- Obstawiałam, że w tym mam większe szanse. Jakbym nie zakręciła, to odstrzeliliby mnie na miejscu. - to był ten właśnie moment, gdy podziwiała fakt, że oboje jeszcze oddychali. Korzystali z własnych kończyn bez żadnego większego uszczerbku. Bo ludzie z takim podejściem jak oni kończyli martwi, zadłużeni, albo w więzieniu. A żadna z tych opcji nie brzmiała zbyt zachęcająco. A cała ta klątwa może była jednocześnie zbawieniem i ich zgubą? Bo w takich kwestiach, to nigdy nie było się win win. Już tyle wersji się nasłuchała o tej rzekomej klątwie, że ciężko było stwierdzić, co było prawdą. Podobno kobiety z linii ich krwi traciły swojego pierworodnego. Brzmiało to złowieszczo, ale Pilar i Rozka były bezpieczne. Jak coś, to ona miałaby przejebane, no chyba że miałaby mieć dziewczynkę. Jej mama podobno była w ciąży i straciła syna. Później to ona się pojawiła, więc może i w tej historii było ziarnko prawdy?
- Chyba śnisz. - oburzyła się i również pogroziła mu palcem w odwecie. - Nasza familia postawiłaby mi flaszkę jakby usłyszała, że okantowałam makaroniarza. Byłabym ustawiona do końca dni. - no może nie aż tak, ale pomarzyć zawsze było można, prawda? Rzadko kiedy odwiedzała rdzeń ich popapranej rodzinki, bo tam ciężko było się odnaleźć podrzutkowi. Z tego co jednak się orientowała jej matka po rozwodzie wróciła do korzeni i nie było tam za ciekawie. Szczególnie, że wypominali jej ucieczkę z wojskowym, który był Kanadyjczykiem. Ta część jej rodzinki też była pojebana i nigdy nie opowiadała kuzynom o swoim dzieciństwie. Nic więc dziwnego, że z tego duetu dwóch kultur powstała właśnie taka Gaba.
- Możesz to powtórzyć? Chcę mieć to nagrane. - tak w razie co, żeby później się nie wymigał od tych słów, gdy zajdzie potrzeba. - Zabierzesz mnie kiedyś tam? Sama nie pojadę. - bo czasami w tej jej rudej łepetynce następowało spięcie i rozsądek brał górę. Pewnie jakiś człowieczyna miałby teraz WTF laska, ale tak to właśnie z nią było. Bez mrugnięcia okiem bawiła się w rosyjską ruletkę i groziła szajbusom, ale gdy przychodziło do takich decyzji, to miała tę krztę obawy.
Dwie bańki...
To chyba było niewiele zważając na to, że sama Shakira miała im dać popis swoimi bioderkami. Gdyby zaszła taka potrzeba, to nawet sprzedałaby nerkę, bo na wątrobę już nie było co liczyć. Na całe szczęście Madox był obrotny i trzymał zaskórniaki na takie okazje. Ona to jeszcze młoda była i szalała lawirując między milionerką, a bezdomną.
- Waka Waka dla Madoxa raz. Ja chcę Te aviso, te anuncio. No i wiadomo La Tortura. - jeszcze chwila, a ułożyliby cały repertuar, ale na nowo skupili się na wiadomościach. Jej palce aż tańczyły, gdy wystukiwała kolejne wiadomości. Nawet wkurwiona tak szybko nie napieprzała w te małe klawisze, a trzeba pochylić się nad tym, że z tak długimi paznokciami nie było to proste. Oburzona wyciągnęła ręce, gdy odebrał jej telefon, ale ustawiła się do tej sweet foci. Wyglądali pięknie. Nawet dopisała gdzieś tam, że to biurko z Lapacho.
- On zna twój klub! Jesteśmy kociaki! - niemal skakała z ekscytacji, jakby to sama Shakira napisała im te słowa. - Madi, musimy jakoś wyglądać. Zachowaj ten rum dla niej. Musimy przygotować scenę na koncert. Myślisz, że powinnam założyć coś, żeby odkryć brzuch? Wiesz tak w razie co gdyby udało nam się z nią zatańczyć? - zapytała, ale od razu wlepiła wzrok w ekran, gdy kolejna wiadomość przyszła. - Jej menager może wpaść do nas za dwie godzinki. Żeby obgadać szczegóły! - teraz już piszczała, bo kurwa to naprawdę się działo.
- Te, ale Pilar nie będzie zazdrosna, co? Macie jakiś niepisany pakt na wypadek pojawienia się Shakiry? - bo ona jakby była w związku, to na bank na samym wstępie powiedziałaby, że z Shakirą to nie zdrada.
Babka Carmen Sandiego naprawdę nad nimi czuwała. Nie ma innego wyjaśnienia na to.
Madox A. Noriega