-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zawsze pozostawał niezmącony w swoim spokoju, a kiedy trzeba było przejść do działania, do rękoczynów, to miał do tego ludzi. Całkiem dobrych ludzi. Ale ludzie zawodzili i dzisiejszy dzień dał mu brutalną lekcję, która mu o tym przypomniała.
Nic więc dziwnego, że po tak gorzkim rozczarowaniu, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. I nawet nie dlatego, że wierzył, iż sam wszystko zrobi lepiej, tylko przez to, że jeśli zdarzy się jeszcze jakikolwiek błąd, to tylko dlatego, że on zawiódł. A więc cała odpowiedzialność będzie na nim i nie będzie mógł już sobie niczego innego wyrzucić niż tego, że był niedostatecznie skuteczny.
Kiedy znalazł się już w nowym, czarnym, lśniącym mercedesie amg, w milczeniu słuchał danych, które przekazywał mu na bieżąco Damon. Jednocześnie jego umysł pracował na najwyższych robotach, dokonując analizy i obliczając najsłuszniejszą metodę zamknięcia tego.
— Zadzwoń na lotnisko, zgłoś alarm bombowy. — To wydawało się najrozsądniejsze, bo jeśli nie uda mu się przeciąć im drogi wcześniej, to taki prosty telefon, o ile brzmiący wiarygodnie – a wierzył, że Damon potrafiłby wiarygodnie przedstawić ów alarm – to zatrzyma ruch na lotnisku. I to na całkiem długo, przez co zamknie jedną z dróg ucieczki.
Spojrzał na przesłane mu później koordynaty i przeniósł wzrok na drogę. Wcisnął mocniej pedał gazu, wyprzedzając kolejnych użytkowników drogi, którą się poruszał. Zmierzył spojrzeniem siatkę dróg, która otaczała obecną pozycję samochodu, w którym znajdowała się Navi i odezwał się znów:
— Niech odpuści. — To było ryzykowne, ale jednocześnie widział, że obecna droga nie dawała możliwości szybkiej zmiany trasy. A jednocześnie – skoro pościg odpuści, to i kierowca się uspokoi. Potrzebował tego teraz, aby zwolnił. Zakręcił mocno kierownicą, wjeżdżając na jedną z dróg wijących się po klifie. — I niech zaczeka — dodał, instruując aby Danon postawił swoich ludzi tak, jak teraz to on zaplanował.
Płynnie poruszał się, ze znaczą prędkością, po krętych drogach. Późna godzina znacznie ograniczyła ruch drogowy, więc było mniej przeszkód, które mogłyby go spowalniać. Dzielił uwagę między nawigacją, a szosą przed nim oświetlaną przez reflektory auta.
W pewnym momencie droga zaczęła prowadzić znacząco w dół, wyprowadzając go z górzystych terenów, aby połączyć się z nadbrzeżną, którą poruszał się Subin ze ‘swoim kierowcą’. Wpadł na nią po chwili, dociskając gaz do końca, niedługo nadganiając pojazd ze wskazanym numerem rejestracyjnym. Przyspieszył jeszcze, dosłownie przyklejając maskę samochodu do bagażnika pojazdu przed sobą; niemal wzierajac do środka swoimi światłami.
Ale potem zdarzyło się coś, czego się nie spodziewał – na kolejnym skrzyżowaniu tras, gdzie kolejna górska wpływała do tej nadbrzeżnej, w ciągu sekundy rozegrał się dramat. Inny, rozpędzony pojazd, z pełnym impetem wpadł w bok auta Subina, dosłownie zmiatając go z drogi i rozmijając się z Mercedesem, wypchnął goniony wóz z trasy, na skalisty klif.
Giovanni wcisnął ostro hamulec, a Mercedes stracił przyczepność i dosłownie odwrócił się o sto osiemdziesiąt stopni, zatrzymując spory kawałek dalej od zdarzenia.
Na wpół zmiażdżone od strony kierowcy auto Subina wytraciło prędkość i ostatecznie zatrzymało się na krawędzi klifu,. Drugi pojazd z impetem z niego się stoczył, uderzył w poniższe skały i dosłownie eksplodował, rozjaśniając noc żywymi płomieniami wybuchu.
Zaklął pod nosem po włosku, czując w sobie taką dziką, pierwotną intensywną emocję, którą normalnie zaklasyfikowałby jako obawę. Czyli tego, czego nie uświadczył w swoim życiu. Dotarł do auta – do wraku konkretniej – wyciągając z kabury broń, którą odbezpieczył. Zdewastowana strona kierowcy dosłownie zmiażdżyła go – nie było jej, bo została pomniejszona i wbita w dalszą część pojazdu. Subin, który siedział za kierowcą też oberwał, ale miał tyle szczęścia, że nie został rozbebeszony, ale część zdeformowanej konstrukcji auta przytrzasnęła i zmiażdżyła mu nogę. Navi w tym wszystkim pozostawała niemal nietknięta, szczęśliwie siedząc po stronie, która została zdewastowana najmniej. Ale drzwi się nie chciały otworzyć, a pojazd niebezpiecznie kołysał na krawędzi klifu.
Jak w filmie! Dramacie, dokładniej.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Działał tak, jak nakazał Giovanni. Przekazał swoim ludziom rozkazy i w ciągu kilku sekund, auto które podążało za czarnym mercedesem, zwolniło i skręciło w inną uliczkę, odpuszczając pościg zgodnie z poleceniem. Mieli czekać i być w pobliżu. Damon zadzwonił zaraz po tym na lotnisko, aby zgłosić fałszywy alarm bombowy, który miał zatrzymać wszystkie wyloty oraz przyloty, przynajmniej na kilka godzin. Musiał to zrobić z jednorazowego telefonu i być bardzo przekonujący. Może nie był socjalnym człowiekiem, ale potrafił w siłę perswazji.
Navi w tym czasie słuchała chełpienie się Subina, który był pewien, że już nic nie zdoła mu przeszkodzić w odzyskaniu żony. Wciąż trzymał ciasno jej nadgarstek. Tak mocno, że miała wrażenie, że jego palce już na stale odcisną się na jej ciele.
Ona wiedziała, że Giovanni po nią przyjdzie. Prędzej czy później. Pojawił się w Tajlandii, to znajdzie ją absolutnie wszędzie. Zresztą, sam jej to powiedział.
— On cię zabije — skomentowała tylko, pod nosem, kiedy Subinowi morda się nie zamykała. Była pewna, że Włoch nie puści Koreańczyka żywego, nie po tym co dzisiaj zaszło. Musiałaby go nie znać, aby uważać inaczej.
Szczęka mocniej mu się zacisnęła w niezadowoleniu i raz jeszcze szarpnął kobietę za rękę, najwyraźniej chcąc w ten sposób ją upomnieć, ale nie zdołał zrobić nic więcej, ponieważ jego uwagę przyciągnęło coś innego. Auto, którego reflektory odbijały się w lusterku wstecznym. Którego smród paliwa czuć było niemalże pod nosem.
Giovanni.
Uczucie ulgi rozlało się po jej komórkach. Subin rozkazał mało przyjemnie kierowcy jechać szybciej. Zgubić go. Ciśnienie mu się podniosło. Przeklinał po koreańsku pod nosem. Otworzył usta, aby ponownie wydrzeć się na drugiego mężczyznę, ale to właśnie wtedy coś szarpnęło autem i pasażerami. Niewyobrażalna siła pchnęła ich na ściany samochodu, które oberwało w bok.
Poleciała na ścianę i poczuła jak jej głowa uderza w szybę. Wtedy też wszystko stało się czarne, a ona sama straciła przytomność. Na szczęście miała zapięte pasy bezpieczeństwa, które mocno trzymały ją przy siedzeniu, ale sam impet napiął jej ciało, mięśnie, kręgosłup.
Nie wiedziała co się działo. Miała wrażenie, że umarła, ale wtedy usłyszała przygłuszone dźwięki, jak zza grubej ściany. Jakby ktoś próbował otworzyć zatrzaśnięte drzwi. Ktoś był obok, ale potrzebowała chwili, aby otworzyć oczy i odzyskać świadomość tego gdzie jest oraz co w zasadzie się stało.
Głowa ją paskudnie bolała. Czuła jak krew ścieka jej po twarzy i plami białą, teraz już mocno ubrudzoną suknię. Powoli dochodził do niej świat i sytuacja w której się znalazła, a to sprawiło, że bardzo szybko adrenalina zaczęła płynąć w jej żyłach. Rozbudziła się i wcisnęła plecy w siedzenie, gdy doszło do niej, że auto, którym jechała zawisło nad przepaścią. Serce waliło jej jak głupie, a oddech momentalnie się spłycił w przerażeniu. Obejrzała się na nieprzytomnego, krwawiącego Subina oraz ich kierowcę, który już nie wyglądał jak człowiek.
I już kiedy miała wpadać w panikę, doszło do niej, że nie jest tu sama.
Dostrzegła Giovanniego i przerażenie przemieszało się z pewnym uczuciem ulgi, ale było ono mocno stłamszone. Spróbowała chaotycznie odpiąć pas, ale ten jak na złość się zaciął. W sukni ciężko się było poruszać, a każdy gwałtowniejszy ruch powodował niebezpieczne chwianie się auta, przez co mocniej przytulała się do oparcia siedzenia, jak gdyby to miało przechylić bardziej szalę w stronę życia.
— Giovanni… boję się — powiedziała, a jej głos wydawał się brzmieć jak bezsilny szept wydostający się przez rozbitą szybę od strony pasażera.
Szczerze nie miała pojęcia co robić. Była tak przerażona, że nawet nie płakała. Adrenalina kazała jej działać i myśleć, ale wszystko inne nie chciało współpracować. Teraz miała wrażenie, że nawet lekki ruch głowy w kierunku Włocha wystarczył, aby auto runęło w dół.
Giovanni Salvatore
-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dlatego nie porównałby życia do filmu akcji. Do jakiegoś dokumentu o ‘Ndraghetcie.
Nawet to, co wydarzyło się dzisiejszego dnia, na jego własnym ślubie, mogło być szybciej wkalkulowanym, oczywistym ryzykiem, a nie czymś, co nie miało prawa się zdarzyć.
Powinien był to, kurwa, przewidzieć.
I prawda była taka, że bardziej wściekły był na siebie, niż na swoich ludzi, że zawiedli. Większe zarzuty mógł postawić sobie, niż Damonowi. Bo nie przewidział wszystkiego. Bo oparł się na innych ludziach.
Cudem rozminął się z plątaniną dwóch samochodów, która wydarzyła się przed nim. Można powiedzieć, że część tego cudu sięgnęła też Navi. Tyle tylko, że on nie wierzył w żadną, boską interwencję. Ani w szczęście. Jedynie, jeśli już, w czysty przypadek.
Sytuacja taka, jak ta, była idealnym sprawdzianem dla jego umysłu. Problem był jednak taki, że nie miał na tyle czasu, aby zaplanować to wszystko – jak zawsze- trzy ruchy na przód, tylko musiał jechać na granic błędu i pilnować się, żeby jej nie przekroczyć.
Drzwi się nie ruszały, choć konstrukcja pojazdu z tej strony była niemal nienaruszona. W pecha też nie wierzył, a bardziej w automatykę pojazdu – w końcu w większości drzwi się zamykały automatycznie po osiągnięciu pewnej prędkości. Włożył rękę do środka, pomimo szkła, jednak z drugiej strony nie dało się również ich odblokować. Zaklął, ale tylko w myślach, nie mącąc swojej spokojnej twarzy.
Podniósł spojrzenie na Navi, kiedy ta szarpała się z pasem. Auto zadrżało niebezpiecznie, kołysząc się.
— Nie ruszaj się — odpowiedział, spokojnie ale z pewną ostrością w głosie, jak gdyby ją karcił z tą swoją elegancją i wyważeniem. — Spójrz na mnie, mia cara — powiedział, dokładnie takim samym tonem, jak zawsze mówił, jak każdego dnia. Spokojnym, opanowanym, pozbawionych emocji. Tu emocje mogłyby go mocno zdradzić, miałjednak ten luksus, że nigdy nie dyrygowały ani jego głosem, ani działaniami. — Nic więcej ci się nie stanie, rozumiesz? Jesteś bezpieczna. — Nie obiecywał, tylko podejmował decyzję. To tak jakby miał przejąć kontrolę nad losem, nad fizyką. Ale ton jego głosu przy tym złagodniał, jak gdyby tym miał ją przekonać i zachęcić do tego, by nabrała spokoju. By uspokoiła nawet własny oddech.
— Powoli — dodał, wychylając się przez rozbite okno do środka pojazdu. — Patrz na mnie, carissima — dodał, świadomie wpuszczając na swoje wargi niewielki uśmiech, jakby samym tym, jeśli nie wcześniejszą deklaracją, miał ją przekonać, że wszystko będzie w porządku. Sięgnął do jej pasa, starając się nie dotykać swoim ciałem ramy okna i odpiął go. Jeden problem mieli z głowy, zostawał ten główny.
Auto znów zachwiało się, tym razem dosadniej, przesuwając się kilka milimetrów, co dla niego było jasnym sygnałem, że czas się kończył. Ale nie mógł niczego pospieszać, gwałtowność tylko by ten czas całkowicie wyczerpała.
— Wysiądziesz, wsiądziemy do auta i pojedziemy daleko stąd — zapewnił tak, jakby to było całkowicie proste i w pełni możliwe. — Obejmij mnie teraz mocno — polecił, pozostając nachylonym do środka. — Dokładnie tak. Jak przy naszym pierwszym tancu — dodał, mówiąc to z taką łatwością i lekkością, jak gdyby nie byli teraz w sytuacji zagrożenia życia, a wspominali wesele. To, które zakończyło się szybko i ekstremalnie. Sam objął ją ciasno i zaczął wysuwać się z auta, ciągnąc ją naturalnie za sobą. Wrak znów niebezpiecznie zachwiał się, tym razem mocniej, kiedy dolna część Navi, za górną, przesunęła się w stronę okna.
Nie oglądał się na pojazd, stabilnie wyciągając kobietę za sobą przez okno. Podchwycił ją nieco inaczej, kiedy jej tułów wysunął się poza pojazd. Auto ze zgrzytnięciem przesunęło się o te kilka milimetrów, przechylając niebezpiecznie w stronę spadku.
— Devo dire che oggi Lei è davvero molto elegante — mruknął, z tym samym stoicyzmem, z tym samym czarem i niewielkim, przekonującym uśmeichem, wyciągając ją niemal całkowicie z wraku.
Niemal.
Coś zacisnęło się na samej kostce Navi, kiedy już miała całkiem opuścić wrak. I był to Subin.
— Nigdzie… nie… idziesz — wywarczał przez ból. — Zostajesz ze mną. Jesteś moja.
Sempre e per sempre dalla stessa parte mi troverai
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Z trudem na niego spojrzała, gdy jej to nakazał. W zaszklonych od strachu oczach miała wymalowane przerażenie. Cała się trzęsła. Nie mogła tego opanować. Oddech miała spłycony, jakby jakikolwiek jej cięższy wydech miał zachwiać niestabilnym pojazdem. Bała się. Po ludzku się bała. Właśnie do niej doszło, że nie chciała umierać. Wcześniej nie obchodziło jej to czy będzie żyć. Wiele razy myślała o tym, aby jak tchórz targnąć się na własne życie, kiedy była żoną Subina. Nie miała większego celu i nie widziała drogi ucieczki. Odkąd jednak jej życie drastycznie się zmieniło, pokochała żyć. Odzyskała chęć do robienia rzeczy, poznawania miejsc, ludzi i nowych smaków. Chciała doświadczać i przeżywać.
Dlatego teraz po prostu się bała.
Jesteś bezpieczna.
Nie odzywała się. Jedynie niemalże niewidocznie przytaknęła mu głową w zrozumieniu. Naprawdę chciała mu wierzyć, ale strach nie opuszczał jej ciała i umysłu. Nawet ból został przez niego przyćmiony.
Gdy wychylił się do środka, jej przerażenie urosło w obawie, że teraz auto runie w dół też razem z nim. Że zaraz wszystko się zachwieje i zwyczajnie spadną w przepaść. Spojrzała przez przednią szybę na przepaść, która się przed nią rozścierała, a serce jeszcze mocniej jej zabiło w przypływie adrenaliny.
Patrz na mnie, carissima.
Wróciła do niego wzrokiem, czując jak zwyczajnie, po ludzku chce jej się płakać z tego strachu. I w tym wszystkim, pośród tego syfu był jego niewielki uśmiech na którym się skupiła, w duchu modląc się do boga w którego nie wierzyła, aby wszystko było dobrze.
Pas puścił, a jej ciało ponownie się napięło, gdy auto się zachciało. Przycisnęła się instynktownie do siedzenia, jakby to jakkolwiek miało wpłynąć na fizykę. Nawet nie wiedziała kiedy wstrzymała oddech.
Na bogów, jak ona chciała wierzyć w to, że stąd wyjdzie i pojadą gdzieś daleko.
Słysząc jego polecenie, zwyczajnie się przeraziła. Bała się, że jak wykona jakikolwiek większy ruch, to auto się ponownie zachwieje, ale tym razem ostatecznie. Ostatkiem sił powstrzymywała się od łez, mimo szklistych oczu. Nie chciała stracić teraz wizji. Z trudem zatrzymała trzęsienie się całego ciała, aby niepewnie do niego sięgnąć. Ufała mu. Ze wszystkich osób na świecie, jemu ufała najbardziej. Wiedziała też, że wie co robi.
Nie pierwszy raz powierzała mu swoje życie.
Z początkowym zawahaniem i obawą sięgnęła do niego, aby zaraz objąć. Mocno, na tyle, na ile pozwalało jej ciało. Jak tylko poczuła go pod palcami, zacisnęła je na nim tak mocno, jakby to miała być jej ostatnia szansa na życie.
W zasadzie tak było.
Nie dostrzegła tego, że w trakcie trwania tego całego manewru przestała oddychać. Zamknęła też oczy, obawiając się, że jak je otworzy, to wszystko się posypie. Czuła tylko jak Giovanni powoli wyciąga ją z chwiejącego się auta. Jak jej ciało, w tej pieprzonej sukni ślubnej, wysuwa się przez rozwalone okno, a materiał zahacza o rozbitą szybę, rozdzierając się. I chociaż samochód się niebezpiecznie chwiał w trakcie tego wszystkiego, to ona z każdą sekundą znajdowała się coraz dalej od niebezpieczeństwa.
Mocniej go objęła, a kącik ust mimowolnie, w tej całej panice, drgnął na jego słowa. Chciałoby się to skomentować, gdyby nie fakt, że nagle poczuła opór. Czyjeś palce zacisnęły się na jej kostce, niczym imadło. Zupełnie tak samo, jak wcześniej na jej nadgarstku.
Momentalnie otworzyła oczy i spojrzała za siebie, aby dostrzec Subina. Wkurwionego, zakrwawionego, ale ostatkami silnej woli trzymającego ją za nogę. Instynktownie zaczęła się szarpać, bijąc go drugą nogą. Starała się wbić cholerny obcas w jego mordę czy cokolwiek, ale Subin nie miał już nic do stracenia. Wydawał się nie czuć bólu.
— Jeśli zginę… ty zginiesz ze mną — warknął, starając się z powrotem wciągnąć ją do środka.
To właśnie wtedy auto się mocniej zachwiało. Jej dawny mąż wciskał w nią swoje palce, nie chcąc puścić nawet teraz, kiedy pojazd zsuwał się coraz bardziej w kierunku klifu.
Złapał ją za łydkę i szarpnął.
Wtedy auto zaczęło spadać.
Subin pociągnął ją za sobą, ale musiał ją w końcu puścić, kiedy pęd auta w dół był silniejszy niż jego chwyt. Navi nie była jednak tak bezpieczna jak by tego chciała. Jej uścisk się poluźnił i drobne palce zsunęły się z karku Giovanniego. Siła jej dawnego męża sprawiła, że zawisła nad przepaścią, w ostatniej chwili łapiąc Włocha za rękę.
Całe życie ponownie przebiegło jej przed oczami, a adrenalina wystrzeliła. Czuła wiatr, który smagał jej skórę i odległość, która dzieliła ją od ziemi. Nawet nie miała gdzie oprzeć stóp, aby złapać jakąkolwiek podporę.
I co gorsza, czuła jak jej chwyt się luzuje.
— Nie utrzymam — powiedziała słabo. Ręce jej słabły i nawet wizja spadku nie dodawała jej dostatecznie dużo siły, aby pokonać grawitację.
Giovanni Salvatore
-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Coś się musiało w nim przesunąć jakiś czas temu – niezauważalnie i po cichu, zanim w ogóle zaczął to odnotowywać.
I sprowadziło się to do sytuacji, w której realnie ryzykował, tylko po to – lub aż po to – aby pomóc kobiecie. Kiedyś nie pomyślałby, że byłby do tego zdolne, bo oceniłby to jako skrajnie irracjonalne. Świadomie unikając banalnego określenia: głupie.
Zaalarmowany nagłym oporem, który powstał przy ewakuowaniu żony z wraku samochodu, przeskoczył spojrzeniem w głąb samochodu, dostrzegając kto jest sprawcą tego zamieszania. Trzymając Navi w swoim uścisku i walcząc z desperowanym wariatem nie miał możliwości, aby sięgnąć po broń z kabury na swojej piersi. Kobieta walczyła, ale Subin był Subinem. Upartym, egoistycznym idiotą, który planował pociągnąć ją na dno.
W ciągu kilku kolejnych, zdecydowanie zbyt krótkich, sekund, sytuacja odwróciła się drastycznie. Wrak runął w dół, roztrzaskując się o skały w wodzie, jednak Navi pozostała w jego chwycie. Znacznie innym, mniej stabilny, opartej na samej dłoni. Sam, pociągnięty wcześniej ciężarem pojazdu, znalazł się na glebie, do samego końca jednak nie wypuszczając kobiety.
Wypowiedziane przez Subina ‘jesteś moja’ odbijało się echem po jego umyśle, mocno obijając się o klatkę, w której więziona była kolejna z jego emocji – frustracja.
Problemem z utrzymaniem Navi nie był ciężar, choć ten też odczuł, gdy rozłożył się wyłącznie na jego ramię, obciążając mocno nadgarstek. Większym problemem były kosmetyki. Mgiełka, krem, wszystko to, co sprawiało, że skórę miała nieskazitelną, a tego dnia dosłownie lśniła.
Podparł się drugą dłonią, poprawiając swoje ułożenie, a później podchwycił przedramię kobiety, ignorując jej słowa. To nie ona miała utrzymać, to on. Teraz, tak na dobrą sprawę, wszystko zależało od niego. Jej życie zależało od niego, a on sam znów ryzykował sobą – ryzykował to, że pociągnie go za sobą. Że oboje runą w dół.
Najoptymalniejszym i najrozsądniejszym byłoby puszczenie jej w otchłań, ale nie potrafił tego zrobić. Ba, co bardziej zatrważające dla jego systemu – nie pomyślał o tym nawet; nie uwzględnił w tym rachunku, który zawsze wykonywał.
Czuł jak kobieta wyślizguje mu się pomimo poprawnego chwytu. Zacisnął zęby mocno, a mięśnie na jego szczęce zarysowały się, burząc tę spokojną, niezmąconą fasadę, którą zawsze miał. Nie patrzył na Navi, nie patrzył na wyraz jej twarzy, patrzył wszędzie, tylko nie tam.
Krawędź osunęła się znacząco, wyciągając go znacznie bardziej w przód, w stronę spadku. Wypuścił na ten moment dłoń Navi, aby zaprzeć się i nie zsunąć się dalej, a później znów ją podchwycił.
Ocenił wszystko – długość spadku, ilość skał w dole, a także pojedyncze części samochodów, które dryfowały z, kontrastowo spokojnymi, falami. Swoją pozycję, przyłożenie ciężaru i prawdopodobieństwo, że z tego miejsca da radę podciągnąć Navi, nie łamiąc praw fizyki, a także ego wszystkich umięśnionych kulturystów.
Dopiero później przeniósł spojrzenie na żonę, lokując uwagę wyłącznie w jej oświetlonych księżycem tęczówkach.
— Jesteś bezpieczna, carissima — powtórzył, przybierając raz jeszcze ten sztuczny, ale do cna przekonujący, pocieszny półuśmiech. Giovanni nie obiecywał, on stwierdzał.
Puścił chwyt swojej dłoni, którą powstrzymywał ich przed osunięciem się w dół, pozwalając im runąć. Zdążył tylko przyciągnąć ją do siebie i otoczyć ramionami. Cudem, choć w te nie wierzył – był po prostu przypadek lub oczywista kalkulacja – chlusnęli we dwóję do wody, znikając pod jej powierzchnią. Czuł, jak przyszlifował boleśnie bokiem o jedną z zanurzonych skał Kilka kolejnych sekund pod taflą zabrało mu zrozumienie gdzie była góra, a gdzie dół. Później wyciągnął się ponad powierzchnię, łapiąc oddech, odnajdując swoją partnerkę, by upewnić się, że i ona była w stanie oddychać. Dopadł do niej.
Spokojna woda nie rzucała ich brutalnie na skały, ale wymagała pracy, by nie dać się zepchnąć na brzeg z wrakami. I trupami.
Ancora imparo
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Paskudnie się bała, ale co gorsza, bała się przede wszystkim o to, że pociągnie Włocha za sobą. Widziała jak walczył, aby ją utrzymać. Jak poprawiał chwyty, jak starał się zrobić wszystko, aby tylko nie spadła między rzekę i skały. Obawiała się jednak, że stanie się najgorsze i ziemia się osunie wraz z nim.
— Giovanni… puść — powiedziała bezsilnie, z pewną prośbą ukrytą w głosie.
Ostatnie co chciała, to aby spadł razem z nią. Balansował już na cienkiej granicy. Kolejne kamienie staczały się w dół, kiedy jego ciało zapierało się o ziemię na szczycie klifu, a to jeszcze mocniej podnosiło jej adrenalinę i strach. — Słyszysz? Puść mnie! — powiedziała błagalnie, kiedy raz jeszcze ziemia się osunęła, ale tym razem większy jej kawałek posypał się obok niej, uświadamiając jej jak bardzo niestabilna była jego pozycja.
Spotkała się z nim spojrzeniem.
Jesteś bezpieczna, carissima.
Nie zdołała nic odpowiedzieć. Zamiast tego poczuła jak w ułamku sekundy wszystko dookoła przyspiesza, a pęd wiatru uderza w jej odkryte plecy. Serce jej się zatrzymało w przestrachu. On leciał w dół razem z nią. Instynktownie zamknęła oczy, jakby to miało dodać jej odwagi. Ale to właśnie wtedy też poczuła, jak Giovanni ją do siebie przyciąga. Złapała go kurczliwie za ubranie, wciskając w niego twarz, czekając na upadek.
Wszystko działo się w ciągu kilku sekund.
Nagle poczuła jak z impetem zanurzają się w wodzie. W ostatniej chwili wstrzymała oddech, chociaż część wody i tak dostała się do jej ust. Na moment straciła orientację w terenie. Wszystko było takie same, a woda dudniła jej w uszach. Udało jej się wypłynąć na powierzchnię i wziąć głęboki wdech. Ciężka, mokra suknia była w tym momencie jak kotwica, która ciągnęła ją w dół, ale adrenalina kazała jej walczyć.
Wtedy sobie uświadomiła, że jednak żyje, a wszystkie kończyny ma na swoim miejscu.
Odnalazła rozbieganym spojrzeniem Giovanniego i w jednej sekundzie poczuła jak ogromna fala ulgi przepływa przez jej ciało. Wtuliła się w niego, odczuwając przy tym całą masę wielu emocji. I chociaż wciąż musieli dotrzeć na brzeg, to chociaż teraz nie znajdowała się nad pieprzoną przepaścią.
Prąd wody oddalał ich od wraków dwóch aut, w tym tego, które miało więzić też Subina. Dość automatycznie spojrzała w tamtym kierunku, jak gdyby w obawie, że jej dawny mąż pojawi się w odmętach ciemności.
Ale w wodzie wydawali się być tylko oni. Przynajmniej jeśli chodziło o ludzi. Żywych.
Dopłynęli do przeciwnego brzegu, tam gdzie mogli wyjść normalnie na powierzchnię. Dopiero kiedy poczuła pod stopami stały grunt poczuła jak bardzo była wyczerpana. Nie fizycznie. A przynajmniej nie tylko. Całe jej ciało drżało od napięcia, które trzymało ją przy życiu przez ostatnie kilkanaście minut. Adrenalina wciąż krążyła w żyłach, ale powoli zaczynała ustępować. Nogi wciąż miała jak z waty.
Było jej zimno. Dopiero teraz naprawdę zimno.
Mokra suknia ślubna przyklejała się do skóry, włosy ciężko opadały na plecy i ramiona, a bose stopy zapadały się w wilgotnej ziemi. Kamienie wbijały się w jej podeszwy. Buty straciła już w momencie jak starała się wsadzić obcas w oko Subina. Z nieudanym skutkiem.
— To było irracjonalne — powiedziała cicho. Dokładnie te słowa jej powiedział, kiedy osłoniła go wtedy, samą sobą, przed strzałem Matteo. Teraz on postąpił podobnie. Według jego logiki, powinien był ją puścić, aby ratować siebie, a on zaryzykował swoje życie dla niej.
Podeszła chwiejnie bliżej niego, aby zerknąć na zakrwawiony bok rozdartej przez skały koszuli. Zmartwiła się szczerze, a serce mocniej zabiło i podniosła na niego swoje wystraszone spojrzenie. Miała tyle rzeczy do powiedzenia. Tyle emocji przez nią przechodziło w tym jednym momencie: ulga, ciągłe roztrzęsienie, niepokój, strach, który dopiero ustępował, wdzięczność i resztki paniki.
Zamiast jednak wyrzucić z siebie jakiekolwiek słowo, po prostu podeszła i zwyczajnie, po ludzku się w niego wtuliła. To była jedyna rzecz, której w tej chwili potrzebowała. Wtuliła się tak mocno, jakby chciała upewnić się, że naprawdę tam jest. Że oboje wydostali się z tego żywi.
Ramiona owinęła wokół niego bez zawahania, przyciskając policzek do mokrego materiału koszuli. To właśnie wtedy napięcie, które się w niej kłębiło, w końcu puściło. Nie całkowicie, ale wystarczająco, by poczuła drżenie własnych dłoni, które kurczowo za nim zaciskała.
— Naprawdę nie lubię twojej ciotki… — wymruczała w jego koszulę.
Giovanni Salvatore
-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Giovanni częściej milczał, niż się odzywał, właśnie dlatego. Wiedział, że jego słowa miały dla niego konkretną moc, konkretny cel. Na zewnątrz niego panowała w większości cisza, ale pod jego kopułą tabun myśli pracował jak ogromny komputer należny do NASA, szacując, obliczając i oceniając. Nie był idealny i też popełniał błędy, wiedział to. I niejednokrotnie, ku własnemu niezadowoleniu, to odczuwał.
Stanął na brzegu u jej boku, pomagając jej wydostać się spomiędzy niewielkich fal, rozbijających sięo brzeg.
— Tego nauczyłem się od ciebie — odpowiedział, z czymś na wzór żartobliwego zabarwienia w głosie; miękkiego, sytuacyjnego humoru, który miałby przenieść jej myśli od tego, co działo się chwilę temu i uziemić w czymś znacznie prostszym.
Nie chodziło jednak o rozproszenie tylko jej, ale i jego samego. Dywersja, aby nie myślał o tak krytycznym i karygodnym błędzie systemowym, jaki dosłownie chwilę temu, z pełną świadomością popełnił. I dlaczego? Dlatego, że po raz pierwszy w życiu nie chciał czegoś stracić. A stracił coś praktycznie istotnego niejednokrotnie – szansę na dobry kontrakt, inwestora, którego przejęła konkurencja, pieniądze, na rzecz źle podjętej decyzji. Czyli tracił wszystko to, w czym miał być dobry i co było zależne od jego kalkulacji.
Tyle tylko, że to wszystko potrafił zastąpić. Wiedział, że potrafi już w dniu, w którym spotykał się z wynikiem.
W przypadku Navi, choć to absolutnie dla niego nielogiczne, takiego wariantu nie widział.
Czuł pieczenie rozoranej skóry, skrytej teraz pod wystrzępionym rękawem koszuli. Wiedział, że krwawi, ale uraz – choć bardzo brzydki i niemały, teraz sklasyfikował jako niegroźny.
Otoczył ramieniem kobietę, która się w niego wtuliła. Czuł na całym swoim ciele, do którego przylgnęła, jak drży. I wiedział, że dygotała nie tyle co z chłodu, co z emocji. Ze strachu – bo dopuścił do sytuacji, w którym mogła być zagrożona.
To był jego błąd.
Gorzki smak jego własnej porażki. Nie znosił go, z trudem przełykał. Własne potknięcia były dla niego największym problemem, bo dotyczyły nie czyjejś niekompetencji, a jego własnej.
Przycisnął ją do siebie nieznacznie mocniej, w ciszy kontemplując jej niewielką sylwetkę, zamkniętą w jego ramionach. Czytał ją teraz, rozumiał kim był dla niej i co jej dawał. Rozumiał, że to nie była tylko fizyczna bliskość – szukała bezpieczeństwa i chciała je znaleźć przy nim. Miał być jej opoką; jej bezwzględnym obrońcą, który nie dopuści do jej krzywdy.
Był potężny – nie w ten filmowy czy książkowy sposób, bo nie miał magicznej mocy. Ale miał kontakty, miał zdolności zgoła inne niż magiczne, choć równie użyteczne. Wiedział za jakie sznurek pociągnąć, by wprawić w drganie całą planszę po drugiej stronie. A jednak mimo tej potęgi dopuścił do tak żałosnego błędu ze swojej strony.
— Przepraszam, carissima. — To słowo na jego wargach było rzadkością, jeśli było szczere. Jeśli miało nieść powzięcie odpowiedzialności za porażkę, którą popełnił. Przyznanie się do niej było dla niego najbardziej gorzkim ze wszystkich smaków, jakie znał. — Powinienem lepiej cię chronić. Powinienem był dokładniejszy. I powinienem nie spuszczać cię z oka.
Nie chodziło o ten jeden dzień; o to, że w trakcie wesela siadał do stołu nie w jej towarzystwie, a z biznesową klientelą. Gdzieś przeoczył moment, w którym Navi stała się celem jego ciotki.
Ruch ze strony Aurelii tylko potwierdził to, czego był już pewien od kilku lat.
— Zabiorę cię
Wrzało w nim, choć jego fasada wciąż pozostawała nieporuszona. Wciąż tkwił z kobietą w tym momencie bliskości, podczas gdy jego umysł pracował. Planował, snuł i obliczał. Kalkulacje sprowadzały się do jednego wyniku.
— Chodźmy do samochodu.
alexa, play 'The Rains of Castamere'
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Giovanniego zwyczajnie nie chciała stracić. I to jeszcze z własnego, głupiego powodu. Nie wzięła z nim ślubu dlatego, że była zmuszona lub był to dobry ruch dla niej samej. Nawet jeśli faktycznie tak było, to nie patrzyła na to, kiedy przyjmowała jego oświadczyny. Zależało jej na nim. Chciała przy nim żyć, niezależnie od tego z czym to się wiązało oraz ile osób zamierzało być przeciwko. Nawet jeśli jej życie będzie zagrożone tak jak dzisiaj, to nie zamierzała się wycofać.
Teraz chociaż wiedziała czego się spodziewać. Wcześniej mogła się tylko domyślać, ale dzisiaj poczuła czyny i decyzje Aurelii na własnej skórze. I tutaj żadne więzi i układy nie miały znaczenia. Nie było zasad. Tylko konsekwencje.
Potrzebowała teraz jego bliskości. Była całkiem roztrzęsiona, a on był jej podporą. Był jej stabilnością. Bezpieczeństwem, którego potrzebowała. To był właśnie ten paradoks. Człowiek, który dla innych był chodzącym zagrożeniem, dla niej był bezpieczną przystanią.
W dodatku kolejny raz ją uratował. Teraz chociaż kojarzyła każdy szczegół.
Nie puszczała go, chłonąc jego obecność, która działała na nią uspokajająco. Ta cała burza, która się w niej kłębiła, powoli zaczynała słabnąć. Serce, chociaż wciąż waliło od nadmiaru emocji, teraz wydawało się łapać rytm. Nawet jeśli wciąż drżała, to po sobie czuła, że cały ten strach zwyczajnie odchodzi.
Przepraszam, carissima.
Otworzyła oczy i odsunęła się zaledwie na kilka centymetrów, aby móc na niego spojrzeć. Nie spodziewała się przeprosin, bo też żadnych od niego nie oczekiwała. W końcu to nie on zasadził się na jej życie, nie on zaprosił na ich wesele Subina. Spodziewała się, że może się coś wydarzyć, ale nigdy nie sądziła, że przybierze to takiej skali.
Kącik ust jej drgnął w pociesznym, uspokajającym wyrazie.
— To nie twoja wina — powiedziała, sięgając dłonią do jego policzka, aby przesunąć po nim delikatnie kciukiem. W ogóle nie uważała, że w jakimkolwiek stopniu zawinił. W końcu nie powinien wciąż się na nią oglądać na własnym weselu. Nie była dzieckiem, ale z drugiej strony, nie żyła w tym świecie na co dzień, aby wiedzieć jak funkcjonować i się bronić. — Nie obwiniaj się. Przyszedłeś, jak zawsze. To jest ważne — dodała. Gdyby nie on, zapewne by już nie oddychała. Albo Subin by ją wywiózł i upewnił się, że nikt jej nie znajdzie. Możliwe, że za to wszystko by ją zwyczajnie skatował… albo spadłaby w przepaść wraz z Subinem, ginąc przy jego boku, co byłoby największą tragedią.
Ale jej mąż ją odnalazł. Uratował. Zaryzykował własnym życiem, aby o nią zadbać.
O ile faktycznie mogła o nim mówić jak o mężu, skoro dopiero teraz oficjalnie stała się wdową, a Rhea nie istniała. I Aurelia o tym wiedziała.
Przytaknęła na jego słowa. Nie zamierzała wracać na wesele. Była zmęczona fizycznie i psychicznie. Miała zwyczajnie dosyć. Całe to piękne wydarzenie szybko przemieniło się w koszmar, który zapadnie jej w pamięć już na zawsze.
— Musisz też to opatrzeć. Nie wygląda dobrze — mruknęła zmartwiona, dość instynktownie zerkając na zakrwawioną koszulę, która wydawała się coraz bardziej zyskiwać na szkarłatnym kolorze.
Sięgnęła do jego dłoni, bo nie chciała go jeszcze puszczać. Skierowała się z nim w górę, odnalezioną drogą, starając się unikać kamieni i innych szyszek, które wbijały się w stopy. Jej suknia była już w pełni do wyrzucenia. Porwana, mokra, brudna od krwi, ziemi i kurzu. Daleko jej było do pięknej panny młodej, którą była jeszcze nie tak dawno temu.
Wsiadła do auta od strony pasażera, dopiero teraz wyrzucając z płuc powietrze, które nieświadomie wstrzymywała. Zapięła pasy.
— Giovanni… — zaczęła, czując jak emocje z niej schodzą i wszystko coraz bardziej w nią uderza. Cały ten ciężar i świadomość wydarzeń. — Co zamierzasz zrobić? — spytała, przenosząc na niego spojrzenie.
Wiedziała, że on tego tak nie zostawi. Musiałaby go nie znać. Dlatego spodziewała się, że ktoś za to wszystko zapłaci, a zapłata będzie kurewsko bolesna.
Giovanni Salvatore
-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Giovanni działał według innego systemu – prawda. Ale był pewien wspólny mianownik. Bo tak jak zwyczajny człowiek nosił pewne brzemię i jeśli chodziło o jego przypadek, to był bardzo, ale to bardzo, niemal absurdalnie krytyczny wobec samego siebie.
Nienawidził popełniać błędów bardziej, niż ktokolwiek inny na świecie. Oczywistość – nikt nie lubił się mylić; nikt nie lubił nie mieć racji. Ale stopień, w jakim on karał samego siebie i zakrzywiał spojrzenie był niepoprawnie krytyczny.
Nie powiedział jednak nic, nie chcąc dyskutować. Nie przyjął jej słów, nie zgodził się z nimi, ale zrobił to w całkowitym milczeniu, nie zmieniając swojego położenia względem niej. Wciąż pozostawał blisko, wciąż jej podporą. Po tym wszystkim, do czego jego własna niekompetencja doprowadziła mógł zrobić dla niej chociaż tyle. A wiedział, że to dużo nie przez własne obliczenia, ale przez sposób, w jaki reagowała.
Sposób, w jaki napięcie powoli zwalniało jej ciało pomimo chłodu; sposób, w jaki jej oddech i serce odzyskiwały swój rytm. W sposób w jaki zmieniał się ton jej głosu. Uczył się jej na niej samej.
Przeniósł spojrzenie na swoje rozorane morską skałą ramię – prawdopodobnie pod strzępkami materiału, które przylepiały się do mokrej od posoki i słonej wody skóry, wyglądało to znacznie gorzej. Ale to było teraz zastraszająco nisko na liście jego priorytetów.
— Będziemy się tym martwić później.
I tak nie mieli teraz czego z tym zrobić. Znajdowali się na opustoszałej plaży, pośrodku nocy, a jego myśli wyprzedzały ich nie o krok, czy dwa, tylko całą milę.
Zabrał partnerkę do celu. Gdzieś po drodze podźwignął ją, świadomie ignorując intensyfikujące się pieczenie w obciążonym, rannym ramieniu. Nie mógł pozwolić, aby po tym wszystkim, jej delikatna skóra na stopach została porozcinana przez coś tak banalnego jak naturalne przeszkody.
Na protesty nie zwracał uwagi.
Zasadniczo – na niewiele już zwracał uwagę. Jego myślenie zapadło się w wąski tunel, w którym istniał już tylko jeden kierunek działania. W jego twarzy, na pierwszy rzut oka, niewiele się zmieniło – twarz pozostawała tą samą, niewzruszoną faadą, ale jego oczy zdawały się zawęzić, jak gdyby przestały ‘patrzeć’ a zaczęły widzieć tylko jeden punkt. Jeden cel.
Pomógł Navi wejść do auta, wciąż trwając w całkowitym milczeniu. Wciąż jak gdyby był zamknięty na jednym zadaniu, które rozpoczął już jakiś czas temu i od którego nie sposób było go odwieść.
— To, co trzeba — odpowiedział na jej pytanie; Ton jego głosu, choć jak zwykle spokojny i opanowany, tym razem niósł w sobie coś jeszcze. Gdyby ostry, północny chłód mógł mieć nutę, właśnie tak brzmiała jego wypowiedź.
Nie powiedział nic więcej. Jeśli dociekała, zbywał ją, wcale nie miększym nie ma potrzeby, abyś się w to zagłębiała. A potem był już na telefonie – szybko, po włosku, przekazywał instrukcje. Mówił jednak w takim dialekcie, że nawet Navi, po miesiącach nauki, mogła mieć trudności ze zrozumienia całości.
Gdy się rozłączył, nie spojrzał na Navi – nie patrzył na nią od momentu, w którym podjął decyzję, co zrobi i ruszył do auta. Ale odezwał się do niej.
— Zadzwoń do swoich koleżanek i sprawdź czy opuściły już wesele. Powiedz, że źle się poczułaś i wróciłaś do hotelu i ich potrzebujesz. Kierowca ich zabierze. Mają się uwinąć szybko. — Zanim pojawił się czas na pytania, w samochodzie znów rozległ się dźwięk próby połączenia, którą podejmował. Tym razem z innym numerem.
Nacisnął mocniej pedał gazu, auto szarpnęło i wyrwało prędzej do przodu.
Dodzwonił się do Damona i dopytał jak wygląda sytuacja na weselu. A także gdzie była Aurelia – a ponieważ jej położenie nie było znane (capo raczej miał problemy z pilnowaniem jej, kiedy Rohan składał go do kupy) – zaklął pod nosem, a potem zamilkł na kilka długich sekund. Zastanawiał się, trwało to parę długich chwil, a sam wyglądał, jakby ważył coś w umyśle.
Ostatecznie powiedział psu, że wraz z Rohanem mają się stawić na parkingu za niecałe dziesięć minut.
A potem znów dodał gazu, pokonując całą trasę powrotną na weselny obiekt.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Może poza małymi dziećmi, które jeszcze nie zostały wtajemniczone.
Nie musiała wiedzieć gdzie idą, ale zauważyła zmianę w Giovannim, a raczej w sposobie jego zachowania. Wiedziała, że był zły, o ile można to było tak nazwać. Wiedziała, że on tak tego nie zostawi. I to nie tak, że ona tego oczekiwała. Nie była typem człowieka, który teraz nakaże swojemu mężowi zrobić porządek i „być mężczyzną”, bo jedyne czego od niego oczekiwała to to, aby teraz po prostu był obok. Przy nim czuła się naprawdę bezpieczna, niezależnie od sytuacji.
Ale wiedziała też kogo poślubiła.
Człowieka czynu. Człowieka, który był niebezpieczny. Człowieka, którego nie można było lekceważyć. Który nie zapominał. Który odpłacał pięknym za nadobne. Nawet jeśli była to rodzina, w dodatku jego własna. Nie oczekiwała zemsty, ale nawet nie musiała.
Nie odpowiedziała mu więc. Nie pytała też bardziej, bo już po jego tonie głosu wiedziała, że był śmiertelnie poważny i właśnie wszedł w tryb działania w którym nigdy wcześniej go nie widziała. Mogła widywać delikatne oznaki poirytowania, zmęczenia. Wiele emocji nie odkształcało się na jego twarzy, ale znała go na tyle, aby zauważać poszczególne zmiany w jego oczach.
Teraz jednak widziała coś, co było przerażające.
Nie bała się go, ale wiedziała, że inni powinni.
Nie mówiła nic. Oglądała się na niego co jakiś czas, kiedy rozmawiał z kimś przez telefon. Nie rozumiała zbyt wiele, bo chociaż jej włoski był coraz lepszy, to daleko jej było do biegłości i swobody w posługiwaniu się nim. Cokolwiek ogarniał, działo się to szybko.
Zerknęła w jego stronę, kiedy nakazał jej zadzwonienie do koleżanek i wyprowadzenie ich z wesela. Zmarszczyła brwi w pewnym zaskoczeniu, ale też zastanowieniu dlaczego. Nie kwestionowała jednak jego propozycji, bo skoro w ogóle to poruszył, to przewidywała, że na weselu się coś stanie i lepiej, aby cywile w tym nie uczestniczyli. Był śmiertelnie poważny. Jego ton głosu oraz spojrzenie było takie, jak nigdy wcześniej. Potrzebowała tylko jego telefonu, bo jej został jej odebrany podczas starcia z Subinem.
Na pamięć znała tylko jeden numer, do najlepszej z koleżanek. Była ona zmartwiona, bo szukały jej wszędzie, ale po usłyszeniu, że pojechała do hotelu ze względu na gorsze samopoczucie i chciałaby, aby do niej dołączyły, dziewczyna nie potrzebowała nic więcej. Obiecała wziąć dwie pozostałe koleżanki i jak najszybciej wsiąść do zamówionego auta.
Nawet nie zadawały pytań.
Oddała telefon mężowi, aby ten mógł zadzwonić do Damona, który wciąż czatował wśród gości i rozdzielał poszczególnych ludzi tak, aby wykonać polecenie. Po usłyszeniu kolejnego, przytaknął, nie zadając zbędnych pytań.
Przez całą drogę na wesele, oglądała się co jakiś czas na Giovanniego. Skupionego, ale było w nim coś jeszcze. Coś niebezpiecznego. Bardzo niebezpiecznego, co przyciągało jej uwagę. Nie pytała o więcej. Pozwoliła mu działać, bo wydawał się być tak pochłonięty działaniem, że po prostu musiała mu zaufać.
Gdy dotarli na miejsce, Damon z lekarzem byli już na miejscu. Weszli na tył Mercedesa, zajmując odpowiednie miejsce. Koreańczyk widząc kobietę w miarę całą i zdrową, czuł dziwne nieprzyjemne uczucie. Zjebał, ale chociaż Navi dało się uratować.
— W porządku? — spytała, odwracając się częściowo w stronę ochroniarza. W końcu martwiła się o niego i nie chciała, aby działa mu się przez nią krzywda. A z tego co zauważyła pobieżnie, to po tym jak oberwał, medyk zdołał go całkiem nieźle poskładać jak na weselne warunki.
Damon przytaknął, ale nie powiedział nic więcej. Nie umiał przepraszać, a nawet nie wiedział jak zacząć. Poza tym, to chyba nie był też na to moment.
— Jaki masz plan? — spytał Giovanniego.
Wiedział, że jakiś jest. Teraz pytanie tylko co jeszcze musiał zrobić, aby jakkolwiek się zreperować.
Giovanni Salvatore