Rozpakowane kartony i porozwieszane w szafie ubrania nie budziły w Malcolmie przekonania, że wreszcie był w
domu. Zdołał karmić się naiwną nadzieją, że Toronto znowu stanie się jego miejscem przez kilka tygodni, poprzedzających moment zdania kluczy i wciśnięcia ich w ręce nowych właścicieli i oszukiwał się też wygodnie nieco ponad miesiąc po samej przeprowadzce. Chociaż ściany nowego domu wydawały się trochę zbyt ciche, zbyt chłodne i niepasujące do ich
rodziny, to pozwolił sobie uwierzyć, że któregoś dnia, gdy wspomni o powrocie do
domu, słowo to nie odbije się nieprzyjemnym dreszczem, rozbiegającym po plecach.
Czas rzadko działał na jego korzyść — lekcję o tym powinien wyciągnąć już wcześniej, pamiętając to naiwne wyglądanie dnia, gdy wszystko samo się ułoży. Dostrzegał nawet pewną ironię w świadomości, że jako człowiek stale szukający l o g i k i, w kluczowych momentach pozwalał opierać życie na nadziei. Jak jednak można było się spodziewać Toronto wcale nie naprawiło tego, co sypać zaczęło się jeszcze w Ottawie.
Jakiś czas temu przestali przecież z Sarah m i e w a ć złe dni. Już nie były przypadkami, nie były sumą pojedynczych zdarzeń i wypowiedzianych niefortunnie słów, którymi wymieniali się tylko nad wspólnie zjadanymi kolacjami Ciche i pełne wyrzutów dni wpisały się w ich rutynę na stałe tak skutecznie, że powoli zapominał, że kiedykolwiek było inaczej. Nie pamiętał już przecież wieczorów spędzanych leniwie na kanapie, gdy wspólnie nadrabiali serial, ani tego błysku, z jakim pytała o jego dzień. Tego ciepła związanego z przekonaniem, że przebieg ostatnich godzin, spędzonych w pracy, naprawdę ją interesował. Terminy, których wówczas używał, które brzmiały jak wymyślone na poczekaniu słowa, przyjmowała zawsze ze skinieniem głowy, w rozczulający sposób udając, że ją to interesuje.
On też już nie pytał i się nie starał. Budziło to w nim cały ogrom frustracji, z którą nie umiał sobie poradzić. Chciał zmian, ale zamiast cokolwiek ułatwiać, stale obierał przeciwną stronę, poświęcając Sarah znikomą dawkę swojej uwagi. Czas w ciągu dnia zawsze rozkładał tak, by w domu, ze swoją żoną, spędzić go jakoś możliwie najmniej. Nie chciał być tym, który pierwszy wspomni o rozwodzie, nawet jeśli coraz częściej postrzegał to jako rozwiązanie ściągające nie tylko ten egoistyczny ciężar. Wiedział, że i sama Sara musiała mieć dość sytuacji, w której się znaleźli, ale znikoma ilość szans na poważną rozmowę, odsuwała ich od przyznania tego na głos.
Ten dzień prawie nie różnił się od pozostałych, gdy w głowie rozkładał czas na godziny, analizując, jak zapełnić sobie przestrzeń między pracą a snem, by uniknąć dzielenia jej z Sarah, w towarzystwie niewygodnej ciszy. Mógł spędzić popołudnie z siostrą, zamawiając jedzenie z jednej z ulubionych knajpek, siedząc nad małym stolikiem w jej mieszkaniu. Mógłby wtedy z wygodnym uśmiechem, odbijać wszystkie te pytania, które wydawały się niewygodne, pamiętając okazjonalnie, by nie przeczesywać palcami włosów w tym nerwowym geście, który zawsze ujawniał nieco zbyt wyraźnie, zdenerwowanie rozchodzące się po ciele Malcolma.
Kiedy wracał do Toronto, nie spodziewał się, że miejsce będzie aż tak oddziaływać na wspomnienia — że nagle tak irytująca okaże się ta kalendarzowa siedemnastka, którą kojarzył tylko z jedną osobą, z jednym uśmiechem, który regularnie nawiedzał go we wspomnieniach i żalem kumulującym się gdzieś wewnątrz za każdym razem, gdy w głowie odtwarzał te szczeniackie zarzuty i pretensje, Nie umiałby jednoznacznie określić, czy bardziej myśl o spotkaniu wydawała się nieunikniona i konieczna, czy pożądana. Po prostu żyła gdzieś w odmętach świadomości Malcolma, dając poczucie pozornego przygotowania na ten dzień — na spotkanie pozbawione dźwięku jego śmiechu, który czasami tłukł się po głowie Bremersa i — co mimowolne zakładał — podobnie niezręczną rozmowę, jak niezręczne bywały jego ostatnie, życiowe interakcje.
Wysiadał z auta z mieszaniną wstydu i przekonaniem, że powinien wyciszyć sentymentalną część swojej osobowości. Mógł nie spodziewać się tego spotkania, gdy jego kroki mimowolnie kierowały się w stronę ławki, wiążącej się z całą masą najróżniejszych wspomnień, ale nie zmieniało to poczucia, że robił coś nie tak. Jakby łamał dane komuś (sobie? swojej żonie?) słowo. Walczył z tą świadomością przesuwając wzrokiem po budynkach, które mimo upływu lat, prezentowały się prawie tak, jak to zapamiętał. Żałował, że nie wziął ze sobą książki, laptopa, czy czegokolwiek innego, bo myśl, że usiądzie tam i pozwoli wspomnieniom swobodnie dryfować — jak wtedy, gdy w środku nocy walczył z bezsennością — wydawała się przerażająca.
Lęk zniknął jednak w momencie, gdy spojrzenie niebieskich oczu, wylądowało na szerokich plecach mężczyzny. Plecach, które równie dobrze mogły należeć do kogokolwiek innego. Przyspieszone bicie serca nie musiało być uzasadnione obecnością osoby, którą c h c i a ł spotkać.
Skoro jednak tak, czemu
wiedział, że to Everhart, zanim ten odchylił głowę i potwierdził to jednym, prostym zdaniem?
— Planowałem powiedzieć to samo — przyznał nienaturalnie lekkim i swobodnym tonem, siląc się na nonszalancje, która wcale do niego nie pasowała. Wydawało się to jednak lepszym sposobem na powiedzenie mu
cześć. Wykonał zaraz potem dwa kroki do przodu, zatrzymując się w niezręcznej pozycji, która zdradzała, że planował usiąść tuż obok.
— Mogę? — zapytał ostatecznie, oddając mu możliwość decyzji, czy chciał w ogóle jego towarzystwa, czy może spotkanie go, nawet po jedenastu latach, nie znajdowało się na szczycie listy rzeczy, na jaką urodzinowy Oleander miał ochotę.
oleander everhart