Miała wiele wad, ale na pewno nie można było powiedzieć, że była
złą przyjaciółką. Z biegiem lat grono jej najbliższych znajomych wyraźnie się skurczyło i stało się zaskakująco niewielkie, ale nigdy nie miała problemu z pielęgnowaniem relacji, które naprawdę coś dla niej znaczyły. Nie należała do osób otaczających się tłumem ludzi. Wolała kilka wartościowych więzi od dziesiątek powierzchownych znajomości. Tak właśnie było z Callahan.
Znały się tak długo, że Zaylee właściwie nie pamiętała już życia bez niej. Wspólne wspomnienia mieszały się ze sobą do tego stopnia, że czasami nawet nie była pewna, czy dane wydarzenie miało miejsce rok temu, pięć lat temu czy jeszcze w dzieciństwie. Vera zawsze była gdzieś obok. Podobno przyjaźnie zawarte w dzieciństwie rzadko wytrzymywały próbę czasu. Ludzie dorastali, zmieniali się, wyprowadzali do innych miast, zakładali rodziny i stopniowo tracili ze sobą kontakt. A jednak im jakoś się udało. Mimo wszystkich zmian, które przyniosły kolejne lata, nadal potrafiły znaleźć wspólny język i nadal były dla siebie ważne.
I właśnie dlatego Zaylee tak bardzo chciała, żeby jej syn również miał kiedyś w swoim życiu kogoś takiego. Kogoś, z kim będzie dorastał. Kogoś, kto będzie znał go jeszcze zanim stanie się dorosłym człowiekiem. Kogoś, z kim będzie przeżywał pierwsze szkolne dramaty, pierwsze głupie pomysły i pierwsze poważne rozczarowania. Kogoś, komu zadzwoni w środku nocy bez konkretnego powodu albo z kim po latach będzie wspominał rzeczy, które dziś wydają się śmiertelnie ważne, a kiedyś staną się jedynie zabawną historią, którą można podsumować jedynie wywróceniem oczami. A potem, za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, usiądą gdzieś razem i wrócą do tych wspomnień. Tak czy inaczej, Miller uważała, że każdy zasługiwał na choć jedną taką przyjaźń w swoim życiu.
Czy kogokolwiek mogło dziwić, że koronerka wybrała Callahan na lekarza Samuela? Nie. Ufała jej bezgranicznie i doskonale wiedziała, że zapewni dziesięciolatkowi najlepszą możliwą opiekę medyczną. Widziała ją przy pracy niezliczoną ilość razy i nigdy nie miała powodów, by kwestionować ani jej wiedzę, ani podejmowane decyzje. Gdyby ktoś poprosił Zaylee o polecenie pediatry, w jej odpowiedzi natychmiast pojawiłoby się nazwisko przyjaciółki.
Ostatni rok nie należał do najłatwiejszych. Zmiany, formalności i przeciągające się oczekiwanie na zakończenie procedury adopcyjnej - tego wszystkiego było wystarczająco dużo nawet dla dorosłego człowieka. Dlatego Miller cieszyła się, że przynajmniej w kwestii opieki medycznej chłopiec nie będzie musiał zaczynać od zera z kimś zupełnie obcym. Znał już ciocię Verę. czuł się przy niej swobodnie i nie traktował jej jak kolejnej osoby, która pojawiła się w jego życiu wraz z całą tą lawiną zmian. To zresztą również dawało Zaylee pewien komfort. Nie musiała zastanawiać się, czy Samuel trafi w dobre ręce, ani stresować się każdą wizytą bardziej, niż robi to przeciętny rodzic. Wiedziała, że jeśli wydarzy się cokolwiek niepokojącego, Callahan nie tylko szybko to zauważy, ale też nie zawaha się powiedzieć im o wszystkim wprost. A szczerość była jedną z tych cech, które Miller ceniła u ludzi najbardziej. Poza tym zwyczajnie lubiła myśl, że w życiu Sammy'ego pojawia się coraz więcej stałych punktów.
—
Bo ja cię zaraz puknę — odparła na tłumaczenia Callahan. Nie miała na myśli niczego niestosownego. A może i miała. Tego nigdy się nie dowiemy! —
Zdajesz sobie sprawę z tego, że mogłaś pocałować klamkę? — zgarnęła do salonu torbę z jedzeniem, butelkę wina i dwa kieliszki, a widząc, że przyjaciółka przełącza dokument o autopsjach Richarda Shepherda, spojrzała na nią z wyrzutem, bo przecież
ona to oglądała. Nie pozostało jej nic innego, jak po prostu napełnić kieliszki winem i wcisnąć jeden z nich w dłoń przyjaciółki.
Słysząc wieść o tym, że Elliot milczy od już drugi dzień, prawie przyklasnęła w dłonie. Prawie, bo trzymała w dłoni kieliszek z alkoholem. Jeszcze by coś wylała, a każdy wiedział, jak okropnie czyści się kanapę z czerwonych plam.
—
I chwała, kurwa, bogu — powiedziała z wyraźną ulgą. Prawdę mówiąc, Miller nie była osobą religijną. Ale kiedy Vera wspominała o tym frajerze, człowiek mimowolnie zaczynał wierzyć, że gdzieś tam istnieje jakaś wyższa sprawiedliwość. Bo jeśli nie, to naprawdę trudno było wyjaśnić, jak Elliotowi przez tyle lat uchodziło płazem bycie takim idiotą. —
I co? Uważasz, że szykuje coś specjalnego? Boisz się, że zrzucić na ciebie jakąś bombę? Pozwól mi z nim porozmawiać, to go szybko wyjaśnię — powiedziała buńczucznie. Zaylee nigdy nie obawiała się konfrontacji, a już na pewno nie z takim skończonymi kretynami pokroju Elliota. Najchętniej rozszarpałabym typa gołymi rękami za to wszystko, co zrobił Callahan. Ale przyjaciółka poprosiła, żeby nie robiła żadnych głupstw. A przecież wystarczyło jedno słowo. Żona Miller pracowała w policji, więc naprawdę można było to załatwić raz, a porządnie.
vera callahan