27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Outfit, tutaj ma jeszcze swoje rude włosy <3


Nienawidziła garniturów. Nienawidziła też eleganckich sukienek, restauracji z gwiazdkami Michelin, ludzi mówiących o winie jakby opisywali doświadczenie religijne i wszystkich tych miejsc, gdzie kelnerzy zabierali ci krzesło zanim zdążyłeś sam usiąść. Po raz kolejny wygładziła materiał sukienki, gdy zmierzała w kierunku restauracji, rozważając kapitulację już na samym starcie całego przedsięwzięcia. Czego to człowiek nie był w stanie zrobić dla pieniędzy? Spojrzała na godzinę i cicho westchnęła. Weszła do jaskini lwa ze sztucznym uśmiechem wypisanym na twarzy, udając, że jelita nie skręcają jej się na widok tej starej raszpli, która zbyt żywiołowym krokiem zmierzała w jej kierunku. Jakby po prostu nie mogła wczoraj kopnąć w kalendarz i zostawić jej pokaźnego spadku. Nie, musiała kurwa trzymać się życia robiąc wszystkim na złość. Nie ma to jak rodzinne spotkania.
- Spóźniłaś się Gabrielo. Wyprostuj się, dziewczyno. - mimowolnie zrobiła to o co prosiła i policzyła do dziesięciu przypominając sobie, że musiała przez to przejść dla tych pieniędzy. Co za diabeł ją podkusił, żeby zgodzić się na to, że Billy dołączy do nich odrobinę później? Jeśli dupek zamierzał zostawić ją samą z tą siwą rudą pizdą, następne oskarżenie o morderstwo będzie całkowicie adekwatne do czynu. Czas się dłużył, a ich wymuszona pogawędka - a raczej stos krytyki wystosowany w jej stronę - w żaden sposób nie przybliżała jej do upragnionej gotówki. Niestety tylko Billy był w stanie uratować tą kolację. Oczarować tę drobną kobietę o idealnie ułożonych włosach i spojrzeniu ostrym jak brzytwa. Jak dobrze, że przejęła więcej genów z tej latynoskiej części rodziny.
Drzwi restauracji otworzyły się nagle. A w nich, w pełnej glorii i chwale, pojawił się Patel, który swoim spojrzeniem próbował odnaleźć jej bujne rude włosy. Billy o dziwo wyglądał dobrze w tym swoim garniturze. Nawet trochę ją wryło z wrażenia, bo zazwyczaj widywała go w dość odmiennym stanie. Teraz serio byłaby w stanie uwierzyć, że był prawnikiem oraz pedantem. Tyle, że nie była do końca pewna czy to wydanie jej się podobało.
- Kochanie... - wstała, żeby powitać mężczyznę i rozpocząć w końcu to żenujące spotkanie. Musnęła szybkim pocałunkiem kącik jego ust i odwróciła się w stronę babci, ujmując za ramię Williama. - Babciu chciałam ci przedstawić mojego partnera. - wymianę uprzejmości zostawiła już im, bo ją aż ściskało w żołądku przy tych wszelkich oficjalnych formach. Jej babcia długo wpatrywała się w postać Billego. Oceniała go i mogłaby przysiąc, że gdyby to był targ niewolników to zajrzałaby również mu w zęby i spodnie.
- Ładny.
- Babciu...
- Jestem stara, nie ślepa.
W tej jakże zacnej chwili zaczęła podejrzewać, że ten wieczór będzie znacznie trudniejszy, niż zakładała wstępnie. Potrzebowała tych pierdolonych pieniędzy, więc zmusiła się, żeby po raz kolejny usiąść przy stole. Cała nadzieja w Billym.

William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Dopalam papierosa i wyrzucam kiepa do najbliższego śmietnika, a potem wreszcie wchodzę do tej w opór drogiej restauracji. Dzisiaj pasuję tutaj wyjątkowo dobrze w swoim garniturze szytym na miarę - czarnym, klasycznym, leżącym idealnie, mam czerwone dodatki w postaci poszetki i cienkiego krawata, powyżej biały, wyprasowany kołnierzyk. Nie wiedziałem w czym wyskoczy Gaba, ale jak tylko ją dostrzegam, w tej eleganckiej, czerwonej sukience spływającej aż do ziemi, to muszę przyznać, że dopasowaliśmy się idealnie. I że wygląda fenomenalnie, w pierwszej chwili zapiera mi dech, aż się na moment zatrzymuję, mniej więcej w połowie drogi, jednak ostatecznie dołączam do towarzystwa przy stoliku - Gabriela, skarbie, wyglądasz zjawiskowo - rzucam na powitanie, a po tym krótkim muśnięciu, zanim jeszcze zdąży się odsunąć dodaję szeptem, wprost do jej ucha - Ale bym to z ciebie zerwał - puszczam jej oczko. Potem przechodzimy do tej formalnej części, więc wbijam spojrzenie w babuszkę. Jej oceniający wzrok w zasadzie nie robi na mnie wrażenia - nie pierwsza i nie ostatnia stara prukwa, która patrzy na mnie w ten sposób, zdążyłem przywyknąć, bo od małego tresowano mnie tak, bym z gracją lawirował wśród bogatego towarzystwa. Chyba wyszło, nawet jeśli duszę miałem niepokorną. Zgodnie z zasadami savoir vivre starucha wystawia w moim kierunku swoją pomarszczoną dłoń, jasno dając do zrozumienia, że mam całować pierścień. To całuję, delikatnie ujmuję jej palce, składając krótki pocałunek na skórze naznaczonej galaktyką starczych plam - William Patel, bardzo mi miło - nawet na moment nie spuszczam spojrzenia z jej twarzy i kiedy odzywa się lekko skrzeczącym głosem stwierdzając, że jestem ładny to uśmiecham się lekko, chyba mogę uznać to za komplement? - Dziękuję, teraz już wiem po kim Gabriela odziedziczyła urodę - kątem oka zerkam na dziewczynę, badając jej reakcję, jednak póki co więcej uwagi poświęcam jej babci - I chyba także świetny gust, doskonały wybór restauracji, tutejszy szef kuchni to prawdziwy artysta - zapewniam. Jeśli ktoś lubi dania wielkości znaczka pocztowego, ze składników, których nazw nawet nie umie powtórzyć. Ja czasem lubiłem zaszaleć w ten snobistyczny sposób. Zasiadamy przy stoliku, a już za moment pojawia się przy nas kelner, pyta czy życzymy sobie wodę gazowaną czy nie, poleca spróbować menu degustacyjnego, które składa się aż z siedmiu dań, w dodatku zostało skomponowane specjalnie na aktualny okres, z uwzględnieniem sezonowych składników najwyższej jakości. Mnie przekonał, nie wiem jak reszta. Na powitanie dostajemy także po kieliszku wina musującego produkowanego u nas, w regionie Niagara, ze szczepów Chardonnay, które ma być idealnym dopełnieniem do amuse bouche w postaci tartaletki z kozim serem z dodatkiem młodego bobu, świeżej mięty oraz miodu z lokalnej pasieki. Kelner jeszcze przez chwilę się produkuje, zapewniając nas, że jest fantastycznym wprowadzeniem do całego dzisiejszego menu, a ja kiwam głową, że tak, tak, na bank. No cóż, tak to właśnie wyglądało w takich ekskluzywnych miejscach. Tutaj nie przychodziło się tylko najeść, ważna była cała ta otoczka, historia tworzona wokół dań wyglądających jak sztuka nowoczesna podana na talerzu, zajadanych w ciepłym, aczkolwiek lekko zgaszonym świetle, które tworzyło atmosferę intymności, zupełnie jakbyś znajdował się w kuluarach przeznaczonych tylko dla wybrańców wśród tutejszej elity - Gabriela wspominała, że wróciła Pani niedawno do Toronto, w takim razie cieszę się, że możemy się wreszcie poznać - sięgam po kieliszek, przez chwilę delikatnie nim kręcę, by wydobyć z wina wszystkie aromaty i wreszcie zamaczam wargi, upijając tylko malutki łyczek, chociaż najchętniej walnąłbym cały na raz, po swojemu. Bąbelki rozpływają mi się po języku i łaskoczą w podniebinie, zostawiając na kubkach smakowych chłodny aromat tutejszych winogron - Mmm, fascynujące, bardzo świeże, wyraźny cytrusowy smak na pierwszym planie, za to finisz zaskakująco kremowy. Wręcz wyborne - co ja pierdole to nie wiem, w zasadzie czuję głównie alkohol, czyli to co lubię najbardziej, ale ma brzmieć elegancko przecież, jakbym właśnie wyszedł z kursu dla sommelierów, a nie lał w gardło co popadnie byle poklepało.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Nienawidziła również tych wszelkich oficjalnych form i gdy tylko usłyszała swoje pełne imię myślała, że dostanie zawału. Już unosiła nawet dłoń, żeby zrobić przedstawienie godne laseczki z Bridgertonów, ale wtedy usłyszała w końcu normalny komplement. I tym razem ten uśmiech nie był wymuszony. Coś kliknęło, a cały wszechświat wrócił do normalności, gdzie jej Billy nie był nadętym snobem, a partnerem w zbrodni. Obserwując całe to przedstawienie poznawcze tych dwóch światów jakim była jej rodzina, a Patel, to z łatwością mogła sobie wyobrazić tego drugiego na sali sądowej. Ten lisi przebiegły sposób bycia, który urzekł ją od pierwszego włamania. Stanowczość, która przydawała się gdy negocjowali cenę trawki, gdy ona rozpraszała uwagę młodzika głębokim dekoltem. Tyle, że dziś właśnie potrzebowała tej drugiej strony mężczyzny, którą widział ten nudny świat, a nie ona. I jak widać ktoś tu stanął na wysokości zadania, bo starucha była zadowolona tym, że to jej poświęcał uwagę. Kiedy ona zastanawiała się czy ma w torebce coś na odkażenie jego ust, bo nie było żadnej możliwości, żeby dał jej później buziaka po tym jak ucałował w dłoń tę ropuchę.
Tej obelgi jednak o urodzie nie zamierzała mu darować. Nawet jej babcia wtedy wykrzywiła te swoje wąskie usta w grymasie, bo i tutaj była podrabiana. Prócz rudego koloru włosów, to wdała się zbyt mocno w rodzinę matki, a ta była tu personą non grata. Słuchała cierpliwie wywodu kelnera, choć każde kolejne słowo brzmiało dla niej jak obcy język.
Amuse bouche.
Finisz kremowy.
Lokalna pasieka.

Boże święty. Była gotowa zapłacić własne pieniądze za możliwość dostania zwykłego burgera i świętego spokoju. Za frytki to nawet obciągnęłaby kelnerowi. Jego strata, bo za te małe porcyjki, to co najwyżej mogła uraczyć go pełnym litości spojrzeniem. I może doceniłaby pracę włożoną w te małe artystyczne cuda, ale to nie miało nic wspólnego z normalnym jedzeniem. Dopiero głos Billego zwrócił jej uwagę z powrotem na stół. Powstrzymała się od przewrócenia oczami, kiedy zaczął opowiadać o winie. Babcia wyglądała na autentycznie zainteresowaną, ale ona znała ją zbyt dobrze. Nie bez przyczyny wzięła tutaj prawnika. Bo próby mężczyzny zaimponowania starej matronie były uroczo autentyczne. Specjalnie nie uprzedzała go jednak, z jakiej gliny ulepiona była jej rodzina. O rodzicach mówiła rzadko. Pewnie jakiś psycholog już dawno wygłosiłby jej wykład o tym, jak dzieciństwo wpływa na relacje i podejście do życia. Cóż Billy jako pierwszy miał się przekonać, że jej babka mogła i srać pieniędzmi, ale ceniła w życiu inne walory u facetów niż odróżnianie nut smakowych w jakimś płynie. Dobrym płynie, bo przynajmniej miał jakieś procenty.
- Naprawdę? - babcia uniosła brew. - A jakie nuty wyczuwasz poza cytrusami?
Omal nie zakrztusiła się własnym winem. O nie. Spojrzała na Billego z wyraźnym współczuciem, gdy on nieświadomie stąpał po polu minowy.
- Babciu...
- Pytam z ciekawości.
- Jasne, kurwa.
- Gabrielo.
- Przepraszam.
Starsza kobieta nawet nie oderwała wzroku od Williama.
- Mój zmarły mąż kolekcjonował wina przez ponad czterdzieści lat. Potrafił godzinami opowiadać o aromatach. Uwielbiałam go słuchać.
To było pierdolone kłamstwo, ale zacisnęła usta w wąską linę i odetchnęła pięć razy, żeby nie przywołać na głos wspomnień o tym jak pieprzonym sadystą był jej dziadek. Ścisnęła pod stołem udo Williama i wbiła spojrzenie w staruszkę, która bombardowała biednego prawnika pytaniami o tym jak się poznali. Musiała go ratować. Zanim ta pirania zeżre go w tak niepozorny sposób.
- Ojciec wrócił już z wyprawy? - zapytała niewinnie nabierając na maleńki widelczyk coś co przypominało ser, ale równie dobrze mogło być czymś wyskrobanym spod napleta bezdomnego. Zdegustowana odłożyła sztuciec na talerz nie tykając tego gówna. Tak dla własnego bezpieczeństwa.
- Był bardzo rozczarowany tym, że nie dołączyłaś do niego. Wspólne polowanie w Nowej Zelandii poprawiłoby wasze stosunki.
- Tak, bo śmierć jednoczy ludzi. Może tym razem to ja wypchnęłabym go z samolotu bez spadochronu. Byłoby całkiem zabawnie jakby rozpłaszczył się jak naleśnik.
- Miałaś wtedy jedenaście lat. Takie sytuacje kształtują charakter moja panno. A twój ojciec jest wprawionym w boju myśliwym i miał całą sytuację pod kontrolą.
- Tak jak wtedy, gdy niedźwiedź niemal mnie rozszarpał? Obserwowanie jak biegnie w stronę pięciolatki włochate bydle musiało być bardzo fascynujące.
- Jesteś niewdzięczna. Ojciec nauczył cię przetrwania. Wykrwawiał się dla ciebie i tej wywłoki na polu bitwy byście miały co jeść. Przed kolejną misją leci do Patagonii. Chcę żebyś tam była. To nie była prośba Gabrielo. Może twój partner też zaszczyci nas swoją obecnością? Wypadałoby, żeby twój ojciec poznał zięcia.
- Bi... William nie poluje. Patagonia jest dla wprawionych myśliwych. Chcesz go zabić? To prawnik, a nie żołnierz.
I właśnie dlatego wzięła go na to spotkanie. Bo Billy w żadnym calu nie pasował do tej części rodzinki. I miała nadzieję, że ta stara bogata nadęta kobieta, która była jej babcią sypnie hajsem, żeby go zostawiła i znalazła sobie prawdziwego mężczyznę.
Popatrzyła na Williama i po raz pierwszy od początku kolacji zrobiło jej się go autentycznie żal. Nie dlatego, że babcia go testowała. Nie dlatego, że próbowała go zawstydzić. Po prostu nie miał pojęcia, przy jakim stole właśnie siedział.

William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

- Poza cytrusami? - powtarzam i już nawet otwieram usta, żeby jej odpowiedzieć, ale Gabi wcina mi się w pół słowa, więc w zamian ponownie kręcę kieliszkiem przyglądając się jak trunek obmywa idealnie przezroczyste, wypolerowane, szklane ścianki. Słucham krótkiej wymiany zdań między kobietami, a kiedy stara znowu zwraca się do mnie to uśmiecham się lekko - Naprawdę? Mój ojciec świetnie zna się na winach, ja, prawdę mówiąc, dopiero raczkuję w tej kwestii, poza cytrusami wyczuwam głównie alkohol - stwierdzam, ostatnie słowa dodając trochę ciszej, jakby to była jakaś tajemnica. Resztę napoju walę na raz i odstawiam pusty kieliszek na stolik, w zamian chwytając sztućce by wreszcie skosztować przyniesionego dania. Biorę pierwszy kęs i długo mielę go w ustach, a w końcu kiwam głową, bo jak dla mnie bomba, ale ja naprawdę lubię takie smaki. Zresztą w kwestii jedzenia nigdy nie byłem wybredny, za dużo ludzi ma świecie chodziło głodnych, by kręcić nosem nad jakimkolwiek daniem, a już w szczególności takim wykwintnym. Czuję na udzie uścisk dziewczęcej dłoni i zerkam na nią kątem oka, bo myślami jestem aktualnie w przeszłości, w tym dniu, kiedy rzeczywiście się poznaliśmy i była to historia zdecydowanie nie do opowiedzenia przy takiej kolacji. W rolach głównych ja, Gaba, morze alkoholu, tona narkotyków i hazard. Uśmiecham się szerzej do tego wspomnienia, na moment odlatując gdzieś daleko. Co prawda szybko wracam na ziemię, bo czuję na sobie wyczekujący wzrok raszpli, nawet już otwieram usta, żeby jej wcisnąć jakąś grzeczną historyjkę, ale znowu Gabi mnie uprzedza, więc łącze wargi, w zamian zapychając się jedzeniem, a gdy kończę to przecieram usta serwetką. Przysłuchuję się kolejnej wymianie zdań - wyprawy, polowania, wściekłe niedźwiedzie i niebezpieczne misje, dużo jak na początek spotkania, ale okej, notuję to w swojej głowie i zerkam na staruchę, nieznacznie mrużąc ślepia. Pod stołem łapię dziewczynę za rękę, splatając palce z jej palcami, w geście wsparcia. Daję im jeszcze moment, jednak kiedy starucha proponuje mi... Właściwie to nam wspólne polowanie to chrząkam cicho - Dziękuję za zaproszenie, ale ani ja, ani Gabriela nie weźmiemy udziału w wyprawie w Patagonii, właściwie jak zostanie wreszcie moją żoną to nie weźmie udziału w żadnym polowaniu, chyba, że będzie chciała zapolować na nowe sukienki od Chanel - uśmiecham się prze słodko, nieco mocniej zaciskając palce na jej dłoni - Ja oraz cała moja rodzina od lat działamy czynnie na rzecz praw zwierząt, jestem wegetarianinem od siódmego roku życia, moja przyszła żona na pewno nie będzie biegać z bronią po lesie i strzelać do łosi - wywracam oczami, machając przy tym wolną ręką, jakby takie zabawy były dla mnie totalnie bezsensowne. No i poniekąd były, co prawda ani ja, ani moja rodzina nie bawiliśmy się w czynny aktywizm, ale jestem pewien, że ta bajeczka bardzo spodoba się babci - Prawda, skarbie? - przenoszę spojrzenie na Gabę, puszczając jej oczko, jednak zanim zdąży odpowiedzieć gadam dalej - Poza tym narażanie dzieci na takie ekscesy to tylko widzimisię rodziców, a nie sensowne metody wychowawcze, nasze dzieci będziemy wychowywać w duchu miłości do każdego żywego stworzenia - kiwam głową. Czy starcze serce wytrzyma tyle rewelacji na dzień dobry? Zobaczymy, ja się dopiero rozkręcam. W międzyczasie unoszę nieznacznie dłoń swojej niby-partnerki, wciąż zamkniętą w uścisku mojej i przesuwam spojrzeniem po palcach, sprawdzając czy ma jakieś pierścionki, przejeżdżam kciukiem po tym, który zdobi palec serdeczny i zawieszam na nim wzrok na nieco dłuższą chwilę - A właśnie, mówiłaś im już o... No wiesz - składam krótki pocałunek na tym pierścionku, a kiedy z wolna opuszczam nasze ręce to kciukiem wciąż gładzę jej jasną skórę. W sumie nie wiem co wymyśli, ale zobaczymy, nie sądzę żebym się zawiódł.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Odnajdywanie wysublimowanych smaków oraz aromatów w winie było już sztuką wyższą. Jej przeżarte kubki smakowe co najwyżej lubowały się w wysokoprocentowych trunkach. Była w stanie rozróżnić luksusową torfową whisky od sklepowego badziewia. Żaden inny alkohol nie pachniał tak bardzo starą popielniczką i apteką. A smak? Jak ziemia zmieszana z papierem ściernym. Wina jednak kwalifikowały się u niej, na te słodkie i te, po których cierpł jej język. Nie zapominajmy też o tanim jabolu - winie marki wino, bo to złoto narodowe dla niewybrednych podniebień na czarną godzinę. Dlatego wino podane przez kelnera było dla niej po prostu alkoholem.
Cała ta rozmowa i atmosfera nie sprzyjała apetytowi. Przynajmniej jej nie dopisywał, bo zważając na Billego czy babcię, to ona w swoim talerzu jedynie dłubała. Gdyby tylko wtedy wiedziała, że ten stan był podyktowany czymś innym... W tych okolicznościach jednak śmiało mogła powiedzieć, że stres i rodzinka sprzyjały utrzymywaniu sylwetki. Tak jakby narkotyki i imprezy w żadnym stopniu na to nie wpływały.
I gdyby nie boska interwencja - jej pseudo narzeczonego, partnera czy chuj wie kto tam jeszcze po drodze się napatoczy - to zapolowałaby na tę ropuchę. Nawet lekko zacisnęła palce na widelcu, słuchając tych herezji, które wpajano jej przez pół życia. W ciągu pięciu minut Billy poznał więcej informacji z jej dzieciństwa niż jej kuzyni. Ba! Więcej niż przez cały ich związek, bo oboje rzadko kiedy wspominali coś o przeszłości. Już nawet była gotowa wyjść w spektakularny sposób i porzucić cały ich plan wyciągnięcia hajsu z tej poczwary. Wolała już u Madoxa tańczyć na rurze, albo kurwić się w dzielnicy bogaczy, poszukując sugar daddy, ale wtedy Billy przełknął swój kęs i przemówił do dwuosobowego tłumu.
Nawet ona rozchyliła usta i spojrzała na niego zaskoczona. Gdyby sześć lat temu rzucił jej takim tekstem o Chanel, to byłaby szybciej spakowana i gotowa wyjść za mąż niż on zdołałby mrugnąć. Nawet teraz ją kupił i to nie tylko przez wizję shoppingu. Normalnie nawet rzuciłaby mu tekstem, że uwalona błotem wygląda całkiem hot. A gdyby widział ją z bronią, to stałby na baczność przez całą wyprawę w tej pierdolonej Patagonii, ale zatkało ją. Ją i babkę. Starucha się po prostu zapowietrzyła. Ale ona wodziła spojrzeniem po twarzy prawnika i przepadła na zbyt długą chwilę w jego ciemnobrązowych oczach. Może to dlatego, że pierwszy raz ktoś stanął w jej obronie. A może to przez te drobne gesty, gdy trzymał jej dłoń w swojej. Tak czy siak gdyby miała na sobie majtki, to śmiało musiałaby się ich pozbyć, bo zrobiłoby się mokro.
Pierdoleni prawnicy i ich pytania pułapki. I tak oto właśnie miłość przerodziła się w złość. Miała wręcz chęć mordu w oczach, gdy w jej umyśle wywaliło czerwony Error. No bo o czym im niby mogłaby powiedzieć? I jak do diaska miała się skupić, gdy on patrzył na nią tym wzrokiem i kurwa składał pocałunek na pierścionku, który zdobił jej palec. Myślami bardziej była przy tym, że te usta przesuwają się powoli w górę po jej udzie, a nie na wymyślaniu kolejnej bajeczki.
- Nie... - uniosła kieliszek z winem, żeby odwrócić swoją uwagę od mężczyzny i przygryzła dolną wargę w zamyśleniu. - Tak właściwie babciu chciałam, żebyś poznała mojego narzeczonego, bo mamy do ciebie małą prośbę. - przerwała ciszę, która nastąpiła po monologu Billego i wręcz czuła spojrzenie babki na sobie. - Chcemy za niedługo się pobrać. Przed ślubem mamy sporo na głowie. Otwieram również biznes i ciągle odczuwam stres, bo ciągle coś idzie nie po mojej myśli. A termin mnie goni... - wcale, a wcale nie sugerowała tego, że chciała, żeby ten biznes był jej, a nie należał do wspólnoty małżeńskiej. - William zrobił badania i, jak ujął to lekarz, mógłby być bykiem rozpłodowym. A nie chcemy czekać... Stres jednak nie sprzyja ciąży, muszę się też zmieścić w sukienkę od projektanta i chcieliśmy cię prosić o przysługę. Czy zostałabyś naszą surogatką? Ja już zamroziłam moje komórki jajowe, a Billy może oddać nasienie w każdej chwili. Chcemy, żeby nasze dziecko urodziła dla nas bliska osoba. Ktoś z rodziny. Uznaliśmy, że jesteś najlepszą kandydatką. - upiła łyk wina i uśmiechnęła się niewinnie. Skoro ją wjebał, to teraz mógł sam sobie wyobrażać ciało tej rodzynki, które utrzymuje ich dziecko przy życiu.

William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Patrzenie na Gabi w ten sposób przychodzi mi bardzo łatwo, bo w zasadzie jest to dzisiaj jedna z nielicznych rzeczy, której nie muszę udawać. Dopiero kiedy wróciła, zdałem sobie sprawę jak bardzo mi jej brakowało. To znaczy ten okres tuż po jej zniknięciu to dosłownie epizod wyrwany z życia, ale do niedawna wydawało mi się, że zdążyłem zapomnieć. Tylko teraz, kiedy spoglądam zalotnie w jej ślepia to widzę w nich wszystkie wspólnie przeżyte historie. Kokieteryjne spojrzenie zamienia się w zadziorny uśmieszek kiedy i jej twarz wydaje się inna. Coś jakby bardziej wkurwiona. Prostuję się na krześle, wypuszczając z uścisku dziewczęcą dłoń. Spoglądam na staruchę, w ciszy wsłuchując się w słowa Gaby i muszę przyznać, że z każdym kolejnym robi się coraz ciekawiej, chociaż udaję, że totalnie ogarniam o co chodzi. Kiwam głową, w międzyczasie układając sztućce w sposób sugerujący, że chcemy kolejne danie. Jeszcze tylko sześć wykwintnych potraw przed nami i można kończyć to spotkanie. Zerkam na swoją niby partnerkę, a kiedy dopierdala z tą surogatką to nawet na mojej twarzy maluje się szczery szok, później poniekąd podziw dla złożoności umysłu, który to rozkminił. Takich rewelacji to się nawet facet ze stolika obok nie spodziewał, bo aż się obejrzał przez ramię, żeby zmierzyć nas krótkim spojrzeniem. Dosłownie wyglądał jakby wolał, żeby to były omamy słuchowe. Na moment robi się strasznie gęsto, a pierwszym, który zabiera głos jest kelner, biedny, nieświadomy padajacych przy stoliku propozycji. Uśmiecha się i pyta czy wszystko nam smakowało. Potwierdzam z równie szerokim uśmiechem określając przystawkę jako majstersztyk, a kelner zaczyna opowiadać nam o kolejnym daniu - zielonych szparagach z przepiórczym jajem, emulsją z dzikiego czosnku i maślanymi okruszkami, to zdecydowanie brzmi jak coś co chcę wszamać, szczególnie, że obsługujący nas chłopak z pasją opowiada o tym, że szparagi były zbierane dziś rano, natomiast masło jest tak świeże, że dosłownie dwie godziny temu jakaś wiejska baba w wiejskiej chacie przestała je ubijać, co więcej tak, jakby naprawdę w to wierzył. Nawet nie wiem kiedy żarcie pojawia się na naszym stoliku, podają też nowe wino, więc upijam łyk. Obsługa życzy nam smacznego, po czym znika, a ja wracam spojrzeniem do babci - Więc? Oczywiście zadbamy o pani komfort na każdym etapie ciąży i po niej - ciekawe czy taka stara baba to w ogóle jeszcze mogła robić za inkubator. Chociaż jak tak patrzyłem na babcię Gabi to pomimo wieku i tej siatki głębokich zmarszczek wszędzie, wydawała się być całkiem krzepka. Najgorzej, że zacząłem sobie to wyobrażać - ją w ciąży, z ogromnym, równie pomarszczonym brzuchem, a potem nawet przy porodzie, masakra, ciekawe czy jej miednica by to zniosła - Proszę sobie tylko wyobrazić ile radości wniesie do pani życia wnuczek, już nie mówiąc o nas, Gabriela będzie wspaniałą matką - zapewniam, a ja wspaniałym ojcem, a razem będziemy fantastycznymi rodzicami, większej głupoty dawno nie słyszałem. Zarówno Gabi jak i ja byliśmy typem osób, które raczej nie powinny się rozmnażać - Jak będzie dziewczynka to dostanie po pani drugie imię - dodaję, gorzej jak się zgodzi i naprawdę trzeba będzie to zrobić.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Istniało niewiele sposobów, żeby wykończyć staruszkę legalnie. A skoro nie mogła jej udusić ani zastrzelić nawet w tej Patagonii, to liczyła, że surogacja albo kolejne rewelacje przyniosą zamierzony efekt. W końcu rączki miała przy sobie, a za świadka miałaby prawnika, który uczestniczyłby w pięknej chwili zgonu matrony rodziny Blais. Stara jędza trzymała jednak głowę wysoko, prześlizgując gadzim spojrzeniem powoli po ich twarzach. Nie przerywała tej bitwy na spojrzenie, nawet gdy kelner opowiadał o kolejnym daniu, wchodząc w zawiłości ubijania masła i zbierania szparagów. I pewnie ta cała kolacja miałaby inny przebieg, gdyby nie to, że czuła się jak na poligonie wojskowym. Próbowała przewidzieć kolejne kroki babci, która była wytrawnym przeciwnikiem.
- Radości? - dla kogoś z boku faktycznie twarz staruchy mogła wywoływać te ciepłe uczucia, które odczuwało się do starszej osoby, która za dziecka częstowała wnuki ciasteczkami domowej roboty, czy też wsuwała banknot w dłoń niczym diler. Kobieta przed nią jednak była złem wcielonym. Potworem, który cieszył się, gdy mógł karać dzieci, i napawał się cierpieniem innych. Jej dzieciństwo było naznaczone tą chorą ideologią, gdzie wrzucano dziecko od razu na głęboką wodę, licząc, że trud zahartuje młodą duszę. Nie przypuszczała jednak, że staruszka spróbuje zabić ją w restauracji, i to przy świadkach. Nawet ona nie miała takiego tupetu.
Ze zmrużonymi oczami obserwowała, jak pomarszczona dłoń zatrzymała kelnera. Jak babcia szeptała mu coś do ucha z przymilnym uśmiechem. Młody chłopak z zaangażowaniem pokiwał głową, licząc na hojny napiwek. Normalna sytuacja, ale intuicja podpowiadała rudej, że było coś nie tak. Ta cisza przed burzą zawsze była niebezpieczna.
- To cudowne wieści! Nawet nie wiecie, jak bardzo jestem wzruszona. Kochanie, tak bardzo się cieszę, że dożyję twojego ślubu. Musimy to uczcić! Zgadzam się! Dzieci moje, wszystko zrobię dla waszego szczęścia. - starucha klasnęła w dłonie i jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki pojawił się kelner z trzema drinkami. W naturze to, co najbardziej kolorowe i przyciągające wzrok, często okazuje się trujące. Już na samym wstępie powinna się zawahać i dopytać, ale kto by się spodziewał, że ktoś w tak perfidny sposób wykorzysta słabość tego drugiego? I to własna rodzina...
Upiła łyk.
Jeden solidny łyk drinka, który miał być symbolem radości babci z ich zaręczyn, planowanego ślubu oraz dziecka. I Bogu kurwa dzięki, że byli w fancy restauracji i jedynie skosztowała napoju, bo... Od razu zrobiło jej się duszno. To dziwne mrowienie w buzi nie było spowodowane sporą ilością alkoholu, który skutecznie maskował słodki, owocowy posmak.
W kompletnym szoku spojrzała na babcię, która wpatrywała się w nią z uwagą drapieżnika, który tylko czekał na śmierć ofiary po wstrzyknięciu jej toksyny. - Pojebało cię? - wychrypiała, przykładając dłoń do ust, czując, że coraz trudniej jej się oddycha. - Po moim trupie jakiś prawnik położy ręce na naszym majątku. - starucha wyszeptała do niej z przymilnym uśmiechem, robiąc minę zatroskanej babuni. Czy Patel słyszał te słowa? (rzucasz kostkami baby)
- Próbujesz mnie zabić?! - wstała gwałtownie od stołu i nawet nie czekając na reakcję gości czy też samej babci ruszyła w stronę łazienki. Musiała jak najszybciej zwymiotować. Pozbyć się z organizmu tej cholernej truskawki, na którą miała uczulenie. Zanim... Zanim będzie za późno...

William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Nie mam pojęcia jak odczytywać jej wzrok, który z uporem prześlizguje się na przemian z twarzy Gabrieli na moją i w drugą stronę, jebana Meduza, dosłownie czuję jak mi zaczynają drętwieć palce, więc zaciskam je na sztućcach, żeby się napchać i nie musieć już nic mówić. Przynajmniej chwilowo, bo z pełnymi ustami nie wypada. Ale kiedy stara rura obwieszcza, że to zrobi, że zostanie naszą surogatką, to w pierwszej chwili muszę wyglądać tak jakbym się jednocześnie cieszył i zaraz miał zrzygać. Przełykam głośno porcję szparagów. Może to i dobrze, że przyszła pora na drinki, toasty, itp. Odbieram więc drinka i unoszę go w geście toastu, a potem walę na raz, czując na języku owocowy smak z ledwie wyczuwalną nutką alkoholu. Gdzieś nad krawędzią szklanki, jak tylko nieznacznie ją opuszczam, przesuwam spojrzeniem za kelnerką, która właśnie mija nasz stolik, z wdziękiem kołysząc biodrami. Szkoda, że ona nas nie obsługuje, chociaż z drugiej strony może i dobrze, bo jakby to wyglądało jakbym się na nią gapił siedząc przy kolacji ze swoją przyszłą żoną. Szmery cichych rozmów toczących się przy naszym stoliku gdzieś mnie omijają i dopiero kiedy Gaba zrywa się ze swojego miejsca, to odwracam się w jej stronę - Co się - zaczynam, ale ruda jest już gdzieś między stolikami. Zerkam przelotem na starą rope i pod naporem jej spojrzenia, nawet jeśli nasze krzyżują się dosłownie na ułamki sekundy, aż mi ciarki biegną po kręgosłupie. Wstaję czym prędzej i ruszam slalomem między stolikami, kelnerami i gośćmi, za Gabi, prosto do kibla, wbijam oczywiście do damskiego i już w progu jakaś baba mi staje na drodze - A co pan tutaj?... To jest damska toaleta!... - rzuca oburzona, ale odpowiadam jej od razu - Ja się identyfikuję jako kobieta, proszę mnie nie dyskryminować - unosi w zdziwieniu obie swoje wąskie brwi i nawet otwiera usta, żeby coś tam jeszcze pewnie popierdolić, tylko ja już ją wymijam aby dostać się do środka - Gaba? Przyszedłem - zaczynam, tylko dosłownie czuję na karku świdrujące spojrzenie tamtej baby - Przyszłam zobaczyć co z tobą, wpuść mnie - walę pięścią w każde z drzwi po kolei i ciągnę za złote klamki, bo ta łazienka wyglądała jak z jakiegoś pałacu, dookoła marmury, złote, bogato rzeźbione ozdoby i nawet pierdolona fontanna, w której się ciągle przelewa woda i szumi tak, że aż mi się zachciało lać - Co się stało? - dalej się dobijam, chociaż z jednej kabiny słyszę piskliwy, zaniepokojony głos, który na pewno nie należy do Gaby - Zajęte - ups, pewnie nie wyjdzie stąd dopóki sobie nie pójdziemy, przynajmniej ja. A nie zanosi się na to, bo póki co to wciąż dobijam się do innych kabin, gadam przy tym dalej - Spadajmy stąd, dobra? Ta baba zaczyna mnie przerażać, myślałem, że to będzie jakaś urocza staruszka a nie taka jędza - chociaż ostrzegała, że to zło wcielone, więc chyba nic dziwnego, że chcę wiać, gdziekolwiek, byle dalej od jej upiornej babci, która już pewnie jakieś klątwy na nas rzuca, żeby jedno albo drugie upadło i sobie głupi ryj rozbiło lub coś w tym guście. Jebać ją i jej hajs, nie warto się tak produkować dla jakiś papierków, aż się przykro robi na samą myśl, do czego człowiek jest zdolny dla pieniędzy.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

To była prawda, że z rodziną najlepiej wychodziło się na zdjęciach. Chociaż w jej przypadku można było to bardziej zaszufladkować jako obóz survivalowy, gdzie subskrypcja odnawia się co roku i ni chuja nie jesteś w stanie jej anulować. Z takiego towarzystwa to nikt nie mógł wyjść w świat z normalnym podejściem do życia. Nic więc dziwnego, że ciągle ładowała się w jakieś głupie akcje, ale przynajmniej nie było nudno. Może nawet doceniłaby całą tę otoczkę próby morderstwa poprzez wykorzystanie czyjejś alergii, gdyby sprawa nie dotyczyła jej osoby. Bo jednak napis na nagrobku: Zabita przez truskawkę, nie należał do szczytu jej marzeń.
Próbując wyrzucić z siebie owocową truciznę, zastanawiała się, jak te wszystkie pop gwiazdki radziły sobie w tych obcisłych kieckach. Ani tu porządnie klęknąć, ani nawet się pochylić, bo gorset odbierał dopływ powietrza. Czego to kobiety nie robiły, żeby zaliczyć facetów. A podobno to płeć męska była wielce poszkodowana, bo wymagano od nich pierwszego kroku i stania na baczność. Wsunęła dwa palce do ust, żeby wywołać wymioty, ale nic z tego. No proszę. Tyle imprez, tyle dragów, a do grobu miała ją wysłać pierdolona truskawka. Miała już tak ściśnięte gardło, że może to jednak był ten gorset?
A na domiar złego, to pieprzony William ją rozśmieszał, bo gdy ona walczyła o każdy oddech i swoje życie, to ten bawił się w zmianę płci. Co było zarazem urocze, bo przylazł tu dla niej, ale i kurwa śmieszne, bo jak na prawnika, to zbyt bardzo mylił się z zaimkami. Mieszał się w zeznaniach.
Zachwiała się, gdy podjęła heroiczną próbę wstania z kafelek. Gdyby wcześniej wiedziała, że wystarczył kawałek truskawki dla takiej fazy, to byłaby milionerką, bo nie musiałaby fortuny wydawać na alko i narkotyki.
- Tutaj... - brzmiała żałośnie. Jakby była totalnie damą w opałach na skraju życia i śmierci. I najgorsze, że tak właśnie było. Wymacała dłonią to przeklęte pokrętło od kabiny i próbowała przekręcić to dziadostwo zarówno w jedną, jak i drugą stronę, ale nie drgnęło. Klątwa babki Carmen Sandiego znowu w natarciu! Tylko gdzie to całe szczęście?!
- Słuchaj. Jak padnę, to musisz mi podać adrenalinę. - skąd miał to wytrzasnąć? To było bardzo dobre pytanie, ale skoro w takim miejscu tyle płaciło się za przystawki, to powinni mieć coś więcej niż ser spod napletka. - A jak umrę, to chociaż wymyśl jakąś fajną epicką historię... - zaczęła się zsuwać w dół po ścianie, aż wylądowała tyłkiem na zimnych kafelkach. Były takie przyjemne... I kurwa jakim cudem było tu tak czysto? Normalnie można byłoby jeść z podłogi. Starała się w jakikolwiek sposób rozwiązać trochę sznurki od gorsetu, żeby złapać trochę powietrza przesiąkniętego morską bryzą, która była rozpylana w łazience. Poddała się. Było jej tak zimno...
Ledwo przytomna uchyliła delikatnie powieki, gdy ktoś chyba nią szarpał. Tak, zdecydowanie ktoś przy niej był. William? Te oczy poznałaby wszędzie i to nie chodziło o te paskudne tatuaże na jego dupie. - Kocham Cię... - wyszeptała z ledwością zanim pochłonęła ją ciemność.
W końcu raz już żałowała, że przed śmiercią nie zdołała mu tego powiedzieć. Wtedy przy tej całej akcji z Włoską Mafią nie miała szansy, ale tutaj... Chociaż tyle jej się udało.

William N. Patel
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
34 y/o
Catch the local sports fever
180 cm
adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
ignorantia iuris nocet, ignorantia facti non nocet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona
typ narracjipierwszoosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Słyszę cichy, ale znajomy głos dochodzący z jednej z kabin i od razu do niej podbijam, ciągnę za klamkę, jednak drzwi ani drgną, za to zza nich dochodzą do mnie kolejne słowa Gaby - Co, kurwa?! - chyba bredzi, ale po czym? Nie uwierzę, że to przez te kilka lampek wina, bo obydwoje doskonale wiemy, że potrafi wyłoić wiadro, a przy dobrych wiatrach nawet dwa. To co się stało? Jakoś średnio idzie mi łączenie kropek w momencie, w którym mówi, że zaraz umrze - Jeśli to ma być żart to w chuj nieśmieszny - chociaż nie wygląda na to, szczególnie, że brzmi przejmująco słabo - A jak nie to nie ma chuja, jak będzie trzeba to osobiście pofatyguję się po ciebie na samo dno piekła - i nie omieszkam negocjować z Lucyferem o jej grzeszną duszę - Wchodzę tam - informuję ostatni raz, jakby jednak zmieniła zdanie i zechciała mi otworzyć. Nie? W takim razie ma szczęście, że mam supermoc w postaci magicznych dłoni, które otworzą każdy zamek, a w dodatku wszędzie noszę ze sobą ten wichajster, który idealnie się do tego nadaje. Tak na wszelki wypadek, w końcu nigdy nie wiem co przyniesie dzieñ - może będę musiał uciekać z płonącego, zamkniętego pokoju, a może rozbroić zamek w kiblu żeby się dostać do swojej odlatującej byłej. Chwila moment i drzwi ustępują, natomiast ja wbijam do środka. Tylko Gabi leży już na podłodze i ledwie otwiera powieki, oddech ma, mam wrażenie, coraz cięższy. Podbijam bliżej, przez chwilę szarpię ją za ramiona, a ona dalej bredzi - Co?... - pytam, bo w amoku, w którym się aktualnie znajduję niewiele do mnie dociera. Wyciągam ją przed kabinę, widzę kawałek rozsznurowanego gorsetu, więc przerzucam jej bezwładne ciało na bok, żeby dokończyć i uwolnić ją z tej ciasnej (ale w opór seksownej) sukienki. Dobrze, że mam doświadczenie ze zdejmowaniem różnych ubrań z kobiet to idzie turbo sprawnie. Tylko co potem? Potem dzieje się pierdolony cud. Potwierdza się teoria Madoxa o klątwie babki Carmen Sandiego, o której opowiadał mi niejednokrotnie, ja zresztą wierzę w takie metafizyczne brednie. Oto dziewczyna o piskliwym głosie kończy walić kloca i z hukiem otwiera drzwi od kabiny, staje w nich dosłownie cała na biało - Proszę zachować spokój, jestem lekarzem - o kurwa, Gaba naprawdę miała w opór szczęścia - Co jadła? Jest na coś uczulona? To mi wygląda na mocny wstrząs anafilaktyczny, nosi przy sobie adrenalinę? - bombarduje mnie kolejnymi pytaniami, pochylając się nad Gabrielą, żeby ją zbadać - To chyba po owocowym drinku, nie wiem i nie wiem, raczej nie - odpowiadam, a lekarka macha na mnie ręką - To ma sporo szczęścia bo ja noszę, na wszelki wypadek - patrzę na nią szeroko otwartymi oczami, a ona dodaje, że ma też ostrą alergię na orzechy, które dodają prawie wszędzie. Karze mi brać swoją dziewczynę, więc zbieram Blais na ręce z podłogi i wszyscy wypadamy na główną salę restauracji. Lekarka od progu krzyczy żeby ktoś dzwonił po pogotowie, po czym prowadzi nas do swojego stolika. Jednym, zamaszystym ruchem zrzuca wszystko z blatu na podłogę, więc kładę Gabę na pustym stole, a pani doktor zaczyna akcje ratunkową. Wokół od razu robi się poruszenie, wszyscy w szoku, gapią się i nie wiedzą co się właśnie odpierdala, zaś moje spojrzenie pada na starą rurę, która dosłownie chciała zabić swoją wnuczkę. Pojebana akcja, chociaż jeśli Gaba chciała swojej epickiej historii to taką właśnie miała - zmarła śmiercią tragiczną, otruta przez wlasną babcię na najdroższej kolacji w swoim życiu, zawsze dawała czadu. Widzę jej śliski uśmiech i dostaję pierdolonego szału - Zapierdolę cię - chwytam jakiś nóż do masła, rzucajac się w stronę babki z zamiarem wbicia jej go prosto w ten zjebany ryj. Ja, człowiek, który w 99,9% wybierał pokojowe rozwiązania, zajebałbym to wredne babsko, gdyby jeden z kelnerów mnie nie obezwładnił. Miała szczęście, bo wiem, że naprawdę dźgałbym ją tym tępym narzędziem tak długo dopóki nie przestałaby krzyczeć. Poszedłbym siedzieć za stare kurwisko pewnie do usranej śmierci, ale niczego bym nie żałował.

Gabriela R. Blais
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
twoja stara
???
ODPOWIEDZ

Wróć do „George Restaurant”