Pokiwał głową, jakby nie dostrzegł irytacji i kpiny w powtórzonym “być może". Wiedział, że nie musi się z niczego tłumaczyć, a już tym bardziej z tego, jak wychowuje własnego syna, ale obarczony oskarżeniem poczuł nie tyle frustrację, co wstyd.
Travis, jak na dzieciaka wychowywanego bez matki i z takim ojcem jak on, nieźle radził sobie emocjonalnie. Logan nie miał jednak pewności, czy się nie myli. To zawsze Harper powtarzała im, że ich kocha, mówiła to, co należało, kiedy jemu brakowało słów. Wtedy to wyznanie wszystkim przychodziło łatwiej. Teraz… było jak było.
Przez chwilę próbował sobie przypomnieć kiedy mówił mu to ostatnim razem, ale porzucił tę próbę. Tu nie chodziło o niego, chociaż Laurent starał się, by tak było, ostatecznie o wszystko go obwiniając.
Logan pozwolił mu na to. W głębi ducha wierzył, że za jakiś czas dzieciak sam dojdzie do wniosku, że to nie on stanowił problem.
On był co najwyżej wygodną wymówką dla nich obu.
Pisk nóg krzesła brutalnie przerwał ciszę, wdarł się w nią jak fałszywa nuta. Mimo to Logan się nie poruszył. Zmrużył jedynie oczy, obserwując jak Laurent wstaje od stołu, a zimne światło księżyca załamuje się na krzywiznach jego ciała. Szczerze wątpił żeby chciał mu przyłożyć i jak się okazało, miał rację. Nawet słowa, które padły po chwili nie były ciosem, a jeśli już, to wymierzonym jedynie w samego siebie.
Zmarszczył brwi, kiedy palec oskarżycielsko wbił mu się w pierś. Nic, co Laurent mówił nie pokrywało się z tym jak mówił, co robił i jak wykrzywiał przy tym usta. Ten dziwaczny kontrast sprawiał, że Logan czuł się cholernie nieswojo. Ludzie rzadko prawili mu komplementy, a już na pewno nie rzucali mu ich w twarz jakby stanowiły największą wadę. Nie miał pojęcia jak się do tego odnieść i czy powinien. Pewnie nie. Laurent nie chciał rozmowy - potrzebował jedynie się wygadać, jakoś poradzić sobie z tym, co czuł, z całą tą frustracją. A on był pod ręką.
Wiedział o tym, a i tak czuł się piekielnie dziwnie, nie tylko z jego sprzecznymi z tonem słowami i wbitym w pierś palcem, ale przede wszystkim z naruszeniem osobistej przestrzeni. Bo Laurent stał tak blisko, że czuł bijące od niego ciepło i zwietrzały zapach żelu pod prysznic zmieszany z wonią jego ciała. Na domiar złego był prawie nagi, w cholernym świetle księżyca, w kuchni tak cichej, że nawet oddech wydawał się głośny i mówił mu, jak to jest zawiedziony, że nie okazał się ostatnim dupkiem.
To był najdziwniejszy monolog jakiego był świadkiem.
Westchnął ciężko, lekko odchylając głowę, by w ten sposób zasugerować, że jednak powinien się trochę odsunąć, ale wtedy padło ostatnie oskarżenie. I tak go zaskoczyło, że wyrwało mu się niedowierzające parsknięcie. To bardzo dosadnie przypomniało mu z kim ma do czynienia. Podobny komentarz nigdy nie opuściłby przecież ust heteryka.
Loganowi nie spodobał się fakt, że sprawił mu satysfakcję.
Nie powinien jej czuć.
Tak samo jak przyklejonej płasko do piersi, gorącej dłoni.
-
Tak, powinieneś iść spać - mruknął nisko, prawie karcąco. Odchrząknął gdy odzyskał przestrzeń i niby naturalnie sięgnął po butelkę żeby ukryć zmieszanie.
Idiotyczne.
Ale akurat o zmieszanie nie powinien mieć do siebie żadnej pretensji. Każdy facet hetero w podobnej sytuacji czułby się dziwacznie. A to, że wciąż czuł jeszcze widmo dotyku na swojej piersi? Cóż. Nikt od lat nie kładł tam dłoni. Od lat nikt w ogóle go nie dotykał. To zrozumiałe, że zwrócił na to uwagę i nie powinien w ogóle się na tym fiksować.
Kiedy Laurent go wywołał, spojrzał na niego spod brwi przez całą przestrzeń pogrążonej w mroku kuchni. Kiwnął głową w odpowiedzi na nieoczekiwane podziękowania, a gdy wreszcie został sam, odwrócił się przodem do blatu, opierając na nim szeroko rozstawione ręce. Pochylił się ku uchylonemu oknu i na moment zwiesił głowę.
-
Kurwa - mruknął do siebie. Potem westchnął i biorąc się w garść, sprzątnął butelki razem z naskubaną etykietą.
Przynajmniej utwierdził się w przekonaniu, że młody Luke’a naprawdę nie był pozbawioną serca wydmuszką człowieka z wielkiego miasta, a to w obecnym położeniu rancza było dużo ważniejsze niż czyjekolwiek seksualne preferencje.
Grant splunął w kurz i przesunął wykałaczkę z jednego kącika ust do drugiego.
- Logan, do cholery. Ile ten dzieciak będzie nas jeszcze trzymał w niepewności?
Grant, jeden z najstarszych pracowników rancza, który z powodzeniem mógłby być ojcem Callahana, stał wraz z grupką innych kowbojów pod stajnią, jak co rano zebranych na poranne spotkanie organizacyjne. Memłał w ustach wykałaczkę, a jego poznaczona zmarszczkami twarz przypominała korę starego drzewa.
Reszta zawtórowała mu pomrukami.
- Mamy rachunki do płacenia - odezwał się Curtis, opierając się ramieniem o słup. – Bank nie będzie czekał, aż paniczyk zdecyduje, czy chce bawić się w ranczera.
- A ja mam dwie córki na studiach - dorzucił Dean. - Chciałbym wiedzieć, czy za miesiąc nadal będę miał robotę.
- Ludzie już pytają po okolicy - mruknął Brett. - Sąsiednie rancza zwęszyły okazję. Jeszcze chwila i zaczną podbierać nam chłopaków.
Grant prychnął.
- Mówiłem ci już, Logan. Młody sprzeda ziemię deweloperowi albo jakiemuś nafciarzowi. Dla takich jak on to tylko kawał pola z końmi. Nawet nie wie, z której strony siodła się wsiada.
Kilku mężczyzn parsknęło ponurym śmiechem.
Logan wiedział, że się martwią. On sam też się martwił, ale na razie nie mógł dać im żadnych konkretów. Był jednak pewien, że nie pozwoli, żeby Ashcroft z dnia na dzień wywalił ich wszystkich na zbity pysk.
-
Na razie nic się nie zmienia. Wszyscy pracujemy jak zawsze. Dajcie chłopakowi trochę ochłonąć, zanim podejmie decyzję.
- Ochłonąć? - Grant uniósł krzaczastą brew. - Ojciec jeszcze dobrze nie ostygł, a prawnicy już kręcą się po domu. - Wskazał brodą na Laurenta w oddali, właśnie witającego się z jakimś drugim garniakiem. - To jest ten czas na ochłonięcie?
-
Nie będziemy go teraz szarpać. Stracił ojca - przypomniał szorstko Logan.
- My możemy stracić domy - odburknął Curtis.
Zapadła cisza.
Logan omiótł spojrzeniem twarze zebranych. Znał każdą z nich od lat. Niektórzy pracowali tutaj dłużej niż on sam. Widział ich dzieci dorastające między stajniami, widział, jak budowali domy na ziemi należącej do rancza. To nie byli zwykli pracownicy. Byli częścią tego miejsca.
-
Posłuchajcie mnie uważnie. - Jego głos stwardniał. -
Dopóki ja tu jestem, nikt nie będzie pakował swoich rzeczy. Jeśli Ashcroft będzie chciał zamknąć ranczo, najpierw będzie musiał porozmawiać ze mną.
Grant długo mierzył go wzrokiem, po czym westchnął ciężko.
- Ufasz temu chłopakowi?
Logan zawahał się ledwie na ułamek sekundy. Mignęły mu wszystkie ich niefortunne rozmowy i cała ta otoczka, która towarzyszyła młodemu Ashcroftowi od długiego czasu.
-
Nie - odparł twardo.
Miedzy ludźmi przeszedł szmer.
-
Ufam jego ojcu. A on nie wychowałby idioty. Dajmy mu kilka dni.
Grant wypluł wykałaczkę w kurz i przydeptał ją obcasem.
- Obyś miał rację, Logan.
-
Mam.
- A jeśli nie?
Zacisnął szczękę.
-
Wtedy będziemy się martwić.
Jeszcze przez chwilę nikt się nie ruszał. W końcu Logan klasnął w dłonie.
-
Dobra, koniec narady. Curtis, sprawdź ogrodzenie na północnym pastwisku. Dean, weź chłopaków i dokończcie szczepienie jagniąt. Brett, z tobą gdzieś za godzinę pojadę obejrzeć pompę przy zachodnim zbiorniku. Robota sama się nie zrobi.
Pomruki niezadowolenia nie ucichły, ale mężczyźni zaczęli się rozchodzić. Każdy dobrze wiedział, że niezależnie od tego, co przyniesie jutro, zwierzęta nadal trzeba nakarmić, konie oporządzić, a płoty naprawić. Ranczo miało gdzieś to, że jego opiekun odwalił kitę.
Logan ruszył do stajni, mimo że widział kątem oka jak Laurent w towarzystwie rzeczoznawcy właśnie ruszają w jego kierunku. Pokręcił do siebie głową. Obaj idioci w garniturach wyglądali jak wklejeni tu z jakiejś głupiej adwokackiej broszury. Miał cichą nadzieję, że wdepną w końskie łajno tymi wyglancowanymi bucikami.
Miał zamiar wyprowadzić konie na popas, ale wstrzymał się z tym wiedząc, że zaraz i tak mu przeszkodzą. Zabrał się więc za olejowanie ogłowi w siodlarni. Wychynął z niej dopiero słysząc odbijający się echem w stajni głos Ashcrofta. Nie brzmiał na zadowolonego. Właściwie w niczym nie przypominał tego roztrzęsionego dzieciaka w ciemnej kuchni, któremu głos łamał się na każdym słowie.
Logan wyszedł do nich wycierając dłonie w bandanę przywiązaną do szlufki jeansów. Miał na sobie sprane spodnie i zieloną koszulkę bez rękawów. Ubłocone buty potęgowały wrażenie człowieka ciężko pracującego i niebojącego się brudu. W porównaniu do dwójki w garniturach, wyglądał jak prosty farmer i co tu dużo gadać, był nim.
Bez słowa uścisnął dłoń rzeczoznawcy, a potem ściągnął z haczyka przy jednym z boksów swój kapelusz i nasadził go sobie na głowę. Nie odzywał się, jedynie patrzył jak jeden garniak z drugim węszą mu po stajni jakby mieli o niej jakiekolwiek pojęcie.
Słysząc komentarz Vance’a rozejrzał się, próbując spojrzeć na przestrzeń okiem kogoś, kto widzi ją pierwszy raz. Nie mógł powiedzieć, że nie mieli problemów. Nie chodzi o wilgoć, ale ogólnie. Nie wszystko działało perfekcyjnie, ale radzili sobie. Nie znał się jednak na wycenie i nie miał pojęcia ile może być warte takie ranczo ani co zalicza się do “problemów z wilgocią”.
Brew Logana drgnęła, gdy Laurent poczęstował kolegę po fachu lodowatym tonem.
Tak, bez wątpienia nauczył się go w szkole dla adwokatów.
To ten ton, którym straszy się obrońcę przeciwnej strony. Wiedział to z filmów.
Kiedy Laurent wymówił sugestywne “prawda?”, wbijajac w niego przeszywający wzrok człowieka z sali sądowej, poczuł się nagle jakby brał udział w rozprawie.
Nie podobało mu się to.
Nie miał ochoty brać udziału w jego dziwacznych rozgrywkach, tym bardziej, że dotyczyły sprzedaży rancza.
Wzruszył ramionami.
-
Konie nie narzekają - odparł obojętnie i równie obojętnie zniósł niedowierzające spojrzenie Laurenta, oraz pobłażliwe rzeczoznawcy, który miał na twarzy wypisz wymaluj opinię “no wsiur”.
-
Ale szef dobrze mówi. Modrzew to dobre drewno konstrukcyjne, a stajnia ma wszystkie te bajery zgodne z wymogami, coby się nas nikt nie czepiał.
Rzeczoznawca odchrząknął i zapisał coś w tablecie, który trzymał w dłoniach.
- Rozumiem. W takim razie obejrzyjmy resztę zabudowań.
Logan skinął głową.
-
Pewnie.
Ruszył przodem, niespiesznie, jakby oprowadzał gości po własnym podwórku, a nie po majątku wartym miliony dolarów.
Zatrzymał się przy szerokich drzwiach stodoły i klepnął ręką w deskę, jakby był to tyłek kelnerki w wiejskim barze.
-
Tu trzymamy siano. Czasem myszy się zalęgną, ale koty się nimi zajmują. Jak koty nie zdążą, to sowy.
Rzeczoznawca uniósł wzrok znad tabletu.
- Rozumiem... a izolacja?
Logan zmarszczył czoło, idealnie udając wioskowego idiotę.
-
No deski są.
Zapadła chwila ciszy.
Vance odchrząknął.
- Pytam o izolację termiczną.
-
A. - Logan pokiwał głową, jakby dopiero zrozumiał. -
No zimą jest zimno, latem ciepło. Tak jak w stodole powinno być.
Logan nie unikał spojrzenia Laurenta. Jeśli się skrzyżowały, uśmiechnął się do niego leniwie, na tyle wymownie, by było wiadomo, że nie jest aż tak takim idiotą, tylko właśnie robi z wyceny widowisko.
Przeszli kawałek dalej, do kolejnego murowanego budynku.
- A tu co się mieści? - zapytał Vance.
-
Warsztat.
- W jakim jest stanie?
Logan otworzył drzwi, zapraszając go do środka gospodarskim gestem. Wnętrze prezentowało się dobrze, chociaż było zagracone narzędziami i maszynami do obróbki drewna. Po podłodze walały się trociny, które intensywnie pachniały w porannej duchocie.
-
Dach jeszcze nie przecieka - odparł Logan, zadzierając głowę.
- Jeszcze? - Vance zmarszczył brwi, a potem przeniósł pytające spojrzenie na Laurenta.
-
No. Kiedyś pewnie zacznie. Wszystko kiedyś zaczyna.
Rzeczoznawca spojrzał na dach odruchowo.
W rzeczywistości pokrycie wymieniono trzy lata wcześniej i od lat nic tu nie przeciekało. Poza tym, wszystkie naprawy robili na bieżąco, jeśli tylko mieli pieniądze na materiały.
Logana bawiła konsternacja rzeczoznawcy, chociaż podejrzewał, że Laurent nie podziela jego zadowolenia.
Laurent Ashcroft