-
Oh honey, I am your saviour
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Mimo to tego wieczoru stał wśród wystrojonych gości, leniwie kręcąc trzymanym w rękach kieliszkiem szampana. Kiedy parę dni temu wśród jego poczty znalazło się zaproszenie na to przyjęcie, zamierzał z miejsca wyrzucić je do kosza. Coś go jednak powstrzymało - na tyle długo by potrzymał zdobna kartkę z zaproszeniem tych kilka chwil dłużej. Być może uznał, że powinien skorzystać z okazji, aby jednak nie zdziczeć doszczętnie - ostatnimi czasy wychodził właściwie tylko do pracy - tej legalnej i tej mniej. Zarówno jego matka, jak i ojciec, srogo by go potępili za takie odcięcie się od śmietanki towarzyskiej Toronto - bo chociaż nie trawił ich towarzystwa, dobrze było mieć przyjaciół wśród wpływowych ludzi. On sam chciał za takowego uchodzić. Nie miał więc wyjścia - wypadało mu zjawić się tam, wtopić w tłum, pokazać publicznie, opowiedzieć kilka żartów. Może w ostateczności nawet wpłacić trochę na tę pożal się boże szkołę. Nie posiadał się wprost ze szczęścia.
Jeszcze tego samego wieczora potwierdził więc organizatorom swoją obecność.
Szykując się do wyjścia, Rohan rozważał kogo właściwie będzie miał okazję zobaczyć na tym zbiegowisku. Na myśl przyszło mu kilka nazwisk, ale to należące do Eleny dotarło do niego z pewnym opóźnieniem. Ciekaw był, czy kobieta w ogóle zdecyduje się pokazać - od czasu zszycia jej ręki minęło już trochę czasu, jednak nie wystarczająco, aby mogła paradować z odsłoniętymi przedramionami bez zbędnego przyciągania uwagi. Rohan sam siebie przyłapał na myśli, że chciałby się spotkać z Santorini - ale szybko znalazł wyjaśnienie tego niedorzecznego pragnienia. Po prostu chciał sprawdzić jak goi się jej ręka. Jeśli kobieta nie spieprzyła sprawy, jej skaleczenie powinno się ładnie i bez żadnych komplikacji goić, ale stuprocentową pewność zyska dopiero, kiedy osobiście sprawdzi stan jej ręki.
Na miejsce dotarł z minimalnym, zaplanowanym spóźnieniem. Wkroczył na pięknie przystrojoną salę akurat w momencie, gdy dyrektor szkoły kończył dziękować za przybycie wszystkim zebranym i zabierał się za przedstawienie nowej, wschodzącej gwiazdy ich placówki. Czyli Rohan nie dał rady uniknąć całej nudnej paplaniny, ale przynajmniej jej części. Chociaż tyle. Złapał wolny kieliszek szampana z jednego ze stołów. Może przy odrobinie alkoholu da radę przetrwać ten wieczór w miarę bezboleśnie.
Elena Santorini
-
the sun through your glasses, clear to the skin and it magnifies you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dla pięknie wystrojonych gości i drogiego szampana lejącego się strumieniami. Dla tej charakterystycznej atmosfery, którą tworzyli wokół siebie ludzie z pieniędzmi, do której ona tak przywykła, a którą Toronto próbowało z niej wyplenić.
Do sięgania po nielimitowane przystawki i wysłuchiwania obietnic, nawet jeśli większość z nich miała się nie spełnić. Do tego uczucia m o ż l i w o ś c i, podniosłego klimatu obecnego tylko i wyłącznie w miejscach takich jak to, na wydarzeniach takich jak to.
Nie mówiąc, oczywiście, że tego typu wydarzenie było potrzebne. Przynajmniej tutaj, w Toronto.
W Mediolanie przyjęcia tego rodzaju nie miały na celu zdobywania finansów, choć takie były na papierze. Jej ojciec, jak i wszyscy jego współpracownicy należeli do obszernej grupy hojnych darczyńców, dzięki którym balet mógł żyć w jej rodzinnym mieście niemalże w pewnego rodzaju przepychu. W restauracjach, na balach, pod gołym niebem, wszystkie te wydarzenia były tylko wymówką do wspólnych spotkań, do zobaczenia się na neutralnym gruncie a także - w przypadku jej ojca - do załatwiania własnych interesów.
Na swój sposób było to dla niej upadlające - to, że tutaj faktycznie m u s i a ł a uśmiechać się do starszych, zamożnych mężczyzn by zechcieli podzielić się skrawkami swojej fortuny na rzecz sztuki. Rzecz jasna, robiłaby to tak czy inaczej, ale sama myśl, że m u s i a ł a to robić tym razem, skutecznie ją od tego odstręczała.
Może to przez Caspiana.
Zwykle dostrzegała w tych przyjęciach okazję na znalezienie dla siebie towarzystwa na wieczór. Pośród tych krępych, brzydkich i starych znajdywała młodego lekarza lub zapalonego inwestora, który przywitałby ją kwadratową szczęką i idealnie równym rzędem białych zębów. Widziała w nich innego rodzaju okazję niż zwykłe zbieranie pieniędzy na balet - teraz zaś odliczała w myślach, gdy wreszcie będzie mogła się stąd wymknąć, co było bardzo do niej niepodobne.
Nigdy nie spodziewałaby się, że wśród znajomych twarzy znajdzie tutaj twarz należącą do Rohana Kima.
Zabliźniona rana na jej ramieniu zaswędziała ją pod materiałem długiego, przeźroczystego materiału, z którego stworzone były rękawy jej sukni. Wspomnienie niefortunnej nocy wróciło do niej ze zdwojoną mocą - już gdy udało jej się n i e m a l zapomnieć o tym, że została oszpecona. Rzecz jasna, nie przez Rohana, Rohan wyłącznie ratował ją z beznadziejnej sytuacji - skłamałaby mówiąc, że nie czuła lekkich wyrzutów sumienia na myśl o tym, jak go potraktowała.
Z kieliszkiem szampana w dłoni skierowała się w jego stronę, nie do końca świadoma czy robiła to z ciekawości, czy też z potrzeby nadrobienia tego, w jaki sposób rozstali się ostatnim razem. Strategicznie obrała swoją trasę by zajść go z boku, na wszelki wypadek, gdyby na jej widok zamierzał odwrócić się i ruszyć w innym kierunku - bo takiego rodzaju kompromitacji by nie zniosła.
- Nie sądziłam, że cię tutaj kiedykolwiek zobaczę - przywitała się z uśmiechem i, nim zdążyła powstrzymać to, co ślina jej język przyniosła, dodała: - Myślałam, że jesteś taki normalnie bogaty, a nie taki wspieram sztukę bo mogę sobie na to pozwolić bogaty.
Rohan Kim
-
Oh honey, I am your saviour
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pozostawiony w spokoju, Kim mógł obserwować niemal całą salę. Niczym jastrząb wodził wzrokiem po pomieszczeniu, zapamiętując twarze i osoby, prowadzone konwersacje i wymieniane uśmiechy. Gdyby bardzo mu zależało, uniknąłby spotkania z nią. Spodziewał się, że Santorini raczej każe mu na siebie czekać, pewnym zaskoczeniem było więc zobaczenie jej tak szybko. Przez chwilę zastanowił się jak wielką rolę odgrywała w całym tym cyrku? Czy to nie ją dyrektor powinien wychwalać na scenie, jako ich największą gwiazdę? I czy faktycznie chciało mu się dziś wesprzeć sztukę swoim skromnym datkiem?
- A ja myślałem że będziesz unikać tak wystawnych przyjęć, gdzie ludzie mogą przypadkiem zobaczyć, jak zostałaś oszpecona - odparł bez zawahania, lustrując kobietę i upijając łyk szampana. Jego wzrok zatrzymał się oczywiście na moment na jej przedramieniu, sprytnie okrytym ozdobnym rękawem. Samo jej pojawienie się przed jego osobą już upewniło go w przekonaniu, że wszystko goiło się perfekcyjnie. - Nie informujesz mnie o swojej rekonwalescencji, więc przyszedłem zobaczyć ją na własne oczy. - zarzucił swoistą półprawdą. Przecież nie będzie jej opowiadać o tym, że uznał, iż "zdziczał" za bardzo i dlatego potrzebne było mu wyjście do ludzi. Niestety ostatni tego typu spęd w którym Rohan brał udział, nie skończył się zbyt pozytywnie, by rzec łagodnie. Bardzo lubił garnitur który miał tego dnia na sobie, a mimo to musiał go wyrzucić - za bardzo przesiąknął zapachem palonego ciała...
- Lubię operę, balet i teatr, jeśli nie zauważyłaś - dodał jeszcze znużonym tonem. To przecież w podobnych okolicznościach rozpoczęła się ich randka, która później niestety zakończyła się jedną, wielką awanturą. Gdyby od czasu do czasu nie wykazywał zainteresowania sztuką, nie byłby w ogóle zapraszany na takie spędy. - A ciebie poproszono tu pewnie, byś nakłaniała bogaczy takich jak ja do otarcia portfeli? - nieco poniżająca rola, jeśli miał być szczery.
Upił kolejny łyk szampana i już otwierał usta, chcąc powiedzieć coś więcej, kiedy jego uwagę przykuł ruch dostrzeżony kątem oka. Nic niespodziewanego na przyjęciu, gdzie były dziesiątki gości, a jednak osoba przemykająca pomiędzy zebranymi dziwnie nie pasowała do otaczającego ją tłumu. Kimowi nie pasowała ta zawziętość i determinacja, z jaką mężczyzna przemykał pomiędzy innymi. Nie wspominając już o tym, że jego ubranie także wyróżniało się na tle pozostałych - garnitur wyglądał tanio i był co najmniej dwa rozmiary za duży. Nikt poważny nie ubrałby się tak na galę charytatywną.
- Chodź, poprzekomarzamy się na temat datków kawałek dalej. A najlepiej na zewnątrz - uznał, ujmując Elenę pod zdrowe ramię i ciągnąc ją do wyjścia. Nie wiedział o co chodziło, ale nie przestało mu się tu podobać. Ale nie mógł jej też zostawić.
Elena Santorini