodzi? — samą siebie aż chciała walnąć. Finalnie sam oto spytał — zmęczona... i głodna — standard. Własne organizm starał się ją zdradzić. Powoli samej siebie miała dosyć. Chociaż bardziej potrzebowała czyjejś opieki.
A mógłbyś? — już same brzdęki wprawiały ją w iście senny nastrój. Chwila gdzie mogłaby przymknąć oczy i zapomnieć okazałaby się dla niej zbawienna — dostałam leki przeciwwymiotne... — więc jeść już mogła, ale nie oto jej chodziło — chciałabym... — uniosła wzrok z delikatnym wstydem i bólem w oczach — nie myśleć o ciąży — odciąć się od tego kompletnie. Jednym, mocnym cięciem, by móc raz a dobrze zapomnieć.
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- Jak wchodzę bez zaproszenia to przynajmniej masz pewność, że nie jestem wampirem - rzucam, wzruszając lekko ramionami. Co najwyżej energetycznym, chociaż tego też bym o sobie nie powiedział. Jak mówi, że zrzygała się na sali sądowej to mimowolnie parskam śmiechem - Przepraszam, ale chciałbym to zobaczyć - kręcę z rozbawieniem głową, to musiała być niezła scena, w całej swojej karierze nie widziałem jeszcze żeby ktoś zwymiotował na rozprawie. Ciekawe kiedy dowie się o tym cała prawnicza społeczność, takie plotki rozchodziły się bardzo szybko - Współczuję, no ale nie możesz - kolejny ruch ramion góra dół. W takim wypadku opcja była tylko jedna - jak najszybsze pozbycie się dzikiego lokatora i chociaż przechodzi mi to przez głowę, to nie mówię tego głośno, gdzieś tam między kolejnymi myślami obiecałem sobie, że nie będę naciskał, to co miałem do powiedzenia na ten temat powiedziałem podczas naszego ostatniego spotkania, teraz mogłem tylko czekać na decyzję - Musisz być taka uszczypliwa? - wywracam oczami, kiedy moje palce biegają gdzieś po krótkim gryfie instrumentu - Nie pytałbym, gdyby mnie to nie obchodziło - przecież zamiast tu przychodzić mogłem zacząć jej unikać, to szło mi całkiem nieźle, jej zresztą też. Obydwoje byliśmy mistrzami w unikaniu siebie nawzajem nawet pomimo tego, że mieszkaliśmy praktycznie drzwi w drzwi - Głodna? A chcesz iść coś zjeść? Znajdziesz na to trochę siły? - pytam, przekrzywiając głowę na jedną stronę. W okolicy było dużo fajnych knajpek, gdzie serwowali zajebiste żarcie, w dodatku dzień był piękny i słoneczny, aż szkoda siedzieć w czterech ścianach - Mhm - kiwam głową, zastanawiając się nad doborem piosenki, słucham jej dalej, chociaż coś przychodzi mi do głowy. Kiedy wspomina o lekach to już mam pytać czy klepią, ale w ostatniej chwili gryzę się w język i chrząkam, na moment przerywając grę - Tak? W takim razie zróbmy coś, co na moment pozwoli ci zapomnieć, albo chociaż przez chwilę pomyśleć o czymś innym, zabieram cię na spacerek. I na żarcie. Ale najpierw słuchaj tego - kiwam głową. Poprawiam się na kanapie, poprawiam także chwyt na ukulele, żeby mi czasem nie wypadło przy szarpaniu strun, nawet jeśli piosenka była raczej spokojna, taka sielska i zaczynam powoli, wygwizdując wstęp. Śpiewać muszę za dwóch, bujam się przy tym delikatnie na boki, a wzroku nie spuszczam z Kovalski. To był jeden z tych utworów, który naprawdę chwytał za serce, a miałem takich jeszcze wiele w swoim repertuarze. Na zakończenie posyłam jej krótkiego całusa w powietrzu, po czym uśmiecham się szeroko - Musimy spróbować to kiedyś zaśpiewać w duecie - kiwam łbem - To co? Gotowa na podbój okolicy? - unoszę obie brwi, czekając na jej decyzję - iść, czy nie iść, oto jest pytanie.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

:william:

Wam-pir? Chyba energetyczny przeszło jej przez głowę. Za pierwszym razem zaprosiła go do siebie, bo przecież wydawał się całkiem pożytecznym, miłym sąsiadem, któremu wydawało się, że mogła zaufać w pełni. Całkiem szczerze sądziła w ten sposób przez długi czas. Później wchodziły jedynie ich gierki, których nie dało się już łatwo zapomnieć. Wysysał z niej całą pozytywną energię. Nawet teraz wystarczył jeden komentarz. Chciałbym to zobaczyć. A Charlotte już strzeliła oczyma. W sumie na jego miejscu powiedziałaby dokładnie to samo. Bez jakiegokolwiek zawahania. I znów miał rację. Nie mogła pić alkoholu, ani palić papierosów. Znaczy mogła... ale póki nie podjęła decyzji. Może zostanie idealną matką? Albo umówi się na wizytę w klinice? Mini Patel rozwijający się w środku niej próbował rozpierdolić jej życie na miliony kawałeczków, a choć... kiedyś chciałaby mieć dzieci, to na pewno nie był to odpowiedni moment.
Za to mnie lubisz — przyznała całkiem niewinnie, unosząc kąciki ust ku górze. Czy taka nie była prawda? Uwielbiał, kiedy pokazywała rogi, ba sama uwielbiała z nim dyskutować, nawet jeśli później zamieniało się to w kłótnię wszech czasów, ważne że była to kłótnia kontrolowana. Przyznała mu rację w myślach. Gdyby go nie obchodziła, to by go nawet nie było w pomieszczeniu, prawda? Aż westchnęła ciężko. Czasem zastanawiała się, czy łatwiej było im funkcjonować w czasie wojny, czy jednak pokoju i żadna odpowiedź nie wydawała się być poprawną — a daleko będziemy szli? Bo poszłabym stąd... — przegryzła delikatnie własną wargę. Potrzebowała przebywać poza własnymi ścianami. Przecież nawet z własną matką nie rozmawiała, bo bała się ją okłamać. Nawet nie miała jak się sprzeciwić Williamowi. Czysta głowa pozwoliłaby jej myśleć, ale czy przy nim byłaby w stanie to zrobić? Wyczyścić ją i nie myśleć o niczym innym? Wystarczyła sekunda, by jej głowa skupiła się na muzyce śpiewanej przez Williama. Naprawdę musiała mu przyznać, że była nim oczarowana. Melodia oraz śpiew sprawiły, że znalazła się w czymś na wzór transu. Nagle cały świat dookoła faktycznie zniknął, a był tylko William oraz szeroki uśmiech Lotty na jego grę.
Nie wiem, czy byłbyś na to gotowy — parsknęła krótko śmiechem, bo nie nadawała się do takich rzeczy — tak jest, szefie. Gotowa! — i choć wstała z impetem, to aż zobaczyła mroczki przed oczyma. Nie była gotowa na takie ekscesy, ale kroczek po kroczku sytuacje się opanuje. To tylko ciąża, prawda? Kobiety żyły z nią dziewięć miesięcy, więc spacer i żarcie w okolicy musiały wejść w grę. Tak wyszli z mieszkania, a Lottcie już krążyły myśli, by spytać, gdzie tak właściwie idą.
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

W sumie miała rację, poniekąd lubiłem ją również za to, że jak nikt inny potrafiła mnie zdenerwować. To było trochę jak ze sztuką, miała wzbudzać emocje, czasem te dobre, a czasem te najgorsze i może nawet wtedy działała jeszcze lepiej. Wychodzi więc na to, że z Kovalski była niezła sztuka. Nawet teraz przesuwam spojrzeniem po jej sylwetce - Jeszcze nie wiem, to zależy gdzie nas poniesie - wzruszam ramionami, bo ja to mogę iść i na drugi koniec miasta, ale jak Charlotte się wcześniej zmęczy to trzeba będzie przerwać wycieczkę. Ona teraz nie mogła się przemęczać. Chociaż może powinna? Może wtedy problem rozwiązałby się sam. Gram specjalnie dla niej, żeby chociaż na te krótkie kilka minut mogła pomyśleć o czymś innym, a ten szeroki uśmiech chyba świadczy o tym, że nawet mi się udało osiągnąć cel - No pewnie, każdy może śpiewać, lepiej czy gorzej, liczy się zabawa - wzruszam lekko ramionami. Chyba, że się tym zajmujesz profesjonalnie, ale w zasadzie ani ja, ani tym bardziej Lotta nie byliśmy profesjonalistami. Kiwam głową, a potem wychodzimy. Ukulele biorę ze sobą, bo czemu nie, w sumie planów konkretnych brak, chociaż jak tylko wysypujemy się na ulicę to moje spojrzenie od razu ucieka na wielką kupę mebli mniej lub bardziej nadających się do użytku, dalej drugą i trzecią i kilka kolejnych wzdłuż ulicy - Ooo, a co to? Śmieciarka dzisiaj jedzie? - rzucam, chociaż to bardziej pytanie retoryczne - Co myślisz o rzeczach z drugiej ręki? - pytam, to że spuszczała się nad segregacją to już wiem doskonale, jednak nie mam pojęcia jaki ma stosunek do zbierania rzeczy z ulicy. Mnie to aż się oczy świecą i przesuwam wzrokiem po tych wszystkich gabarytach, zebranych przy drodze, ale najpierw jedzenie. Była głodna i ja w sumie też - Znasz Wujka Taco? - pytam. My tam z Madoxem często chodziliśmy bo robił najlepsze żarcie w okolicy i sam El Tio Taco był mega sympatycznym gościem. W każdym razie prowadzę ją do budy na rogu. Na pierwszy rzut oka wygląda dosyć obskurnie, dosłownie tak jakby sanepid mógł to zamknąć od razu, ale ja tu żarłem już tyle razy, że wiem, że nic nam nie grozi. Przed budką stoi tylko jeden plastikowy stolik z trzema krzesłami. Zwykle kolejka ciągnie się przez pół chodnika, ale tym razem mamy farta, przed nami tylko inna para, która właśnie odbiera swoje zamówienie - Jadłaś tu kiedyś? - pytam, zaś kiedy podchodzimy do okienka to wujek taco, czyli niski, łysy meksykaniec z wielkim wąsem wita się z nami równie ogromnym uśmiechem - Hola mariachi - zawsze tak do mnie mówi, że jestem mariachi, bo nie raz zresztą przychodziłem tutaj w drodze na streeta i mu grałem, miał nawet swoje ulubione piosenki - Hola chica - rzuca do Charlotte, po czym posyła mi takie przeciągłe spojrzenie, że fajną sobie dziewczynę przygruchałem - No siemanko, co tam szef kuchni dziś poleca? - pytam. Facet zaczyna nam wymieniać, że dzisiaj to poleca takie z wolno pieczoną wołowiną, bo jest soczysta i perfecto, nawet się cmoka w dwa palce, żeby jeszcze mocniej podkreślić to, że jest idealne - No to dwa razy - ja się zawsze zdaję na wuja taco, bo mi jeszcze nigdy w życiu źle nie doradził. Klaszcze w dłonie, wyciera je w swój fartuch i zakasa rękawy do pracy - A zagrasz Desperado? - prosi. Oczywiście nie mogę mu odmówić, więc faktycznie zaczynam szarpać struny do wszystkim znanego utworu. Pedro, bo tak ma na imię, bierze się do przygotowywania nam żarcia, a w międzyczasie zagaduje Kovalski - Mariachi dobry jest, dobrze gra, ale mógłby się trochę hiszpańskiego pouczyć - śmieje się, bo w istocie mój hiszpański jest na poziomie zerowym.

Charlotte Kovalski
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
28 y/o
INSPIRUJĄCY MISIU
169 cm
adwokat Philips and Gardner LLP
Awatar użytkownika
She loved like a storm. Loud, messy, and destructive enough to ruin everything around her, including herself.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

:william:

Zmierzyła go powoli wzrokiem od stóp po głowę. William pod wieloma względami był dla niej wyjątkowy. Jak mało kto potrafił spowodować u niej ból głowy, zresztą ból stopy, ręki, czy czegokolwiek innego podobnie. Jednocześnie wystarczyła krótka chwila, by jej skorupa lodowa zaczęła się rozpuszczać, a na jej twarzy pojawił się uśmiech.
Czasem zastanawiam się, czy mnie czymś jeszcze zaskoczysz — zaczęła spokojnym tonem. Pod hasłem nogi nas poniosą kryło się naprawdę wiele stwierdzeń, których nie była w stanie odgadnąć. To uruchamiało samo w sobie procesy myślowe. Wywiezie ją za granicę? Albo wprost do kliniki aborcyjnej? — i robisz to za każdym razem — czasami negatywnie, czasami pozytywnie. Ich relacja przypominała grę w rosyjską ruletkę. Nigdy nie wiesz, co wylosujesz — nie wiem, czy się bać, czy nie — ale dzisiejszy dzień miał należeć do tych, w których na twarzy Charlotte pojawiał się szeroki uśmiech. Im dłużej Patel grał, tym bardziej wpatrzona w niego była. Ukrywanie maślanych oczu wydawało się wręcz niemożliwe.
Przypomnę Ci to, jak uszy zaczną Ci więdnąć — zaśmiała się krótko pod nosem i wyruszyła zaraz za Patelem na zewnątrz. Ledwo zdążyła zamknąć drzwi, a dzień wydał się jej lepszy. Nie liczyło się, że przez ostatnie kilka dni rzygała, nie widząc niczego poza zawartością własnego żołądka. Tylko fakt, że jej głowa przez krótki moment zaczęła zajmować się czymś innym.
Gabaryty jutro mają wywozić — rozpiskę wywozu śmieci znała praktycznie na pamięć. Kovalski należała do rady osiedlowej. Nikogo to nie powinno dziwić z jej zadziwiającym mózgiem do planowania. Ba, zresztą sama chciała wyrzucić fotel z niezidentyfikowaną plamą od sylwestra — to zależy — od przedmiotu, miejsca, jego stanu. Gumek z drugiej ręki nie chciałaby dostać — jeśli coś mi się spodoba, to mogłabym to wziąć — i po chwili dodała — lubię takie vinted — do lumpów już miała odrobinę obiekcji. Chociaż czy powinna? Lokal był dużo bezpieczniejszy niż pojedynczy sprzedawca, któremu trzeba było zaufać — a co Ci chodzi po głowie? — no przecież, że wystarczyła krótka chwila, by na nowo jej oczy zrobiły się jak pięciozłotówki. Musiał coś planować, a na pewno wystarczyła kwestia czasu, by odkryć co.
Nie wujek Taco brzmiał odrobinę dziecinnie, albo tak dumnie jak Zahir Kebab. Do niektórych budek szło się na własną odpowiedzialność, a ta oczami Lotty przypominała jedną z nich — naprawdę tu mamy jeść? — aż westchnęła ciężko — wygląda tak samo sterylnie jak nasz śmietnik — dzielnie poszła za nim, uśmiechając się delikatnie niemrawo, nerwowo. Oczami błądziła po wnętrzu budy, szukając w głowie kolejnych uchybień. Mucha na blacie? Oby nie wylądowała w ich taco, przynajmniej włosy w jedzeniu im nie groziły, bo gościu miał wielki latynoski kapelusz.
Hola wujek — mruknęła cicho pod nosem, przysłuchując się rozmowie dwójki. Pachniało fryturą, odrobinę zbyt mocno, zbyt przypaloną. Aż brzuch się jej delikatnie skurczył. Pytanie, czy z głodu, czy obrzydzenia.
Wielu rzeczy mógłby się nauczyć — jedną z takich umiejętności była na przykład wierność. Głośno tego wypowiadać nie chciała — ale grą naprawdę mnie rozpuszcza, amigo — ile byłaby mu w stanie wybaczyć? Zresztą wystarczył moment, a już wpatrywała się wielkimi oczyma w Williama jak w obrazek.
To już? — uniosła delikatnie brwi ze zdziwienia, ale przyjęła swoją porcję. Spoglądała na taco z powątpiewaniem. Owadów nie było, włosów chyba też... no i pachniało zajebiście, aż musiała ugryźć kawałek — jezu, jakie to pyszne... — mruknęła cała zadowolona. Dosłownie rozkosz w ustach, nie mogła ukryć zadowolenia — mógłbyś u mnie gotować — rzuciła do wuja Taco — muy bien! — jedno z dziesięciu słów, które zdążyła się nauczyć. Przed drugim gryzem zbliżyła się do Patela i na ucho wyszeptała — obiecaj mi jedno — poważny głos, jak na poważną sprawę, którą miała mu do przekazania — nie będę miała po tym większego spustu z górnej, lub dolnej strony — zaśmiała sie krótko, po czym zaczęła wyjadać resztę porcji.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#19”