yo ya era así
cabrón desde el primer día
ni cambiaré mi amor
con el corazón!
Oni... nie byli jak wszyscy.
Na każdym kroku to pokazywali, jak nie umieli usiedzieć w miejscu, jak wiecznie gdzieś gnali. W jednej chwili chcieli zbawić świat, a w drugiej go podpalić... Dla zabawy. Adrenaliny, która krążąc w ich żyłach podsycała jeszcze tą gorącą krew. Ogniste temperamenty grały ze sobą idealnie. Chociaż przecież ile razy oni się ze sobą spierali, ile razy mieli odmienne zdania, a potem jednak znajdowali złoty środek. Potem jednak dochodzili do porozumienia. Często w tym ogniu, w tych intensywnych spojrzeniach i słowach, których może nawet potem żałowali, ale...
Lepsze to niż milczenie.
Chociaż ich językiem miłości zdecydowanie był dotyk, to jak sięgali do siebie, jak szukali tego kontaktu, czasem wspierającego, czasem agresywnego, a czasem po prostu, żeby tylko to drugie wiedziało, że on, czy ona jest obok.
Bo przecież już zawsze chcieli być. Do grobowej deski. Na dobre i na złe. I chcieli sobie to właśnie dzisiaj obiecać.
Na jakimś dzikim Diabelskim Klifie, w Rio de Janeiro, do którego... trafili przez przypadek bo Madoxowi się coś pojebało.
Daleko od domu, ale... ich dom był chyba tam, gdzie byli oni, bo we dwójkę odnajdywali się wszędzie.
Nawet zakopani w piachu po szyję.
-
Zawsze jestem blisko - rzucił, chociaż doskonale wiedział o co jej chodzi, ale prawda jest taka, że starał się być blisko. On nigdy z nikim nie był tak blisko. I chociaż czasem nie stali obok siebie, na wyciągnięcie ręki, to przecież zawsze i tak myśleli o sobie. On w klubie, a ona na komisariacie... Może kiedy kradła kolejny żabciowy batonik z szafki Eliota?
Parsknął śmiechem na jej kolejne słowa, głośno i szczerze.
-
No bo jestem, ale za to mnie kochasz, bo mógłbym być też... normalny? Albo pizdą jak Juan, który boi się otwartej wody - pokazał jej język i już się tak wiercił w tym piachu, żeby się z niego wyrwać. Do niej.
Oni z Pilar nie bali się ani wody, ani ognia, ani nawet kurwa pocisków. Nie bali się też demonstrować własnego zdania i przecież czasem o to dochodzić, ale dużo się od siebie nauczyli. On trochę tego, że czasem należy ustąpić, pójść na jakiś kompromis, że jak mu zależy, to przecież nie zawsze musi być po jego. A zależało mu, kurewsko. A ona tego, żeby iść za głosem serca.
Bo kurwa.
Te ich serca przecież tak często uderzały w jednym wspólnym rytmie, jedno obok drugiego. Po bajecznym seksie, albo kiedy po prostu patrzyli sobie głęboko w oczy, albo... kiedy jedno drugie chciało uspokoić. Ona jego na tych paranoicznych zjazdach, a on ją, gdy nadchodził atak paniki.
Nie byli idealni, każdy miał coś za uszami, a jednak i tak akceptowali to, wszystkie wady. A Madox miał ich dużo. A to pewnie jeszcze nie koniec, bo on wciąż i wciąż pokazywał się jej z najgorszej strony, ale z najlepszej też.
Bo prawda chyba była taka, że Noriega dzięki Pilar stał się lepszym człowiekiem, wyciągała z niego te dobre cechy, które on przecież przez ostatnie dziesięć lat zakopywał pod swoją nową przykrywką, właściciela klubu. Bez serca, bez skrupułów, a ona zawsze widziała w nim to
dobre serce, już od Medellin, gdzie on jeszcze pokazywał się jej z tej paskudnej strony.
Przekręcił się na bok, żeby już jej nie przygniatać, kiedy wypomniała mu, że jej ciężko, a zaraz już odgarnął trochę piasku z jej ramienia, ale przestał, gdy przyznała, że
strasznie ją wkurwia -
bo tyle emocji, co ja w tobie wywołuję to chyba jeszcze potrafią tylko te czekoladki z naklejkami żab, tak samo ci się wtedy oczy świecą - znowu złapał jej piękne, brązowe spojrzenie, a zaraz przeturlał się na bok układając na piasku, zawieszając ciemne tęczówki na jej ślicznej twarzy. Na tych długich rzęsach, które mógł się założyć, że gdy zamykała oczy, to łaskotały jej policzki. I na tych pełnych ustach, których smak znał na pamięć i mógł sobie go wyobrazić o każdej porze dnia i nocy. Najlepszy smak na świecie.
Uśmiechnął się, kiedy przyznała, że też to lubi...
To, że on ją kocha.
A na kolejne jej słowa znowu się roześmiał.
-
Bo jesteś... dzika i estas loca cariño - musiał się jej wtrącić, chociaż zaraz słuchał jej z malującym się na twarzy uśmiechem. Patrząc na nią tak, jakby nic innego na tym świecie się nie liczyło, jakby na tej plaży byli sami. Tylko oni.
-
Lubię ci wszystko opowiadać - to też musiał dodać, bo przecież on uwielbiał paplać, o wszystkim, o tym jak wyglądało jego dzieciństwo, albo o tym co robił w klubie, o jego spotkaniach z chłopakami. I o tym co im opowiadał o niej. Madox dużo gadał, czasami bez sensu, ale ona i tak go słuchała. A on faktycznie lubił też się o nią troszczyć, i chociaż czasem pierdolił, że wszystko musi być po jej i mu to przeszkadza, to wcale tak nie było. Bo on nawet lubił, kiedy było tak jak chciała, lubił kiedy pytał jej co o tym myśli, a ona dawała mu rady, albo mówiła jak ona to widzi. Bo Madox był chaotyczny i on do wszystkiego tak podchodził, na szybko, czasem bez zastanowienia, a Pilar często była jego głosem rozsądku... w tej
pojebanej do reszty głowie. A kiedy wyrwała z piasku dłonie układając je na jego twarzy, to przekręcił na moment głowę tak, żeby musnąć wargami środek jej ręki, uszczypać zębami jeden z opuszków palca.
-
To ty potrafisz znaleźć wyjście z nawet najbardziej chujowych sytuacji... - znowu jej się wcinał, a kiedy szarpnęła go do siebie to on też już do niej sięgał, żeby wyciągnąć ją z tego piachu, ciemne spojrzenie wbił intensywnie w jej duże, piękne oczy -
bo jesteś moja, tylko ty tam w Medellin może jeszcze nie wiedziałaś, a ja już tak - bo Madox przecież zawsze był do wszystkiego pierwszy. Zawsze się wyrywał i szedł w zaparte, i teraz też tak się do niej szarpnął, bo chciał już z tych jej pełnych, gorących ust, które rzucały mu te piękne, szczere wyznania, skraść pocałunek. Ale zawiesił się, kiedy powiedziała to
że nauczył ją kochać, bo może owszem on był tym impulsem, który kazał jej iść za głosem serca.
Więcej czuć, mniej myśleć, ale przecież... -
to ty nauczyłaś mnie - bo on też był w miłości kompletnie...
chujowy.
Nie umiał szanować zdania innych, podchodził do kobiet przedmiotowo, nie liczył się z nikim, a ona pokazała mu, że razem mogą więcej. Mogą
wszystko, rozpierdolić meksykański gang. Przeżyć gangsterskie wesele w Medellin. Karmić kaczki i buntować się Eliotowi. Mogą wodzić za nos półświatek (ciekawe jak długo) i udawać czasem szczęśliwą rodziną. Mogą zazdrość przekuć w coś wyjątkowego, a miłość celebrować i przekazywać sobie na różne sposoby. Czasem piękne, czasem popierdolone, ale zawsze ich.
Tak jak teraz w tym
agresywnym, wyczekanym pocałunku. Kiedy zaciskał już palce na jej ramionach, żeby pociągnąć ją w górę, wygrzebać z tego piasku i znowu zamknąć w swoich ramionach. Kiedy całowali się na tej plaży do utraty tchu, jakby byli tu sami, jakby cały pierdolony świat nie istniał. Nie liczył się wcale.
Bo liczyło się tylko to, jak oni się kochali.
I może całe te trzy godziny, które mieli tutaj na plaży, by spędzili na patrzeniu sobie w oczy, na kolejnych pięknych wyznaniach, które trafiały gdzieś prosto w serce, gdyby...
gdzieś za plecami Madoxa nie wybrzmiał jakiś dziwnie znajomy głos.
-
No i co gołąbeczki? Jak się czujecie z konsekwencjami swoich decyzji? - zaskrzeczała... WRÓŻKA KARLICA. A Madox aż podskoczył, bo po plecach przeszedł mu jakiś nieprzyjemny dreszcz. Od razu się odwrócił patrząc na nią przez ramię i przyciskając do siebie mocniej Pilar.
-
Może to te prochy były jakieś chrzczone... Powiedz, że to prochy i mnie pojebało... - mruknął Stewart do ucha, opierając policzek o jej szyję. Byli cali w piasku, cali nagrzani i przyklejeni do siebie w tym obłędnym pocałunku, a tu nagle co?
Nagle znalazło ich
przeznaczenie.
-
Wciąż czuję od was ogromną siłę, mocną aurę dwóch skorpionów, ale jest inna... - malutka wróżka poczłapała w ich kierunku po piasku, a Madox jakoś tak odruchowo wtulił się bardziej w swoją narzeczoną.
-
Co... - zaczął i chciał chyba jej pytać co ona tu robi. Z Meksyku do Rio? Jeszcze na tej samej imprezie co oni. Ale tarocistka wystrzeliła małą rączką w górę, uderzając ją w jego ramię, aż Madox zerknął na Pilar.
-
Ciii! - mruknęła układając palec na swoich ustach -
czuje od was dzisiaj specyficzną energię, coś zostanie określone, coś odrzucone, a coś odmieni wasze przeznaczenie... - nawet dobrze nie dokończyła, bo Madox już się jej wciął.
-
Co kurwa? Nie mów takimi kolejnymi zagadkami, co odrzucone? Nie mów, że ślub... - oczywiście już nawijał. A wróżka poprawiła na czole kolorową chustę podwijając ją wyżej.
-
Ślub? - zapytała i teraz przyjrzała się Pilar pochylając w jej kierunku, a Noriega aż odchylił się do tyłu ciągnąc ją za sobą.
-
Chcemy tu dzisiaj wziąć ślub... - zaczął, ale wtedy karlica podeszła do nich jeszcze bliżej. Oparła im ręce na czołach, a Madox najpierw zrobił zeza patrząc na nią, a zaraz wbił spojrzenie w Pilar.
-
Tak... Dzisiaj jest dobry dzień na wasz ślub, dwa skorpiony, a skorpion uważa, że każdy koniec jest początkiem - powiedziała kiwając głową. A Madox znowu się skrzywił.
-
Jaki koniec? Nie dam ci nawet dychy jak nam nie powiesz - mała wróżbitka spojrzała na niego spode łba.
-
Koniec bycia kawalerem - wyjaśniła, jakby to było takie proste -
i panną - spojrzała na Pilar, ale już łagodniej. A Madox wypuścił ciężko powietrze z płuc w dekolt swojej narzeczonej.
-
Ja jebie, to o to jej chodzi... A ja myślałem, że spierdolimy się z tego klifu, albo w ostatniej chwili się rozmyślisz i ja będę musiał się rzucić z klifu - nawijał znowu patrząc Pilar w oczy i znowu się do niej łasząc.
-
Z jakiego klifu? Chyba nie Klifu Diabła? - zapytała mini czarownica.
-
Właśnie, że klifu Diabła - od razu powiedział Noriega, a karlica znowu walnęła go w ramię.
-
To że ty jesteś Diabłem nie znaczy, że ona pójdzie za tobą do piekła! - krzyknęła jakoś złowieszczo.
-
Ale... - zaczął Madox, bo on wiedział, że pójdzie, że
Pilar poszłaby za nim wszędzie, na samo dno piekła, gdzie zresztą już do odwiedzała.
-
Zamknij się! - zawołała mała czarownica, a Noriega się przymknął, chociaż już zmrużył oczy, bo go drażniła -
wasza rodzina się powiększy, czuję to w kościach - akurat tutaj Madox nic nie powiedział, bo on od razu pomyślał o matce Pilar, że ją znajdą i wtedy ich rodzina rzeczywiście się powiększy -
czuję też, że wasza miłość dużo przeszła - znowu rzuciła jakieś wymowne spojrzenie Noriedze -
ale przetrwa jeszcze więcej... że te dwa serca odnajdą się w każdym innym wcieleniu, zawsze bijąc tylko dla siebie - i chociaż Madox też to czuł, że on w każdym życiu kochałby Pilar, to wywrócił oczami.
-
Jeszcze jak nam powiesz, że udzielisz nam astralnego ślubu to mnie popierdoli - rzucił, ale wróżka zaraz się ożywiła.
-
Mogę wam udzielić - zaproponowała, a Madox już kręcił głową.
-
Nie chcemy żadnego astralnego ślubu, ja nawet nie wiem czy mam astralny rozwód - parsknął a karlica znowu spojrzała na niego spod byka.
-
Pryszcza masz tutaj na czole... - i go poklepała po czole, a Noriega oczywiście zaraz odwrócił się do Pilar.
-
Mam? - zapytał ją, ale nie miał, tylko ta mała czarownica się tak z niego zgrywała.
-
To chcecie czy nie? - zapytała i powiodła po ich twarzach spojrzeniem. A Madox znowu kręcił głową, że nie -
no tak... Bo ktoś taki... - zaczęła wróżka, a Madox się aż uniósł.
-
No jaki? I co ktoś taki? To, że nie chcę jakiegoś pojebanego astralnego ślubu... Chcę prawdziwy. Chcę, żeby Pilar została moją żoną, aż śmierć nas nie rozłączy i jeszcze dłużej, aż mi pozwoli ją zostawić, ale ja i tak tego nie zrobię, bo chcę jej, i ona jest moja, tak samo jak ja jej. Teraz i może za sto lat, w jakimś innym życiu, w którym będziemy handlować mango i mieszkać w domu przy plaży, albo jeść lody czekoladowe trzymając się za rękę i mając po dziesięć lat. I dla niej przestanę być kawalerem, bo niczego w życiu nie byłem nigdy tak pewny jak tego, że chcę ją wziąć za żonę i żeby została Panią Noriega, nawet jeśli to może nie jest najrozsądniejsza opcja... - nawijał już Madox, a wróżka trochę się krzywiła, ale Noriega wbił ciemne spojrzenie w swoją
jeszcze narzeczoną -
nie chcę z tobą jakiegoś gównianego astralnego ślubu, chcę z tobą prawdziwy, bo z tobą zawsze jestem prawdziwy, taki jak czuję - oparł sobie dłoń Pilar na klatce piersiowej, na tym tatuażu z
dzielnym lwem, gdzie pod opuszkami mogła czuć jak wali mu serce, jak rwie się do niej -
czujesz? - zapytał i pochylił się znowu do niej opierając czoło o jej skroń -
ale jeśli ty chcesz, to ja z tobą wezmę astralny ślub, odklejony, kosmiczny, kościelny i każdy - chociaż podejrzewał, że Pilar to jednak by chciała ten bardziej... normalny. Który rzeczywiście przypieczętuje ich miłość. Który sprawi, że będzie mogła nosić jego nazwisko, a na palcu obrączkę, którą sama dla nich wybrała.
En cada vida y encarnación, te amaré ⋆.ೃ࿔.𖥔 ݁ ˖*:・༄