-
Can we pretend that airplanes in the night sky are like shootin' stars?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Dzisiaj to właśnie miał być punkt zaczepienia wiolonczelistki, która korzystała z dnia wolnego. Mało kiedy miała taki cały, chyba, że aktualnie trzeba było stawić się na próbę orkiestry lub na zastępstwo w księgarni. Była zabiegana, ale nie narzekała. Uwielbiała, kiedy wokół niej działo się naprawdę dużo. Potrafiła być chaotyczna i chaosu tego niemal łaknęła, odnajdując się w spokoju tylko, jeśli pozwalała smyczkowi ocierać się pieszczotliwie o struny ukochanego instrumentu lub zatracając się w rysunku, który powoli nabierał kształtów w szkicowniku.
Chcąc wykorzystać dobrą pogodę, oraz kilka wolnych chwil mających natchnąć ją do wykreowania artystycznego dzieła, Wildbird postanowiła wybrać się na wycieczkę. Musiała znaleźć tylko odpowiedni punkt zaczepienia, czerpiąc z wyjazdy jak najwięcej.
O nawiedzonym szpitalu przeczytała przypadkiem. Gdzieś wyskoczyła jej informacja, a później poleciało samo - szukanie, grzebanie, sprawdzanie. Zamknięto go dość dawno, nawet bardzo. Podobno w nim straszyło. Jasne, że trzeba było to sprawdzić. Toż to kolejna tajemnica do rozwiązania, a one aż prosiły się o to, by człowiek się w nich zatracił, dążąc do rozwiązania. Zresztą kto wie! Może w końcu uda jej się zobaczyć jakiegoś ducha, bo chociaż zjawiska paranormalne lubiła, tak nie miała tej przyjemności, żeby stanąć twarzą w twarz ze zjawą z zaświatów. Zapewne jej przyjaciele powiedzieliby, że jest nienormalna, bo ostatecznie nikt się nie pchał tam, gdzie straszyć mogło. Kim jednak by była, gdyby sama z siebie nie postanowiła przezwyciężyć własnych słabości, co? Upartość miała we krwi, dumnie broniąc pod tym względem honoru rudowłosych.
Nie była pewna, co podkusiło ją do napisania do Danny’ego, ale irracjonalnie wydał jej się kompanem idealnym. Albert był zajęty, Clementine podobnie, a Benjamin, cóż, z nim to nie duchów szło się szukać, a półnagich nimf, które można było podziwiać.
Spakowała do plecaka latarkę, linę (lepiej nie pytać), scyzoryk, który znalazła w jednym z pudełek, igłę z nitką (też nie wiadomo po co), lusterko i kilka opakowań żelków.
Dumna z siebie wyszła przed dom, czekając na chłopaka. Niech tylko nie myśli o tym, żeby się spóźniać, bo nie dostanie jedzenia.
Danielis Stones
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Szalone pomysły Danny’ego skończył się wraz z dołączeniem do akademii. Nie był szczególnie kreatywny pod tym względem; sporadycznie lubił sobie zapalić zioło, czasem wyskoczyć ze znajomymi na piwo. Nazwałby siebie przeciętnie nudnym, gdyby miał szukać jakiegoś określenia. Nie ciągnęło go do typowo nastoletnich rozrywek, w życiu dorosłym także. Zamiast głośnych domówek, wolał ciszę i spotkanie w skromnym gronie, najlepiej składającym się z dwóch innych osób, poza nim. Starszy Stones był dużo bardziej przebojowy i chętny do realizacji różnych pomysłów. Podczas gdy Eric wychodził na imprezy, Danny zostawał w domu. Czasem spotykał się z Honey, jeśli akurat mieli szansę, żeby się złapać. Poza tym preferował typowo domowy tryb życia. Po ukończeniu liceum i dołączeniu do policji, do jego życia wdarł się inny rodzaj rutyny. Rutyną zaczęło być wychodzenie z domu częściej, niż wcześniej, w celu przesłuchania świadków, zabezpieczenia miejsca wypadku, czy policyjny, wieczorny patrol. Spędzanie czasu w domu nagle zrobiło się tak odległym marzeniem, że odnosił wrażenie, że nigdy to nie następowało. Tym razem miał szczęście. Tym szczęściem był dzień wolny, który planował spędzić… Inaczej. W domu. Zamknięty w czterech ścianach, śmiejąc się z durnych filmów.
Zaskoczyła go wiadomość od Cassie. Pierwszą, bezwiedną reakcją było uniesienie brwi w pytającym geście. Zastanawiał się, czy nie odpisać, że chyba pomyliła osoby… Zostawił ją na wyświetlonym przez jakieś dziesięć minut, namiętnie bijąc się z myślami, czy powinien wyjść z domu, czy wręcz przeciwnie. Zwiedzanie opuszczonego szpitala wydawało mu się tak absurdalne, że aż niemożliwe. Cassie była jednak poważna. Co go zaniepokoiło i zmyło rozbawienie czające się przez chwilę na jego twarzy. Serio chciała akurat z nim zwiedzać nawiedzone szpitale? Wydawało mu się to komiczne, zważywszy na to, że z duchami miałaby większy ubaw niż z nim. Ostatecznie przyjął tę propozycję, dochodząc do wniosku, że dlaczego by nie? i po dziesięciu minutach udzielił odpowiedzi: ok. Spakował potrzebne rzeczy, które uznał za TAKTYCZNE (latarkę i papierosy). Zgarnął kluczyki, dwa kaski motocyklowe i wyszedł z domu, zamykając za sobą mieszkanie. Pierwszym przystankiem był dom Cassie. Zaparkował motocykl tuż pod klatką schodową. Rudowłosa stała już przed budynkiem, więc nie musiał długo czekać. Zdjął kask, by złapać nieco oddechu. Na zewnątrz było ciepło, więc każda chwila na złapanie oddechu była dobra. Bez schodzenia z motocykla, rzucił Cassie drugi kask, klepiąc dłonią wolne siedzenie za sobą.
— Szpital psychiatryczny, Wildbird? Wybierasz się już na leczenie? — zapytał z iście czarującym uśmiechem na ustach, przechylając pytająco głowę.
-
Can we pretend that airplanes in the night sky are like shootin' stars?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Spojrzała na zegarek, co rusz patrząc na drogę. Nie należała do przesadnie cierpliwych osób zwłaszcza, jeśli w jej rudej głowie jawił się plan tak doskonały, że chciała go w życie wcielić na już. Uśmiechnęła się szeroko, widząc zbliżający się motocykl kolegi. Ładnie, należała mu się jakaś nagroda za punktualność, której jej samej niestety czasami brakowało. Co zrobić, kiedy było się zakręconym.
-Jestem z ciebie dumna. Nie spodziewałam się, że faktycznie będziesz na czas. Prawdę powiedziawszy, mile mnie zaskoczyłeś - nie sądziłam, że się zgodzisz - skomentowała, biorąc kask, który jej rzucił. Ściągnęła z włosów opaskę, która mogłaby za bardzo ją uciskać i założyła kask. Był dość ciężki, zupełnie nie nawykła do jazdy motorem. Prawdą było, że po Dannym można było się spodziewać wszystkiego i chociaż nie znała go tak dobrze, jak wielu swoich przyjaciół, zdążyła się przekonać, że był typem raczej domatora. Ile jednak można było siedzieć zamkniętym w czterech ścianach, bez dostępu do kontaktu z ludźmi?
-Tylko, jeśli będziesz mi towarzyszył. Nie ma mowy, żebym dała się zamknąć, kiedy trzeba cię ratować przed całkowitym zesztywnieniem. Jeszcze trochę, a będziesz mógł robić za kamienny posąg, Danny - skomentowała, zerkając na niego zaczepnie.
Usiadła za jego plecami, obejmując go w pasie, żeby przypadkiem nie spaść. Istniało spore prawdopodobieństwo, że w przypływie ekscytacji mogłaby wylądować na twardym asfalcie.
-Ruszajmy! Tylko nie zabij mnie, bo po śmierci będę cię nawiedzać, a obiecuję, że będę upierdliwym duchem! - uprzedziła, przytulając się do niego. wierzyła w jego umiejętności prowadzenia pojazdów, ale lepiej dmuchać na zimne!
Danielis Stones
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Zaufaj mi, nie tylko ciebie zaskoczyłem — przyznał z nieprzesadną szczerością, opierając się wygodniej o siedlisko. Siebie również zaskoczył i jak na chwilę obecną, ani trochę nie żałował. Nie sądził, by jednorazowe wyjście z domu przemieliło go do takiego stopnia, że następnego dnia mierzyłby się z nagłym spadkiem energii i totalnym przebodźcowaniem. Jakby nie patrzeć, nie wyszedł z domu z przymusu tylko dlatego, bo tego chciał. Jeśliby odmówił, świat by się nie zawalił, a Cassie znalazłaby sobie inne towarzystwo.Żywsze.
Podłapując spojrzenie rudowłosej i słysząc jej komentarz na swój temat, wypuścił w przedramatyzowanym geście powietrze spomiędzy ust, jakby próbował ją uświadomić w tym, że po pierwsze prawiła kocopoły, a po drugie był bardzo zmęczony porównywaniem do posągu. Szczerze, było mu wszystko jedno — co nietrudno było wywnioskować po rzuconym w jej stronę uśmiechu, zdradzającym jego szczere rozbawienie, które przemknęło przez jego twarz, rozganiając zmęczenie.
— Wbrew pozorom nie jestem taki trudny, Cassie. Jeśli chciałaś się ze mną umówić, wystarczyło powiedzieć. Chociaż muszę przyznać, że jesteś całkiem oryginalna — odparł nonszalancko, przeciągając się leniwie.
Zerknąwszy na nią znad ramienia, kiwnął jednoznacznie głową w kierunku motocykla. Nie wiedział, czy wcześniej miała okazję jechać motorem, czy wręcz przeciwnie — patrząc na to, w jaki sposób trzymała kask w dłoniach, prawdopodobnie nie. Dociążał jej dłonie, więc nie miała zbyt wielu okazji do jazy motocyklem. Poprawił kurtkę, gdy rudowłosa wtuliła się w jego plecy, opuszczając materiał na splecione na jego brzuchu palce. Nie zamierzał jej zabijać. Siebie także nie. Silnik zamruczał nisko, a po chwili ryk odbił się echem od pustej drogi. Motocykl płynnie ruszył przed siebie, przecinając chłodne powietrze, które wdzierało się pod ubrania i wyrywało z głowy każdą zbędną myśl. Uwielbiał dwuślady, jazda nimi dawała mnóstwo frajdy. Światła miasta zostawały za nimi jedno po drugim, niknąć gdzieś za ich plecami. Kierując się wskazówkami Cassie co do miejsca, które wybrała na zwiedzanie, zostawiał za sobą kolejne skrzyżowania i znajome ulice. Każdy następny zakręt zbliżał ich do celu. Po blisko trzydziestu minutach udało im się zjechać w boczną, piaszczystą ścieżkę. Zapuścili się w ponure rejony, które przywitały ich zniszczonym murem i metalową, nieprzyjazną bramą, za którą majaczył ponury, stary szpital.
Danny zatrzymał motocykl, zsuwając kask z głowy i zerknął przez ramię na rudowłosą, sprawdzając, czy nie było jej niedobrze. Niektórych takie podróże muliły, a on miał nadzieję, że Cassie nie zarzyga mu motocykla w razie ataku nudności.
— Przyjemna miejscówka. Trochę jak jakaś szkoła dla świrów. Wednesday by się tutaj odnalazła — podzielił się swoim spostrzeżeniem, przyglądając się budynkowi.
Cassandra Wildbird
-
Can we pretend that airplanes in the night sky are like shootin' stars?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
-Czyli mamy randkę. Idealnie. Musisz mi dzisiaj pokazać, na co cię stać Dany, żebym nie zaczęła żałować, że padło właśnie na ciebie. Zaskocz mnie na wszelkie możliwe sposoby - odpowiedziała, żartobliwie, utkwiwszy w nim spojrzenie jasnozielonych tęczówek. Świadomie napisała właśnie do młodego Azjaty, to właśnie z nim chcąc spędzić odrobinę więcej czasu, ciekawa czy był w stanie przekroczyć własne granice. Każdy je miał, a jak nudne byłoby życie, gdyby człowiek jedynie stał u ich podnóży zastanawiając się, co kryło się tuż za nimi.
Siedząc za chłopakiem, czuła rosnącą ekscytację. Już sama jazda motorem miała być prawdziwym przeżyciem; wstępem do kolejnych przygód, na które tego dnia liczyła. Namiastką dobrze spędzonego czasu i wolności, którą tak ceniła. Chwilą zapomnienia, bo czy było coś wspanialszego, niż pozwolenie niechcianym myślom opuścić głowę pod wpływem rozwijającej się prędkości i wiatru smagającego policzki?
Uśmiechnęła się szeroko, kiedy ruszył, mocniej przyciskając się do jego pleców. Miał szczęście, że była drobnej postury, bo jeszcze żebra by mu zgniotła, co niechybnie doprowadziłoby do wypadku. Przymknęła oczy, pozwalając sobie na błogostan. Gdyby nie gonił ich czas i gdyby nie było tak wielu rzeczy do zrobienia, z pewnością zapytałaby kolegę, czy nie zawiezie ich gdzieś dalej. ot bez celu, byleby tylko pędzić przed siebie.
Czuła niemałe rozczarowanie, kiedy dojechali na miejsce. Minęło zdecydowanie za szybko.
-Ale to było super. Zabierzesz mnie kiedyś na dłuższą przejażdżkę? - uśmiechnęła się z ekscytacją, ściągając z głowy kask. Przeczesała dłonią włosy, pozbywając się nieprzyjemnego efektu przyklepania.
-Świetna jest! Jak myślisz, ile duchów uda nam się dzisiaj spotkać? I nie, nie chcę słuchać, że one nie istnieją - zagroziła mu palcem, uprzedzając próbę wypowiedzenia tak oczywistego komentarza. Nie raz, nie dwa słuchała podobnych wypowiedzi i ją męczyły.
Szarpnęła za zamkniętą kłódkę przyczepioną do solidnego łańcucha. Tego nie było w planach.
-Przeskoczymy! Podsadzisz mnie? - zerknęła do góry. On ze swoimi dwoma metrami (dla niej każdy wysoki człowiek tyle miał) nie powinien mieć najmniejszego problemu, żeby dostać się na drugą stronę, ale Wildbird niestety potrzebowała odrobiny wsparcia. - Tylko proszę, nie rzucaj mną jak Aragorn Gimlim! - stwierdziła, wymownie na niego patrząc.
Z pomocą chłopaka przedostała się na drugą stroną, zwinnie zeskakują na ziemię. Spojrzała na budynek, teraz nie przesłonięty murem. wyglądał strasznie, jak rasowa budowla z horrorów, które tak lubiła, a których się bała. Paradoks.
-Dobra, idziemy! Nie dajmy im czekać - skomentowała, łapiąc Dana za rękę, kiedy już znalazł się obok niej. Poprowadziła ich w stronę przytłaczającej wyglądam budowli, mijając smutne drzewa, które postanowiły dostosować się do panującej na około aury. Słyszała pojedyncze skrzypienie wydawane przez martwy szpital i wyobraźnia zaczynała ją ponosić. Ach, ile historii musiało być z nim związanych!
Danielius Stones
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wszelkie i możliwe sposoby, tak? — nie skomentował tego na głos. Wybrał milczenie, bo na chwilę obecną nie mógł jej niczego obiecać. Mógłby rzucić jakimś tekstem, typu zaskoczę cię dzisiaj kilka razy, ale jak na razie mógł zaskoczyć ją tylko jazdą na motocyklu i mandatem za przekroczenie prędkości w razie policyjnego patrolu. W razie zatrzymania tłumaczyłby się pilnym przypadkiem i nagłym wezwaniem. Obecność kobiety także musiałby jakoś wytłumaczyć. Na szczęście nie musiał się tym martwić, bo całą drogę pokonali bezproblemowo — największym problem mogły wydawać się ostre zakręty i przechylający się na bok jednoślad, ale do okiełznania sprzętu potrzebny był dobry kierowca; obeszło się bez dodatkowych przygód w postaci stłuczki, czy wywrotki.
Po zatrzymaniu się i zdjęciu kasków odwiesił je na kierownicę i zsunął z ramion kurtkę motocyklową. Mimo niespokojnego wiatru było dość ciepło, a czarne ubrania miały to do siebie, że przyciągały wysokie temperatury. Wolał się zanadto nie zgrzać. W kasku było wystarczająco duszno, a skoro już mogli odetchnąć świeżym powietrzem, Stones planował to w pełni wykorzystać. Pozbycie się zbędnej warstwy odzieży było pierwszym krokiem w stronę realizacji tego celu. — Jak skończymy tutaj zwiedzać, to mogę cię zabrać w jeszcze jedno miejsce tego typu. Coś czuję, że jako poszukiwaczkę duchów może cię zainteresować — powiedział ciszej, wyraźnie próbując podsycić jej ciekawość. Kąciki jego ust uniosły się w figlarnym uśmiechu, a puszczone w jej stronę oczko sprawiło, że trudno było stwierdzić, czy bardziej próbował ją zaintrygować, czy po prostu z nią flirtował. Przeczucie mu mówiło, że Cassie przystanie na tę propozycję. W końcu miał zaciekawić, a nie było nic ciekawszego od zwiedzania w teorii niebezpiecznych i nieprzeznaczonych dla turystów terenów. W odpowiedzi na ilość duchów korciło rzucić żadnego, bo przecież nie istniały, ale Cassie uprzedziła fakty, jasno dając mu do zrozumienia, że nie brała tej odpowiedzi nawet pod uwagę.
Westchnął z udawanym rozczarowaniem, jakby został właśnie pozbawiony jedynej linii dialogowej, która przychodziło mu do głowy.
— Powiedzmy, że liczę na kilka niespodzianek. Tylko nie jestem pewien, czy wszystkie będą nadprzyrodzone — mruknął, wybierając neutralną linię obrony. Udzielanie wymijających odpowiedzi przychodziło mu z zawodową łatwością, więc nie musiał nawet długo myśleć. Ostatecznie ani nie potwierdził, ani nie zaprzeczył istnieniu duchów, więc obydwoje byli na wygranej pozycji.
Zerknąwszy na kłódkę przyczepioną do łańcucha i szarpiącą się z nim Cassie, wsunął ręce do kieszeni spodni. Nie zamierzał dokonywać włamania ani naruszać niczyjej własności, więc stojąc obok, pogwizdywał, czekając, aż dziewczyna przestanie szarpać się z zamknięciem i wymyśli inny sposób. Na pewno nie byli pierwszymi odważnymi, którzy uznali, że zwiedzanie opuszczonego szpitala będzie świetnym pomysłem. Wystarczyło się rozejrzeć po terenie i przemknąć spojrzeniem po ogrodzeniu. Istniało wysokie prawdopodobieństwo, że w którymś miejscu była już wycięta dziura, przez którą wystarczyło się przedostać. Może dlatego, słysząc jej propozycję, z początku uniósł niedowierzająco brew; ostatecznie przystał na jej propozycję. Z cichym westchnięciem godnym człowieka leniwego, spełnił prośbę Cassie. Przychylił się nieco, by swobodnie mogła wspiąć się na jego barki, prostując się powoli, gdy stali pod ogrodzeniem. Zanim przedostała się na drugą stronę, ułożył dłonie po bocznej stronie jej ud, asekurując ją w ten sposób. — Chciałbym być Aragornem. Jak byłem młodszy, uważałem go za definicję męskości — przyznał szczerze, obserwując jej zmagania z bramą. Dopiero, gdy bezpiecznie wylądowała na drugiej stronie, podciągnął się i przeskoczył na drugą stronę. Przypominało mu to nieco testy fizyczne w akademii policyjnej. Strzepał kurz z ubrań, gdy bezpiecznie znaleźli się po drugiej stronie. Nie ukrywał swojej niechęci do dotykania; niemalże odruchowo zabrał dłoń, uwalniając ją z uścisku rudowłosej. Może i byli na randce, ale nie odczuwał potrzeby spoufalania się z nią akurat w tym momencie. Wolał wsunąć je do kieszeni i pójść przed siebie. Zacięta mina bruneta zdradzała tyle, że nie zamierzał dzisiaj poddać się żadnym duchom.
— Czego mam się spodziewać? — zapytał, gdy minęli drzewa, wyglądem przypominające powykręcane monstra. Obrzucił je nieprzyjaznym spojrzeniem, starając się zignorować uczucie bycia przez nie obserwowanym. Głupia wyobraźnia.
Wnętrze szpitala nie należało do najprzyjemniejszych. Po przejściu przez główne, zniszczone drzwi z wielkim napisem welcome to hell, zostali przywitani przez ponure korytarze obdarte z farby, zapach wilgoci i gwiżdżący przeciąg biegnący między kuluarami. Nieprzyjemny chłód przebiegał po skórze, pozostawiając po sobie zimne pocałunki. W tym momencie Danny pożałował, że zostawił kurtkę na motocyklu. Atmosfera stawała się coraz gęściejsza, bardziej dusząca. Im bardziej w głąb, tym nieprzyjemniejsze doświadczenia. Uczucie bycia obserwowanym stawało się coraz wyraźniejsze, a ignorowanie go przychodziło z trudnością; instynkt ostrzegał przed niewidocznym niebezpieczeństwem, które mogło nadejść z każdej strony.
— Opowiedz mi coś o tym miejscu — przerwał ciszę, przybliżając się nieco do Cassie. Poczuł potrzebę bycia bliżej niej, jakby instynktownie próbował ochronić ją przed tym, czego nie potrafili dostrzec gołym okiem.
kostki
Nieparzysta: Migoczące światło wpadające przez wybite okna na krótką chwilę oświetliło koniec korytarza. Stała tam nieruchoma sylwetka przypominająca człowieka z opuszczoną głową. Wystarczyło jednak jedno mrugnięcie, by postać rozpłynęła się w ciemności, jak gdyby nigdy jej tam nie było. Gdy Danny i Cassie ostrożnie ruszyli w tamtym kierunku, zastali jedynie stary, zardzewiały wózek inwalidzki, który delikatnie kołysał się na boki. Jakby jeszcze przed chwilą ktoś go dotknął. Chwilę później zimny przeciąg przemknął przez korytarz, niosąc ze sobą świeży zapach środków dezynfekcyjnych, nienaturalnie intensywny jak na miejsce opuszczone od wielu lat.
-
Can we pretend that airplanes in the night sky are like shootin' stars?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Wydała z siebie westchnienie, pozwalając aby myśli płynęły. Jak ona by się zachowała, gdyby stając się duchem, utknęła na ziemi? Czy bolałoby ją serce na widok przyjaciół pogrążonych w żałobie po niej? Czy cieszyłaby się patrząc, jak osoby jej bliskie dorastały, osiągając wszystko to, czego pragnęli? Byłaby smutna nie mogąc uczestniczyć w ich dalszej przyszłości? To były te pytania, na które człowiek jednocześnie chciałby poznać odpowiedź, a jednak nie chciałby poznać nigdy. Wszak mimo wszystko nikt nie chciał opuszczać świata przedwcześnie, zostawiając tu tak wiele.
Z myśli wyrwał ją głos kompana. Ulokowała w nim zielone tęczówki, lekko przechylając głowę. Znowu dała się ponieść fantazji, na chwilę odpływając.
-Naprawdę?! Zdecydowanie chcę! Jeju, Danny, już nie mogę się doczekać. A jakie? Jest daleko? - wyrzuciła z siebie z entuzjazmem, aż oczy jej zabłyszczały. Tyle przygód! Nie podejrzewała nawet, że młody policjant znał tego typu miejsca, a tu proszę. Czyli jednak potrafił zaskakiwać otoczenie, wyciągając powoli asy z rękawa. Najwidoczniej potrzebował odrobiny motywacji.
-Tylko nie próbuj wszystkiego tłumaczyć w racjonalny sposób, bo przeoczysz najważniejsze - rzuciła, grożąc mu palcem. Nie wszystko miało wyjaśnienie logiczne i Wildbird nie chciała, żeby kolega zbyt bardzo skupił się na twardym szukaniu racjonalnych odpowiedzi, mogąc w ten sposób przegapić wszystkie niewyjaśnione zjawiska.
Przeskakując przez bramę, z pomocą Danny’ego, czuła przypływ adrenaliny. Byli coraz bliżej! Miała wrażenie, że po tej stronie atmosfera była znacznie gęstsza. Zupełnie, jakby przekroczyła jakaś niewidzialną powłokę, która oddzielała świat żywych od tego nakrapianego magią z zaświatów. Drzewa poruszały się inaczej, złowieszczo trzeszcząc, a powietrze pachniało zgnilizną, niczym w starym grobowcu. Poczuła dreszcze, wzdrygając się. Tu z pewnością coś było, niewidoczne jeszcze dla ich oczu.
Zerknęła przelotnie na pustą dłoń, w której jeszcze kilka sekund wcześniej spoczywała ta należąca do policjanta. Nieprzyjemny chłód atakował, ale nie mogła zmusić go do bliskości. Albert wiele razy powtarzał jej, że reagowała przesadnie ignorując fakt, że nie każdy był pod tym względem tak otwarty, jak ona. Cass bowiem nie widziała najmniejszego problemu w złapaniu kogoś za rękę czy przytulanie. Dla niej był to przejaw przyjacielskiej sympatii.
-Nie odpowiem ci na to pytanie, Dan. Sama nie wiem, czego możemy się spodziewać. Pewnie wszystkiego. Na demony jeszcze za wcześnie, ale duchy nie liczą czasu i nie ma dla nich znaczenia pora dnia. Błędem jest wierzyć, że pojawiają się tylko w nocy - stwierdziła czując, jak serce bije jej trochę szybciej. Nie miała na to wpływu; atmosfera robiła swoje, poruszając wyobraźnię. Chłód i zatrważająca cisza wbijały się w każdą komórkę ciała, wprawiając je w drżenie.
-Podobno prowadzono tutaj nielegalne eksperymenty na ludzkiej świadomości. Pozornie ich leczony, ale mówi się, że eksperymentowano nad możliwością wpływania na ludzką świadomość poprzez długotrwałą izolację sensoryczną, specjalnie dobrane częstotliwości dźwięku i silne środki psychotropowe. Dodatkowo pewnej nocy zaginęło pięciu pacjentów i nigdy ich nie odnaleziono. Krążą opowieści, że osoby, które tutaj weszły znalazły swoje nazwiska na dokumentach medycznych. Jakby to właśnie oni należeli do grona pacjentów. A kiedy robili zdjęcia i później pokazywali je innym, formularze były puste - powiedziała, przypominając sobie jedną z legend, o których czytała w związku z tym miejscem. Było ich kilka, ale każda nawiązywała do eksperymentów i zaginięć pacjentów. Była pewna, że ci, którzy tu umarli, nadal błąkali się po salach, zapomniani.
Szła, rozglądając się na boki. Niespodziewanie na końcu jednego z korytarzy pojawiła się sylwetka.
-O jeju, Dan, patrz! - wyrzuciła z siebie zduszonym głosem, łapiąc go ponownie za rękę. Niech się oburza, ale była to reakcja zupełnie bezwiedna. Wpatrywała się w postać stojącą nieruchomo, by po chwili pozwolić jej zniknąć. - Też to widziałeś, prawda?! - zerknęła na twarz chłopaka, sama czując przypływ adrenaliny połączony z niepokojem.
Skierowali się w tamtą stronę, dostrzegając wózek inwalidzki. Fakt, że się poruszał wcale nie był normalny!
-Nie powiesz mi, że da się to wyjaśnić! - skomentowała. Zabawne, że obawiała się horrorów, chociaż przecząc logice, sama z siebie ja oglądała. Podobnie, jak obawiała się niespodziewanych ruchów, a sama parła do przodu pragnąc ich więcej. - Jak myślisz, ilu ich tu jest? - spytała, kierując się w stronę innego pomieszczenia. Podłoga skrzypiała pod każdym z jej kroków, złowieszczo oznajmiając, że była nieproszonym gościem zakłócającym ciszę. Umarli bowiem nie wydawali dźwięków.
-Schody! Czyli mają tutaj podziemia. Idziemy! - zarządziła. serce waliło jej jak cholera, ale od czego miała Danny’ego? Była pewna, że nie pozwoli, by stała jej się krzywda.
Skierowała się do framugi pozbawionej drzwi i zerknęła w dół na bezdenną ciemność. Dobrze, że zabrała ze sobą latarkę, którą chwilę później wyciągnęła z plecaka.
-Gotowy? - zerknęła na chłopaka. Nie miał wyboru, i tak musiał jej towarzyszyć, ale przynajmniej chwilowo dała mu złudne poczucie, że może decydować.
kostki powiedziały 11 Danielis Stones