ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
165 cm
nauczycielka hiszpańskiego || szkoła językowa
Awatar użytkownika
It's 2 AM
You and I used to talk until the morning
It's day and night hurry now
Baby let's just take it slowly today
I don't wanna miss out on much today
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- parę lat temu -


— Albert, nie wracajmy jeszcze, noc jest przecież wciąż taka młoda… — Carmen zaśmiała się melodyjnie, trzymając łagodnie przedramię Thallmana, żeby nie stracić równowagi na swoich obcasach. Zatrzymała się w połowie drogi do mieszkania chłopaka, w którego wlepiała roześmiane spojrzenie i pociągnęła go, żeby się zatrzymał. Była delikatnie wstawiona, ale czuła, że tego dnia właśnie tego potrzebowała; swojego niezastąpionego chłopaka, jego wsparcia, odrobiny czułości i złośliwości, no i parę tanich drinków. Takich, które kopią najmocniej, bo nie są kolorowe i wykwintne, a konkretne i trafiające w sedno.
Torres miała dużo rzeczy na głowie. Dorabiała sobie na każdy możliwy sposób i jeszcze nie wiedziała, czy przyjmą ją do szkoły językowej, do której złożyła podanie parę dni temu. Gdyby tylko się udało, w końcu zyskałaby stabilną pracę i nie musiałaby się już niczym martwić, a to było właśnie w Toronto spełnieniem jej marzeń. Na ten moment próbowała przetrwać dorywczo i skupić się na ukończeniu studiów. Wszystko po kolei, żeby zupełnie nie stracić głowy, choć była jedna osoba, która skutecznie odciągała jej myśli od egzaminów i męczącej roboty. Ten też człowiek stał teraz przy jej boku, wyglądając jeszcze obłędniej niż na co dzień, choć to całe postrzeganie jego wizerunku, mogło być zakrzywione alkoholem.
— Nie chcę się spieszyć do domu — powtórzyła marudnie, zsuwając rękę na jego nadgarstek, a potem dłoń, by subtelnie spleść ich palce razem. Wtedy też uniosła jego ramię w górę, by obrócić się pod nim jak w tańcu, ostatecznie wypuszczając starszego z uścisku i idąc parę kroków przed nim. — Jutro znowu wpadniesz w wir pracy i obowiązków. Ja też będę musiała biegać z tacą albo sprzątać pokoje — przypomniała mu niechętnie. O wiele bardziej podobałoby się jej życie w wiecznym spokoju i luzie, nie martwienie się o pieniądze i bezustanne cieszenie się swoją obecnością. — Kiedy znów będziemy mieli szansę, żeby się zabawić? — zapytała, prawie tracąc równowagę, gdy zaczęła iść tyłem, by dalej spoglądać na swojego chłopaka.
— Cała młodość ci ucieknie. Albo to ja ci ucieknę — dodała, bezustannie żartując, bo czuła się wolniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Albert często tak na nią działał; ściągał z jej ramion stres i napięcie, dzięki czemu mogła szczerze się uśmiechać. Na co dzień starała się oddawać mu tę samą energię i być kimś, kogo mógł potrzebować. — A myślę, że jestem od ciebie mimo wszystko trochę szybsza — dorzuciła walecznie, rozkładając bezradnie ręce, znowu go prowokując i robiąc wszystko, co mogłoby go potencjalnie zmotywować do przeciągnięcia ich nocy jeszcze dłużej. — I zwinniejsza — dodała, w końcu się zatrzymując, żeby spojrzeć mu prosto w oczy i odczytać z nich, czy przystanie na jej propozycję.

my first love
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

She's got a smile that it seems to me
Reminds me of childhood memories
Where everything
Was as fresh as the bright blue sky


Albert, nie wracajmy jeszcze, noc jest przecież wciąż taka młoda… Thallman westchnął. - Carmel - mruknął do ostrzegawczym tonem do swojej dziewczyny, mocno trzymając ją za rękę i celowo zdrabniając jej imię w taki sposób. Posłał jej rozbawione spojrzenie i uśmiechnął się pod nosem. Torres była… ach, hipnotyzująca, to było odpowiednie określenie. Jej brązowe włosy lśniły w świetle ulicznych latarni, a w ciemnych oczach tańczyły radosne iskierki. Cholera, nie mógł oderwać od niej wzroku - mimo że byli razem już prawie dwa lata, dalej cholernie na nią leciał i te kilka drinków, które przed chwilą wypili, tylko potęgowały to obezwładniające przyciąganie. Pozwolił, żeby uniosła jego ramię w górę i obróciła się pod jego ramieniem w tym krótkim, słodkim tańcu - oczywiście, że skwitował to uroczym parsknięciem. - Ja akurat bym chciał się pospieszyć do domu - odpowiedział jej, gdy zaczęła iść parę kroków przed nim i postanowił wykorzystać ten moment, aby bezczelnie zlustrować wzrokiem jej pośladki.

Jezu, uwielbiał takie luźne wieczory jak ten, mimo że ostatnio mieli ich coraz mniej, bo oboje dorabiali jak mogli w każdej wolnej chwili, żeby… po prostu utrzymać się w tym szalonym mieście. Albert dopiero niedawno znalazł pracę w barze i okazywało się, że napiwki były całkiem przyzwoite, dlatego brał tyle nadgodzin, ile tylko mu pozwalali. Pomyślał sobie też, że może udałoby mu się zagadać z szefem i załatwiłby pracę również Torres? Chociaż kilka wieczorów w miesiącu, w końcu każdy grosz miał znaczenie? Na razie nie zamierzał jej o tym mówić, bo nie chciał jej rozczarowywać, gdyby się nie udało. Jutro znowu wpadniesz w wir pracy i obowiązków… Ace przekręcił oczami. - Jutro srutro, dziś jest jeszcze dzisiaj, wyluzuj, skarb - rzucił i machnął dłonią na samo wspomnienie o tacy i sprzątaniu pokoi. Carmel niby chciała wyluzować, ale jednocześnie nie chciała wyluzować, bo ciągle przypominała im o pracy, a Thallman… nie chciał teraz myśleć o robocie, zwłaszcza, że oboje mieli dziś dzień wolny i wiele sposobów oraz możliwości na spożytkowanie go.

Gdy Torres zaczęła iść przed nim tyłem i spytała, kiedy znów będą mieli szansę się zabawić, dogonił ją i splótł ich palce ze sobą. - Bardzo chcę zabawić się w domu, ty nie? - powiedział, po czym przyciągnął ją do siebie lekko i objął ją w talii, aby skraść jej pocałunek, ale ona zapewne tylko mu się ze śmiechem wyrwała i znów zaczęła iść przodem. Zatrzymał się na moment i złożył ręce na piersi. Tak się chciała bawić? - Carmel, a jak ty właściwie chcesz się zabawić, bo nasze wizje dobrej zabawy chyba się rozjeżdżają? - zagadnął i posłał jej flirciarski uśmiech. Był dobry w te klocki, be carefull, Carmen Torres. - Ja bym się pobawił w grę "Rozbierz mnie w sypialni" - dodał, po czym puścił jej perskie oczko i znów zaczął za nią iść, ale tym razem to Carmen się zatrzymała i prawie na nią wpadł.

Zrobił kolejny krok w jej stronę, spojrzał jej prosto w oczy i… no, nie wytrzymał. Wyciągnął rękę i delikatnie chwycił ją za biodro, przyciągając ją bliżej siebie. Uch, dlaczego tak cudnie pachniała? - Szybsza, zwinniejsza, seksowniejsza, mhm... - wymruczał do jej ucha, po czym wyprostował się i posłał jej kolejne tego wieczoru maślane spojrzenie. - Już to gdzieś słyszałem. To co byś chciała robić? - spytał i zaczął bardzo powoli gładzić jej talię, używając całej swojej siły woli, żeby nie zacząć wsuwać dłoni pod jej sukienkę na środku ulicy.

𝑐𝑎𝑟𝑚𝑒𝑙
25 y/o
For good luck!
165 cm
nauczycielka hiszpańskiego || szkoła językowa
Awatar użytkownika
It's 2 AM
You and I used to talk until the morning
It's day and night hurry now
Baby let's just take it slowly today
I don't wanna miss out on much today
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uwielbiała jego głos, a już w szczególności, gdy mówił do niej w ten sposób. Zdrabniał jej imię w charakterystyczny sposób, w jaki nikt inny tego nie robił. Pomimo długiego związkowego stażu, wystarczyła zaledwie chwila zapomnienia, by na nowo poczuła się jak nastolatka, nie potrafiąca zapanować nad swoim sercem. Wystarczyło zaledwie krótkie spojrzenie w jego jasne oczy, by jej umysł zaczął szaleć. Nie potrafiła się do tego przyzwyczaić; do świadomości, że miała go tylko dla siebie na wyciągnięcie ręki i mogła zrobić, co tylko właściwie chciała. Równie mocno co jego głos i oczy, kochała ich chemię, bezustanne przyciąganie i to droczenie się, które wywoływało na jej ustach rozbawiony uśmiech. Znał ją lepiej niż ktokolwiek inny. Znał jej marzenia, cele, największe obawy, preferencje i całą osobowość. Albert był jedyną osobą, której do tej pory powierzyła wszystko i nie żałowałaby tego, nawet gdyby wszystko miało obrócić się przeciwko niej. Mogła być przy nim tą Carmen, której nie widział nikt inny; na którą nikt inny może nawet nie zasługiwał. Słysząc jego słowa, Torres subtelnie odchyliła głowę i zaśmiała się, złośliwie zsuwając swoją krótką, skórzaną kurtkę z ramion. — Też jest ci dzisiaj tak gorąco, Thallman? — rzuciła prowokująco, ewidentnie się z nim drażniąc.

Carmen uwielbiała to choćby chwilowe poczucie wolności, którego nie miała na co dzień. Czuła chłód nocnego powietrza na swojej skórze i bliskość Alberta tuż przy sobie, przez co mogła wyobrazić sobie ich potencjalną wspólną przyszłość. Nie musiała przez ten moment, martwić się pieniędzmi, obowiązkami, rodziną i wątpliwościami. Mogła robić, co tylko chciała, skoro do świtu zostało jeszcze parę długich godzin. Prawda była jednak taka, że to nie przerwa od pracy czy noc sprawiały, że czuła się w ten sposób, a chłopak, na którym co chwilę zawieszała rozweselone spojrzenia.
— Jestem bardzo wyluzowana. Nie widzisz? — rzuciła z uśmiechem na ustach, opierając się o jego klatkę piersiową, jakby słaniała się na nogach i musiał ją złapać. Nie minęło jednak nawet parę sekund, jak znowu się od niego odsunęła, żeby po raz kolejny zrobić parę kroków naprzód. — Świetnie się bawię w towarzystwie jakiegoś przystojnego młodzieńca dodała, śmiejąc się cicho pod nosem.

Carmen zerknęła na ich splecione palce, na nowo unosząc błyszczące spojrzenie na jego twarz. Serce podeszło jej do gardła, gdy wspomniał swój preferowany sposób na resztę nocy, a oddech odrobinę przyspieszył. Wykorzystując chwilę swojej (i jego) słabości, Torres subtelnie umknęła przed jego pocałunkiem. Nie potrafiła mu dać tego, czego chciał od razu, bo ile byłoby w tym drażnienia i zabawy?
Torres odwróciła się do niego przodem, uśmiechając się przy tym przebiegle. Spojrzała mu prosto w oczy, unosząc palce by ująć jego policzki w jedną dłoń. — Możemy zagrać w grę “rozbierz mnie tu i teraz”. Tego jeszcze nie robiliśmy — rzuciła wyzywająco, zanim znowu zaśmiała się pod nosem. Nawiązując z nim kontakt wzrokowy, Carmelka odetchnęła ciężko; też na nią działał. Musiałaby być chora, żeby nie być równie zniecierpliwiona, co on.

Szczególnie, jeśli Albert grał tak nieczysto, przysuwając ją do siebie, jakby wcale nie wiedział, jak gubiła myśli, gdy był tak blisko niej. Zalety, które padły z jego warg, sprawiły że dziewczyna pochyliła lekko głowę, powstrzymując zbyt szeroki uśmiech, cisnący się na jej wargi. Po jej ciele przeszedł dreszcz, gdy tylko szeptał do jej ucha wszystko to, co mąciło jej w głowie. — Ty za to grasz niesprawiedliwie — rzuciła, unosząc lekko podbródek, by spojrzeć na niego buntowniczo. Oparła dłonie na jego ramionach, żeby zaraz subtelnie zsunąć je po całej jego klatce piersiowej, ostatecznie zatrzymując palce na jego pasie. Zemsta za to całonocne kuszenie. — Chcę tam wejść — stwierdziła, wskazując palcem na jeden z wyższych budynków. — Chciałabym zobaczyć pieprzone gwiazdy, Ace. — Po tych słowach nachyliła się w stronę Alberta, wsuwając opuszki palców za jego pas, by w ten sposób przyciągnąć go te parę milimetrów bliżej. — A potem możemy zabawić się w jaką grę tylko zechcesz — szepnęła, stając delikatnie na palcach, by cmoknąć go zaczepnie w usta.

beloved
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Feel like sun on my skin
So this is love, I know it is


Czy tak można było nazwać szczęście? Nie wiedział. Wiedział za to, że Carmen miała niesamowity dar - wciąż potrafiła zawrócić mu w głowie tak, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Uwielbiał tę chemię między nimi, która nie pozwalała mu trzymać rąk przy sobie. Uwielbiał też ciszę, gdy świat zwalniał, a oni leżeli na łóżku w jego pokoju i słuchali starych płyt. Uwielbiał też jej upór - to, jak wytrwale walczyła o swoje marzenia w Toronto, jak ciężko pracowała i jak potrafiła w tym wszystkim znaleźć czas, aby podarować mu całą siebie. Jej ciemne oczy i melodyjny śmiech były dla niego najsilniejszym narkotykiem… Dzisiaj zrobiłby dla niej wszystko. Naprawdę wszystko. Byli jak dwa dopasowane elementy układanki. Przy niej mógł po prostu być, oddychać i zrzucać z ramion cały życiowy ciężar, o którym nikomu innemu nie mówił.

Też jest ci dzisiaj tak gorąco, Thallman? Uśmiechnął się kącikiem ust i przesunął wzrokiem po jej nagich ramionach, gdy na moment zsunęła z nich skórzaną kurtkę. - Nawet nie wiesz jak - odpowiedział. Tracił dla niej głowę. Gdyby poprosiła go teraz o księżyc, pewnie zaraz zacząłby budować drabinę, bo była całym jego cholernym światem i chciał, żeby była z nim szczęśliwa. Jestem bardzo wyluzowana. Nie widzisz? - Mhmm - wymruczał i musnął ustami nagą skórę jej ramion, gdy na moment oparła się o jego klatkę piersiową, bo nie zamierzał tracić ani chwili, skoro już pozwalała mu na pieszczoty. Słysząc jednak jej tekst o JAKIMŚ przystojnym młodzieńcu, uniósł wymownie do góry jedną brew. - Jakiegoś, tak? Jakiegoś? No wiesz co, myślałem, że jestem jedyny w swoim rodzaju - zaprotestował.

Och, jak miło było zaobserwować, że oddech jej przyspieszył, a w oczach pojawił się niebezpieczny błysk - i to wszystko wywołane tylko i wyłącznie jego sugestią. Uśmiechnął się z zadowoleniem, a ów uśmiech nie zniknął z jego twarzy nawet w momencie, gdy ujęła jego policzki w dłoń. Rozbierz mnie tu i teraz? Oj, Carmel. Krew uderzyła mu do głowy na samą myśl. Ta dziewczyna była niemożliwa. Jednak Albert nie byłby Albertem, gdyby nie podjął rękawicy. - Nie musisz powtarzać dwa razy, ja zaczynam - odparł z figlarnym błyskiem w oku, po czym bezczelnie zsunął z jej ramion skórzaną kurtkę do końca i przewiesił ją sobie przez ramię, a potem spojrzał na nią z góry, lustrując sylwetkę brunetki w świetle latarni z satysfakcją w oczach.

A chwilę później, gdy oskarżyła go o niesprawiedliwą grę i wsunęła opuszki palców za jego pas, żeby przysunąć się do niego bliżej, zrobiło mu się jeszcze bardziej gorąco niż przedtem. Objął ją mocno w talii, aby znowu mu nie uciekła. - A co w tym niesprawiedliwego? - wymruczał prosto w jej wargi, pozwalając, aby ich oddechy zmieszały się ze sobą. - Chcesz się włamać na dach, Carmel? Tamten budynek wygląda na kurewsko drogi taras widokowy - rzucił chwilę później, zanim odwzajemnił jej zaczepny pocałunek i zlustrował spojrzeniem najwyższy wieżowiec w okolicy. - Ale uwielbiam, kiedy robisz się taka wymagająca - dodał szeptem tuż obok jej ucha. Zacisnął usta na jej szyi, aby zostawić na skórze różową malinkę, mimo że miał ochotę zrobić znacznie więcej - ach, rzucenie jej na maskę najbliższego samochodu było najdelikatniejszym ze wszystkich pomysłów.

Złapał ją za rękę i pociągnął w ciemną alejkę na tyłach wieżowca, który akurat mijali. Prześlizgnęli się do środka przez rusztowania na tyłach budynku - nie był jeszcze oddany do użytku, ale znaleźli niedomknięte drzwi ewakuacyjne. - Jak nas złapią to powiem ochronie, że to ty mnie porwałaś i zmusiłaś do złego - wyszeptał jej do ucha, gdy znaleźli się w luksusowym, pustym holu. Po tych słowach zaśmiał się cicho i oparł ją lekko o ścianę, która jeszcze pachniała świeżą farbą, żeby tym razem pocałować ją bez żadnych wścibskich oczu. Nareszcie nie musiał się hamować. Wplótł wolną dłoń w jej ciemne włosy, lekko odchylając jej głowę do tyłu, aby pogłębić pocałunek, podczas gdy drugą ręką - w której wciąż trzymał jej skórzaną kurtkę - oparł się o ścianę tuż nad jej ramieniem.

Gwiazdy mogły chwilę zaczekać.

𝑐𝑎𝑟𝑚𝑒𝑙
25 y/o
For good luck!
165 cm
nauczycielka hiszpańskiego || szkoła językowa
Awatar użytkownika
It's 2 AM
You and I used to talk until the morning
It's day and night hurry now
Baby let's just take it slowly today
I don't wanna miss out on much today
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czas, który razem spędzili, prawdopodobnie był najlepszym okresem jej życia. Carmen była naprawdę szczęśliwa; miała niezastąpione wsparcie, uwagę i wolność, której tak bardzo pragnęła, a przy tym wciąż towarzyszyły im te same emocje, co na początku. Torres bardzo na tym zależało — na tej niekończącej się ekscytacji i chemii, która notorycznie pchała ich w swoje ramiona. Miała wrażenie, że to był bardzo ważny czynnik, które nakręcał ich związek i dzięki czemu, nigdy się sobą nie nudzili.
Poza tym Carmel nigdy nie potrafiła mu odmówić, a Ace wyzwalał w niej uczucia, o których niegdyś nie miała nawet pojęcia. Mieszał jej w głowie, jakby miała trzynaście lat i umawiała się ze swoim pierwszym chłopakiem; uśmiechała się niewinnie, by zaraz przyciągnąć go bliżej siebie, bo wciąż był za daleko. Czasem nie potrafiła zasnąć, jeśli nie czuła go przy swoim boku. Bywały chwile, gdy to uzależnienie ją przerażało; a z drugiej strony, było to coś, w co skoczyłaby na ślepo, nie próbując się nawet czegoś złapać. Istne szaleństwo.

— Tak? Udowodnij — zaśmiała się złośliwie, po chwili odwracając się w jego stronę, by zaczepić palcami o jego koszulkę. Igrała sobie z nim, ile tylko mogła, bo wiedziała, że zbyt długo jej na to nie pozwoli. Oboje byli niecierpliwi, choć Torres potrafiła czasem choćby udawać. Teraz trzymała się nie najgorzej, gdy kręciła się wokół niego pijana, jakby pochłonęła nie wiadomo jak wiele alkoholu. Chciała, żeby znowu ją dotknął, a z drugiej strony, im dłużej go przytrzyma, tym bardziej zachłanny będzie niebawem, prawda? Już wiedziała, jak to działa. — Och, no tak. Bawię się świetnie w towarzystwie mojego gorącego chłopaka poprawiła się, odgarniając włosy na bok, by znów roześmiać się zaczepnie. Uwielbiała to bardziej niż cokolwiek innego.

Wyczuwając, jak Albert zsuwa z jej ramion skórzaną kurtkę, Carmen posłała mu niewinny uśmiech. Poczuła delikatny chłód powietrza, który sprawił, że po jej ciele przeszedł przyjemny dreszcz; przysunęła się bliżej chłopaka, unosząc leniwie podbródek. — I na co się tak gapisz, Thallman? — zażartowała, choć serce biło jej niemiłosiernie. Za każdym razem, gdy patrzył na nią w ten sposób, jej umysł wariował. Carmel zrobiła z palców pistolet i wycelowała go w jego serce, marszcząc przy tym nos z rozbawieniem. — Już wymiękasz? — zapytała, w końcu klepiąc go po klatce piersiowej. — Nawet jeszcze nie zaczęłam — szepnęła, żeby przypadkiem żaden inny przechodzący imprezowicz, nie usłyszał jej słów.

— Wiesz, że nie umiem ci niczego odmówić — mruknęła, opierając dłonie na jego ramionach, chcąc tylko wyczuć ciepło, bijące z jego ciała. Torres na nowo zerknęła na kilka sekund w stronę budynku i nachyliła się do jego ucha, stając przy tym na palcach. — Pieprzyłeś się kiedyś na tak drogim tarasie widokowym? — wyszeptała, składając miękki pocałunek na jego uchu. Tej nocy, Carmel nie miała żadnych ograniczeń, nawet jeśli miałaby potencjalnie skończyć wieczór na komisariacie. Poza tym wiedziała, że we dwójkę nigdy nie dadzą się złapać. Zaraz jednak głos ugrzązł jej w gardle, gdy Albert zacisnął usta na jej szyi, a ona odetchnęła głośniej niż myślała.

Fakt, że chłopak przystał na jej propozycję, satysfakcjonował ją jak nic innego. Dała mu się pociągnąć w odpowiednią stronę, prawie za nim truchtając; chciała już wejść do środka. Wsunęła się zaraz za nim do korytarza, zatrzaskując za nimi drzwi i zaśmiała się głośno na jego słowa, owijając ręce wokół jego szyi. — Do złego? Co niby robię takiego złego? — zapytała, opierając się o ścianę za swoimi plecami. Carmen zacisnęła palce na jego koszulce, przyciągając go do siebie jeszcze bliżej, o ile było to w ogóle możliwe, gdy w końcu ją pocałował. Jęknęła w jego wargi, jednocześnie czując jak wplótł palce w jej włosy. Miała przy tym wrażenie, że naprawdę traci rozum. Całowała go, jakby robiła to po raz pierwszy; tak samo zachłannie i niecierpliwie. Za każdym razem, gdy tak się zachowywał, chciała więcej. Doskonale wiedział, jak owinąć ją sobie wokół palca. — Kto tu jest tym złym, hm? — wymruczała w jego usta, oddychając ciężko. Spojrzała w jego oczy dość zamglonym wzrokiem, zanim wsunęła opuszki pod jego koszulkę; też potrafiła grać nieczysto.— Mieliśmy popatrzeć na gwiazdy — mruknęła złośliwie.

ace
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Carmel była jego osobistym narkotykiem. Zapach jej perfum, jej uśmiech, to droczenie się... Wszystko to sprawiało, że tracił dla niej głowę - uwielbiał to intensywne, obezwładniające uczucie, którego nie tylko nie potrafił, ale też nie chciał okiełznać. Był od niej kurewsko uzależniony, a ona miała nad nim władzę absolutną - i dopóki trzymał ją blisko siebie, nie bał się żadnego upadku.

Tak? Udowodnij.

W odpowiedzi na jej wyzwanie uśmiechnął się jak łobuz, po czym bez słowa zdjął swoją kurtkę i przewiesił ją sobie przez ramię - dokładnie tak samo, jak wcześniej zrobił z jej ramoneską. Wolną dłonią zjechał na jej talię i przyciągnął ją do siebie, żeby po raz kolejny tego wieczoru przybliżyć usta do jej ucha. - Resztę udowadniania zostawię na dach - wymruczał szeptem, a gdy się odsunął, znowu odnalazł jej ciemne spojrzenie i wbił w nią swoje błękitne oczy, w których tańczyły niebezpieczne iskierki. Igrała sobie z nim, doskonale o tym wiedział, ale - kurwa - jak on to kochał. Kochał każdą intensywną chwilę z nią spędzoną, kochał każdą wspólną sekundę wykorzystaną do granic możliwości.

Po prostu kochał Carmen Torres.

Kochał ją zwłaszcza w momentach, gdy nazywała go swoim gorącym chłopakiem. Jezu, miał wrażenie, że z tą kobietą u boku mógłby podpalić całe Toronto. - Tak lepiej - odparł, dalej za nią idąc. Właśnie to uwielbiał w niej najbardziej. Żyli chwilą, nie przejmowali się tym, co będzie jutro i rozumieli się bez słów. Oddałby cały swój majątek, żeby te chwile mogły trwać wiecznie. I na co się tak gapisz, Thallman? No i owszem, przypatrywał jej się teraz dość intensywnie, ale prawdopodobnie każdy inny facet również patrzyłby na nią tym wzrokiem… Była w chuj seksowna, uśmiechnięta i zadziorna. Mogłaby uwieść każdego chłopaka na tej planecie. - Nie mogę uwierzyć, że jesteś tylko moja - skwitował z rozbrajającą szczerością, po czym złapał się za serce, gdy splotła palce w pistolet i wycelowała prosto w niego. Już wymiękasz? - Nie - odpowiedział, może odrobinę zbyt szybko, przy okazji przyglądając się jej kuszącym ustom. I jeszcze ten szept… Nawet jeszcze nie zaczęłam. Zołza. Pacnął ją palcem w nos. - Spokojnie, mów głośniej, niech wszyscy słyszą. Niech wiedzą, kto tu traci rozum - rzucił ze śmiechem.

Wiesz, że nie umiem ci niczego odmówić. Oj, wiedział. Znał ją w końcu nie od dziś - nic dziwnego, że wiedział, co mówić i robić, aby mu uległa. Starał się nie robić tego zbyt często. Tylko kilka razy w tygodniu. Czyli na każdym spotkaniu. - Wiem i wcale tego nie wykorzystuję - zażartował i ujął jej podbródek, żeby na niego spojrzała. Nagle stanęła na palcach i znowu zaczęła szeptać mu do ucha. Kurwa, kochał jej głos w każdej minucie dnia, ale ten cichy, zmysłowy pomruk tuż przy jego uchu sprawiał, że tracił zdolność racjonalnego myślenia. Chyba właśnie dlatego zgodził się na ten wieżowiec. Wzrok mu pociemniał, kiedy znowu zacisnął palce na jej talii, żeby mu nie zwiała. - Rozbiorę cię, zanim tak wejdziemy - ostrzegł ją.

Po chwili już znajdowali się w budynku i już się nachylał, żeby ją pocałować, kiedy Torres znowu postanowiła się z nim podroczyć. Do złego? Co niby robię takiego złego? - Porwałaś mnie - odparł automatycznie, tym razem czule całując jej szyję, skoro ona czuła potrzebę rozmowy. Musnął ustami miejsce tuż za jej uchem, zaraz zszedł niżej… Nawet ugryzł ją lekko w szyję, gdy zapytała, kto tu był tym złym. Przerwał pocałunki i spojrzał na nią tak wygłodniałym wzrokiem, jakby chciał ją zjeść tu i teraz. - Zaraz cię wezmę na tych pierdolonych schodach - znowu ją ostrzegł. Zastygł na moment, gdy wsunęła palce pod jego koszulkę, widział to zamglone spojrzenie, cholera, miał ochotę zerwać z niej ubrania już tutaj, w holu, ale ona… Mieliśmy popatrzeć na gwiazdy. Przewrócił oczami i znowu pocałował ją prosto w usta, krótko i mocno. Chyba właśnie stracił resztki cierpliwości. W dupie miał gwiazdy, ale dla niej - dla jej uśmiechu i tego pijanego szczęścia - zrobiłby absolutnie wszystko. Niechętnie przerwał pocałunek, po czym pociągnął ją za rękę w kierunku wind.

Okej, bardzo szybko doszli do wniosku, że winda nie działała. Zaczął wyklinać pod nosem burżujskie zabezpieczenia, ale zamiast zrezygnować, pociągnął Carmen w stronę klatki schodowej. Klatka była dość wąska, pachniała jeszcze świeżą farbą, a oni… nie potrafili iść prosto. Albert był zbyt spragniony, a Carmen… Um, Carmen zbyt go kusiła. Na pierwszym półpiętrze gwałtownie oparł ją o ścianę, całując ją tak mocno, że zdziwiłby się, gdyby nie zajęczała. Piętro wyżej, nie przerywając marszu, obrócił ją i oparł plecami o metalową balustradę, bez żadnych skrupułów zaciskając palce na jej udzie i przesuwając dłoń wysoko pod jej sukienką.

Gdy w końcu, niemal słaniając się na nogach z braku tchu i nadmiaru adrenaliny, sforsowali ostatnie drzwi i dotarli na dach, Toronto dosłownie klęczało u ich stóp. Ace dalej trzymał Carmen za rękę, dlatego pociągnął ją do przodu i rzucił ich kurtki na chłodny beton. Zaraz pociągnął Carmen w dół, sprawiając, że wylądowała prosto na nim. Pocałował jej szyję i znowu zamruczał do jej ucha, jednak przypomniał sobie o tych jebanych gwiazdach, dlatego złapał Torres za biodra i jednym ruchem zamienił się z nią miejscami tak, że to ona znalazła się na dole, a on zawisł tuż nad nią. - To ten… ty oglądaj gwiazdy - podsumował, po czym, nie dając jej czasu na odpowiedź, zaczął zachłannie składać namiętne pocałunki na jej szyi, zaraz schodząc niżej, na jej obojczyk. Wolną dłonią zsunął ramiączko z jej ramienia i złożył tam kolejny palący pocałunek, a drugą ręką podwinął materiał sukienki w górę i mocno zacisnął palce na jej nagim biodrze. Kompletnie stracił panowanie nad sobą.

𝑐𝑎𝑟𝑚𝑒𝑙
25 y/o
For good luck!
165 cm
nauczycielka hiszpańskiego || szkoła językowa
Awatar użytkownika
It's 2 AM
You and I used to talk until the morning
It's day and night hurry now
Baby let's just take it slowly today
I don't wanna miss out on much today
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Carmen kochała jego łobuzerski uśmiech, na widok którego jej serce zaczynało bić szybciej. Jej umysł czasem nie potrafił nadążyć za emocjami, które kotłowały się w niej, gdy tylko była blisko niego; wariowała. Myślała o tym, jak bardzo chciałaby, żeby ich spotkania nigdy nie dobiegały końca. Chciała być z nim na co dzień; rano i wieczorem, spędzając z nim każdą wolną od pracy i tej rutynowej bieganiny, minutę. Miłość do niego była jej lekarstwem; przywracała jej wiarę w szczęście i stabilność, nawet wtedy, gdy podłoże osuwało jej się spod stóp. Wiedziała, że tak długo, jak ma Alberta na wyciągnięcie dłoni, zawsze znajdzie jakieś rozwiązanie. Była spokojna, szczęśliwa i… zakochana po uszy. Bez odwrotu. O takim początku zawsze marzyła, gdy przeprowadzała się do Toronto, zostawiając za swoimi plecami rodzinny Meksyk i wszystko, co było jej do tej pory tak dobrze znane.

Torres zsunęła spojrzenie z jego twarzy na ramiona, którymi tak mocno potrafił ją czasem objąć i na mięśnie, do których miała szaleńczą słabość. Dziewczyna przymknęła oczy, gdy Ace przysunął usta do jej ucha, a po jej ciele przeszedł dość niekontrolowany dreszcz. Matko, nie potrafiła myśleć logicznie, kiedy to robił. Uśmiechnęła się złośliwie, zaraz po tym spoglądając w jego niebieskie oczy, w których notorycznie tonęła, zapominając o całym świecie wokoło; żaden inny mężczyzna przed nim, nie działał na nią tak bardzo jak on. Carmen pod jego wpływem potrafiła zapomnieć o tym, że nie wypada lub że nie powinna jakoś się zachowywać; robiła to, co podpowiada jej instynkt, przez co ostatecznie dochodziła do wniosku, że dzięki niemu, mogła być przynajmniej sobą. A to było cenniejsze niż cokolwiek innego, nawet jeśli paru przechodniów, pośle jej przez to krzywe, nic nie znaczące spojrzenie.

Dziewczyna roześmiała się, słysząc jego słowa, zaraz odwracając się, tylko po to, żeby puścić mu oczko. Mogłaby mówić o nim godzinami i w jej wypowiedź nie wplątałoby się ani jedno złe słowo; chyba, że typowo dokuczliwe, których akurat nigdy mu nie żałowała. Kochała go jednak na tyle mocno, że jakiekolwiek wady czy niejasności, w żadnym stopniu nie wpływały na jej uczucia. Podejrzewała, że w tej kwestii działało to obustronnie.

Nie mogę uwierzyć, że jesteś tylko moja.


Serce Carmen zabiło jeszcze szybciej, a jej wzrok złagodniał, gdy tylko zatrzymała go na twarzy Ace’a. Za te słowa, miała ochotę pocałować go tak mocno, że mógłby równie dobrze zapomnieć, jak się nazywa. Dzięki niemu, czuła się kochana, zauważona i piękna, a czego innego kobieta potrzebowała do szczęścia? Zmarszczyła lekko nos, gdy ją pacnął i wzruszyła niewinnie ramieniem, samej zaraz śmiejąc się, jakby całkowicie straciła rozum. A może rzeczywiście tak było? Może za sprawą paru drinków i jego uzależniającej osobowości, już sama nie wiedziała, co jest prawdziwe, a co nie?

Realny z pewnością był dotyk Alberta na jej tali i słowa, przez które uniosła palce do jego policzka, muskając go łagodnie. — Nie? Wcale nie wykorzystujesz? — rzuciła z rozbawieniem, gdy uniósł jej podbródek. Zauważając, jak pociemniały mu oczy, Carmen poczuła jak z ekscytacji, całe jej ciało automatycznie zaczęło lgnąć w jego kierunku. — To ostrzeżenie czy obietnica, Thallman? — szepnęła po raz kolejny, śmiejąc się pod nosem, zaraz zsuwając dłoń z jego policzka na ramię i biceps, na którym zacisnęła swoje palce.

— Mhm, w porządku. Porwałam cię i do wszystkiego zmusiłam — wymruczała, odchylając niekontrolowanie głowę, gdy Albert ucałował jej szyję. Przesunęła paznokciami po jego karku i szyi, wsuwając opuszki w jego włosy; zacisnęła palce na kosmykach, podczas gdy chłopak całował ją, gdzie tylko właściwie chciał. Po raz kolejny tego wieczoru, roześmiała się na jego słowa, w duchu ciesząc się, że pomimo upływu czasu, nadal potrafiła na niego tak działać i wyciągać z niego całą tę nerwowość lub niecierpliwość.

Chociaż sama święta nie była i chyba po raz pierwszy tej nocy, przeklęła tę cholerną windę, która zdecydowanie opóźniła ich wdrapanie się na samą górę. A nie było to najłatwiejsze zadanie, skoro Carmen nie potrafiła oderwać od niego ust; całowała go tak namiętnie i gorączkowo, jakby nie robiła tego od lat. A Albert nie dawał jej żadnych forów. Torres jęknęła wprost w jego wargi, gdy przycisnął ją mocno do ściany. Uwielbiała, gdy przestawał być delikatny, robiąc z nią, co tak naprawdę chciał. Dziewczyna odetchnęła głośno, czując jego palce na swoim udzie. Nie potrafiła zebrać myśli. Nie potrafiła wziąć się w garść.

Torres praktycznie wypadła przez metalowe drzwi, prowadzące na taras, który chyba nie był jeszcze skończony, ale kompletnie jej to w tym momencie nie obchodziło. Carmen usiadła na nim okrakiem, z tego pośpiechu, nie wiedząc nawet, gdzie ulokować swoje dłonie; po prostu przesuwała je po jego policzkach, ramionach i klatce piersiowej. Westchnęła więc z zaskoczeniem, gdy Albert nagle zmienił ich pozycję, przez co znów zaśmiała się, próbując odnaleźć swój oddech. Jej sukienka już tylko szczątkowo zakrywała jej ciało, ale kompletnie jej to nie przeszkadzało. Odchyliła głowę, próbując skupić się na tych gwiazdach, które tak bardzo chciała przecież zobaczyć, jednocześnie mając pełną świadomość każdego miejsca, które dotykały jego usta, ale nie potrafiła myśleć teraz o niebie.
— Ja pierdolę, Thallman — wydusiła, czując jak uderza w nią ciepło. Chwyciła jego koszulkę, dość nerwowo ciągnąc ją w górę, żeby pozbyć się jej jak najszybciej. — Weź mnie już po prostu, do cholery — rzuciła, na nowo wsuwając palce w jego włosy, czując się jak nastolatka, która nie potrafiła nad sobą zapanować.

ace
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”