34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

074.
Not every journey begins at an airport.
Mieli wyruszyć w podróż do Francji, Majka miała poznać jego matkę wywłokę i zaprezentować jej bicz fejs, którego zdjęcie przesłała mu w wiadomości. Miała być jego wsparciem...
Dlatego on w tym momencie musiał być tym jej.
Nawet się nie zastanowił tylko wpisał w nawigację tą nazwę Vaughan, znalazł ośrodek od uzależnień i spojrzał na zegarek. Na miejscu powinien być dokładnie 7:30.
A jak dociśnie Porshaka to może nawet urwie dwie minuty.
Dzisiaj Galen bez garnituru, w samej nieskazitelnej koszuli i tych swoich eleganckich spodniach, na nosie nawet miał okulary przeciwsłoneczne. Jakby rzeczywiście wybierali się na jakiś urlop, ale przecież jej napisał, że sam nie pojedzie.
Nie miał zamiaru.
I może nie powinien tu przyjeżdżać?
Skoro sama nie podała mu adresu, nie poprosiła go o to.
Będzie mu miała za złe? Jak z tymi pytaniami?
Powiedziała mu przecież, że nie chce jego pieniędzy, ale tu przecież nie chodziło o forsę. Tu przecież chodziło o wsparcie, o jakieś takie oparcie. Jakiekolwiek. I może Galen nie był najlepszym, ale był.
Parkował swoje Porsche pod ośrodkiem równo 7:28, ale jeszcze dwa razy się zawahał, wysiadł i wsiadł. Przeszedł dwa kroki i wrócił, i jeszcze raz sobie puścił to nagranie nie przejmuj się mną, ale się przejmował.
Poprawił tą swoją nieskazitelną, białą koszulę i w końcu ruszył do drzwi ośrodka, jeszcze nie wiedział co powie, ale kiedy stanął przy kontuarze, recepcji, gdzie jakaś dziewczyna w jasnym kitelku klikała coś w komputerze, to postanowił... zadziałać chyba swoim urokiem osobistym?
I tym niebieskim spojrzeniem, które na niej zatrzymał. Uśmiechnął się i oparł o ladę.
- Dzień dobry - zaczął, a dziewczyna odpowiedziała mu tym samym i skinieniem głowy. Dobra, to teraz trzeba było to jakoś odpowiednio rozegrać.
Mógł zadzwonić do Majki, żeby po niego wyszła...
Ale chyba Galen nie byłby sobą, gdyby jednak trochę nie kombinował - dzwoniła do mnie... partnerka, że ma problem z mamą, ale teraz nie mogę się z nią skontaktować - zaczął kręcić, a dziewczyna zaraz poprosiła go o nazwisko.
Szkoda tylko, że go nie znał. Nazwiska swojej rzekomej partnerki. Zerknął na wyświetlacz telefonu, jakby to mu miało w czymś pomóc.
Nie pomogło wcale.
Ale jak na zawołanie z jakiegoś zaplecza wyszła kolejne recepcjonistka, która chyba nie od razu go zauważyła, bo rzuciła do koleżanki.
- Jezu co ta stara Paker znowu odwaliła, Majka... - urwała, ale Wyattowi to wystarczyło. No bo ile Majek mogło tutaj być za sprawą tego, że ich matka coś odwaliła?
- To chyba chodzi o moją dziewczynę... - wtrącił się Galen, a kobiety zmierzyły go spojrzeniem. Jedna obejrzała się na drugą, a zaraz odezwała się ta, z którą rozmawiał.
- Właśnie Pan powiedział, że jego partnerka ma tutaj problem z mamą, ale nie może się do niej dodzwonić - rzuciła ta pierwsza, a Wyatt pokiwał głową.
Jeszcze raz popatrzyły po nim, ale przecież czemu miałby kłamać w takiej sprawie? Udawać w ogóle czyjegoś partnera?
Kto tak robi?
Okazuje się, że Galen Wyatt. Miał takie przeczucie, że Mayi się to nie spodoba, a jemu oberwie, ale... kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. A Galen to akurat lubił szampana.
Lubił też ryzyko, więc kiedy tylko kobiety podały mu numer gabinetu, gdzie była jego partnerka, to przeszedł sterylnymi korytarzami prosto pod drzwi numer trzynaście, stanął pod nimi i przez chwilę nasłuchiwał.
Nie powinien tam wchodzić, w ogóle nie powinno go tutaj być.
Ale gdy tylko usłyszał podniesiony głos Majki, to on zaraz zapukał, a potem nacisnął na klamkę i wszedł do środka. Jak gdyby nigdy nic.
- Dzień dobry - przywitał się z jakimś facetem, który spojrzał w jego kierunku, a Majce posłał tylko przepraszające spojrzenie. Zaraz go stąd pewnie wywali, ale Galen ruszył do przodu i wyciągnął rękę do mężczyzny - Gaspard Ward, jestem partnerem Mayi, nie mogłem dotrzeć wcześniej, przepraszam - ale się przedstawił. No ale skoro postanowił grać w taką grę, to teraz już nie chciał wychodzić z roli. Chociaż była jeszcze opcja, że Majka go zaraz z niej wywali. Facet spojrzał na jego wyciągniętą rękę, a potem na Majkę trochę zmieszany.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
Welkom in Canada
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
Oh, and your sweet and pretty face
Is such an ugly word for something so beautiful
Oh, that every time I look inside
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nienawidziła tego miejsca. Zawsze jedyny zapach, jaki się w nim unosił, to były środki do dezynfekcji i ten dziwny odór przepalonych kabli. Nigdy nie wiedziała skąd się właściwie brał, ale przyprawiał ją o odruch wymiotny. Było tu przesadnie czysto. Zawsze było czysto. A jednak tego dnia wcale. Kiedy wbiegła tu o piątej nad ranem, przepocona i w dresach, z ostatnimi pięcioma dolarami w kieszeni, bo przecież wszystko wydała na transport z Toronto, to wcale nie było tu czysto ani cicho. Na korytarzu panował gwar, a przed budynkiem stała już karetka pogotowia.
Przez moment myślała, że to koniec, że jej matka miała zawał, coś się stało, ale szybko dowiedziała się, że to ona odesłała kogoś do szpitala. Gwen, właścicielka ośrodka, poprowadziła ją przez długi korytarz do pokoju jej matki. Był cały zalany krwią. Czerwień była wszędzie: na podłodze, ścianach i kompletnie rozgrzanym łóżku. Była też rozwalona butelka, a szkło z niej walało się po całym pomieszczeniu. Wyglądało to jak scena morderstwa i prawie nią była. Byłaby, gdyby inne pielęgniarki nie zareagowały na czas. Gdyby nie odciągnęły jej matki na czas i nie unieruchomiły.
Godzina. Tyle czasu trwały dyskusje z medykami, podczas których Maya musiała poczekać na swoją kolej. Nawet nie pozwolili jej usiąść w jakimś sterylnym pokoju. Zostawili ją w tym zakrwawionym pomieszczeniu, które przytłaczało ją do tego stopnia, że przez moment miała ochotę złapać za to szkło i sama… ale zamiast tego złapała za telefon i napisała do Galena. Chociaż tyle była mu winna. Dać mu znać, że jednak nie mogła pojechać z nim do Francji. No bo jak, kiedy tu zadziało się coś takiego. Nie miała teraz do tego głowy, ani do wyjaśnienień, temu zostawiła mu jedynie głosówkę, jeszcze w momencie, w którym Gwen zaprosiła ją do gabinetu. Zostawiła telefon na tym zakrwawionym łóżku i poszła. Tylko tam wcale nie było lepiej. Biorąc od uwagę konsekwencje, jakie niosła za sobą ta cała sprawa, Parker chyba wolałaby zostać zamknięta na tydzień w tym czerwonym pokoju niż mierzyć się z tym.
— Nie możecie tego zrobić! — krzyknęła pod raz dziesiąty, zaciskając palce w pięść. Chodziła po pomieszczeniu jak lew w klatce, gotowy by zaatakować, chociaż Gwen nawet nie drgnęła z krzesła. Jedynie Robert, który stał tuż nad nią westchnął ciężko.
— Nie możemy to jej tutaj zatrzymać, Maya — odparła spokojnie kobieta, nie spuszczając z niej spojrzenia. — Daliśmy jej już za dużo szans.
— Ale ja nie mam co z nią kurwa zrobić — nie odpuszczała. Podeszła bliżej i kopnęła w krzesło, na którym powinna siedzieć podczas prowadzenia tej rozmowy. Otworzyła usta, żeby kontynuować, jednak wtedy drzwi do pokoju się otworzyły, a ona skierowała tam swoje spojrzenie wraz z resztą towarzystwa.
Przez moment myślała, że jej się przywidziało. Nie przywidziało? Co on tu kurwa robił? Serce przeskoczyło o kilka uderzeń, a potem wyrwało się do przodu, a ona sama nie wiedziała, czy na jego widok, że tu faktycznie był, czy że miał czelność tu przyjechać, chociaż powiedziała mu, żeby się tym nie martwił. Gotowa była się na niego wydrzeć, wyrzucić go z pokoju, szczególnie że aktualnie miała w sobie niesamowite pokłady gniewu, ale on już wszedł sobie jakby był u siebie i zaczął się witać z personalem, w dodatku mówiąc, że był jej partnerem.
— Co ty kur…. — nawet nie dokończyła, bo Robert już wyrwał się do przodu, ścigając rękę Wyatta, a raczej Warda, bo przestawił się jako Gaspard. Oczywiście.
— Miło pana poznać — rzekł spokojnie, wtrącając się jej w pół słowa, po czym przeniósł swoje spojrzenie na Parker. — Skoro już pan tu jest, może pan ją uspokoi? — dodał, a ona tylko przeniosła gniewne spojrzenie z Roberta na Galena. Na te jego obłędnie błękitne niebieskie oczy, które wpatrywały się w te jej, nerwowe, smutne i kompletnie przemęczone. Zmartwione. O kilka emocji inne niż te, które wcześniej mógł u niej oglądać. Czy już żałował, że ją poznał? Że tu przyjechał? Jeśli nie, to pewnie i tak zaraz zacznie. — Wtedy będziemy mogli porozmawiać spokojnie.
— Mnie kurwa nie trzeba uspokajać — znowu krzyknęła, podchodząc bliżej Roberta. — Potrzebuje, żebyście się zajęli moją matką!
— Powiedziałam ci już, Maya, że to….
— Ale to jest moja wina, że nie potraficie dopilnować jednej alkoholiczki?! — tym razem doskoczyła do Gwen, waląc pięścią o jej biurko, aż kobieta odskoczyła do tyłu.
— Panie Ward, proszę — Robert za ten czas znowu zwrócił się do Galena, oczekując chyba, że skoro był jej partnerem, to nad nią jakoś zapanuje. Tylko przecież Galen wcale nim nie był. Nie miał pojęcia jak się z nią obchodzić, szczególnie przy tak skrajnych emocjach i zostawała jeszcze kwestia tego, czy on w ogóle miał w sobie tyle zaparcia, żeby na moment wyszarpać ją z pokoju.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wkroczył do tego gabinetu jak do siebie, jak do swojego biura, i jeszcze się przedstawiał i witał ze wszystkimi, jak na jakimś biznesowym spotkaniu. Jak jakiś dobrze ułożony facet, który jak się zaraz okazało jeszcze był dla Parker kimś więcej. Nie był, ale to szczegóły.
Bezczelny jakiś. Ale Galen czasem taki był, gdzieś pod tą maską bogatego dupka siedział też duch odkrywcy, który nie bał się wyzwań. I to nie tylko tych związanych ze stalowymi konstrukcjami jak widać. Postanowił zaryzykować, rozegrać to... trochę po swojemu?
Chociaż kiedy Majka spojrzała na niego z tym co ty kur..., na ustach to na moment zachwiała jego wrodzoną pewność siebie. To zawahał się przez chwilę, a te jego niebieskie, chłodne spojrzenie spoczęło na jej ognistych, ciemnych oczach. Dzisiaj takich gniewnych, rozemocjonowanych. Widział je już takie, podobne bardzo, kiedy się kłócili, ale nie do tego stopnia. Dzisiaj było w nich coś jeszcze, dużo więcej emocji, których Galen jeszcze tak do końca nie umiał rozszyfrować.
- Na tym mi zależy, żebyśmy porozmawiali spokojnie - wtrącił Ga... spard, ale chyba widział po Majce, że to w tym momencie nie było do zrobienia. Może nie poznał jej jeszcze od tej najgorszej strony, złej, wściekłej, zrezygnowanej, ale odrobinę już zdążył się przekonać jaka była.
Chaotyczna, i kierowała się uczuciem, a nie tym co należało. Tu akurat byli jak ogień i woda, ona i jej ogień i Galen i jego zamiłowanie do powinności, sztywnych ram.
Zrobił kolejny krok w jej kierunku, bliżej, na wyciągnięcie ręki, która zaraz spoczęła na ramieniu Majki. Ułożył na nim miękko smukłe palce. Liczył się z tym, że zaraz mogła mu się odwinąć, w tą śliczną prezesowską buzię, gdyby chciał ją uspokoić.
Tylko czy faktycznie chciał?
Kiedy on zaraz stanął z Mayą ramię w ramię i zwrócił się do Roberta. Spokojnie, tym swoim tonem prezesa, chociaż czy oni to już wyłapali, że mieli do czynienie z gościem, którego koszula kosztowała pewnie tyle co utrzymaniu tu pacjenta przez miesiąc, albo dwa, a zegarek przez rok?
- Ale moja... narzeczona - szybko im to jakoś ewoluowało, ale kto ich sprawdzi? Przecież nie będą zaraz w ośrodku robić śledztwa, czy ich rzeczywiście coś łączyło, czy nie, czy tylko wpadali na siebie w randomowych miejscach i zwierzali się sobie - ma całkowitą rację. Oddaje wam matkę pod opiekę, więc wymaga tego, że będziecie sobie radzić w takich kryzysowych sytuacjach - co z tego, że Galen nie wiedział tak naprawdę co się stało, wiedział tylko, że coś z jej mamą, a teraz padło to, że była niedopilnowana, a Wyatt to umiał trochę grać na zwłokę, umiał w te ładne słowa. Więc teraz też postanowił spróbować. Jakoś tak zagadać, żeby wyszło na ich, na Majki?
A potem jeszcze przysunął Mayi krzesełko, które wcześniej kopnęła, chociaż wątpił, żeby na nim usiadła, ale zrobił krok do przodu, bliżej biurka, w które teraz to on zastukał długimi palcami - wydaje mi się, że rolą takich ośrodków jest opieka nad pacjentami, ludzie powierzają tutaj swoich chorych bliskich i liczą na wykwalifikowaną pomoc, wyszkolony personel... - Galen pewnie mógłby jeszcze długo wymieniać, ale Robert trochę się zmieszał, spojrzał na Gwen. No bo czy Wyatt, wróć, Ward nie miał racji?
W końcu czy mieli tutaj jedną, agresywną alkoholiczkę pod opieką? No pewnie nie. Więc to ewidentnia, według Galena była wina ośrodka, który nie reagował odpowiednio. Chociaż on przecież z tym swoim niebieskim spojrzeniem, które od czasu do czasu łapało to Majki, to nie wiedział wcale co się tutaj wydarzyło. Biedny, nieświadomy Galen, a mimo to i tak wziął jej stronę.
Col by się nie działo. Nawet jakby jednak postanowiła go walnąć.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
Welkom in Canada
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
Oh, and your sweet and pretty face
Is such an ugly word for something so beautiful
Oh, that every time I look inside
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spokojnie, spokojnie, spokojnie. Każdy chciał z nią rozmawiać na spokojnie. Nawet Galen Wyatt chciał rozmawiać spokojnie, kiedy bezczelnie i niezapowiedzianie pojawił się w miejscu, do którego nikt go nie zapraszał. A ona nie chciała spokojnie. Nie potrafiła spokojnie. Nie kiedy stało się to, co się stało, kiedy jej matka prawie dopuściła się morderstwa, a oni do tego wszystkiego dopuścili, a teraz jeszcze chcieli wywalić ją z ośrodka na zbity pysk. Tutaj nie dało się spokojnie. A przynajmniej ona tego nie potrafiła. Nigdy nie umiała panować nad swoimi nerwami. Ludzie często mówili jej, że można było z jej oczu i zachowania czysta wszystko jak z otwartej księgi i chyba faktycznie coś w tym było. Maya była ekspresyjna, przez większość czasu aż za bardzo i tutaj wcale nie było inaczej. Dlatego kiedy tylko dłoń Galena Wyatta wylądowała miękko na jej ramieniu, od razu ją strzepała.
Mógł interpretować to sobie jak tylko chciał, nie dbała o to. Że go tutaj nie chciała, że miał jej dać spokój, że nie potrzebowała pokrzepienia, cokolwiek to było, to już leżało w jego własnej głowie. Ona zrobiła to dlatego, że nienawidziła, kiedy ktoś próbował ją uspokoić, kiedy chciała krzyczeć. Wiedział przecież jaka była. Że była chaotyczna, przyciągała kłopoty, to czemu pojawiał się tutaj ze swoją idealną, bialutką koszulą i próbował załatwiać sprawy za nią na spokojnie? Na co liczył? Że złapie go za rękę i się uśmiechnie? Już i tak szok, że pozwoliła wszystkim myśleć, że był jej facetem i nie zdzieliła go w twarz.
A może jednak narzeczonym? Spojrzała na niego jak na wariata, kiedy to powiedział. Zwariował. Kompletnie postradał zmysły, pozamieniał się z chujem na rozumy i robił tutaj szopkę, o którą ona wcale nie prosiła. I chociaż chciał pomóc, bo przecież inaczej by go tutaj nie było, Maya była tak zła i rozemocjonowana, że nawet nie potrafiła w tym wszystkim zobaczyć jego dobrych intencji. Nawet kiedy się za nią wstawił, ona z początku tego kompletnie nie zakodowała. Kurwa, racje jej przyznał, a ona wciąż ciskała w niego gromami. Przysunął jej krzesło, żeby usiadła, a ona? Ona prychnęła pod nosem i kopnęła je gdzieś na drugi koniec pokoju. W pomieszczeniu wybrzmiał huk, a Gwen aż się wzdrygnęła. A Galen dalej mówił. Nawijał swoim poważnym językiem, jakby licytował jakąś ważna umowę z klientem o tym, jak to ośrodek powinien zaopiekować się swoimi pacjentami.
— Panie Ward, to nie jest pierwsza taka sytuacja, w której…..
— Bo kurwa nie potraficie wykonywać odpowiednio swojej roboty! — Parker krzyknęła, wchodząc Gwen w słowo i znowu wyrwała się do przodu. Trąciła Galena ramieniem, nawet nie zwracając na niego uwagi i już waliła rękami o biurko, nachylając się nad właścicielką obiektu.
— Maya, proszę — kobieta stała się zachować jeszcze resztki profesjonalizmu, jednak po jej twarzy było widać, że również powoli traciła równowagę.
— Gdzie byłaś, jak prawie zabiła tą kobietę?! — Maya natomiast nie dawała za wygraną. — Gdzie kurwa była twoja prezesowska dupa i twoich pracowników, kiedy organizowała sobie ten alkohol? Przecież nie wyszła sama do sklepu w jebanym kaftanie, kupiła w sklepie flaszkę i wróciła tutaj jak gdyby nigdy nic — nawet na moment nie schodziła z tonu. Cała wrzała. Czuła, jak oczy robią się jej wilgotne, a głowa dochodzi jedynie do wniosków, że to któryś z pracowników musiał to wnieść, bo kto inny. Z jednej strony martwiła się o matkę, z drugiej nie chciała jej znać. Była zła na ośrodek, była zła na rodzicielkę, na Galena, na siebie, na wszystko. Trwała w jakimś dziwnym amoku. — Nie po to daje wam wszystkie moje oszczędności, żebyś mi wpakowała matkę do więzienia — ryknęła jeszcze głośniej, przesuwając stół nogą, a Gwen aż się wyprostowała.
— Właściwie, to miałaś nam jeszcze przesłać tą nadwyżkę, o której rozmawiałyśmy miesiąc temu przez telefo…..
— A ty kurwa miałaś pomóc mojej matce! — znowu krzyknęła, chociaż głos się jej złamał i przez moment chyba wyglądała, jakby naprawdę chciała rzucić się na kobietę i ją rozszarpać, ale Roman złapał ją w ostatniej chwili i przytrzymał. No niezłe przedstawienie odgrywało się na oczach Galena Wyatta. Ciekawe jak szybko od tego ucieknie i się wycofa. Maya wcale by się nie zdziwiła. Każdy przecież finalnie się od niej odcinał, zostawiał ja ze wszystkim samą.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Galena cofnął rękę, którą Majka zrzuciła ze swojego ramienia, przesunął tylko smukłymi palcami po swojej nieskazitelnej koszuli, wygładzając ją. Chyba znał Majkę już na tyle, żeby wiedzieć, że ona nie chciała od niego pomocy, może nawet od nikogo nie chciała? Sama o siebie potrafiła zadbać, zawalczyć, zresztą nie tylko o siebie. Bo teraz robiła to dla swojej matki. I Galen może trochę tego nie rozumiał, ale to w niej podziwiał, ten upór, to jak stawiała się i nie poddawała mimo wszystko.
On też tym razem nie zamierzał się tak łatwo poddać.
Wywrócił tylko oczami, kiedy kopnęła to krzesło, a rękę włożył do kieszeni swoich eleganckich spodni, dobrze, bez kontaktu, skoro sobie nie życzyła. Przecież Galen rozumiał takie rzeczy, kiedy mówiło mu się nie.
Chociaż w tym momencie nie łapał w ogóle tego, że może rzeczywiście robił tutaj szopkę? Może nie powinien się w to wtrącać? Nie w taki sposób, jak to robił, zmyślając. Ale teraz już przecież nie było odwrotu, trzeba było przeć w tym naprzód.
- Ale czy to źle świadczy o mojej narzeczonej, czy o was? I niekompetencji waszych pracowników? - uniósł jedną brew, na to stwierdzenie, że to nie pierwsza taka sytuacja, a kiedy Majka się z nim zgodziła, krzycząc, w nieco bardziej bezpośrednich słowach, ale jednak przecież o to samo im chodziło, to uśmiechnął się delikatnie. A gdy Maya go szturchnęła wyrywając się do przodu, to nawet nie ruszył się z miejsca. Niebieskie tęczówki zawiesił na jej plecach. Sam nie był do końca pewny, czy ta wściekłość, która wychodziła z Majki mu się podobała, czy go przerażała, bo przecież była tak zupełnie inna, różna, od jego stonowanego charakteru. Tego chłodu, który siedział w niebieskim spojrzeniu i kolejnych słowach, które z siebie wyrzucił.
- Ktoś tutaj ewidentnie nie dopilnował swoich obowiązków i to nie jest Maya... - może dodałby coś jeszcze, ale wtedy wyszedł jeszcze ten temat pieniędzy. A Galen... walczył ze sobą chwilę, bo doskonale pamiętał, co Majka mu mówiła ostatnio, że jest jedna zasada ich znajomości, nie mieszają w to wszystko hajsu. Ale jak on miał tak po prostu stać i patrzeć? Najwyżej później mu się za to oberwie.
- Zaraz uregulujemy te należności, chociaż w tym momencie... - pewnie gdyby mógł się tutaj wypowiedzieć jako Galen Wyatt to już by mówił, że w takim wypadku będą szukać nowego ośrodka, albo zajmie się tym jego prawnik, ale jako Gaspard to... Złapał Majkę w pasie, kiedy wyrwała się do Gwen, żeby ją przytrzymać, nie Roman, tylko Galen Wyatt we własnej osobie. Wyjął te swoje prezesowskie rączki z kieszeni i odciągnął ją do tyłu.
- Majka, proszę cię... - rzucił gdzieś w jej kark, na którym zatańczył jego oddech, między tymi ciemnymi lokami - narobisz sobie problemów - bo przecież tylko o to mu chodziło, że ona przez to będzie miała problemy. Nie o Gwen, nie o krzesło, ani nawet o jej matkę, której przecież nie znał. Tylko o nią.
Przytrzymał ją przy sobie w pasie, a drugą ręką sięgnął do jej przedramienia, po którym przesunął smukłymi palcami, żeby zaraz... zacisnąć je na jej ręce i szarpnąć ją do siebie, tak, żeby wylądowała do niego przodem. Żeby te jej ciemne, ogniste spojrzenie spotkało się z tym jego, niebieskim i chłodnym. I to zrobił Galen Wyatt, ten stonowany facet, do tego przy ludziach.
Nie puścił jej zaciskając mocniej palce na jej łokciu.
- Wyjdźmy stąd i porozmawiajmy, okej? - zaproponował stanowczo, ale jednak Galen nie miał może takiej siły przebicia? A może jednak miał kiedy te jego błękitne oczy wisiały uparcie na jej twarzy, a palce wbijały się w jej skórę. Nie mogła się tutaj tak szarpać, a oni nie mogli się tak tutaj dochodzić, jeśli chciała cokolwiek ugrać. A chyba chciała biorąc pod uwagę jej słowa i to jak walczyła o swoją matkę - wiesz, że ja jestem po twojej stronie - dodał ciszej, ale chyba jako narzeczeństwo, to mógł ją wesprzeć takim słowem. A jako Galen Wyatt tym bardziej, zwłaszcza, że on... zawsze był po jej stronie. Chociaż może nie zawsze umiał to udowodnić.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
Welkom in Canada
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
Oh, and your sweet and pretty face
Is such an ugly word for something so beautiful
Oh, that every time I look inside
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mieli umowę. Obiecali sobie, że w ich znajomość pod żadnym pozorem nie będą ingerowały pieniądze. Mieli skupić się na tym, co ich dzieliło, a nie łączyło, a akurat jeśli chodziło o dobra materialne to było dosłownie niebo a ziemia. Parker doskonale zdawała sobie z tego sprawę, a jej ciężki charakter nie chciał dopuścić do sytuacji, w której będzie od niego pożyczać lub dostawiać jakiekolwiek pieniądze. Zawsze radziła sobie sama. Z każdą przeciwnością losu szła na gołe pięści i próbując spłacić długi brata obiecała sobie, że już nigdy nikomu nie będzie nic dłużna. Bo ludzie nic nie robili bezinteresowanie. Zawsze chcieli coś w zamian. A ona nie miała już nic, co mogłaby zaoferować. I może Galen Wyatt był inny, może pomógłby jej z dobrego serca, ale nie mogła mieć tej pewności. Mogła mieć nadzieje, jasne, i miała ją, ale nie stuprocentową pewność, a w jej życiu nie było już miejsca na zgadywanie. Dlatego tak bardzo wkurzyła się, kiedy powiedział, że zaraz ureguluje należności. Spojrzała na niego tak gniewnym spojrzeniem, że gdyby wzrok mógł zabijać, to byłby definitywny koniec prezesa Nothex Industries.
Tylko co jeśli a tym momencie było to jedyne wyjście?
Miał szczęście, że zanim zdążyła mu odpyskować i powiedzieć, że go zdrowo pojebało, Gwen powiedziała coś jeszcze gorszego i to na niej Maya skupiła całą swoją agresję. Uderzyłaby ją. Naprawdę mało jej brakowało, chociaż była osobą, która brzydziła się przemocą. I gdyby nie Wyatt, który złapał ją w pasie w ostatniej chwili, sytuacją mogła rozwinąć się katastrofalnie. Szkoda tylko, że Parker jeszcze tego nie widziała. Była zbyt zaślepiona własnym gniewem, by dostrzec, jak wielką przysługę zrobił jej Galen. Zamiast tego szarpnęła się, żeby wyswobodzić się z jego uścisku. 
Jednak on nie odpuścił. Przeciągnął ją na tył pokoju, a zaraz prosił, osadzając ciepły oddech na jej i tak rozgrzanym karku. Jej spojrzenie wciąż było wbite w Gwen. Wyglądała jak zwierze, które czaiło się do ataku, podczas gdy klatka piersiowa unosiła się niebezpiecznie. Ale jej głowa i ciało powoli skupiały się również na jego słowach. Na tym, że narobi sobie tylko kłopotów, a tych przecież miała już aż za dużo.
Znowu chciała mu się wyrwać, jednak jego silne dłonie zacisnęły się na przedramieniu i obrócił ją do siebie przodem, jakby nic nie ważyła. Ciemne, drapieżny oczy spotkały się z chłodnym błękitem. Ogień i woda. W starciu, które nie miało zamiaru akceptować kompromisów. Będzie albo na jego albo na jej. I może przez jej głowę, przez krótki momencik, przeszło, żeby dać mu w twarz. Wyrwać mu się z uścisku i po prostu wyżyć właśnie na nim, ale przecież widziała w tym chłodzie również troskę. Fakt, że tu przyjechał, że chciał pomóc jej z nieopłaconymi rachunkami. Nie po to, żeby utrzeć jej nosa, a bo mu zależało. A przecież na niej nikomu nie zależało. I ta myśl sprawiła, że skapitulowała. Mógł czuć pod opuszkami, jak jej mięśnie powoli odpuszczają, chociaż serce nawet na moment nie zwolniło swoich uderzeń. Niechętnie, ale odwróciła w końcu od niego spojrzenie i patrząc przez ramię wbiła je w Roberta i Gwen. A potem wyrwała się Wyattowi i trącając go w bark, wypadła z pokoju prosto na korytarz.
— Japierdole — rzuciła do samej siebie, nerwową dłonią przeczesując kręcone włosy. Przeszła się pierwsze w jedną, a potem drugą stronę, po czym usiadła na ławce i schowała twarz. Dopiero po chwili jakby magicznie przypomniała sobie o jego obecności i tym co zrobił. — Co ty tu robisz? Po co tu przyjechałeś? — warknęła, podrywając się z siedzenia, bo przecież na kimś trzeba było odreagować. — Jasno powiedziałam ci w wiadomości, że nie musisz się tym martwić — zrobiła krok w jego stronę i dźgnęła go w klatkę piersiową. — Nie chce od ciebie żadnych pieniędzy, Galen — dodała jeszcze, tak dla jasności. Tylko problem w tym, że ona naprawdę ich potrzebowała, jeśli chciała, żeby jej matka tutaj została. — Albo nie wiem, pożyczysz mi, a ja ci to spłacę w ratach — nawet nie było takiej opcji, że on po prostu opłaci te rachunki. Nie dla niej. Nie mogłaby mu potem spojrzeć w oczy, nawet jeśli jemu spokojnie by się spało. Chociaż teraz patrzyła w nie intensywnie i kurwa, co on miał w tym spojrzeniu? Jakim cudem tak na nią działał? Nie umiała trzeźwo myśleć, gdy był obok, tak blisko, a przecież potrzebawała się skupić. Przecież była zła, na niego również, a jednak w tym samym czasie tak bardzo chciała pozwolić sobie po prostu odpuścić.
— Cały pokój jest w krwi — powiedziała po chwili, spuszczając spojrzenie i walcząc z nieprzyjemnym dreszczem, który wstrząsnął jej ciałem. Tym razem zamiast na ławkę, to oparła się o ścianę, a potem zjechała po niej do parteru. — Wzięli mnie do jej pokoju, w którym rzuciła się na tą pielęgniarkę. Wszędzie była krew, Galen — pewnie miała jej trochę nawet na butach i gdzieś na przedramieniu, po tym jak usiadła na łóżku i nagrywała tam dla niego wiadomość.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Galen widział doskonale spojrzenie Majki, kiedy zaproponował, że ureguluje należność za ośrodek. Wiedział jak się umawiali, i nie chciał tego zaprzepaścić, tylko co miał w tym momencie zrobić? Kiedy już nakłamał, że jest jej narzeczonym, powiedzieć, że dla jej matki nie ma pieniędzy?
Przecież widać po nim było, że je miał.
Ale nie powiedział chyba na ten temat jeszcze ostatniego słowa. Złapał jej ciemne spojrzenie, na jeden moment, a to jego niebieskie było dzisiaj chłodne, poważne, nie było w nim tych wesołych iskierek, które igrały tam, jak chociażby robili tosty.
A kiedy Maya wyrwała się do Gwen, a Galen złapał ją w pasie, to mogła poczuć coś jeszcze, że on tak łatwo nie zamierzał odpuścić. Trzymał ją pewnie, mocno, nawet kiedy się szarpnęła. A Galen może nie wyglądał jak jakiś mięśniak, ale ostatnio, po zawale, dużo ćwiczył, ze swoim trenerem personalnym i miał trochę siły. Odciągnął Majkę na bok, a zaraz prosił ją... Zaraz zasłonił się kolejnymi argumentami, że ona sobie tym narobi kłopotów. Nie matce, bo ona i tak już sama to zrobiła, ale Majka przecież tym swoim uporem wkopywała się w to coraz głębiej. I chociaż Galen był pod wrażeniem jej upartości, to jednak jeszcze spróbował. Może nie ją uspokoić, może nawet przekierować na siebie jej gniew? Kiedy tak ją szarpnął do siebie. Jego niebieskie oczy wpatrywały się intensywnie w te jej ciemne, ogniste. Ogień i woda. Czy jednak lód?
Przesunął palcami po odkrytej skórze na jej ramieniu, kiedy prosił ją, żeby porozmawiali na zewnątrz. Bo mu naprawdę zależało... na niej?
Może... Tak.
Galen też obejrzał się w kierunku Gwen i Roberta, i posłał im jakiś przepraszający uśmiech, sztuczny i wyćwiczony do perfekcji, na tym jego bogatym towarzystwie, w którym się obracał, gdzie większość gestów była wyuczona, nieprawdziwa wcale.
Ale zaraz już z całą prawdą, troską wymalowaną w spojrzeniu, opadł koło Majki na ławkę. Chciał do niej sięgnąć ręką, w pokrzepiającym geście oprzeć jej ją na ramieniu, musnąć plecy, ale się zawahał, cofnął rękę i ułożył ją na swoim kolanie, żeby znowu jej nie odtrąciła. Bo Galen Wyatt mógł się wydawać najbardziej pewnym siebie facetem w Toronto, ale przecież on w tych serdecznych gestach, tych prawdziwych, którymi kierowało jego serce, a nie dobre maniery, czy powinność, był niepewny. Jak dziecko, które wcale tego nie umiało, bo nikt go tego nie nauczył.
Dał jej chwilę, on w międzyczasie wstał i poprawił te swoje eleganckie spodnie w drobną kratkę, dopiero kiedy Majka poderwała się z miejsca i ruszyła w jego kierunku, to wbił w nią intensywnie niebieskie spojrzenie - ale się martwiłem - powiedział spokojnie, a kiedy zrobiła krok w jego kierunku, to nawet nie ruszył się z miejsca, ani pod naporem jej palca, który wbijał się w jego klatkę piersiową, w delikatną skórę, gdzie pewnie pojawi się zaraz jakiś siniak. Kiedy powiedziała o tych pieniądzach, to Galen się zawahał.
- Ja... pomyślałem, że mogłabyś je zarobić - powiedział, ale zaraz do niego dotarło, że jakoś źle to zabrzmiało - to znaczy... Nie chodzi mi o ten wyjazd, czy coś, bo to jest coś zupełnie innego, ale wiesz mam w mieszkaniu - podrapał się po głowie, bo oczywiście, że wymyślał to na poczekaniu - taką jedną rzecz do zrobienia i jakbyś mi pomogła, to bym ci za to zapłacił, wiem, że masz dużo pracy, ale mogłabyś to robić przed, albo po? To nie jest nic trudnego i męczącego - ciekawe czy Galen już wiedział co to w ogóle jest, ale może już coś mu wpadło do głowy, w końcu Wyatt też był dość pomysłowy. Jego niebieskie oczy wodziły po jej twarzy, a kiedy Majka spuściła spojrzenie i zaczęła opowiadać o pokoju całym we krwi, to powiódł za nią wzrokiem. Chciał przy niej przykucnąć, ale najpierw musiał poprawić sobie te swoje eleganckie, dobrze skrojone spodenki, w końcu jednak kucnął na przeciwko niej. I znowu jego dłoń wystrzeliła w kierunku jej kolana, nad którym na moment zawisła, a zaraz wylądowała na tym jego - Majka ale ty masz rację, oddałaś tu matkę pod opiekę, płacisz im za to pieniądze, oni powinni jej pilnować, a jak widzieli, że coś jest nie tak, to powinni wdrożyć jakieś inne środki ostrożności, przecież to nie tak, że tylko twoja mama jest agresywna po alkoholu, a zresztą skąd go wzięła? - Galen powtórzył te wszystkie wątpliwości, które oni wyrzucali z siebie w stosunku do Gwen, ale takie były fakty. Przecież jej matka sobie tego alkoholu nie wyczarowała, ktoś musiał jej pomóc.
- Jak chcesz to ja mogę... Możemy to skonsultować z twoim prawnikiem, albo przeniesiemy gdzieś twoją mamę? - teraz to już trochę z niego wyszedł typowy Galen Wyatt, który wszystkie sprawy chciał załatwiać swoimi pieniędzmi, no ale on nie umiał się chyba tak po prostu siebie wyrzec. I znowu z niego wychodził Galen, który udawał Gasparda, który udawał Galena?
Bez sensu to było, bo jednak pieniądze to były jakiś nieodłączny element układanki pod tytułem Galen Wyatt, więc jak on miał się ich wyprzeć? Ale się starał. Nie mieszać ich do tej relacji.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
Welkom in Canada
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
Oh, and your sweet and pretty face
Is such an ugly word for something so beautiful
Oh, that every time I look inside
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Maya nie była przyzwyczajona do tego, że ktokolwiek się o nią martwił. Już od dziecka raczej żyła jako cień, zostawiona sama sobie razem z bratem. Matka, która niby kochała, tak naprawdę trzymała ich przy sobie tylko i wyłącznie dlatego, żeby dostawać kasę z miasta, którą potem mogła wydać na alkohol i dragi dla swoich kolejnych to fagasów. Nigdy nie przejmowała się tym, czy mieli książki do szkoły albo zrobione zadanie. Nawet mundurku im nigdy nie kupiła i brat Parker musiał załatwiać od dzieciaków, które kończyły szkołę, żeby można je odkupić za jakąś symboliczną pracę. Radzili sobie sami, a odkąd Toby skończył w pierdlu, ona została sama sobie. Nie miała nikogo. Tylko wydatki na głowie, które tylko rosły z każdym kolejnym miesiącem. Udawała, że radziła sobie świetnie, ale przecież tak nie było. Przerastało ją to wszystko, co zaraz Galen zresztą mógł widzieć, kiedy przeczesywała nerwowo włosy i opowiadała mu o tym, że może od niego pożyczyć kasę, którą odda. Ściągnęła brwi na wieść o możliwości zarobku.
— Chcesz mi płacić? — spojrzała na niego jak na wariata. Kogoś kto już do reszty postradał zmysły. — Chyba zwariowałeś — nawet nie chciała dowiedzieć się, co by to było. Wystarczyło jej to, jak to zabrzmiało. — Mało masz sprzątaczek w swoim złotym apartamencie? — pokręciła głową. Nie podobał się jej ten pomysł. Może nie było to przyjmowanie bezpośrednio darowizny, ale jednak i tak czuła gdzieś w środku, że równałoby się to z byciem jego dłużniczką. I chociaż Galen naprawdę wychodził z dobrego miejsca, Maya po prostu nie potrafiła przyjmować pomocy. Całe życie nikt jej nie chciał jej dać i teraz jej charakter był już tak nastawiony a nie inaczej. Mogła to być nowość dla Wyatta i dość inna rzeczywistość, w której musiał się onaleźć. Albo jeszcze ją jakoś przekonać. 
Osunęła się po ścianie na ziemię, w końcu dzieląc się z nim tym, co zobaczyła w pokoju, tą okropną ilością krwi, rozbryzganą po całym pomieszczeniu. Myśli wracały do tego widoku, a ona znowu przeczesała dłonią kręcone włosy.
— Oczywiście, że to ich wina — wtrąciła, gdy Galen mówił o tym, jak to ośrodek powinien wywiązać się ze swoich obowiązków. — Ale też nie znasz mojej matki, ona jest….. Trudna. Specyficzna bardzo. Potrafi doskonale manipulować i okręcać sobie ludzi, szczególnie mężczyzn wokół palca. A kiedy cokolwiek nie idzie po jej myśli, to wpada w szał — Galen nie mógł tego wiedzieć, ale przecież nie tylko faceci jej matki robili jej krzywdę. Ona też potrafiła. Najczęściej słowami, ale przecież te potrafiły niekiedy bardziej ranić niż czyny. Pokręciła głową, kiedy wspomniał o swoim prawniku i w końcu spojrzała w jego błękitne oczy. Wyprostowała się i go skonfrontowała, wcześniej nie mając do tego kompletnie pokładów energii. — Wszystkie ośrodki w Toronto na które było mnie stać już ją wyrzuciły — przyznała się, nie spuszczając spojrzenia z jego zmartwionej twarzy. Widziała w nim szczerość, widziała w nim chęć pomocy. I naprawdę wiele kosztowało ją, żeby… — A ile ten twój prawnik kasuje? Galen, przecież ustalaliśmy, że nie będziemy mieszać w tą znajomość kasy — trochę chciała skorzystać z jego pomocy, a z drugiej strony ciągle coś ją trzymało, blokowało. Westchnęła ciężko i znowu schowała oczy pod powiekami, opierając ciężko głowę o chłodną ścianę. Musiała to jakoś ogarnąć, a najgorsze w tym wszystkim chyba było to, że ona naprawdę go potrzebowała. Mógł jej pomóc, miał do tego środki. Może tylko ten jeden raz? Wciąż się wahała. Wypuściła głośno powietrze.
— Dobra, chodźmy z nimi pogadać — powiedziała w końcu. Nie będą przecież siedzieć na korytarzu w nieskończoność. — Obiecuje nie wyszarpać Gwen oczu — nawet jeśli będzie się jej należeć. Wyprostowała się i już była gotowa wstawać, ale wtedy poczuła w kieszeni, że czegoś jej brakuje. — Kurwa, zostawiłam telefon w jej pokoju — serce zabiło jej mocniej. Nie chciała tam wracać. Nie chciała znowu konfrontować się z tym, co tam było, ale przecież potrzebowała komórki. — Pójdziesz tam ze mną? — progres. Maya Parker poprosiła kogoś o cokolwiek? A jeszcze bardziej odklejone było to, że wiedziała pod skórą, że się zgodzi. I to chyba przerażało ją jeszcze bardziej. To że Galen Wyatt przyjechał do innego miasta, żeby sprawdzić, czy wszystko było z nią w porządku. Nie mogła się jednak na tym punkcie fiksować. Wiedziała, że to był czysto koleżeńskie zagranie. Musiało być. Wstała z podłogi i wyciągnęła do niego rękę, żeby i jemu pomóc się podnieść. Tylko kiedy skierowali się w głąb korytarza, to wcale jej nie puściła. Kompletnie nieświadomie splotła ze sobą ich palce, jakby naprawdę był jej facetem i ruszyli wspólnie na oddział. Drogę znała aż za dobrze. Przychodziła tu przecież wiele razy, a wychodziła jeszcze szybciej po każdej, jednej nieprzyjemnej rozmowie. Stanęli pod właściwymi drzwiami, a ona jeszcze odwróciła się w jego kierunku.
— Jak chcesz to zostań, bo to, no, nie wygląda dobrze — ostrzegła go, a sama wolną ręką złapała za klamkę, po czym ją przekręciła. Zamek ustał, bo drzwi nie były zamknięte na klucz i Galen Wyatt mógł zobaczyć, jak przed jego oczami pokazuje się białe pomieszczenie. A przynajmniej białe w zamyśle, bo teraz całe umazane było w krwi. Zaschniętej już do prawda, ale wciąż wyglądającej przerażająco. Jakby naprawdę ktoś tutaj dokonał morderstwa.

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
34 y/o
GOLDEN BOY
182 cm
Prezes z przypadku, skandalista z wyboru | Northex Industries
Awatar użytkownika
Oficjalnie - prezes Northexu, nieoficjalnie - człowiek, który potrafi zamówić kawę w czterech językach, ale nie pamięta hasła do służbowej poczty.
Mówią, że wszystko mu się udaje. Ale nikt nie widzi, ile razy prawie nie spadł z własnego piedestału.
Żył szybko, kochał mocno, wydawało mu się, że jest niezniszczalny, że jest królem świata, do momentu, kiedy serce tego nie wytrzymało...
Teraz stara się je poskładać.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chciał jej płacić, a właściwie to chciał jej te pieniądze dać. Tak po prostu. Bezzwrotnie. Bez jakiegoś głupiego oddam ci je Galen, bo przecież on tego nie potrzebował. Miesięcznie więcej wydawał na jakieś bzdury niż pewnie kosztował ten ośrodek, albo ta różnica, którą mieliby pokryć.
- Ale... - zaczął i przejechał smukłymi palcami po potylicy przeczesując nimi miękkie włosy - moje sprzątaczki nie umieją robić takich tostów i nie piorą moich koszul w jedwabnych rękawiczkach - wypalił z jakimś takim bladym uśmiechem błąkającym się po twarzy, bo chyba chciał tym żartem ją może odrobinę rozchmurzyć? Ale czy w ogóle dało się w takiej sytuacji?
- A zresztą ja bym chciał... Żebyś zrobiła dla mnie muzykę, a tego moje sprzątaczki nie potrafią - nie potrafiły. Tylko ciekawe po co Galenowi Wyattowi był jakiś dżingiel? Może żeby go sobie puszczał, kiedy będzie wchodził do pomieszczenia? To nawet by do niego pasowało.
Tak jak to, że kiedy Majka mówiła o swojej matce, to te jego niebieskie oczy wodziły po jej twarzy, a on słuchał. Słuchał jej, i znowu przez moment się zawahał, czy do niej nie sięgnąć.
- Kiedy tu szedłem to minąłem faceta, który stał w kącie i gadał do siebie, więc Majka... Naprawdę wydaje mi się, że twoja mama nie jest tutaj jedynym trudnym pacjentem, a oni powinni być na coś takiego przygotowani - chociaż Galen żył przecież w świecie prywatnych klinik i ośrodków, gdzie był traktowany jak książę, bo tyle za to płacił. Więc może on po prostu nie znał życia, nie znał tej strony tanich ośrodków, gdzie pacjentów mieli gdzieś.
Ściągnął do siebie brwi i przez chwilę walczył ze sobą, żeby jej nie powiedzieć, że on dołoży do lepszego ośrodka. Przecież by mógł. Dużo pieniędzy Northexu wspierało potrzebujących, tylko musiałby to jakoś tak załatwić...
Już nawet chciał wyjść z kolejnym wspaniałym pomysłem, że jakaś jego fundacja jej z tym pomoże. Galen nie miał fundacji, ale mógł ją założyć. Fundację wspierającą w walce z alkoholizmem... Coś w ten deseń.
Ale Maya zapytała o prawnika, a jego niebieskie spojrzenie odszukało jej oczy - jak dla mnie to nic. Ja mu tyle płacę za usługi, że... On czasem pomaga w mojej fundacji - no pięknie Galen, już zaczynał zmyślać - za darmo - żeby znowu się w tym nie pogrążył. W tych kłamstwach, jak wtedy kiedy udawał kogoś kim nie był. A ten ktoś udawał jego.
Ale przecież to była jakaś myśl, mógł założyć taką fundację i jej pomóc.
Chciałby.
Ale przecież mieli w to nie mieszać kasy. W ich znajomość.
Skinął głową, kiedy Majka stwierdziła, że ochłonęła i mogą iść porozmawiać z kierowniczką ośrodka - w razie czego będę reagował, chociaż będę tu chyba miał siniaka po tym, jak się szarpnęłaś - znowu ją trochę zaczepił i przesunął palcami po tej swojej nieskazitelnej, białej koszuli. A kiedy oznajmiła, ze zostawiła telefon w pokoju to znowu odszukał jej spojrzenie - pewnie - odpowiedział od razu, na jej pytanie, czy pójdzie tam z nią. No bo przecież co to takiego? A skoro w ten sposób mógł być jej wsparciem. Tylko Galen nie miał pojęcia na co się pisze.
Spuścił na moment spojrzenie na ich splecione razem palce. Bo to też przecież była oznaka tego wsparcia, dla Galena trochę nowość, ale on je chciał Majce dać, tylko nie za bardzo wiedział jak się do tego zabrać.
Kiedy stanęli przed drzwiami, to nawet nie było opcji, że on zostanie, wszedł tam za nią. Ale widać było po jego twarzy, że nie spodziewał się takiego widoku. Jasne oczy przybrały jakąś taką chłodną barwę, kiedy Wyatt omiótł spojrzeniem pomieszczenie. Nie do końca wiedział co się tu wydarzyło...
Chociaż starał się połączyć jakieś fakty, to co usłyszał. Matka Majki miała alkohol, wypiła go i była agresywna. Zaatakowała kogoś... butelką? Nożem?
- Maya... co tu się właściwie stało? - zapytał, w tej swojej nieskazitelnej, białej koszuli wyglądał dziwnie na tle spryskanej krwią ściany. Nie pasował tutaj.
Może nie pasował też do jej świata?
Ale przecież chciał.
I mogła to widzieć w tych jego błękitnych oczach, które odszukały jej ciemne, przenikliwe spojrzenie. Że Galen Wyatt naprawdę chciał, żeby ona go w swoim życiu postrzegała nie tylko jako tego dzianego gościa, z którym od czasu do czasu mogła wyjść na kawę...
On chyba chciał od niej czegoś więcej. Ale przecież Galen wciąż za tymi niebieskimi oczami był tym zagubionym chłopcem. I chyba trochę nie wiedział jak do tego podejść. Jak ją podejść, skoro on swoje pieniądze, które przecież zazwyczaj działały na jego korzyść miał zostawić za drzwiami.
Jak?
- Może... Przenieśmy gdzieś stąd twoją mamę, żeby miała lepszą opiekę? Musisz mi powiedzieć... czy ona chce się leczyć? - bo jeśli tak i potrzebne są tylko środki, to przecież... One stały przed nią, a jeśli nie? A może potrzebowała tylko lepszych specjalistów?
Niebieskie tęczówki Wyatta znowu uciekły gdzieś na ściany.
- Ona... dobrze się czuje? A ta krew? - to nie tak, że Galen był jakiś wyjątkowo ciekawski, bo nie był, ale po prostu chciał wiedzieć na czym ona stoi. Żeby może obrać jakąś linię obrony? Albo podjąć jakąś sensowną decyzję.
- Ja wiem, że... Nie chciałaś mnie tutaj, ale ja naprawdę chciałbym ci pomóc, bo... zależy... - mi na tobie, to chciał jej powiedzieć? Ale nie zdążył, bo zadzwonił telefon Majki, a na wyświetlaczu pojawiła się Gwen, więc chyba musieli iść to w końcu załatwić.

Maya Parker
zgrozo
stania w miejscu; nudnego, miłego życia; postów z czata
27 y/o
Welkom in Canada
171 cm
Barmanka w Emptiness
Awatar użytkownika
Oh, and your sweet and pretty face
Is such an ugly word for something so beautiful
Oh, that every time I look inside
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Maya Parker była nigdy nie potrafiła przyjmować pomocy. Zawsze radziła sobie sama, dlatego tak bardzo niespotykanym zjawiskiem, był dla niej Galen Wyatt. Książę, który pojawił się niczym na białym koniu i oferował pomoc. Bezinteresowną pomoc, warto zaznaczyć. Nie pierwszy raz swoją drogą. Nic nie chciał od niej w zamian. Nie była do tego przyzwyczajona. Ludzie zawsze coś chcieli. Nie chodzili i nie rozdawali dobroci na lewo i prawo, nawet jeśli mieli jej w nadmiarze. I przy Wyattcie również próbowała doszukiwać się drugiego dna. Problem w tym, że za nic nie potrafiła go znaleźć. Nie umiała. Do Włoch zgodziła się z nim polecieć już wcześniej, więc nie było to związane z tym. To co? Wychodziło na to, że nic. Że tak po prostu. A zaraz jeszcze, że jego prawnik pomaga za darmo w jakiejś fundacji. Spojrzała na niego podejrzanie. Nagle wspominał o fundacji?
— Jakiej fundacji? — oczywiście, że musiała zapytać. Nie siedziała dużo w tych wszystkich sprawach ludzi bogatych, ale słyszała kiedyś, że dużo z nich zakładało fundację, żeby nie płacić więcej podatków. Może to samo robił Galen i jego prawnik? — I co twoja fundacja ma do jakiejś randomowej alkoholiczki? — to też się nie zgadzało. Przecież to nie tak, że jego fundacja zajmowała się ludźmi z problemami z alkoholem. Nawet nie miał tego problemu w rodzinie, a przynajmniej nic podobnego nie wspominał. — Ale skoro jest za darmo, to możemy… spróbować — ledwo przeszło jej to przez gardło. Ciężko jej naprawdę było przyjąć pomoc od kogokolwiek. Nie umiała tego robić, nie była do tego przyzwyczajona i przez większość czasu po prostu nie chciała. Nawet jeli Galen nie przyjdzie do niej któregoś dnia upominać się o przysługę, którą mu wisiała.
Zacisnęła mocniej palce na jego dłoni, gdy wchodzili do pomieszczenia. Zeschnięty szkarłat był dosłownie wszędzie, a zapach, jaki się w nim unosił, był obrzydliwy. Pachniało tu próbą morderstwa. I chociaż Parker była ostatnia do wierzenia w takie rzeczy jak energia, to tutaj zdecydowanie ona emanowała złością i wszystkim co negatywne. A Galen szaleńczo tu nie pasował. W swojej bialutkiej koszuli na tle tych rozmazów z krwi i bałaganu. Westchnęła, gdy spytał, co się tu stało.
— Jak to co? — mruknęła, podchodząc do łóżka i przeszukując pościel w poszukiwaniu telefonu. — Ogarnęła skadś alkohol, chciała go tu wyzerować, pewnie przyszła pielęgniarka i chciała jej go zabrać — spojrzała wymownie prosto w niebieskie oczy Galena, odwracając się do niego na moment. — Nie masz nawet pojęcia, co robią ci ludzie, żeby się napić. Oni są gotowi zabić — nie żartowała. Jej słowa ociekały szczerością, niezależnie od tego, jak źle to nie brzmiało. Matka Majki również taka była. Eleonore nie znała umiaru. Całe życie zapijała smutki i każde jedno potknięcie aż nie potrafiła przestać. Aż procenty przejęły całe jej życie.
— Nie wiem, Galen — wyznała szczerze, gdy zaproponował przeniesienie do innego ośrodka. — Ona nie chce się leczyć. Ja ją tu zaciągnęłam siłą, bo…. — zamilkła na moment i się wyprostowała. W pierwszym odruchu znowu chciała sięgnąć do jego ręki po jakimś dziwną otuchę, którą dał jej wcześniej ale cofnęła dłoń. Serce waliło jej mocno. — Bo inaczej by się zabiła — proste. Inaczej nie dało się tego obrać w słowa. Powiedzieć jakoś ładnie. Eleonorę zapiłaby się na śmierć. I to nawet ie podlegało jakiekolwiek dyskusji. Gdyby Maya w czas nie zareagowała, już dawno nie miałaby matki. Tyle w temacie.
Podniosła ciemne tęczówki na Wyatta, gdy zaczął mówić, że nie chciała go tutaj, ale on naprawdę chciał jej pomóc. Błądziła spojrzeniem między jednym okiem a drugim, wpatrując się w chłodny błękit i jego szczere intencje. Bo one tam były, widziała to po nim. I kurwa naprawdę to doceniała, a jej serce… ono biło szybciej, kiedy był obok. Może nawet odważyłaby się mu to powiedzieć, ale wtedy w pokoju rozległ się dźwięk telefonu.
— Kurwa, gdzie on jest — wróciła do pościeli i szarpnęła nią w górę, a komórka walnęła z hukiem na podłogę. Na wyświetlaczu było widać napis Gwen i jakieś dziesięć emoji gówna tuż obok. Wzruszyła ramionami, kiedy Galen zwrócił na to uwagę, a zaraz podniosła go i przyłożyła do ucha. — No? Tak już idziemy — spojrzała na Wyatta i przewróciła oczami, chcąc mu dać do zrozumienia, że prezeska gadała od rzeczy. W pewnym momencie jednak spoważniała. — Jak to? Co? Ale ja nie chce. Nie. Sami sobie z nią kurwa rozmawiajcie, to wasz problem. Gwe… kurwa — tyle mógł słyszeć z jej rozmowy, a potem wiedzieć jak się rozłączyła i przeszła nerwowo po pokoju. Wolną dłonią przeczesała kręcone włosy, próbując zebrać myśli. — Chce, żebym z nią porozmawiała, bo nie chce się ruszyć z pokoju — wyjaśniła w końcu Wyattowi o co chodzi, a potem złapała kilka wdechów. I znowu przeszła się po pokoju. Jej myśli lawirowały gdzieś daleko, walczyła sama ze sobą, kłóciła się we własnej głowie, aż w końcu Galen ją musiał przytrzymać.
— Potrzebuje, żebyś tam ze mną poszedł — wyrzuciła z siebie nagle, zadzierając głowę i spoglądając w jego niebieskie jak ocean oczy. — I pilnował mnie, żebym jej nie rozszarpała, okej? Albo siebie — bo jeśli chodziło o jej matkę, to akurat każdy scenariusz tutaj był możliwy. Galen jeszcze nie wiedział, na co się pisał, albo odgórnie został spisany. — Tylko Galen… ona naprawdę umie w słowne gierki i będzie chciała cię zmanipulować, żebyś albo ją stąd zabrał albo ogarnął jej alkohol, rozumiesz to? A i jeszcze jedno — złapała głębszy oddech. — Jak nie dostaje tego, czego chce, to potrafi mówić tak, żeby bolało. Trzeba to ignorować — akurat w tym Elenore była idealna. Zawsze wiedziała, jak sprawić, żeby jej własne dzieci poczuły się jak nic nie warte śmieci, szczególnie kiedy była na dołku alkoholowym i wariowała. Maya też trochę teraz wariowała, ale chyba bardziej z obecności Galena i tego, że znowu prosiła go o pomoc. Dlatego zaraz znowu zaczęła się miotać. — I ja totalnie rozumiem jeśli nie chcesz, tylko mi powiedz. Bo wiem, że nie powinnam cię o to prosić i to jest nie na miejscu i pewnie teraz wolałbyś siedzieć sobie przy tej swojej kawusi z mleka prawdziwej Gejszy i przygotowywać się na wypad w Paryżu…

Galen L. Wyatt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
baśka miała fajny biust
ja sama
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”