The artist wasn't.
Neither was the man who wasn't supposed to be downstairs.
Powiedział to Aurelii chyba dziesięć razy, kiedy namawiała go, żeby u niej spał, ale po pierwsze zasłaniał się jej ojcem, który na pewno nie będzie zadowolony. Po drugie jej mamą, bo to przecież nie wypada, kiedy była w domu. Powoływał się też na braci. I na to, że mieszka na końcu ulicy. Ale Aurelia się uparła, cały czas mówiła, że są dorośli...
A do spania oglądali jakąś nową bajkę Disneya o księżniczkach.
Dwoje dorosłych ludzi, w jej sypialni, na łóżku, gdzie trzymała swojego pluszaka, między futrzastymi poduchami, gdzie poprzytulali się tylko trochę, a potem postanowili… oglądać bajkę. Tak była ciekawa, że Donnie usnął, a Aurelia też, na jego klacie, więc kiedy się obudził, to już nawet nie zamierzał się stamtąd ulatniać, dał jej spać.
Słodka Aurelia, która uśliniła mu już tą czarną koszulkę z ulubionym zespołem. Wyciągnął się na łóżku, bo chciał sięgnąć po telefon, który położył na nocnej szafce, żeby zrobić jej zdjęcie, ale wtedy się przekręciła i ułożyła na drugim boku przytulając do poduszki. A Donnie był... wolny.
Dochodziła druga, przykrył Lię futrzastym, różowym kocykiem, a sam postanowił się ulotnić, po cichu, niezauważenie.
Zszedł na dół po schodach i już miał skierować się do drzwi, ale zobaczył światło w gabinecie? Tak założył. A potem to, że to pewnie Javier pracuje po nocach, miał się cichutko wycofać, ale mignęła mu postać Marii, a serce w piersi od razu szarpnęło. Nogi od razu go tam poniosły.
Nie powinien...
Ale co z tego? Byli dorośli.
I teraz ten dorosły chłopak zajrzał do... pracowni, jak się okazało, jej pracowni. Królestwa pobitych wazonów, złotej farby i poobdzieranych mebli. Donnie aż złapał więcej powietrza w płuca, kiedy to zobaczył. I może ten świst zwrócił jej uwagę, albo to, że po drodze w coś wlazł?
Maria się odwróciła, a on...
Powinien pewnie jak normalny człowiek, uspokoić ją i przeprosić. Tylko, że to był Donnie Bowen, ze swą wrodzoną bezczelnością, jakąś taką raptownością mieszającą się z... nieogarnięciem?
Niektórych to urzekało, a innych wkurwiało, taki był Bowen.
Doskoczył do niej, a zaraz opierał palce na jej pełnych ustach - ciii... - uciszył ją, żeby nie pobudzili całego domu. Lepiej nie. Lepiej dla nich.
- Nie chciałem cię wystraszyć... - może to akurat nie, ale zdecydowanie chciał się do niej zbliżyć. Poczuć na palcach miękkie, pełne wargi, jej oddech. Zapach perfum i bijące od niej ciepło.
Jego zielone spojrzenie zatrzymało się na jej dużych, ciemnych oczach, a palce sięgnęły do jej ramienia. Dopiero po chwili się odsunął, pół kroku w tył. Wcale nie bezpieczna odległość, a jednak dał jej odrobinę przestrzeni, i może chwilę na to, żeby przetrawiła, że to nie sen.
Bo oto te zielonookie kłopoty zawitały do jej świata. Wkroczyły do jej pracowni, jak do siebie. Jak wtedy w tym klubie. Wszedł do jej życia, a teraz ciężko go było z niego wypierdolić, cały Bowen.
- Co robisz? - zainteresował się wyglądając zza jej ramienia na stolik, gdzie trzymała jakieś swoje prace.
Bienvenido a tu cuento de hadas ₊˚⊹♡