Świat duchów był mu obcy.
Umysł, zamknięty na rzeczy nadprzyrodzone, których istnienie nie zostało udokumentowane w wiarygodnych źródłach, wzbudzało wątpliwości w ciemnowłosym policjancie. Śmierć uważał za ostateczność, całkowity koniec życia. Śmierdziała rozkładem, starością, krwią, z biologicznego punktu widzenia oznaczała nieodwracalne ustanie funkcji organizmu, jako całości. Sam proces dzielił się na kilka etapów, począwszy od zatrzymania krążenia, śmierć komórek mózgu i ostatecznie przychodziła śmierć biologiczna. To był nieodwracalny proces, którego nie dało się uniknąć. Wszystko było potwierdzone biologiczne, udokumentowane. Z perspektywy kryminalistyka, ważniejsze było ustalenie czasu zgonu i Stonesa właśnie to najbardziej by interesowało. Zimny człowiek, to martwy człowiek. Nie potrafił pojąć, jak ludzie tłumaczyli sobie zjawiska paranormalne, bo dla niego przypominało to wiarę w Boga — masowe pranie mózgu, bo jak uwierzyć w coś, co nie było nigdy udokumentowane? Nagrania o duchach owszem istniały. Widział kilka materiałów poruszających tę tematykę, ale wszystko dało się logicznie wytłumaczyć, powołując się na naukę. Fizykę, chemię, biologię, matematykę. Nie dopuszczał do siebie myśli, że cokolwiek mogło tutaj być, poza wyobraźnią Cassie i jego przekonaniami, które nijak nie pokrywały się z tymi jej. Rozmawianie z nią w taki sposób, by nie odsunąć z miejsca jej argumentów i zajawki, przychodziło mu z niemałą trudnością. Przywykł do wydawania poleceń służbowych i posiadania ostatniego zdania, co w tym przypadku było niemożliwe, bo sprawa nie dotyczyła kodeksu karnego, lecz przekonań drugiej osoby, na które nie miał wpływu. Szanował to, że miała własne zdanie i z jednej strony był naprawdę pod wrażeniem tego, że Cassie naprawdę wierzyła w to, co mówi. Nie negowała istnienia zjawisk paranormalnych, była przekonana, że istnieją i, że wraz z Dannym znajdą w tym miejscu dowody, które będą jednoznacznym potwierdzeniem jej przekonań.
A on nie chciał szukać potwierdzenia jej przekonań.
Liczył na potwierdzenie swoich własnych.
Dostrzegał różnice między swoim światopoglądem a jej. Przypominali dwa zupełnie odrębne żywioły, które z pozoru nie mogły współistnieć ze względu na dzielące je różnice. Mogliby posłużyć za eksperyment naukowy, który potwierdziłby lub obalił teorię o możliwości zgodnego współistnienia dwóch skrajnie odmiennych światopoglądów. Naturalnie odczuwał dyskomfort przebywając zarówno w towarzystwie Cassie, jak i wewnątrz budynku — cenił głównie święty spokój, co mogło wydawać się nieco ironiczne, biorąc pod uwagę to, że się spinał i każde wyjście traktował jak służbową misję, którą musiał zrealizować w stu procentach. Mimo tego, iż w budynku poza ich dwójką nie było żadnej żywej duszy, a wnętrze opuszczonego szpitala śmierdziało wilgocią, próchnem i starą, już dawno przerdzewiałą kanalizacją, ciemnowłosy nasłuchiwał każdego możliwego dźwięku, który mógłby wydać się podejrzany. Spięte, przygotowane na zagrożenie, które miało nie nadejść mięśnie karku i barków, nie pozwalały mu się w pełni zrelaksować. Tego typu miejsca kojarzyły mu się głównie z narkomanami, sektami, gwałcicielami i ludźmi, którzy szukali niebezpiecznych wrażeń. Nie wspominając o tym, że wraz z Cassie dokonali włamania na zamknięty teren, co było niezgodne zarówno z jego kodeksem moralnym, jak i wyuczonymi na pamięć procedurami. Świadomość nie powstrzymała go przed propozycją, która mimowolnie wyszła spomiędzy jego ust.
— Za granicą Toronto jest opuszczone miasteczko. Całkowicie wyludnione. Podobno ludzie z dnia na dzień zaczęli się z niego wynosić. Trochę takie miasteczko widmo. Osobiście wolałbym je zostawić na inny dzień… — mówiąc spokojnym tonem, wsunął dłonie do kieszeni spodni, próbując przypomnieć sobie najważniejsze szczegół o miasteczku. Przymrużył oczy i zmarszczył brwi w zastanowieniu. Za dnia ten wyraz twarzy podkreślał rozsypane po jasnej skórze pieprzyki, teraz jednak pochłaniał je półmrok.
— Albo noc. Moglibyśmy tam pojechać, żebyś mogła poczuć ten klimat nocą. Wydaje mi się, że cały ten… Urok tkwi w poczuciu bycia samym, tak naprawdę pośród niczego — zakończył swój wywód, przesuwając kciukiem po dolnej wardze, jakby próbował ściągnąć z niej posmak tych gorzkich, absurdalnych słów, które wypowiedział.
Starał się stawiać lekkie kroki, by przypadkiem nie uszkodzić już i tak poniszczonych podłóg.
Wolał nie wpaść w żadną dziurę. Nie widziało mu się także ratowanie Cassie, gdyby rudowłosa nagle miała się zapaść pod ziemię. Słuchał jej uważnie, gdy odpowiadała na jego pytania. Pierwszą wypowiedź, tę dotyczącą zawieszenia w czasie, skwitował cichym pomrukiem przypominającym zamyślone mhm. Mózg bruneta pracował na pełnych obrotach, analizując dokładnie słowa rudowłosej. Szedł obok niej, zadając sobie w myślach pytania, na które szukał sensownej odpowiedzi. Duchy nie liczą czasu..., a on, idąc, zastanawiał się, skąd można czerpać pewność w kwestii zachowania istot, których istnienia nigdy nie udowodniono.
Legendy.
Historie.
Cassie przeszła dalej do opowiadania o szpitalu. Eksperymenty na ludzkiej świadomości brzmiały znacznie bardziej wiarygodnie niż duchy. Jeśli w tym miejscu rzeczywiście podawano psychotropy i poddawano ludzi długotrwałej izolacji, może to właśnie stąd narodziły się wszystkie opowieści? Zastanawiały go jeszcze inne kwestie. Czy izolacja sensoryczna i psychotropy mogły wywoływać trwałe halucynacje? Jeśli tak, może legenda ma naukowe źródło, a nie paranormalne. To wydawało mu się całkowicie normalne, możliwe do wyjaśnienia. Próbował odsunąć od siebie te analizy i nie odrzucać kolejnych hipotez, ale to nie było proste. Podczas gdy jego podświadomość rozważała kolejne prawdopodobne scenariusze, wzrok Stonesa wędrował od jednej ściany budynku, do drugiej, jakby szukał w tym odchodzącym tynku, czającego się zagrożenia, albo obecności czegoś, czego dostrzeżenie gołym okiem nie było możliwe.
— Okay… Pierwsza sprawa. Zaginięcia mogły mieć miejsce, tego nie podważę. Podobnie jak eksperymenty przeprowadzane na ludziach. Lata temu był to częsty zabieg, później zaczęto uznawać to za niehumanitarne i totalnie się z tym zgadzam. Tylko, że... skoro ludzi faszerowano tutaj psychotropami i ich izolowano, to dopuszczam możliwość zbiorowej halucynacji… — A jeśli każda legenda ma jakieś ziarnko prawdy, tylko ludzie od lat błędnie je interpretują? Cholera.
Wiatr rozbijał się nieprzyjemnie o ściany, świszcząc złowrogo. Dźwięki, takie jak skrzypienie, czy dźwięki wydawane ze starości przez zardzewiałe rury, odbijały się w tych pustych korytarzach głośniej, niż powinny. Mroziły krew w żyłach, przyprawiały o gęsią skórkę, o nieprzyjemny dreszcz przechodzący wzdłuż pleców. Zmysły, coraz bardziej wyostrzone, próbowały przestrzegać przed niebezpieczeństwem, zupełnie jak przyspieszający oddech. Stones należał do odważnych osób, nie mógłby nazywać się policjantem, gdyby przerażały go opuszczone pustostany. Atmosfera z każdym krokiem nabierała gęstości, zatrzymując wypuszczane nosem powietrze. Pobudzona przez silne emocje adrenalina zaczęła nawiedzać ciało, jakby była jednym z tych cholernych duchów. Ludzkie ciało było zdradzieckie. Potrafiło być przyjacielem, jak i wrogiem jednocześnie. Z początku nie dostrzegł ciemnej postaci, której cień zamajaczył w końcu korytarza. Stones był zbyt zajęty wyglądaniem przez rozbite okno. Sylwetkę dostrzegł tylko kątem oka i to wtedy, gdy Cassie wypowiedziała jego imię przepełnionym od emocji głosem. Czując jej dłoń, odruchowo sięgnął do niej palcami i szarpnął z wyczuciem, zmuszając tym samym Wildbird do cofnięcia o jakieś pół, czy półtora kroku. Czuł się za nią odpowiedzialny i nie chciał, by cokolwiek jej się stało. Wbrew pozorom nie był pozbawiony ludzkich odruchów. Działał zgodnie ze swoim instynktem. Poczuł się pewniej, gdy Cassie znalazła się przy jego boku.
— Co to do cholery miało być?! — rzekł głucho, zaciskając drugą dłoń w pięść.
— Widziałem, ale nie wiem, co — przyznał niechętnie, wytężając wzrok, by dostrzec coś więcej niż zimne ściany obsmarowane graffiti. Opuścił nieco gardę, luzując zaciśniętą dłoń i poruszył kilkakrotnie palcami, jakby chciał je rozprostować. Nabrał powietrza w płuca i — nie wypuszczając dłoni Cassie — poprowadził ich prost, w głąb korytarza, by zbliżyć się do miejsca krótkotrwałego pobytu cienia.
Drażniło go skrzypienie tego wózka. I mroziło przy okazji, bo właśnie zaczęło do niego docierać, że albo wiatr leciał w chuja, albo byli świadkami największego pranka w historii. Nawiedzony szpital? Dobre sobie.
— Przeciąg, Cassie. Posłuchaj, jak ten wiatr tutaj dudni, jest wszędzie. W półzamkniętej przestrzeni może być znacznie silniejszy. — wciąż próbował być racjonalny, nawet jeśli czuł, że to, co właśnie widzieli, nie było ani trochę normalne. Ciężko było to wytłumaczyć w jakikolwiek sposób, ale Danny zawzięcie ich szukał. Cassie chciała rwać do przodu, bo zauważyła schody prowadzące w dół, ale Stones… Mimowolnie wracał spojrzeniem do tego wózka, przyglądając mu się ze szczerą fascynacją. Przedmiot, co prawda, przestał się już poruszać, ale wszystkie horrory, które oglądał, były przewidywalne pod jednym względem —
zawsze pojawiała się jakaś sylwetka. Tutaj niczego takiego nie było. A jednak, gdy szedł za Wildbird, towarzyszyło mu dziwne przekonanie, że…
Ktoś tu jeszcze był
I chodził za nimi krok w krok.
— Ilu? TEORETYCZNIE, tyle samo, ile zmarłych osób. Nie jestem pewien, czy schodzenie w dół jest bezpieczne. Pamiętaj, że to stare budownictwo i może się zawalić — przestrzegł, ignorując chęć odwrócenia głowy w stronę korytarza, na którym został wózek inwalidzki. Nie wierzył oczywiście w to, że Cassie da mu prawo wyboru. Wiedział, że to była podpucha, a jego prawdziwe zadanie polegało na zejściu do podziemi razem z nią. Przeczesał w nerwowym geście włosy, przytrzymując latarkę, by oświetlić Cassie drogę.
Chwilę później zszedł za nią, prosto do wyłożonego kamieniem korytarza. Strop wisiał nisko nad głowami, a chłodne, wilgotne powietrze zdawało się przyklejać do skóry z każdym kolejnym oddechem. Snop światła latarki ginął po kilku metrach, jakby ciemność pochłaniała go z niepokojącą łatwością. W korytarzu cuchnęło zgnilizną — bynajmniej nie ludzką.
Cassandra Wildbird