ODPOWIEDZ
25 y/o
Welkom in Canada
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

010.
The house was asleep.
The artist wasn't.
Neither was the man who wasn't supposed to be downstairs.

trigger warning
przekleństwa
Nie. Nie. Nie.
Powiedział to Aurelii chyba dziesięć razy, kiedy namawiała go, żeby u niej spał, ale po pierwsze zasłaniał się jej ojcem, który na pewno nie będzie zadowolony. Po drugie jej mamą, bo to przecież nie wypada, kiedy była w domu. Powoływał się też na braci. I na to, że mieszka na końcu ulicy. Ale Aurelia się uparła, cały czas mówiła, że są dorośli...
A do spania oglądali jakąś nową bajkę Disneya o księżniczkach.
Dwoje dorosłych ludzi, w jej sypialni, na łóżku, gdzie trzymała swojego pluszaka, między futrzastymi poduchami, gdzie poprzytulali się tylko trochę, a potem postanowili… oglądać bajkę. Tak była ciekawa, że Donnie usnął, a Aurelia też, na jego klacie, więc kiedy się obudził, to już nawet nie zamierzał się stamtąd ulatniać, dał jej spać.
Słodka Aurelia, która uśliniła mu już tą czarną koszulkę z ulubionym zespołem. Wyciągnął się na łóżku, bo chciał sięgnąć po telefon, który położył na nocnej szafce, żeby zrobić jej zdjęcie, ale wtedy się przekręciła i ułożyła na drugim boku przytulając do poduszki. A Donnie był... wolny.
Dochodziła druga, przykrył Lię futrzastym, różowym kocykiem, a sam postanowił się ulotnić, po cichu, niezauważenie.
Zszedł na dół po schodach i już miał skierować się do drzwi, ale zobaczył światło w gabinecie? Tak założył. A potem to, że to pewnie Javier pracuje po nocach, miał się cichutko wycofać, ale mignęła mu postać Marii, a serce w piersi od razu szarpnęło. Nogi od razu go tam poniosły.
Nie powinien...
Ale co z tego? Byli dorośli.
I teraz ten dorosły chłopak zajrzał do... pracowni, jak się okazało, jej pracowni. Królestwa pobitych wazonów, złotej farby i poobdzieranych mebli. Donnie aż złapał więcej powietrza w płuca, kiedy to zobaczył. I może ten świst zwrócił jej uwagę, albo to, że po drodze w coś wlazł?
Maria się odwróciła, a on...
Powinien pewnie jak normalny człowiek, uspokoić ją i przeprosić. Tylko, że to był Donnie Bowen, ze swą wrodzoną bezczelnością, jakąś taką raptownością mieszającą się z... nieogarnięciem?
Niektórych to urzekało, a innych wkurwiało, taki był Bowen.
Doskoczył do niej, a zaraz opierał palce na jej pełnych ustach - ciii... - uciszył ją, żeby nie pobudzili całego domu. Lepiej nie. Lepiej dla nich.
- Nie chciałem cię wystraszyć... - może to akurat nie, ale zdecydowanie chciał się do niej zbliżyć. Poczuć na palcach miękkie, pełne wargi, jej oddech. Zapach perfum i bijące od niej ciepło.
Jego zielone spojrzenie zatrzymało się na jej dużych, ciemnych oczach, a palce sięgnęły do jej ramienia. Dopiero po chwili się odsunął, pół kroku w tył. Wcale nie bezpieczna odległość, a jednak dał jej odrobinę przestrzeni, i może chwilę na to, żeby przetrawiła, że to nie sen.
Bo oto te zielonookie kłopoty zawitały do jej świata. Wkroczyły do jej pracowni, jak do siebie. Jak wtedy w tym klubie. Wszedł do jej życia, a teraz ciężko go było z niego wypierdolić, cały Bowen.
- Co robisz? - zainteresował się wyglądając zza jej ramienia na stolik, gdzie trzymała jakieś swoje prace.

Bienvenido a tu cuento de hadas ₊˚⊹♡
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
42 y/o
For good luck!
168 cm
naprawia starocie w zaciszu swojego domu
Awatar użytkownika
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor


Bezsenność — zmora dorosłości.
W końcu dzieci zazwyczaj żyją chwilą obecną, można im tego pozazdrościć bo nie nakręcają się myślami jak dorośli i zmęczone szybko uciekają w sen. Maria zazdrościła, bo zamiast żyć teraźniejszością i skupić się na śnie (bo przecież to wypadało robić o drugiej w nocy - prawda?) zdecydowanie za dużo myślała teraz o swoim dorosłym dziecku, które spędzało noc na piętrze ze swoim chłopakiem.
Czy to popierała? Nie.
Czy byli dorośli i mogli robić co chcą? Tak.
Czy myślała zbyt wiele o nim? Zdecydowanie.
Czy walczyła z tą bezsennością i natłokiem myśli? Wcale.
Poddała się i zaszyła w pracowni — w swoim świętym miejscu do którego nikt z domowników nie miał wstępu. Choć to nie tak, że nie mogli tam wchodzić, ale jednak nikt tego nie robił bez jej wyraźnego pozwolenia. Nawet Javier — ten, który teraz smacznie spał na górze — to szanował, a może po prostu na rękę mu były te przymknięte drzwi za którymi ukrywała się przed samotnością i trudami ich małżeństwa? Nie zadawała uporczywych pytań. Nie wykłócała się o kolejną noc poza domem. Może to mu odpowiadało, kto wie?
A Donnie? Donnie… Ten to od razu tam zajrzał i zupełnie przypadkiem, a może celowo zaznaczył swoją obecność. Choć raczej przypadkiem, bo niewiele osób wiedziało, że ta deska w progu wydaje z siebie skrzypiący dźwięk informując o każdym przekraczającym drzwi osobniku. Skąd on miałby to wiedzieć?
Nim zdążyła zareagować on wkroczył do środka, bez uprzedzenia, bez pytania, bez wyraźnej zgody. W tym swoim popisowym wydaniu: urzekającym b e z c z e l n y m takim.
I gdy zastanawiała się czy to sen czy jawa to on zaraz palce swoje do jej ust przyłożył nim zdążyła wydusić jakieś słowo. — ciii — Serce drgnęło, jakby rwało się do niego, do tej jego beztroski. I cała drżała, gdy tak patrzyła w te zielone oczy. O nie... to na pewno nie był sen. Naprawdę stał sobie przed nią jakby nigdy nic w koszulce z jakimś zespołem, jednym gestem rozwalając ją na łopatki… ale przecież się do tego nie przyzna. Dopiero gdy się odsunął na krok odetchnęła powoli, próbując ogarnąć swoje emocje by brzmieć naturalnie, choć to wcale nie było łatwe.
Wciąż drżała.
Pomógł fakt, że zaraz już przez ramię jej zaglądał zaciekawiony, a ona nie zamierzała trzymać go w niepewności. Nie, kiedy kontynuowanie tematu mogło pomóc jej skupić się na czymś innym niż zielonookich kłopotach które zawitały do jej pracowni. Pomieszczenia, które było chyba najbardziej jej z wszystkich w tym domu. Miejsca z półkami wypełnionymi przeróżnymi wazami, naczyniami, kubkami - posklejanymi już albo czekającymi na swoją kolej. Z odrapanymi meblami czekającymi na tchnienie nowego życia w nie. Ze starymi fotografiami jej i Barcelony, a nawet plakatami z dawnych lat zawieszonymi na ścianie. Z gramofonem z którego cicho dobiegały dźwięki jednej z płyt, których zresztą też miała pełen regał. Miała tutaj chyba w s z y s t k o, od niewielkiej sztalugi ukrytej w rogu, na której nic nie namalowała jeszcze, po starą zakurzoną gitarę ukrytą między ścianą, a wysiedzianym i dotkniętym czasem fotelem. Lubiła ten bałagan, ten chaos w którym tak dobrze się odnajdywała. Nie było tutaj miejsca dla różu, futerka i błysku, za to było sporo kurzu, farb i artystycznego bałaganu.
Naprawiam — odpowiedziała cicho odwracając się w stronę blatu i próbując nabrać nieco dystansu. W świetle lampki stał ubity ceramiczny kubek w drobne niebieskie kwiatki. — To własność takiego starszego pana. Artura spod numeru piątego. To w sumie blisko was — zauważyła, bo numer jego domu, który specjalnie na pokuszenie jej zdradził, wyrył się w jej pamięci na ich rodzinnym zapoznaniu. — Więc może go kojarzysz — zawsze w cieplejsze dni siedział na werandzie z żoną i popijał kawę. — On czasami przynosi mi takie drobne rzeczy, starocie z jego domu — zaczęła opowiadać, by skupić się na tym co dobrze znane, a nie rozpraszać jego obecnością. Znów zasiadła do stołu, od którego odeszła tuż przed jego wielkim wejściem po to, by wyciągnąc z półki złotą lakę. Starannie oczyszczona krawędź kubka i odpryśnięty element czekały na połączenie, więc nie zwlekając posmarowała krawędź docisnęła elementy ze sobą ostrożnie — Jego żona zmarła rok temu i został sam, a to… to jej ulubiony kubek. Nie mógł znieść myśli, że jest ubity — oznajmiła podnosząc na chwilę spojrzenie na Donniego. — Więc mu go naprawiam — wyznała. Tak z dobroci serca, bo staruszek skradł jej serce swoimi opowieściami.
Znów skupiła się na kubku, by nasączonym wacikiem przetrzeć nadmiar kleju, który mógłby zniweczyć całą pracę. Zabezpieczając własność sąsiada odstawiła kubek na bok i dopiero teraz spojrzała pewniej na Donniego. — A ty? — odbiła piłeczkę — Co ty tutaj robisz o drugiej nad ranem? — zapytała przejeżdżając wzrokiem po jego koszulce w górę, zatrzymując się nieco za długo na jego ustach, by po chwili zgubić się w tych jego zielonych oczach. Znów, raz jeszcze i…
…nawet nie była zła, że tutaj tak wtargnął, a przecież powinna. Powinna, prawda?W sumie ta powinność w jego pobliżu od początku jej nie wychodziła. Już wtedy w klubie. Więc teraz jak to miało niby działać?
Nie działało, w tym rzecz.

Qué hago aquí? Qué haces aquí? Qué estamos haciendo?
Latina, Ave Maria
nudy
25 y/o
Welkom in Canada
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

O drugiej nad ranem do ludzi przychodzą sny, czasem te piękne, które przywołują uśmiech na twarzy, a czasem koszmary, które sprawiają, że po plecach idzie dreszcz, że skronie oblewa zimny pot i człowiek chce się wybudzić.
Donnie nie był zmorą, nie był nawet pięknym snem, tylko stanął przed nią naprawdę. Ze swoim szelmowskim uśmiechem przyklejonym do twarzy, z zielonymi oczami utkwionymi w jej pięknych, brązowych tęczówkach, które w świetle lampy zyskiwały ładną bursztynową barwę. Z palcami zawieszonymi na jej pełnych, miękkich wargach. Na moment.
A jednak i tak poczuł pod nimi jak zadrżała.
Ze strachu? Zaskoczył ją?
Czy może z ekscytacji, że to już kolejne spotkanie?
Kolejne spojrzenie w oczy. Kolejne słowa, który mogły paść, tutaj w tej cichej pracowni, gdzie znowu byli sami.
Chociaż zaraz te zielone ślepia powiodły dookoła po pomieszczeniui, jej królestwu. Tak jak on miał swoją ciemnię, gdzie bawił się w wywoływanie zdjęć analogowych, na piętrze, w jakimś starym składziku, obok jego pokoju, tak ona miała tutaj swój świat.
Między wazami, sztalugami, muzyką i złotą farbą.
Kawałek jej... duszy?
Bo przecież to dużo lepiej pokazywało prawdziwą Marię niż obrazek, który prezentowała mu kilka dni temu. Przykładnej żony, kochającej matki, pani tego domu.
Nie podważał tego, a jednak w tej białej sukience, z wypiekami na policzkach, wśród swoich rzeczy, wyglądała mu... bardziej autentycznie.
Zrobił kilka kroków po pomieszczeniu pochylając się nad jej zdjęciami z Barcelony, a jednak kiedy powiedziała to naprawiam i wskazała mu kubek, to podszedł do niej. Blisko, a jednak nie na tyle by ta bliskość znowu ich drażniła, w tej przyjemny sposób. Kusiła.
- Znam go - powiedział od razu Donnie, a zaraz oparł się o blat, dalej od niej, ale zielone oczy podążały za jej dłońmi, kiedy obracała w palcach porcelanę w drobne niebieskie kwiatuszki - pomagałem mu pisać takie wiesz... Ostatnie pożegnanie dla jego żony, no i przygotować to zdjęcie, które postawił w kościele, bo wiesz ona miała same takie z nim, więc po prostu jedno obrobiłem, ale nie wiedziałem, że to było rok temu, dawno... - dla Bowena rok to był bardzo odległy kawałek czasu, a on przecież miał w Toronto zabawić tylko chwilę, a tu proszę. Kiedy ten rok minął?
A najgorsze w tym wszystkim było to, że on wcale nie zamierzał jutro pakować plecaka i ruszać dalej w świat.
Bo teraz chciał tu trochę dłużej zostać. W Toronto. A może w życiu Marii?
- To miło z twojej strony, pamiątki są ważne, zwłaszcza jeśli kogoś już nie ma w naszym życiu - Donnie był trochę sentymentalny. On dużo chwil, dużo ludzi, których poznał w swoim życiu, zatrzymywał na fotografiach.
Może nie miał dużo rzeczy, plecak i walizkę, a jednak było tam trochę pamiątek, z podróży, z czasów kiedy był dzieckiem, i po tych, którzy znaczyli dla niego coś więcej.
Chociaż to akurat w przypadku Bowena było ciężkie, bo on się nie przywiązywał.
A co robił tutaj?
Kiedy powinien sobie odpuścić zaraz po tej nocy, którą razem spędzili?
I kiedy Maria zadała mu to pytanie, to znowu zielone tęczówki odszukały jej ciemne, przenikliwe spojrzenie.
- Miałem wracać do domu, ale mogę... pomóc ci naprawiać, albo popatrzeć jak ty to robisz - uśmiechnął się do niej lekko, a zielone spojrzenie przesunęło się po jej twarzy, po pełnych ustach, których smak wciąż siedział mu gdzieś w głowie, na oczy - posiedziałbym z tobą, jeśli nie masz nic przeciwko - zaproponował. I chociaż trochę chciał ją pozaczepiać, to oparł łokcie na blacie, a głowę ułożył na nadgarstkach - naprawdę chcesz, żebyśmy polecieli razem do Barcelony? - zagadnął ją, jakby to była jakaś normalna rozmowa.
Może by była, gdyby nie ta atmosfera między nimi, nie to coś, co wisiało w powietrzu i nie był to zapach kleju do szkła. Bo chociaż siedzieli na przeciwko siebie, nie tak blisko, dalej tym razem, to jednak ich spojrzenia mówiły wszystko. To jak patrzyli sobie intensywnie w oczy. Jak te spojrzenia łaknęły... bliskości.
Nie tym razem. Kiedy na górze pogrążona we śnie była cała jej rodzina.
A tu przed nią tylko on, doklejony na chwilę do tego obrazka. Ale może piękną chwilę?
- Jestem dobry w takich rzeczach, możesz mnie wykorzystać - sięgnął po jakiś pędzelek obracając go w palcach.

Puedo ayudarte... a arreglar las cosas, si quieres ✿˚ ༘ ⋆。♡˚
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
42 y/o
For good luck!
168 cm
naprawia starocie w zaciszu swojego domu
Awatar użytkownika
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ta pracownia obnażała całą prawdę o niej.
Tutaj nie była zagubioną kobietą z klubu. Tutaj nie była mamą Aurelii ani żoną Javiera. Tutaj nie była idealną Panią Perez, zdradziecką dumną matką i żoną, której sylwetkę chyba próbowała przedstawić wtedy w ogrodzie, podczas rodzinnego zapoznania. Tutaj o drugiej nad ranem, w tej białej halce, z włosami w nieładzie opadającymi na ramiona i dłońmi ubrudzonymi złotą laką była bezbronna.
Pokój ten był jej miejscem, sekretem… wspomnieniem może? Tamtej barcelońskiej dziewczyny, którą kiedyś pogrzebała dla dobra rodziny. To tutaj upychała to co niewygodne, niepraktyczne, zbyt czasochłonne. Zostawiała na przechowywanie wracała od jakiegoś czasu coraz częściej, bo dzieci przecież wyrastały, a ona coraz to bardziej tęskniła za tamtą dziewczyną. Z głową pełną marzeń, z pasją, z sercem rwącym się do życia. Naprawiała więc to co rozbite licząc, że gdzieś w tym bałaganie naprawi też samą siebie.
Donie Bowen wkroczył do tego miejsca bezczelnie i wzrokiem omiatał te jej stare fotografie, plakaty z dawnych lat, dotykał kurzu jaki opadł na stolik i zaglądał wprost do… jej duszy. Zobaczył ją taką jaka jest… p r a w d z i w ą, a to było intymne, może nawet bardziej niż to wszystko co wydarzyło się między nimi w hotelowym pokoju z numerem trzynaście.
Naprawdę? — błysk zaskoczenia i nagle kąciki jej ust drgnęły delikatnie do góry z ciepłym uśmiechu. — To ty mu je przygotowałeś? — dopytała, wciąż lekko zaskoczona ale nie trzymając go w napięciu szybko wyjaśniła. — Bardzo cię chwalił, gdy zwróciłam uwagę na to zdjęcie — Artur był złotym człowiekiem i zawsze wolał mówić o kimś, a nie o sobie. Maria wiedziała wiele o jego żonie, a za każdym razem gdy próbowała zgłębić coś więcej o nim i tak znalazł takie tematy, że sprowadzał rozmowę do innych, których spotkał na swojej drodze. To zabawne, że opowieść o Donniem poznała na długo przed ich spotkaniem.
Los sobie z nimi pogrywał, by poznać ich w najbardziej nieodpowiednim momencie. Choć czy w ich relacji można w ogóle mówić o odpowiednim momencie? Biorąc pod uwagę różnicę wieku i to jak potoczyły się losy Marii to żaden momencie był dobry na poznanie kochanka Bowena… czemu więc czuła się dobrze, kiedy przyglądał się jej jakby nigdy nic wspierając głowę na nadgarstkach? Czemu coś tak nieodpowiedniego wydawało się takie znajome, proste i dobre…
I za każdym razem gdy o tym myślała uderzało ją to dziwne napięcie, cichy karcący głos sumienia. Ta świadomość, skąd właśnie przyszedł sprawiała, że żołądek się jej zaciskał. Jeszcze chwilę wcześniej leżał na górze, w sypialni Aurelii, pośród jej różowych i futrzastych poduszek, a teraz stał tutaj w jej zakurzonym świecie.
Posiedziałbym z tobą, jeśli nie masz nic przeciwko.
Powinna go wyrzucić, zwołać coś po katalońsku i wskazać drzwi. Przypomnieć kim dla siebie są w tym dziwnym układzie. Chłopak jej córki. Matka jego dziewczyny. Prawda była jednak taka, że to nigdy nie było tylko tyle… I za każdym razem jak czuła na sobie to jego zielone spojrzenie i dostrzegała to nieme proszę wypisane na jego ustach, cała ta jej walka zdawała się być przegraną.
Poddawała się.
Wzrokiem skinęła na miejsce naprzeciw niej, dając mu cichą zgodę na pozostanie w miejscu, które obnaża cząstkę jej duszy. Na wzmiankę o Barcelonie z jej just wymknęło się ciche parsknięcie. To nie ona wyszła wtedy z tym pomysłem. — Wspólny wyjazd do Barcelony to poroniony pomysł. Una estupidez! głupota! To było całkiem oczywiste stwierdzenie, zupełnie normalne i całkowicie pomijające szczegół, że uniknęła bezpośredniej odpowiedzi na jego pytanie. Stwierdziła oczywisty fakt, pomijając własne pragnienia, ale czy nie w tym była najlepza? Przez lata opanowała sztukę skupiania się na innych do perfekcji.
Czy naprawdę chciała?
Skąd mogła wiedzieć czego tak naprawdę chce, gdy się przy nim tak gubiła. W tych jego zielonych oczach, tonąc w tej atmosferze która między nimi gęstniała za każdym razem, gdy byli zbyt blisko. Jak teraz.
Może chciała oglądać z nim te rozbite kawałki porcelany w Casa Batllo i rozprawiać o życiu nad Pocałunkiem Śmierci. Może chciała…Ona wiele rzeczy z nim chciała, byleby te nieodpowiednie piękne chwile mogły trwać.
Wiem, że mogę — przytaknęła, a po jej twarzy przemknął wymowny uśmiech, który świadczył o tym, że w zamyśle nie miała operowania złotą laką i pedzelkiem, którym teraz obracał w palcach. — Mam coś dla ciebie — po chwili namysłu wstała i podeszła do jednej półki, sięgając po niewielki koszyk w którym znajdował wazon. — Zaliczył brutalny upadek na tarasie, gdy zerwał się wiatr... a może to była piłka, ale Matteo nie chciał się przyznać? kto wie... Słoneczniki przeżyły, wazon ma się nieco gorzej — podsunęła koszyk bliżej niego pozwalając sobie na moment zatracić się w jego zielonych oczach. — To mi oddaj — poleciła sięgając do jego dłoni, by zabrać mu pędzel, palcem zaczepiając jego dłoń. Igrając sobie. — Najpierw musisz przetrzeć krawędzie tym — podsunęła mu butelkę z alkoholem i waciki — a później dopasować elementy na sucho — i teraz to ona oparła łokcie na blacie, układając sobie brodę na dłoniach i przyglądając się mu… bezczelnie.
Kiedy pokażesz mi moje zdjęcia? — zapytała, nie dając mu chwili na odpowiedź. — W Barcelonie? — żartownisia.

Si quieres ayudar, puedo utilizarte (❀❛ ֊ ❛„)♡
Latina, Ave Maria
nudy
ODPOWIEDZ

Wróć do „#13”