Carmel była jego osobistym
narkotykiem. Zapach jej perfum, jej uśmiech, to droczenie się... Wszystko to sprawiało, że tracił dla niej głowę - uwielbiał to intensywne, obezwładniające uczucie, którego nie tylko nie potrafił, ale też nie chciał okiełznać. Był od niej kurewsko uzależniony, a ona miała nad nim władzę absolutną - i dopóki trzymał ją blisko siebie, nie bał się żadnego upadku.
Tak? Udowodnij.
W odpowiedzi na jej wyzwanie uśmiechnął się jak łobuz, po czym bez słowa zdjął swoją kurtkę i przewiesił ją sobie przez ramię - dokładnie tak samo, jak wcześniej zrobił z jej ramoneską. Wolną dłonią zjechał na jej talię i przyciągnął ją do siebie, żeby po raz kolejny tego wieczoru przybliżyć usta do jej ucha. -
Resztę udowadniania zostawię na dach - wymruczał szeptem, a gdy się odsunął, znowu odnalazł jej ciemne spojrzenie i wbił w nią swoje błękitne oczy, w których tańczyły niebezpieczne iskierki. Igrała sobie z nim, doskonale o tym wiedział, ale - kurwa - jak on to kochał. Kochał każdą intensywną chwilę z nią spędzoną, kochał każdą wspólną sekundę wykorzystaną do granic możliwości.
Po prostu kochał Carmen Torres.
Kochał ją zwłaszcza w momentach, gdy nazywała go swoim gorącym chłopakiem. Jezu, miał wrażenie, że z tą kobietą u boku mógłby podpalić całe Toronto. -
Tak lepiej - odparł, dalej za nią idąc. Właśnie to uwielbiał w niej najbardziej. Żyli chwilą, nie przejmowali się tym, co będzie jutro i rozumieli się bez słów. Oddałby cały swój majątek, żeby te chwile mogły trwać wiecznie.
I na co się tak gapisz, Thallman? No i owszem, przypatrywał jej się teraz dość intensywnie, ale prawdopodobnie każdy inny facet również patrzyłby na nią
tym wzrokiem… Była w chuj seksowna, uśmiechnięta i zadziorna. Mogłaby uwieść każdego chłopaka na tej planecie. -
Nie mogę uwierzyć, że jesteś tylko moja - skwitował z rozbrajającą szczerością, po czym złapał się za serce, gdy splotła palce w pistolet i wycelowała prosto w niego.
Już wymiękasz? -
Nie - odpowiedział, może odrobinę zbyt szybko, przy okazji przyglądając się jej kuszącym ustom. I jeszcze ten szept…
Nawet jeszcze nie zaczęłam. Zołza. Pacnął ją palcem w nos. -
Spokojnie, mów głośniej, niech wszyscy słyszą. Niech wiedzą, kto tu traci rozum - rzucił ze śmiechem.
Wiesz, że nie umiem ci niczego odmówić. Oj, wiedział. Znał ją w końcu nie od dziś - nic dziwnego, że wiedział, co mówić i robić, aby mu uległa. Starał się nie robić tego zbyt często. Tylko kilka razy w tygodniu. Czyli na każdym spotkaniu. -
Wiem i wcale tego nie wykorzystuję - zażartował i ujął jej podbródek, żeby na niego spojrzała. Nagle stanęła na palcach i znowu zaczęła szeptać mu do ucha. Kurwa, kochał jej głos w każdej minucie dnia, ale ten cichy, zmysłowy pomruk tuż przy jego uchu sprawiał, że tracił zdolność racjonalnego myślenia. Chyba właśnie dlatego zgodził się na ten wieżowiec. Wzrok mu pociemniał, kiedy znowu zacisnął palce na jej talii, żeby mu nie zwiała. -
Rozbiorę cię, zanim tak wejdziemy - ostrzegł ją.
Po chwili już znajdowali się w budynku i już się nachylał, żeby ją pocałować, kiedy Torres znowu postanowiła się z nim podroczyć.
Do złego? Co niby robię takiego złego? -
Porwałaś mnie - odparł automatycznie, tym razem czule całując jej szyję, skoro ona czuła potrzebę rozmowy. Musnął ustami miejsce tuż za jej uchem, zaraz zszedł niżej… Nawet ugryzł ją lekko w szyję, gdy zapytała, kto tu był tym złym. Przerwał pocałunki i spojrzał na nią tak wygłodniałym wzrokiem, jakby chciał ją zjeść tu i teraz. -
Zaraz cię wezmę na tych pierdolonych schodach - znowu ją ostrzegł. Zastygł na moment, gdy wsunęła palce pod jego koszulkę, widział to zamglone spojrzenie, cholera, miał ochotę zerwać z niej ubrania już tutaj, w holu, ale ona…
Mieliśmy popatrzeć na gwiazdy. Przewrócił oczami i znowu pocałował ją prosto w usta, krótko i mocno. Chyba właśnie stracił resztki cierpliwości. W dupie miał gwiazdy, ale dla niej - dla jej uśmiechu i tego pijanego szczęścia - zrobiłby absolutnie wszystko. Niechętnie przerwał pocałunek, po czym pociągnął ją za rękę w kierunku wind.
Okej, bardzo szybko doszli do wniosku, że winda nie działała. Zaczął wyklinać pod nosem burżujskie zabezpieczenia, ale zamiast zrezygnować, pociągnął Carmen w stronę klatki schodowej. Klatka była dość wąska, pachniała jeszcze świeżą farbą, a oni… nie potrafili iść prosto. Albert był zbyt spragniony, a Carmen… Um, Carmen zbyt go kusiła. Na pierwszym półpiętrze gwałtownie oparł ją o ścianę, całując ją tak mocno, że zdziwiłby się, gdyby nie zajęczała. Piętro wyżej, nie przerywając marszu, obrócił ją i oparł plecami o metalową balustradę, bez żadnych skrupułów zaciskając palce na jej udzie i przesuwając dłoń wysoko pod jej sukienką.
Gdy w końcu, niemal słaniając się na nogach z braku tchu i nadmiaru adrenaliny, sforsowali ostatnie drzwi i dotarli na dach, Toronto dosłownie klęczało u ich stóp. Ace dalej trzymał Carmen za rękę, dlatego pociągnął ją do przodu i rzucił ich kurtki na chłodny beton. Zaraz pociągnął Carmen w dół, sprawiając, że wylądowała prosto na nim. Pocałował jej szyję i znowu zamruczał do jej ucha, jednak przypomniał sobie o tych jebanych gwiazdach, dlatego złapał Torres za biodra i jednym ruchem zamienił się z nią miejscami tak, że to ona znalazła się na dole, a on zawisł tuż nad nią. -
To ten… ty oglądaj gwiazdy - podsumował, po czym, nie dając jej czasu na odpowiedź, zaczął zachłannie składać namiętne pocałunki na jej szyi, zaraz schodząc niżej, na jej obojczyk. Wolną dłonią zsunął ramiączko z jej ramienia i złożył tam kolejny palący pocałunek, a drugą ręką podwinął materiał sukienki w górę i mocno zacisnął palce na jej nagim biodrze. Kompletnie stracił panowanie nad sobą.
𝑐𝑎𝑟𝑚𝑒𝑙