Na komentarz dotyczący odznaki nawet nie drgnął. Gabriela najwyraźniej wciąż nie rozumiała, że machanie mu przed oczami kolejnymi zaczepkami nie przynosiło oczekiwanego efektu. Danny nie należał do ludzi, których łatwo było sprowokować, a już szczególnie nie wtedy, kiedy doskonale wiedział, czego chciał. Odznaka nie była dla niego świecidełkiem. Nie kupił jej sobie w kiosku z pamiątkami, nie dostał w nagrodę za dobre sprawowanie i, wbrew temu, co najwyraźniej sugerowała Blais, nie była również gadżetem mającym robić wrażenie na kobietach (chociaż czasem pomagała, bo kobiety miały dziwny fetysz na mundurowych). Odznaka była efektem pracy, której poświęcił ostatnie lata w trakcie których zdążył się nauczyć, że ludzie najczęściej zaczynali respektować mundur dopiero wtedy, kiedy przestawały działać ich własne argumenty. Niektórzy reagowali strachem. Inni agresją. Jeszcze inni, tak jak Gabriela, wybierali kpinę, jakby odpowiednio szyderczy komentarz mógł pozbawić policjanta jego kompetencji. Niestety, niezależnie od tego, ile jadu sączyłoby się z tych jej ust muśniętych pomadką, nie miała jak odebrać mu odznaki ani reputacji.
— Nowe? Nie — kąciki ust ciemnowłosego uniosły się w lekkim, kpiącym uśmiechu.
— Po prostu jesteś moim powodem do użycia tego świecidełka — stwierdził luźno fakt, który dla Stonesa nie miał żadnego znaczenia. To, że miał odznakę, nie oznaczało, że od razu miał rację, choć czasem siła jego argumentów oddziaływała dwa razy mocniej, gdy ją wyciągał. Właściwie ten kawałek metalu był po prostu jednym z kilku narzędzi, takim samym jak kajdanki, telefon czy broń. Różnica polegała na tym, że ludzie, którzy mieli coś na sumieniu, dużo bardziej obawiali się tego przedmiotu, niż człowieka, który go nosił.
— Naprawdę potrzebuję nakazu? Mój urok nie wystarczy? — spytał niby to urażonym tonem, jakby właśnie przebito bańkę, w której żył i z której nie chciał się uwalniać. Westchnął głęboko, przeczesując palcami włosy w geście udawanego rozczarowania.
— Oczywiście mogę załatwić nakaz, ale wtedy będę musiał zgłosić prokuratorze, że prawdopodobnie jesteś powiązana ze sprawą sprzed kilku lat — i… dlaczego miałby niby tego nie zrobić? Podejrzewał, że Gabriela nie chciała kłopotów, ani policji na karku. On również wolałby nie angażować w tę sprawę całego posterunku, przełożonego, prokuratury… Wszystkich świętych, którzy czuwali nad całym tym procesem wznawiania sprawy i nadania jej ponownie statusu otwartej. Nie prowadził oficjalnego przesłuchania i nie zamierzał udawać, że było inaczej. Gdyby chciał wejść tutaj siłą, prawdopodobnie znalazłby sposób, ale nie po to przyszedł.
Chichot Gabrieli wywołał w nim mieszaninę zażenowania i frustracji — podczas gdy ona śmiała się wniebogłosy, przywołując tym dźwiękiem sąsiadkę, która uchyliła drzwi, Danny stał z grobową miną. Czekał, aż rudowłosa przestanie robić sobie podśmiechujki i zrozumie, że nie żartował. Słysząc dźwięk uchylanych przez starszą kobietę drzwi, odwrócił głowę przez ramię. Przeczący ruch podbródkiem, który wykonał, miał być uspokajającym gestem sugerującym, że nic się nie działo i mogła bezpiecznie wrócić do siebie. Mógłby palnąć, że koleżanka ma problemy psychiczne, ale uznał, że obdarzenie ją wymowną ciszą będzie bardziej bezpośrednim zabiegiem.
Rozbierz się.
— Nie — nie odpowiedział nawet od razu, jakby przez ułamek sekundy chciał upewnić się, że dobrze usłyszał. Gabriela miała w sobie tę irytującą cechę, przez którą człowiek nigdy nie mógł być pewien, czy właśnie prowadzi z nią rozmowę, czy bierze udział w jakiś programie randkowym, którego scenariusz miała rozpisany gdzieś w swojej głowie. Każde zdanie potrafiła obrócić w żart, każdą próbę poważnej rozmowy rozbroić kpiną, a każdą niewygodną sytuację przykryć kolejną warstwą bezczelności. Przywykł do takich zachowań. Nie oznaczało to jednak, że przestało go to irytować.
Przez lata nauczył się cierpliwości. Policja była pod tym względem doskonałą szkołą. Człowiek szybko rozumiał, że krzyk rzadko przyspieszał cokolwiek, a podniesiony głos najczęściej powodował tylko, że druga strona podnosiła swój jeszcze wyżej. Czasem więcej można było osiągnąć milczeniem. Pozwolić komuś mówić. Pozwolić mu wypełnić ciszę własnymi słowami, aż w końcu przypadkiem powiedział coś, czego nie powinien. Gabriela natomiast mówiła wystarczająco dużo, żeby potencjalnie pogrzebać się sama.
— Nie mam zamiaru się rozbierać, dopóki ty się nie rozbierzesz. Jeśli już chcesz się tak bawić — wypowiedział to równie spokojnie, jak gdyby właśnie odmówił przyjęcia kawy. Nie było w tym ani zażenowania, ani rozbawienia, ani tym bardziej szczerego zainteresowania propozycją, którą mu złożyła.
Zamiast tego wszedł do mieszkania, gdy otworzyła szerzej drzwi i go wpuściła. Dobrze, że chociaż tyle zrobiła. Automatycznie rozejrzał się po wnętrzu mieszkania, jakby próbował znaleźć w nim ukryte bomby, czy narzędzia niebezpieczne dla otoczenia. W końcu nie przyszedł po to, by podziwiać Gabriele. Nie przyszedł też po to, żeby udowadniać jej, kto miał większe jaja. Jego zainteresowanie kręciło się wokół Lucille.
— I nie będę cię nagrywać, bo nie jestem tu służbowo — cała ta wizyta balansowała na granicy tego, co było prywatne, i tego, co wynikało z jego pracy. Oficjalnie nie miał powodu tutaj być. Nie miał nakazu, nie prowadził przesłuchania, a Gabriela nie była podejrzaną.
Jeszcze.
— Wiem, że znasz Lucy. Widziałem zdjęcia nad jeziora, na których byłaś. I spódnicę, którą miałaś podczas biwaku. Wiem, że Lucy je projektowała. Chwaliła mi się, że jedną z nich chce sprezentować przyjaciółce — mówiąc, wyciągnął telefon i odnalazł zdjęcie, które wcześniej zatrzymało go na komisariacie. Niebieska spódnica. Ten sam krój, ten sam materiał. Zwykły przedmiot, który normalnie nie miałby żadnego znaczenia, bo tego typu spódnic mogło być na świecie mnóstwo. Intuicja mu podpowiadała, że akurat ten kawałek ubrania pełnił tutaj ważną funkcję. Dla niego był kawałkiem przeszłości.
Pamiętał Lucy, która kiedyś pokazywała mu swoje projekty. Pamiętał jej dłonie, kiedy poprawiała materiał. Pamiętał sposób, w jaki mówiła o szyciu, jakby każda kolejna rzecz, którą tworzyła, przybliżała ją do przyszłości, którą sobie wymarzyła. Nie wiedziała wtedy, że ktoś kiedyś będzie oglądał jej ubranie jak dowód w sprawie zaginięcia.
I to go kurewsko wkurzało.
Gabriela R. Blais