Dlatego on w tym momencie musiał być tym jej.
Nawet się nie zastanowił tylko wpisał w nawigację tą nazwę Vaughan, znalazł ośrodek od uzależnień i spojrzał na zegarek. Na miejscu powinien być dokładnie 7:30.
A jak dociśnie Porshaka to może nawet urwie dwie minuty.
Dzisiaj Galen bez garnituru, w samej nieskazitelnej koszuli i tych swoich eleganckich spodniach, na nosie nawet miał okulary przeciwsłoneczne. Jakby rzeczywiście wybierali się na jakiś urlop, ale przecież jej napisał, że sam nie pojedzie.
Nie miał zamiaru.
I może nie powinien tu przyjeżdżać?
Skoro sama nie podała mu adresu, nie poprosiła go o to.
Będzie mu miała za złe? Jak z tymi pytaniami?
Powiedziała mu przecież, że nie chce jego pieniędzy, ale tu przecież nie chodziło o forsę. Tu przecież chodziło o wsparcie, o jakieś takie oparcie. Jakiekolwiek. I może Galen nie był najlepszym, ale był.
Parkował swoje Porsche pod ośrodkiem równo 7:28, ale jeszcze dwa razy się zawahał, wysiadł i wsiadł. Przeszedł dwa kroki i wrócił, i jeszcze raz sobie puścił to nagranie nie przejmuj się mną, ale się przejmował.
Poprawił tą swoją nieskazitelną, białą koszulę i w końcu ruszył do drzwi ośrodka, jeszcze nie wiedział co powie, ale kiedy stanął przy kontuarze, recepcji, gdzie jakaś dziewczyna w jasnym kitelku klikała coś w komputerze, to postanowił... zadziałać chyba swoim urokiem osobistym?
I tym niebieskim spojrzeniem, które na niej zatrzymał. Uśmiechnął się i oparł o ladę.
- Dzień dobry - zaczął, a dziewczyna odpowiedziała mu tym samym i skinieniem głowy. Dobra, to teraz trzeba było to jakoś odpowiednio rozegrać.
Mógł zadzwonić do Majki, żeby po niego wyszła...
Ale chyba Galen nie byłby sobą, gdyby jednak trochę nie kombinował - dzwoniła do mnie... partnerka, że ma problem z mamą, ale teraz nie mogę się z nią skontaktować - zaczął kręcić, a dziewczyna zaraz poprosiła go o nazwisko.
Szkoda tylko, że go nie znał. Nazwiska swojej rzekomej partnerki. Zerknął na wyświetlacz telefonu, jakby to mu miało w czymś pomóc.
Nie pomogło wcale.
Ale jak na zawołanie z jakiegoś zaplecza wyszła kolejne recepcjonistka, która chyba nie od razu go zauważyła, bo rzuciła do koleżanki.
- Jezu co ta stara Paker znowu odwaliła, Majka... - urwała, ale Wyattowi to wystarczyło. No bo ile Majek mogło tutaj być za sprawą tego, że ich matka coś odwaliła?
- To chyba chodzi o moją dziewczynę... - wtrącił się Galen, a kobiety zmierzyły go spojrzeniem. Jedna obejrzała się na drugą, a zaraz odezwała się ta, z którą rozmawiał.
- Właśnie Pan powiedział, że jego partnerka ma tutaj problem z mamą, ale nie może się do niej dodzwonić - rzuciła ta pierwsza, a Wyatt pokiwał głową.
Jeszcze raz popatrzyły po nim, ale przecież czemu miałby kłamać w takiej sprawie? Udawać w ogóle czyjegoś partnera?
Kto tak robi?
Okazuje się, że Galen Wyatt. Miał takie przeczucie, że Mayi się to nie spodoba, a jemu oberwie, ale... kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. A Galen to akurat lubił szampana.
Lubił też ryzyko, więc kiedy tylko kobiety podały mu numer gabinetu, gdzie była jego partnerka, to przeszedł sterylnymi korytarzami prosto pod drzwi numer trzynaście, stanął pod nimi i przez chwilę nasłuchiwał.
Nie powinien tam wchodzić, w ogóle nie powinno go tutaj być.
Ale gdy tylko usłyszał podniesiony głos Majki, to on zaraz zapukał, a potem nacisnął na klamkę i wszedł do środka. Jak gdyby nigdy nic.
- Dzień dobry - przywitał się z jakimś facetem, który spojrzał w jego kierunku, a Majce posłał tylko przepraszające spojrzenie. Zaraz go stąd pewnie wywali, ale Galen ruszył do przodu i wyciągnął rękę do mężczyzny - Gaspard Ward, jestem partnerem Mayi, nie mogłem dotrzeć wcześniej, przepraszam - ale się przedstawił. No ale skoro postanowił grać w taką grę, to teraz już nie chciał wychodzić z roli. Chociaż była jeszcze opcja, że Majka go zaraz z niej wywali. Facet spojrzał na jego wyciągniętą rękę, a potem na Majkę trochę zmieszany.