Ze względu na ten aspekt miała zatem dylemat, czy nie odpuścić sobie tegorocznego festiwalu. Mogła zostać w domu, obejrzeć sobie jakiś serial i zajeść depresję lodami. Znajomi mieli jednak wobec niej zupełnie inne plany, co z początku jej się nie spodobało. Potem jednak stwierdziła, że jest jej wszystko jedno. Zaryzykuje - najwyżej będzie potem żałować.
Barwność i cała kolorystyka eventu, którą dostrzegła tuż po przyjeździe, była miłą odwrotnością od bladych ścian jej domostwa w Kingsway. Przez krótką chwilę Hayward miała nawet ochotę się uśmiechnąć, widząc nie tylko wszelkie kolory tęczy, ale również i dobrze bawiących się ludzi. W tłumie zawsze mimowolnie czuła się lepiej, choć na głoś zapierałaby się przed tym rękami i nogami. Zwłaszcza teraz, gdy samotność pasowała do jej łatki żony w żałobie. Co z tego, że minęło już tyle czasu - ona dalej miała go w głowie. I w sercu również.
Dobry nastrój prysł niczym bańka mydlana, gdy obecność radosnych ludzi dookoła stała się bardziej klątwą niż czymkolwiek pozytywnym. Próbowała znaleźć drogę do występu orkiestry, który bardzo ją interesował - niestety, bez skutku. Na dokładkę znajomy, który namówił ją na to całe przedsięwzięcie, był już na miejscu. Czy jej pomógł? Skądże. Wolał jej wysłać wiadomość ze zdjęciem, gdzie cały w skowronkach pozuje na tle sceny. Muzycy już na niej byli, czyli koncert miał się wkrótce zacząć.
To tylko rozwścieczyło Sylvie. Ukryła jednak zdenerwowanie pod maską neutralnej mimiki, skupiając się na rozglądaniu po tłumie. Finalnie jednak zdecydowała się podejść do dość sympatycznie wyglądającej kobiety, która stała nieopodal.
— Przepraszam bardzo, czy wie pani jak dojść do głównej sceny? — spytała głośno, by dobrze słychać było ją we wszechobecnym gwarze. W duchu modliła się, by kobieta wiedziała cokolwiek. Nie chciała przegapić czegoś, co ją ekscytowało, nawet minimalnie.
Lucky Martino