-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Bała się tej odpowiedzi. Przez te kilka sekund, kiedy mężczyzna przypatrywał się jej bez słowa, kontrolowała swój oddech, nie potrafiąc pozbyć się rosnącego gdzieś w środku niej napięcia. Jednocześnie była świadoma tego, że sama się o to prosiła. Dlatego nie odrywała od niego wzroku, starając się nie wybiegać myślami naprzód. I o ile próbowała zapanować nad swoją reakcją, tak na słowo narzeczona nieznacznie drgnęła jej powieka. Odetchnęła głębiej, kiedy nieznacznie zmniejszył między nimi przestrzeń, ale nie cofnęła się przed nim. Kiedyś mu ufała i wbrew temu, co podpowiadało jej złamane serce, część niej chciała wierzyć w jego niewinność i szczerość. Za tym przemawiał również fakt, że nigdy wcześniej jej nie zawiódł. Ani nie okłamał.
— Masz rację. Co się stało, to się nie odstanie - przytaknęła cicho na jego podsumowanie dotyczące przeszłości. Podobnie, jak on, Ade lubiła czuć kontrolę nad sytuacją. Owszem, bywała nierozsądna, ale to poczucie swobody ujawniało się głównie w błahych sprawach. Rzadko kiedy w tak poważnych jak związek czy kariera podejmowała decyzje bez zastanawiania się nad konsekwencjami. Niestety, żniwo z tamtej jednej niefortunnej decyzji zbierała do dziś.
Jednocześnie pomiędzy tym wszystkim, o czym mówił Sully, rudowłosa zdawała sobie sprawę, że straconego zaufania nie dało się tak po prostu posklejać dowodami. Było to jedną z konsekwencji tego ogromnego nieporozumienia. Żaden powód nie był wystarczającym plastrem na ranę w postaci odejścia blondyna w chwili, w której potrzebowała go najbardziej.
— Ale Ty nigdy nie wybierałeś prostych dróg - kącik jej ust drgnął nieznacznie ku górze, kiedy jej myśli wybrzmiały na głos. Nowy start brzmiał obiecująco. Zwłaszcza, że zawsze wiele od Sullivana oczekiwano i zawsze brał na siebie cholernie dużo obowiązków, odpowiedzialności, problemów innych. Odznaczał się przy tym ogromnymi pokładami pewności siebie, które dawały wrażenie, że był ponad wszelkie przeciwności losu. Ale widywała go również w momentach, kiedy na jego twarzy rysowało się zmęczenie tym wszystkim. Tak, jak działo się to teraz pod wpływem wydarzeń sprzed ostatnich miesięcy. Bez względu na wciąż niejasną między nimi relację, współczuła mu.
Nie chcę życia bez Ciebie.
Wróciłem po Ciebie, Clem.
To wyznanie ją zelektryzowało. Wstrzymała oddech, przez chwilę patrząc na niego bez słowa z lekko rozchylonymi wargami, w głowie gorączkowo analizując to, co właśnie zawisło między nimi w powietrzu. Z jednej strony to było dokładnie to, co chciała usłyszeć jeszcze te dwa lata temu. Z drugiej strony, mimo rozwianych wątpliwości w kwestii zdrady jego powrót do jej życia wcale nie był taki prosty, jak mogłoby się wydawać. Sama nie miała jeszcze pewności, czy tego właśnie chciała ona. Opuściła na chwilę wzrok na splecione przed sobą dłonie.
— Mógłbyś mieć każdą. Mogłeś przez ten czas związać się z kimkolwiek - odparła, siląc się na neutralny ton. Mimo to czekał na nią. Częściowo było to godne podziwu, ale jednocześnie czy nie trochę naiwne? Z ciężkim westchnieniem opadła na oparcie fotela.
— Zmieniłam się. I Ty pewnie też - zauważyła po chwili milczenia, powracając do niego wzrokiem. Starała się słuchać głosu rozsądku, który tego wieczoru dobijał się do niej wyjątkowo głośno. — Nie masz żadnej gwarancji, że odzyskasz wszystko to, na czym Ci zależy. W tym momencie nawet nie jestem w stanie powiedzieć, czy to w ogóle możliwe — wzruszyła ramionami w bezradnym geście, bo choć nie nazwała tego wprost, tak chodziło jej przede wszystkim o nią samą. Stanowczo zbyt dużo wiadomości usłyszały dziś ściany tego mieszkania jak na jeden wieczór. — Nawet, jeśli odbudowałbyś moje zaufanie, co będzie cholernie trudne — uprzedziła zaraz uczciwie. Bo jaką ona miała gwarancję, że kiedy następnym razem zrobi się trudno, ponownie jej nie opuści? Zbyt często w jej życiu dochodziło do podobnych sytuacji i finalnie zostawała sama.
Sullivan Hartley
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nie, zawsze lubiłem wyzwania. - uśmiechnął się do niej tym swoim zawadiackim uśmiechem, który biznesowo zawsze sprawiał, że sprawa dla niego była już wygrana, w jej przypadku natomiast świadczył zazwyczaj o tym, że miał dla niej jakąś całkiem przyjemną niespodziankę.
Wiedział, co to znaczy zapracować na swój sukces. Zapracować na coś w swoim życiu. Niektórzy z boku mogli go widzieć po prostu jako dziedzica firmy oraz pewnej fortuny, lecz jego ojciec zadbał o to by wiedział co znaczy etyka pracy, co znaczy praca. Nie zawalczył o nią, gdy powinien był. Dzisiaj potrafił już schować swoją dumę i arogancję do kieszeni. Nie zamierzał dwa razy popełnić tego samego błędu. Tego nigdy nie można było mu zarzucić. Że nie uczył się na własnych błędach.
Były momenty, gdy wyobrażał sobie ich spotkanie po latach. Były momenty, kiedy naiwnie próbował wierzyć, że gdy wszystkie karty zostaną już rzucone na stół po prostu padną sobie w ramiona, pocałują się, wrócą dokładnie do momentu gdy wszystko się posypało. Będą żyli długo i szczęśliwie. To były jednak tylko momenty. Życie wystarczająco już go zweryfikowało. Wiedział, że to wszystko, nie będzie takie proste. Nie wraca do jakiejś bajki. Wraca do realnego życia. Trudnego, skomplikowanego, upierdliwego i męczącego. Jednak liczył na chociaż uśmiech na jego słowa. Coś, co pozwoli mu uwierzyć, że rzeczywiście było o co walczyć. Było na co czekać. Po jej reakcji nie miał tej pewności. Nie wiedział, co będzie dalej. Nie lubił nie wiedzieć co będzie dalej.
- Jeśli pytasz trochę na około czy miałem po drodze jakieś romansy to nie, nie miałem. - uśmiechnął się całkiem pogodnie - Nie ma po co jeździć fordem, kiedy w domu czeka ferrari. - puścił jej oczko z nieco zaczepnym uśmiechem pozwalając by nieco napięcia uleciało z tego pomieszczenia.
- Gdybym się nie zmienił pewnie niestety nie zapukałbym do twoich drzwi. - uśmiechnął się gorzko podpierając brodę na zaciśniętej pięści i nie spuszczając z niej wzroku - Wiem. Życie niestety na nic nie daje gwarancji dłuższej niż kilka lat. - westchnął cicho - Co nie znaczy, że nie należy próbować. Chcę nowego życia, ale z fundamentami na starym. Nie potrzebuję nowego początku. Wróciłem żeby zamknąć rodzinne sprawy, upewnić się, że bliscy są bezpieczni. Zdobyć serce księżniczki i odjechać z nią na wiernym rumaku. - uśmiechnął się do niej ciepło, tak jak robił to tylko dla niej.
- Tak więc jestem gotowy na twoje sprawunki księżniczko. Co będzie pierwsze? Walka ze smokiem, zdobycie złotego runa? Po prostu wskaż mi drogę. - osunął się przed nią na jedno kolano, ujął jej drobne palce w swoje, przysunął wierzch jej dłoni delikatnie go całując by później przycisnąć ją sobie do czoła w uległym geście, które nie zdarzały się u niego zbyt często.
Kto powiedział, że mężczyźni nie potrafili być już romantyczni?
Adeline Covington
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Przypatrywała mu się uważnie, gdy wspomniał o romansach, ale kiedy żartobliwą uwagę zakończył puszczeniem jej oczka, mimowolnie kąciki jej ust rozszerzyły się trochę bardziej. Pokręciła głową, na chwilę odrywając od niego wzrok. Co jak co, ale nadal potrafił czarować. A w niej z każdym zdaniem zaczynało coś kruszeć.
— Twoja pewność siebie sięga jak zawsze nad wyraz wysokiego poziomu — przyznała z nieznacznym rozbawieniem. Kolejne ciche westchnienie wykradło się z jej ust, kiedy dotarła do niej jedna myśl. — Z tym, że ja nie miałam powodów, by czekać. Wybierałam się na przejażdżki różnymi autami — odparła ostrożnie, postanawiając być z nim w tej kwestii zupełnie szczerą, delikatnie krzywiąc się na tę metaforę.
Wbrew pozorom tym razem Ade nie chciała wbić mu kolejnej szpilki. W ciągu tych dwóch lat szukała jedynie odskoczni, z których pilnowała, by żadna nie miała perspektyw na coś więcej niż przelotną znajomość. W ten sposób próbowała radzić sobie z żałobą nie tylko po burzliwie zakończonym związku, ale i stracie, której ciężko było przetrwać samej. Nie przyznała się przed tym prawie przed nikim, a ludzie z góry przyjęli jej zachowanie jako skutek rozstania z Sullivanem. I tak było dla niej wygodniej. Wiedziała, jak ludzie reagowali na taką wiadomość i chciała oszczędzić sobie kolejnych nieprzyjemności. Natomiast starszy Hartley nie zasługiwał na prawdę. Przynajmniej jeszcze nie w tym momencie.
— Ani nie ochroniłbyś mnie na targowisku — zauważyła spokojnie, dopiero po wypowiedzeniu tych słów na głos zdając sobie sprawę z tego, że to nie były tylko ciche myśli w jej głowie. Raptownie podniosła na niego wzrok, przypominając sobie jeszcze o jednej sprawie. — Dlaczego tam byłeś, skoro nie planowałeś się jeszcze ujawniać? — dopytała z zainteresowaniem. Musiała potwierdzić, czy to zwykły przypadek. Sądziła, że odpowiedź mężczyzny mogła zmienić jej perspektywę.
Widziała to jego ciepłe spojrzenie. Znała je bardzo dobrze. Kiedyś uwielbiała się w nie wpatrywać ze świadomością, że była dla niego całym światem. I chyba nadal to właśnie chciał jej powiedzieć. Słowa, okraszone pewnością siebie i humorem, również były częścią świata, który znała i przed którym prędzej czy później zawsze się uginała. Teraz również nadały temu wszystkiemu znacznie większą moc, niż potrafiła to po sobie okazać, kiedy śledziła wzrokiem każdy jego ruch. Za to kolejne gesty sprawiły, że jej serce załomotało w piersi, na chwilę całkowicie zagłuszając jej myśli. Sposób, w jaki zbliżył się do niej, ostatecznie łamiąc między nimi fizyczną barierę, dotyk jego dłoni, czułe muśnięcie jego warg i gest oddania z każdą chwilą zmiękczał jej serce tak, że zapadała się w fotelu coraz bardziej, a jej uśmiech w odpowiedzi stał się odrobinę cieplejszy. Dzięki pewności siebie, która biła od niego tak, jak w tej chwili, Sullivan zawsze sięgał po to, czego pragnął. Dokładnie wiedział, co robić. I właśnie pokazywał jej, że oddawał się w jej ręce. Ale czy rzeczywiście był gotów na poświęcenie?
— Powiedziałeś przed chwilą, że lubisz wyzwania — powiedziała z namysłem. — Nie podam Ci więc gotowego rozwiązania. Wykaż się. W gruncie rzeczy to nie słowa się liczą, a czyny - stwierdziła łagodnym głosem. Zdążyła już wiele od niego usłyszeć, co ostatecznie nie przełożyło się na życie, gdy w rozpaczy kazała mu się wynosić. Nie zamierzała doprowadzać do sytuacji, która skłoniłaby go do działania i schowania tym razem dumy w kieszeń, ale skoro chciał wrócić, musiał pokazać, że mu zależało. A ona musiała przekonać się, czy też naprawdę chciała go w swoim życiu tak, jak miał w nim miejsce kiedyś. — Potrzebuję czasu, Sully — dodała ciszej. Do namysłu, do sprawdzenia, czy potrafił być, do przekonania się, czy tęskniła za nim, czy za tym, co w niej wyzwalał. Bo będąc tak blisko niego i czując ciepło jego dłoni, którą wbrew sobie nadal trzymała w delikatnym uścisku, zaczęła chcieć czegoś więcej. Chciała znaleźć się w jego ramionach i przekreślić całą przeszłość, by poczuć się lepiej. Jednocześnie jednak obawa przed ponownym rozczarowaniem powstrzymywała ją przed choćby drgnięciem w jego kierunku.
Sully
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tak, jak na razie wszystko szło po jego myśli, tak jej następne wyznanie mocno nim wstrząsnęło. Wiedział, że to może się zdarzyć. Brał to pod uwagę, lecz myśleć o tym, a zderzyć się z tym to zupełnie dwie różne rzeczy. Wydawało mu się, że był przygotowany. Był, aczkolwiek nie na to jak bardzo go to zabolało. Jego tęczówki nieco pociemniały i to nie tak jak często robiły to z pożądania w jej obecności. Tym razem to był po prostu ból wymieszany ze złością. Nie miał wpływu na swoje emocje. Zacisnął mocniej szczękę, co ukazało się w jej zarysowaniu pod jego zarostem. Ścisnął mocniej swoje zaciśnięte dłonie aż pobielała mu skóra. Pierwsze pytanie, które cisnęło mu się na usta było tym, ile tych samochodów było, ale szybko doszedł do wniosku, że wolał nie wiedzieć. Nie zamierzał pytać. Sama wizja tego, że chociaż jeden mężczyzna dotykał jej tak jak on wzbudzało złość. To, że mogło być kilku? Doprowadziłoby go do furii, więc tak, wolał nie wiedzieć.
Z jego pewnością siebie oraz nastawieniem zdobywcy przychodziła również pewna zaborczość, zazdrość. Sully niestety należał do zazdrośników i tak jak zazwyczaj znajdował całkiem pozytywne sposoby by tę zazdrość okazywać, tak tym razem obawiał się, że nie będzie to dla niego takie proste. Dlatego zamknął na chwilę oczy, wziął kilka głębszych wdechów i zrobił to, co robił od lat z wieloma, innymi rzeczami. Zaszufladkował swoje emocje na później. Gdzieś w głębi siebie. Wróci do tego kiedy będzie sam, a ona nie będzie musiała tego widzieć.
- Nie mogę Cię za to winić. Nie miałaś powodu by na mnie czekać. - odpowiedział po prostu uprzejmie opierając się na faktach, a nie swoich emocjach. Tak po prostu było lepiej dla nich obojga.
Sam przed chwilą mówił jej, że powinni zostawić przeszłość w przeszłości i skupić się na przyszłości. To właśnie próbował teraz zrobić. Odpuścić to, co było. Skupić się na teraz chociaż musiał stwierdzić, że od wyznania nie było to już takie proste. Gdzieś z tyłu głowy nadal pojawiały mu się bardzo niewygodne obrazy, które próbował zwalczyć albo przynajmniej odsunąć od siebie.
- Krótka wersja jest taka, że Cię stalkowałem. - uśmiechnął się i wcale nie był przy tym zakłopotany - A dłuższa jest taka, że za Tobą tęskniłem. Chciałem Cię zobaczyć. Nawet jeśli nie mogłem być jeszcze w twoim życiu mogłem Cię chociaż zobaczyć. Na tyle mogłem sobie pozwolić. - wzruszył jedynie ramionami nie mając nic więcej na swoją ochronę oraz wierząc, że takiej ochrony po prostu nie potrzebował.
Pomimo wszystkiego, co sobie powiedzieli zdecydował się na kolejny krok. Zdecydował się zadeklarować powrót do jej życia oraz to w jakiej roli chciałby wystąpić. Czekał pokornie na jej decyzję, a gdy ta nadeszła nie mógł powiedzieć żeby był rozczarowany. Spodziewał się tego. Powoli uniósł na nią wzrok delikatnie pocierając wierzch jej dłoni swoim kciukiem w cichym, intymnym geście, który przychodził mu bez większego pomyślunku.
- Dam Ci czas Clem. Masz dużo do przetrawienia. - przytaknął powoli wstając z kolan, lecz nadal przez chwilę jeszcze trzymając jej dłoń w swojej - Przeczytaj wszystko, co dla Ciebie przygotowałem. Zobacz, czy ma to sens. - powiedział łagodnie spoglądając na teczkę leżącą na jej stole - Do zobaczenia. - uśmiechnął się do niej pogodnie wiedząc, że to nie jest ostatni raz, on na to nie pozwoli.
Patrzył jeszcze przez krótką chwilę w jej tęczówki zanim zdecydował się pochylić w jej stronę i delikatnie, całkiem niewinnie pocałować ją w policzek. Jako oznakę szacunku, bliskości oraz obietnicę, że nie jest to ostatni raz. Dopiero wtedy pozwolił sobie skierować się do wyjścia i zamykając za sobą drzwi dać jej trochę przestrzeni. Było jeszcze tak wiele do zrobienia w nadchodzących dniach.
Adeline Covington
z/t x2