29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Logan był ostatnią osobą, z którą powinien rozpocząć tę rozmowę. Nie chodziło o jego gburowate usposobienie, choć to na pewno nie ułatwiało konwersacji, ale fakt, że dotyczyła ona również Callahana. W półmroku jednak obydwoje nie byli trochę sobą, a może odwrotnie byli bardziej sobą niż kiedykolwiek. Laurent potrzebował się wygadać przed kimś, przed kim nie musi zgrywać człowieka sukcesu.
Obrysował kciukiem gwint butelki, słuchając odpowiedzi Logana ze zmarszczonym czołem. Tkwili przez moment w kompletnej ciszy, pogrążeni we własnych myślach. Laurent był pewien, że jego rozmówca nie ma już nic do dodania, dlatego zaskoczony przeniósł na niego wzrok, a potem parsknął z niedowierzaniem.
On cię lubił. Mało powiedziane. Uwielbiał. Nie mógł się nagadać o tym, jak sobie radzisz z końmi — potrząsnął głową, ale nie mógł w ten sposób uwolnić się od emocji. Spojrzał z wyrzutem na zegarek, czując, jak gorycz znów podchodzi mu do gardła. — Byłeś dla niego wszystkim tym, czym ja nigdy nie będę — stwierdził, skubiąc etykietę od piwa i wbijając spojrzenie w stół.
Może w takim razie powinien za to podziękować?
Wypił kolejny łyk piwa, opróżniając butelkę w niepokojącym tempie, a miał naprawdę słabą głowę. Co to jednak miało za znaczenie? Logan pewnie już miał o nim wyrobioną opinię i ta nie była najlepsza.
Ja go nie lubiłem. Kochałem, ale nigdy nie polubiłem — stwierdził z ponurym grymasem, orientując się, jak wiele bolesnej prawdy było w tym jednym zdaniu. — Zawsze bardziej obchodziło go co u koni niż co u mnie. W telewizji ciągle leciał tylko bejsbol, którego nie znosiłem, więc wolałem siedzieć w swoim pokoju i czytać komiksy. Zrezygnowałem przez niego z kółka teatralnego, bo mi powiedział, że to zabawa dla dziewczyn. Sprawił, że przez całą młodość wstydziłem się tego, kim jestem. A kiedy w końcu wyjechałem z tego cholernego rancza i poznałem kogoś, w kim odważyłem się po raz pierwszy zakochać, to nazwał to fazą — wypluwał z siebie słowa, chociaż Logan zapewne w każdym z tych punktów zgadzał się z jego ojcem. Przełknął łzy z zaciętą miną, unosząc butelkę do ust. Na jego twarzy wyraźnie malowały się wszystkie przeżywane emocje, a głębokie cienie podkreślały je, nadając im groteskowego wyrazu.
Laurent wpatrywał się z wyrzutem w zegarek. Czuł się żałośnie, mówiąc to wszystko Loganowi, ale skoro już zaczął, nie potrafił przerwać.
Wiesz, ile razy zapraszałem go do Toronto? Przyjechał tylko cholerny raz. Jedzenie było niedoprawione. Moi przyjaciele za głośni. Mieszkanie brzydkie. Ludzie nie umieli jeździć samochodami. Film w kinie głupi — wymieniał, doskonale pamiętając tę jedną nieudaną wizytę, którą planował przez tydzień, dopracowując każdy szczegół, by zakończyła się kompletną katastrofą.
Tak bardzo chciał pokazać ojcu wszystko to, co kochał od najlepszej strony.
Ten jednak nie dostrzegł w mieście nic pięknego i skrócił swoje odwiedziny, wyjeżdżając następnego dnia, bo powietrze mu szkodziło.
Laurent cicho pociągnął nosem, ale nie płakał. Zdarł już niemal całą etykietkę z piwa i wokół butelki leżały mały stosik białych okruchów.
I nigdy nie powiedział, że mnie kocha. Nigdy. Przez prawie trzydzieści lat. I nie próbuj go bronić. Nie mówię, że mnie nie kochał. Mówię, że nigdy mi tego nie powiedział — podkreślił gniewnie i niespodziewanie uniósł zaszklone oczy na Logana. Jego policzki były jednak suche. — Ty mówisz swojemu dzieciakowi, czy też liczysz na to, że może się domyśli? — zaczepił go gniewnie, mrużąc przy tym lekko oczy.
Czuł się naprawdę głupio z tym swoim żałosnym bełkotem, więc spróbował niefortunnie zmienić temat.

Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie miał pojęcia jak odpowiedzieć na to oskarżenie. Wiedział, że tak było. Luke nie raz dał mu to do zrozumienia, chociaż Logan nie powiedziałby, że był przez niego uwielbiany. Doceniany, owszem. Jednak ich relacja wcale nie była tak zażyła jak wydawało się Laurentowi. Co prawda Logan mógł z ręką na sercu powiedzieć “był dla mnie jak ojciec", ale dla niego to stwierdzenie miało zupełnie inny charakter niż dla adwokata, bo nigdy nie szukał w postaci ojca czułości czy wyrozumiałości - szukał wzoru i ten wzór znalazł właśnie w nim.
Potrafił jednak zrozumieć potrzebę akceptacji, chociaż sam nigdy za nią nie gonił.
Przykro mi - powiedział cicho i naprawdę tak było. Szczególnie, że już nic nie dało się z tym zrobić. Został tylko żal i pretensje, których nigdy nie rozwiążą. Cała ta frustracja i miłość, wszystkie zaprzepaszczone szanse.
Boże, jak dobrze znał smak wszystkich tych emocji.
Jedyne, co Laurent mógł zrobić w tej sytuacji, to się z tym pogodzić, ale to wymagało ogromu czasu, a i tak nie było żadnej gwarancji, że po latach przestanie boleć.
Jego nie przestało.
Nie przerywał mu. Pozwalał żeby wylał z siebie wszystkie emocje, które bez wątpienia trzymał pod kloszem aż do tej pory, a sobie na bycie tego milczącym świadkiem. Przez moment patrzył w wykrzywioną w cierpieniu twarz, ale wreszcie odwrócił wzrok, bo obserwowanie go teraz wydawało się jeszcze bardziej intymne niż fantazjowanie o smaku jego skóry.
Sam nie byłby w stanie się tak otworzyć, szczególnie przed kimś, kto stanowił część problemu.
Była w tym swego rodzaju odwaga.
Albo brawura.
Albo słabość.
I właśnie przez tę ostatnią, Logan uznał, że nie może być obojętny. Nie kopie się leżącego. Może gdyby siedział przed nim ktoś inny, zbyłby go milczeniem, ale wobec dzieciaka Luke’a czuł, że to po prostu nie w porządku.
No i po części go rozumiał.
Podniósł wzrok akurat, kiedy Laurent wypluwał z siebie, by nie ważył się go bronić. Logan nie zamierzał, szczególnie gdy pełne łez i żalu oczy wbiły się w niego z siłą oskarżenia i bólu.
Zmarszczył lekko brwi, zaskoczony bezpośrednim pytaniem, które, jak się domyślał było tylko próbą odwrócenia jego uwagi od litanii żalu.
Co nie znaczyło, że nie dało mi do myślenia.
Sapnął cicho i upił łyk piwa, kupując tym sobie trochę czasu.
Być może za rzadko - przyznał po dłuższej chwili. Najpierw chciał odpowiedzieć milczeniem na to niewygodne pytanie, ale gdy się zastanowił i gdy znów popatrzył w zaszklone oczy Laurenta, dotarło do niego dokładnie to, co powiedział.
Że może jednak zbyt rzadko.
Nie chciał, by kiedyś to Travis znalazł się na jego miejscu, dławiąc łzy nie tyle po stracie ojca, co z żalu do niego.
Mój staruszek też nigdy mi tego nie powiedział - podjął, opierając ręce o brzeg blatu za sobą. Opuścił wzrok, spoglądając w podłogę. - Miał za to bardzo ciężką rękę, którą mówił aż za dużo - uśmiechnął się cierpko, a potem przetarł twarz dłonią, pozbywając się niechcianych wspomnień. Nie lubił do nich wracać.
Podniósł wzrok, spoglądając Laurentowi w twarz.
- Staram się powiedzieć, że lubiłem Luke’a bo nigdy nie byłem na twoim miejscu. Może gdybym był, miałbym do niego żal. - Zamilkł na chwilę, odwracając w bok głowę, a potem pokiwał nią do samego siebie. - Pewnie tak - przyznał cicho.
Myślę, że z nim było podobnie - powiedział po kolejnej chwili milczenia, wciąż tym samym miękkim głosem, prawie ocierającym się o szept. - Kochał cię, ale nie potrafił zrozumieć.
Umyślnie przeinaczył tamto wyznanie. Bo nie chodziło tu o lubienie, ale właśnie o to, że obaj wiedzieli świat zupełnie inaczej.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wzdrygnął się lekko, słysząc, że Loganowi przykro. Słowa, które nic nie zmieniały i wydawały się kompletnie nieadekwatne do sytuacji. Odetchnął przez nos, ale nic nie odpowiedział.
Zaczynał się obawiać, że już zawsze będzie czuł tę obrzydliwą mieszankę żalu i gniewu. Spróbował ją z siebie wyrzucić w tym butnym i pełnym pretensji monologu, ale spodziewana ulga nie przyszła. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo prawdziwy był w tym momencie, gdy obnażał emocje przed mężczyzną, którego po części, choć niesłusznie winił za swój ból. Logan wkradł się między niego a ojca. Wziął na siebie rolę idealne, przybranego syna i zrobił to z radością.
Być może — przedrzeźnił go zniecierpliwiony, bo przecież w jego oczach Callahan powinien natychmiast wziąć dupę w troki, pobiec na górę, obudzić Travisa i powiedzieć mu, że go kocha.
Z takimi rzeczami nie można było czekać.
Zaskoczony wyznaniem mężczyzny zamilkł na moment. Przyglądał mu się długo i w ciszy, próbując sobie wyobrazić, jak ktoś mógł w ogóle ośmielić się podnieść na Logana rękę. Pewnie nie zawsze był taki szeroki w barkach i posępny.
Przynajmniej masz jakąś wymówkę, żeby go nie kochać — dodał ciszej, ponownie wbijając spojrzenie w blat stołu. Laurent miał zamiast tego poczucie winy, że nie dość lubił swojego ojca. Obydwoje się starali, ale wszelkie próby zjednoczenia zawsze kończyły się fiaskiem. Może gdyby byli mniej uparci i bardziej wyrozumiali nie siedziałby teraz w kuchni i się nie zadręczał?
Upił łyk piwa. Logan zachowywał się tak, jakby próbował go zrozumieć, a nawet mu pomóc? Nie widział, że to wszystko przez niego?
Nie potrzebuję twojej litości. To twoja wina — oznajmił, za wszelką cenę nie chcąc się w tej sytuacji rozkleić. Przelała się czara goryczy, choć Laurent był pijany raczej żalem niż piwem. — A wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? — wstał od stołu, szurając krzesłem. Niespodziewany hałas zburzył ciszę, a on stanął naprzeciw mężczyzny. — Kiedy tu jechałem, miałem nadzieję, że okażesz się nietolerancyjnym idiotą. Prostakiem. Chamem, który po prostu wie, jak trzymać cholerny młotek. Że będę mógł cię dalej nienawidzić. Ale nie — parsknął, wbijając oskarżycielsko palec w jego nagi tors. — Ty musiałeś okazać się inteligentnym i cierpliwym facetem, który poświęca swój sen, żeby mnie pocieszać, chociaż ja zamierzam zrujnować twoje życie — zarzucił mu ze złością, jakby nie zdawał sobie sprawy, jak wiele ciepłej prawdy kryje się w jego wściekłych słowach. — I wiesz co jeszcze? — pytał, choć nie dawał Loganowi dojść do słowa. Wbił mocniej palec w jego twardą pierś, co mimowolnie odnotował. Mówił przy tym tak, jakby Logan zrobił to wszystko mu na złość. — Jesteś na domiar złego zajebiście przystojny. Jakby spośród wszystkich zalet masz nawet sześciopak — zaśmiał się nerwowo, a potem zwiesił głowę i pokręcił nią z niedowierzaniem, a potem zerknął na wspomniane mięśnie, jednocześnie uświadamiając sobie, że właśnie brutalnie naruszył przestrzeń osobistą mężczyzn.
Nie powinien pić tego piwa.
Pójdę spać — zdecydował, płaską dłonią klepiąc jeszcze jego tors, a następnie zrobił krok w tył. Przystanął w progu kuchni i obrócił się jeszcze przez ramię do mężczyzny. — Logan? — zwrócił się do niego i poczekał, aż ich spojrzenia się spotkają. — Dziękuję — odezwał się wtedy i posłał mu blady uśmiech.
Bo rozmowa mimo wszystko pomogła.

Stał na ganku z dłońmi nonszalancko wsuniętymi w kieszenie szarego garnituru. Obserwował, jak srebrny SUV wzbija kurz na drodze, a następnie parkuje pod domem. Lekkim, sprężystym krokiem zszedł po schodach i wyciągnął dłoń do mężczyzny. Wymienili krótki, ale pewny uścisk.
Laurent Ashcroft.
— Gregory Vance, wyceniam nieruchomości komercyjne i rolne od dwudziestu lat — błysnął w uśmiechu idealnie białymi i równymi zębami. Z powodzeniem mógłby wystąpić w reklamie pasty do zębów. Laurent odpowiedział dużo bardziej oszczędnym grymasem.
Dziękuję, że zgodził się pan przyjąć to zlecenie. Czas jest dla mnie kluczowy, dlatego, jeśli nie ma pan nic przeciwko, przejdźmy od razu do rzeczy — zwrócił się do niego uprzejmym tonem i gestem dłoni wskazał mu kierunek, w którym mieli się wybrać. Wiedział, że Logan zajmuje się końmi, dlatego ruszył od razu do stajni, ignorując natarczywe spojrzenia innych pracowników rancza.
— To bardzo ładny teren.
Niepotrzebny komplement Vance’a sprawił, że w kąciku ust Laurenta pojawił się cień niezadowolenia.
A w jaki sposób to wpływa na cenę? — upomniał go obojętnym i rzeczowym tonem, gdy dotarli już do Logana. — Pan Callahan będzie nam towarzyszył podczas oględzin, odpowie na pytania techniczne. Doskonale zna każdy skrawek tej ziemi — wyjaśnił i poczekał, aż mężczyźni wymienią uścisk dłoni na powitanie.
Ruszył przez stajnie, ale zwolnił kroku przy jednym z boksów, w którym, gdy był dzieckiem, spędzał całe godziny. Był wtedy tak zakochany w podarowanej przez ojca klaczy, że jadł z nią nawet każdy posiłek. Niemal uśmiechnął się do tego wspomnienia i wtedy dostrzegł w nim ruch, a chwilę później Legacy wysunęła głowę, by się przywitać. Laurent odruchowo podszedł do niej i pogłaskał miękki pysk.
— Panele w tej stajni wymagają wymiany. Drewno jest stare, w niektórych miejscach widoczne ślady wilgoci. To obniża wartość użytkową o jakieś pięć do siedmiu procent całego obiektu.
Pięć do siedmiu procent? To śmieszne. I stwierdza pan to bez ekspertyzy konstrukcyjnej? — Laurent odwrócił się od konia i uśmiechnął się lodowato, a jego głos nabrał aksamitnie chłodnego tonu. Zrobił krok w stronę rzeczoznawcy, wpatrując się w niego spod przymrużonych powiek, które zdradzały zarówno wyższość, jak i subtelną pogardę. — Zaczynam się obawiać, że pańska wycena będzie oparta na subiektywnym wrażeniu, a nie na rzeczywistym stanie technicznym. Poza tym to modrzew kanadyjski i świadczy o autentyczności tego miejsca, a nie zniszczeniu.
Vance uniósł brew, ale nie stracił pewności siebie.
— Ślady wilgoci to wciąż minus — rzeczoznawca okazał godnym przeciwnikiem, przyzwyczajonym do trudnych negocjacji, ale to nie zniechęciło Laurenta, który wczoraj doskonale przygotował się do tej rozmowy.
Wszystkie stajnie w Ontario mają wyższy poziom wilgotności, ale ta konkretna ma dwa systemy wentylacyjne i suszenie mechaniczne, które uruchamia się przy podwyższonej wilgotności. Klimat w tej stajni jest idealny. Prawda? — tym razem wbił przeszywające spojrzenie w Logana, oczekując od niego potwierdzenia.

Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Pokiwał głową, jakby nie dostrzegł irytacji i kpiny w powtórzonym “być może". Wiedział, że nie musi się z niczego tłumaczyć, a już tym bardziej z tego, jak wychowuje własnego syna, ale obarczony oskarżeniem poczuł nie tyle frustrację, co wstyd.
Travis, jak na dzieciaka wychowywanego bez matki i z takim ojcem jak on, nieźle radził sobie emocjonalnie. Logan nie miał jednak pewności, czy się nie myli. To zawsze Harper powtarzała im, że ich kocha, mówiła to, co należało, kiedy jemu brakowało słów. Wtedy to wyznanie wszystkim przychodziło łatwiej. Teraz… było jak było.
Przez chwilę próbował sobie przypomnieć kiedy mówił mu to ostatnim razem, ale porzucił tę próbę. Tu nie chodziło o niego, chociaż Laurent starał się, by tak było, ostatecznie o wszystko go obwiniając.
Logan pozwolił mu na to. W głębi ducha wierzył, że za jakiś czas dzieciak sam dojdzie do wniosku, że to nie on stanowił problem.
On był co najwyżej wygodną wymówką dla nich obu.
Pisk nóg krzesła brutalnie przerwał ciszę, wdarł się w nią jak fałszywa nuta. Mimo to Logan się nie poruszył. Zmrużył jedynie oczy, obserwując jak Laurent wstaje od stołu, a zimne światło księżyca załamuje się na krzywiznach jego ciała. Szczerze wątpił żeby chciał mu przyłożyć i jak się okazało, miał rację. Nawet słowa, które padły po chwili nie były ciosem, a jeśli już, to wymierzonym jedynie w samego siebie.
Zmarszczył brwi, kiedy palec oskarżycielsko wbił mu się w pierś. Nic, co Laurent mówił nie pokrywało się z tym jak mówił, co robił i jak wykrzywiał przy tym usta. Ten dziwaczny kontrast sprawiał, że Logan czuł się cholernie nieswojo. Ludzie rzadko prawili mu komplementy, a już na pewno nie rzucali mu ich w twarz jakby stanowiły największą wadę. Nie miał pojęcia jak się do tego odnieść i czy powinien. Pewnie nie. Laurent nie chciał rozmowy - potrzebował jedynie się wygadać, jakoś poradzić sobie z tym, co czuł, z całą tą frustracją. A on był pod ręką.
Wiedział o tym, a i tak czuł się piekielnie dziwnie, nie tylko z jego sprzecznymi z tonem słowami i wbitym w pierś palcem, ale przede wszystkim z naruszeniem osobistej przestrzeni. Bo Laurent stał tak blisko, że czuł bijące od niego ciepło i zwietrzały zapach żelu pod prysznic zmieszany z wonią jego ciała. Na domiar złego był prawie nagi, w cholernym świetle księżyca, w kuchni tak cichej, że nawet oddech wydawał się głośny i mówił mu, jak to jest zawiedziony, że nie okazał się ostatnim dupkiem.
To był najdziwniejszy monolog jakiego był świadkiem.
Westchnął ciężko, lekko odchylając głowę, by w ten sposób zasugerować, że jednak powinien się trochę odsunąć, ale wtedy padło ostatnie oskarżenie. I tak go zaskoczyło, że wyrwało mu się niedowierzające parsknięcie. To bardzo dosadnie przypomniało mu z kim ma do czynienia. Podobny komentarz nigdy nie opuściłby przecież ust heteryka.
Loganowi nie spodobał się fakt, że sprawił mu satysfakcję.
Nie powinien jej czuć.
Tak samo jak przyklejonej płasko do piersi, gorącej dłoni.
- Tak, powinieneś iść spać - mruknął nisko, prawie karcąco. Odchrząknął gdy odzyskał przestrzeń i niby naturalnie sięgnął po butelkę żeby ukryć zmieszanie.
Idiotyczne.
Ale akurat o zmieszanie nie powinien mieć do siebie żadnej pretensji. Każdy facet hetero w podobnej sytuacji czułby się dziwacznie. A to, że wciąż czuł jeszcze widmo dotyku na swojej piersi? Cóż. Nikt od lat nie kładł tam dłoni. Od lat nikt w ogóle go nie dotykał. To zrozumiałe, że zwrócił na to uwagę i nie powinien w ogóle się na tym fiksować.
Kiedy Laurent go wywołał, spojrzał na niego spod brwi przez całą przestrzeń pogrążonej w mroku kuchni. Kiwnął głową w odpowiedzi na nieoczekiwane podziękowania, a gdy wreszcie został sam, odwrócił się przodem do blatu, opierając na nim szeroko rozstawione ręce. Pochylił się ku uchylonemu oknu i na moment zwiesił głowę.
- Kurwa - mruknął do siebie. Potem westchnął i biorąc się w garść, sprzątnął butelki razem z naskubaną etykietą.
Przynajmniej utwierdził się w przekonaniu, że młody Luke’a naprawdę nie był pozbawioną serca wydmuszką człowieka z wielkiego miasta, a to w obecnym położeniu rancza było dużo ważniejsze niż czyjekolwiek seksualne preferencje.

Grant splunął w kurz i przesunął wykałaczkę z jednego kącika ust do drugiego.
- Logan, do cholery. Ile ten dzieciak będzie nas jeszcze trzymał w niepewności?
Grant, jeden z najstarszych pracowników rancza, który z powodzeniem mógłby być ojcem Callahana, stał wraz z grupką innych kowbojów pod stajnią, jak co rano zebranych na poranne spotkanie organizacyjne. Memłał w ustach wykałaczkę, a jego poznaczona zmarszczkami twarz przypominała korę starego drzewa.
Reszta zawtórowała mu pomrukami.
- Mamy rachunki do płacenia - odezwał się Curtis, opierając się ramieniem o słup. – Bank nie będzie czekał, aż paniczyk zdecyduje, czy chce bawić się w ranczera.
- A ja mam dwie córki na studiach - dorzucił Dean. - Chciałbym wiedzieć, czy za miesiąc nadal będę miał robotę.
- Ludzie już pytają po okolicy - mruknął Brett. - Sąsiednie rancza zwęszyły okazję. Jeszcze chwila i zaczną podbierać nam chłopaków.
Grant prychnął.
- Mówiłem ci już, Logan. Młody sprzeda ziemię deweloperowi albo jakiemuś nafciarzowi. Dla takich jak on to tylko kawał pola z końmi. Nawet nie wie, z której strony siodła się wsiada.
Kilku mężczyzn parsknęło ponurym śmiechem.
Logan wiedział, że się martwią. On sam też się martwił, ale na razie nie mógł dać im żadnych konkretów. Był jednak pewien, że nie pozwoli, żeby Ashcroft z dnia na dzień wywalił ich wszystkich na zbity pysk.
- Na razie nic się nie zmienia. Wszyscy pracujemy jak zawsze. Dajcie chłopakowi trochę ochłonąć, zanim podejmie decyzję.
- Ochłonąć? - Grant uniósł krzaczastą brew. - Ojciec jeszcze dobrze nie ostygł, a prawnicy już kręcą się po domu. - Wskazał brodą na Laurenta w oddali, właśnie witającego się z jakimś drugim garniakiem. - To jest ten czas na ochłonięcie?
- Nie będziemy go teraz szarpać. Stracił ojca - przypomniał szorstko Logan.
- My możemy stracić domy - odburknął Curtis.
Zapadła cisza.
Logan omiótł spojrzeniem twarze zebranych. Znał każdą z nich od lat. Niektórzy pracowali tutaj dłużej niż on sam. Widział ich dzieci dorastające między stajniami, widział, jak budowali domy na ziemi należącej do rancza. To nie byli zwykli pracownicy. Byli częścią tego miejsca.
- Posłuchajcie mnie uważnie. - Jego głos stwardniał. - Dopóki ja tu jestem, nikt nie będzie pakował swoich rzeczy. Jeśli Ashcroft będzie chciał zamknąć ranczo, najpierw będzie musiał porozmawiać ze mną.
Grant długo mierzył go wzrokiem, po czym westchnął ciężko.
- Ufasz temu chłopakowi?
Logan zawahał się ledwie na ułamek sekundy. Mignęły mu wszystkie ich niefortunne rozmowy i cała ta otoczka, która towarzyszyła młodemu Ashcroftowi od długiego czasu.
- Nie - odparł twardo.
Miedzy ludźmi przeszedł szmer.
- Ufam jego ojcu. A on nie wychowałby idioty. Dajmy mu kilka dni.
Grant wypluł wykałaczkę w kurz i przydeptał ją obcasem.
- Obyś miał rację, Logan.
- Mam.
- A jeśli nie?
Zacisnął szczękę.
- Wtedy będziemy się martwić.
Jeszcze przez chwilę nikt się nie ruszał. W końcu Logan klasnął w dłonie.
- Dobra, koniec narady. Curtis, sprawdź ogrodzenie na północnym pastwisku. Dean, weź chłopaków i dokończcie szczepienie jagniąt. Brett, z tobą gdzieś za godzinę pojadę obejrzeć pompę przy zachodnim zbiorniku. Robota sama się nie zrobi.
Pomruki niezadowolenia nie ucichły, ale mężczyźni zaczęli się rozchodzić. Każdy dobrze wiedział, że niezależnie od tego, co przyniesie jutro, zwierzęta nadal trzeba nakarmić, konie oporządzić, a płoty naprawić. Ranczo miało gdzieś to, że jego opiekun odwalił kitę.
Logan ruszył do stajni, mimo że widział kątem oka jak Laurent w towarzystwie rzeczoznawcy właśnie ruszają w jego kierunku. Pokręcił do siebie głową. Obaj idioci w garniturach wyglądali jak wklejeni tu z jakiejś głupiej adwokackiej broszury. Miał cichą nadzieję, że wdepną w końskie łajno tymi wyglancowanymi bucikami.
Miał zamiar wyprowadzić konie na popas, ale wstrzymał się z tym wiedząc, że zaraz i tak mu przeszkodzą. Zabrał się więc za olejowanie ogłowi w siodlarni. Wychynął z niej dopiero słysząc odbijający się echem w stajni głos Ashcrofta. Nie brzmiał na zadowolonego. Właściwie w niczym nie przypominał tego roztrzęsionego dzieciaka w ciemnej kuchni, któremu głos łamał się na każdym słowie.
Logan wyszedł do nich wycierając dłonie w bandanę przywiązaną do szlufki jeansów. Miał na sobie sprane spodnie i zieloną koszulkę bez rękawów. Ubłocone buty potęgowały wrażenie człowieka ciężko pracującego i niebojącego się brudu. W porównaniu do dwójki w garniturach, wyglądał jak prosty farmer i co tu dużo gadać, był nim.
Bez słowa uścisnął dłoń rzeczoznawcy, a potem ściągnął z haczyka przy jednym z boksów swój kapelusz i nasadził go sobie na głowę. Nie odzywał się, jedynie patrzył jak jeden garniak z drugim węszą mu po stajni jakby mieli o niej jakiekolwiek pojęcie.
Słysząc komentarz Vance’a rozejrzał się, próbując spojrzeć na przestrzeń okiem kogoś, kto widzi ją pierwszy raz. Nie mógł powiedzieć, że nie mieli problemów. Nie chodzi o wilgoć, ale ogólnie. Nie wszystko działało perfekcyjnie, ale radzili sobie. Nie znał się jednak na wycenie i nie miał pojęcia ile może być warte takie ranczo ani co zalicza się do “problemów z wilgocią”.
Brew Logana drgnęła, gdy Laurent poczęstował kolegę po fachu lodowatym tonem.
Tak, bez wątpienia nauczył się go w szkole dla adwokatów.
To ten ton, którym straszy się obrońcę przeciwnej strony. Wiedział to z filmów.
Kiedy Laurent wymówił sugestywne “prawda?”, wbijajac w niego przeszywający wzrok człowieka z sali sądowej, poczuł się nagle jakby brał udział w rozprawie.
Nie podobało mu się to.
Nie miał ochoty brać udziału w jego dziwacznych rozgrywkach, tym bardziej, że dotyczyły sprzedaży rancza.
Wzruszył ramionami.
- Konie nie narzekają - odparł obojętnie i równie obojętnie zniósł niedowierzające spojrzenie Laurenta, oraz pobłażliwe rzeczoznawcy, który miał na twarzy wypisz wymaluj opinię “no wsiur”.
- Ale szef dobrze mówi. Modrzew to dobre drewno konstrukcyjne, a stajnia ma wszystkie te bajery zgodne z wymogami, coby się nas nikt nie czepiał.
Rzeczoznawca odchrząknął i zapisał coś w tablecie, który trzymał w dłoniach.
- Rozumiem. W takim razie obejrzyjmy resztę zabudowań.
Logan skinął głową.
- Pewnie.
Ruszył przodem, niespiesznie, jakby oprowadzał gości po własnym podwórku, a nie po majątku wartym miliony dolarów.
Zatrzymał się przy szerokich drzwiach stodoły i klepnął ręką w deskę, jakby był to tyłek kelnerki w wiejskim barze.
- Tu trzymamy siano. Czasem myszy się zalęgną, ale koty się nimi zajmują. Jak koty nie zdążą, to sowy.
Rzeczoznawca uniósł wzrok znad tabletu.
- Rozumiem... a izolacja?
Logan zmarszczył czoło, idealnie udając wioskowego idiotę.
- No deski są.
Zapadła chwila ciszy.
Vance odchrząknął.
- Pytam o izolację termiczną.
- A. - Logan pokiwał głową, jakby dopiero zrozumiał. - No zimą jest zimno, latem ciepło. Tak jak w stodole powinno być.
Logan nie unikał spojrzenia Laurenta. Jeśli się skrzyżowały, uśmiechnął się do niego leniwie, na tyle wymownie, by było wiadomo, że nie jest aż tak takim idiotą, tylko właśnie robi z wyceny widowisko.
Przeszli kawałek dalej, do kolejnego murowanego budynku.
- A tu co się mieści? - zapytał Vance.
- Warsztat.
- W jakim jest stanie?
Logan otworzył drzwi, zapraszając go do środka gospodarskim gestem. Wnętrze prezentowało się dobrze, chociaż było zagracone narzędziami i maszynami do obróbki drewna. Po podłodze walały się trociny, które intensywnie pachniały w porannej duchocie.
- Dach jeszcze nie przecieka - odparł Logan, zadzierając głowę.
- Jeszcze? - Vance zmarszczył brwi, a potem przeniósł pytające spojrzenie na Laurenta.
- No. Kiedyś pewnie zacznie. Wszystko kiedyś zaczyna.
Rzeczoznawca spojrzał na dach odruchowo.
W rzeczywistości pokrycie wymieniono trzy lata wcześniej i od lat nic tu nie przeciekało. Poza tym, wszystkie naprawy robili na bieżąco, jeśli tylko mieli pieniądze na materiały.
Logana bawiła konsternacja rzeczoznawcy, chociaż podejrzewał, że Laurent nie podziela jego zadowolenia.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odpowiedź Logana zaskoczyła wszystkich. Laurent znów myślał, że źle usłyszał, ponieważ nie spodziewał się po ranczerze takiego zagrania. Wbił w niego zniecierpliwione i wyczekujące spojrzenie, ale Callahan jak gdyby nigdy nic brnął w tę bzdurę dalej, wywołując w rzeczoznawcy coś na kształt pobłażliwej wyższości. Nic dziwnego, skoro właśnie z wprawą odgrywał rolę wiejskiego głupka i robił to z takim przekonaniem, jakby startował w wyścigu po Oscara.
Laurent przechylił lekko głowę w bok, wsuwając dłoń do kieszeni eleganckich spodni. Uświadamiając sobie, że jego prawdziwym i naprawdę trudnym przeciwnikiem może okazać się Logan, a nie rozbawiony prawnik obok.
Niepotrzebnie zwierzał mu się tamtej nocy. Nie żałował tego, co powiedział, ale teraz miał wrażenie, że facet po prostu wykorzystał jego moment słabości. Może naprawdę go nie docenił?
Zrównał krok z idącym przodem mężczyzną i pochylił się w jego kierunku.
To ma być twoja ekspercka opinia? — upomniał go jadowitym tonem, a potem uśmiechnął się krzywo, kiedy Logan dalej odgrywał przed Vancem to idiotyczne przedstawienie. Jakim cudem rzeczoznawca nie widział, że to wszystko gra? Zapewne był równie bardzo zaślepiony przez stereotypy co sam Laurent.
Oby na wycenie rzeczy znał się lepiej niż na ocenie ludzi.
Nie odpowiedział na jego leniwy uśmiech spod kowbojskiego kapelusza. Może uznałby go nawet za pociągający, gdyby nie zniecierpliwienie dziecinną postawą Logana. Rzucił mu tylko twarde i niezadowolone spojrzenie, którym jasno mówił: wiem, w co grasz.
Izolacja jest z wełny celulozowej i spełnia wszelkie niezbędne normy — odpowiedział tak, jak powinien to zrobić Logan, chłodno i rzeczowo, przypominając tym samym, że jest znacznie więcej niż zagubionym szczeniakiem.
Może uznałby zachowanie Logana za zabawne, gdyby facet właśnie go nie sabotował.
Poczekał, aż rzeczoznawca odnotuje informacje na tablecie, a następnie kontynuowali spacer. Wczoraj miał okazję poznać szczegóły techniczne, dziś oglądał każdy z tych budynków na żywo, uświadamiając sobie, jak wielkim i odpowiedzialnym przedsięwzięciem było ranczo.
Wszedł za resztą towarzystwa do warsztatu. Naturalne zapachy mu nie przeszkadzały. Większość z nich budziła wspomnienia. Tym razem wrócił myślami do zbudowanego własnoręcznie przez Luke’a domku na drzewie, w którym pierwszego lata ciągle unosiła się woń ciętego drewna.
Przez trzy lata z rzędu przeprowadzał się do niego na wakacje.
Tam też pierwszy raz całował się z dziewczyną. Susana nosiła dwa rude warkocze, a cała jej twarz pokryta była piegami.
Dach został wymieniony trzy lata temu — wtrącił ponownie, pokazując, że wczoraj nie próżnował w gabinecie ojca. Poza tym miał niezwykłą pamięć do faktów i liczb, co w jego zawodzie było równie istotne co charyzma.
Dostrzegł zmieszanie na twarzy rzeczoznawcy i posłał mu chłodny uśmiech.
Pokażę panu odpowiednią dokumentację — obiecał uprzejmie, a następnie skierował surowe spojrzenie na Logana, który ewidentnie dobrze się bawił ich kosztem w tej sytuacji. — Dziękujemy za pomoc. Zawołam cię, jeśli będę jeszcze potrzebował jakiejś opinii. Możesz wrócić do pracy — zwrócił się do niego tym wypranym z emocji, stanowczym tonem. Tym razem głos mu się nie łamał, gdy dobitnie choć jednocześnie jakby od niechcenia wypowiadał polecenie.
Cierpliwie poczekał, aż Logan zostawi ich samych. Odprowadził go spojrzeniem, a następnie ponownie skupił się na Gregorym, który rozbawiony wziął się pod boki.
— Ach, te proste chłopy, nic nie wiedzą o biznesie — zaśmiał się serdecznie, ale zamilkł, nie dostrzegając na twarzy Laurenta śladu rozbawienia.
Możemy wrócić do wyceny? Naprawdę zależy mi na czasie — podkreślił, dając mężczyźnie do zrozumienia, że nie zamierza go więcej tracić na żarty.
Liczył na rzetelną pomoc Logana, ale tak naprawdę nie potrzebował go, żeby przejść z rzeczoznawcą po ranczu. Sam był świetnie przygotowany, a kwestiami technicznymi i tak musiał zająć się niezależny ekspert. Vance nie próbował już żartować, skupiając na robocie, co Laurent przyjął z ulgą.
Właściwie z każdym kolejnym krokiem i pomieszczeniem czuł rosnącą dumę z tego miejsca. W ostatnich latach ranczo zostało zmodernizowane, a ogromny teren po prostu zapierał dech w piersiach. Możliwość patrzenia na imponujące przestrzenie miała moc i urok. W mieście budynki nie pozwalały spojrzeć dalej niż kilkaset metrów w przód.
— Część płotów kwalifikuje się do wymiany.
Płoty mają naturalne śladu użytkowania.
— Są pochylone.
Stan techniczny ogrodzeń w tego typu ofertach jest ujmowany jako koszt modernizacji, nie jako czynnik obniżający wartość samej nieruchomości — poprawił go, recytując bez pośpiechu i precyzyjnie właściwą formułkę. — Panie Vance, rozumiem, że pana praca polega na szukaniu mankamentów, ale podchodźmy do siebie z szacunkiem — poprosił z tym swoim lodowatym uśmiechem.
Po zakończeniu oględzin nie zaprosił mężczyzny na kawę. Odprowadził go prosto do samochodu, pożegnał uściskiem dłoni i poprosił o przygotowanie wyceny do końca tygodnia. Vance nie zdążył jeszcze wyjechać za ogrodzenie, gdy Laurent już umawiał spotkanie z innym specjalistą.
Gdy odłożył słuchawkę, ruszył przez ranczo na poszukiwanie Logana. Domyślał się, że przy takiej pogodzie znajdzie go gdzieś na świeżym powietrzu. Ignorował ciekawskie i nieprzychylne spojrzenia pracowników. Doskonale wiedział, że powinien z nimi porozmawiać, ale potrafił też wyobrazić sobie ich reakcje na informacje o sprzedaży rancza i na razie nie miał do tego głowy.
Nie wiedział skąd te skrupuły, skoro oni nie mieli żadnych oporów, żeby okazywać mu swoją niechęć.
Albo robić z niego idiotę, jak Logan dzisiaj.
Chciałbym z tobą porozmawiać na osobności — zwrócił się do pochylonego nad pompą Logana chłodnym i poważnym tonem. Tym razem nie zamierzał na niego krzyczeć, a zachować się jak przystało na niezadowolonego szefa.
— Nie widzisz, że robotę mamy? — Brett zwrócił się do niego opryskliwym tonem, co jednak łatwo było wytłumaczyć tym, że był cały spocony i brudny, ponieważ wymiana pompy okazała się dużo bardziej kłopotliwa niż z początku z Loganem założyli.
Laurent zawahał się, ale zdjął marynarkę i przewiesił ją przez płot, a następnie sprawnie podwinął mankiety koszuli.
To jak wam pomóc?
Brett spojrzał na niego tak, jakby usłyszał, że papież zamierza wystąpić w najbliższym rodeo. Laurent nie miał pojęcia o wymianie pompy, ale im szybciej skończą tym szybciej, będzie mógł dać do zrozumienia Loganowi, co sądzi o jego dzisiejszym przedstawieniu. Zajrzał do dziury, ale zobaczył tam tylko rdzę, błoto i plątaninę rur.
Powiedzcie mi, co mam robić — powtórzył, kiedy żaden z nich nie kwapił się z udzieleniem instrukcji. — Bo wyglądacie, jakbyście naprawdę potrzebowali pomocy — dodał, znacząco spoglądając na ubranie Bretta, który zmiął przekleństwo w ustach. Nikt nie gardził dodatkową parą rąk do pracy.
— Weź klucz nastawny.
Laurent domyślił się, że to test, ale złapał odpowiednie narzędzie i przyklęknął razem z nimi, nie przejmując się stanem spodni. Po dzisiejszym spacerze i tak będzie je musiał oddać do pralni.
— Odkręć śrubę. W lewo — podpowiedział łaskawie Brett, posyłając mu krzywy uśmiech.
Wiem, jak się odkręca śrubę — odparł, zabierając się do roboty. Mocowanie odpuściło dopiero za trzecim razem, jak naparł na nie całym ciężarem.
— No to odkręcaj, jak wiesz.
Pracowali dalej w milczeniu, a Laurent wykonywał polecenia, ponieważ ta dwójka wydawała się doskonale wiedzieć, co robi. Przynajmniej dopóki nie nie kazali mu trzymać rury, z której niespodziewanie na jego tors i twarz popłynął wartki strumień lodowatej wody, kompletnie mocząc koszulę i ciemne włosy. Cienki, delikatny materiał przylgnął do jego torsu i ramion. Brett wybuchnął gromki i niepowstrzymanym śmiechem.
Ashcroft zawtórował mu po sekundzie, próbując otrzeć twarz dłonią. Ku jego zaskoczeniu kowboj wyciągnął w jego stronę swoją przybrudzoną bandamkę, ale nie był w sytuacji, by wybrzydzać, więc złapał za nią z wdzięcznością.

Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Laurent wcale nie potrzebował jego pomocy. Znał stan techniczny rancza dużo lepiej niż on i to z samych wyczytanych informacji, więc może jednak Luke nie był tak beznadziejny w prowadzeniu dokumentacji?
A może młody Ashcroft był bardziej ciekaw wszystkiego, co wiązało się z ranczem, niż skłonny był to przyznać?
Logan, słuchając tego bezosobowego, zimnego tonu, tak różnego od tego, co zdążył już poznać, zamiast być pod wrażeniem, był raczej rozbawiony. Obaj faceci wydawali mu się po prostu śmieszni z tą swoją sztywną postawą, sztuczną uprzejmością i garniturami nie pasującymi do zakurzonej drogi i odległego beczenia owiec.
Nie mógł się powstrzymać żeby ich trochę nie podrażnić.
Słysząc lodowate podziękowanie za pomoc, które oznaczało mniej więcej tyle samo, co “zejdź mi z oczu", uniósł rondo kapelusza w niedbałym pozdrowieniu, a potem zabrał się za prawdziwą pracę.
Filtr w pompie sam się przecież nie wymieni.

– Pieprzone gówno się zapiekło.
Brett siłował się z kratką, z trudem unosząc ją na tyle, by Logan mógł włożyć pod nią metalowy pręt i podważyć. Już dawno powinni zrobić z tym porządek, ale zawsze były pilniejsze sprawy.
To teraz mają, większy kłopot.
Zajęci pracą, nie widzieli jak Laurent pokonywał pastwisko, wciąż ubrany w swój galowy strój. Usłyszeli go dopiero, gdy się odezwał.
Logan w spodniach ubrudzonych błotem i tym, co wyciągnęli z filtra, czyli mieszanką zgniło pachnącej trawy i liści, właśnie podważył kratkę i naprężając potężne mięśnie, odstawił ją na bok. Pot perlił się na jego ramionach i nagiej piersi. Łypnął na Laurenta spod ronda kapelusza, wyraźnie nie przejęty jego lodowatym tonem, chociaż musiał przyznać, że zrobiło mu się od niego trochę chłodniej.
Miło, biorąc pod uwagę letni skwar.
Mógłby robić za przenośny klimatyzator.
Brett ubiegł go w odpowiedzi, więc Logan poparł go mruknięciem. Jeśli Laurent myślał, że nagle rzuci wszystko i pobiegnie słuchać jego żali, to się grubo mylił. Mieli ważniejsze sprawy na głowie niż jego pretensje.
Obaj byli więc zdumieni, gdy adwokacik zaproponował pomoc.
Kiedy Brett upewnił się, że facet w garniaku nie żartuje, spojrzał z rozbawieniem na Logana. Nie wyobrażali sobie, że ktoś taki może się przydać, ale z drugiej strony, potrzebna im była dodatkowa para rąk.
Logan kiwnął głową, pozwalając by Brett pokazał dzieciakowi co i jak, a sam zajął się dalszym czyszczeniem filtra. Słuchał jednak ich wymiany zdań i kątem oka śledził Laurenta podczas fizycznej pracy. Nie spodziewał się zobaczyć jak klęka na ziemi w wyprasowanych garniturowych spodniach, ani tego, że wiedział czym jest klucz nastawny. A już na pewno,że uwali błotem białą koszulę podczas odkręcania trudno dostępnych śrub. Ten widok był odświeżający. Widać elegancik nie bał się ciężkiej pracy. Więcej nawet, bawiło go to. Wiadomo. Nic tak nie poprawia nastroju jak robienie czegoś przydatnego na świeżym powietrzu.
Logan parsknął śmiechem, rzucając krótkie spojrzenie na zmoczonego i roześmianego Ashcrofta. Krople wody spływały Laurentowi po twarzy i szyi, wsiąkając w materiał koszuli przyklejonej do ciała. Włosy miał przyklepane do czoła, a mimo to śmiał się bez żadnego skrępowania, głośno i szczerze. Logan pierwszy raz widział go w takim stanie. Bez tej zimnej, adwokackiej obojętności, bez cwaniackiego uśmieszku. Przez krótką chwilę wyglądał jak zupełnie inny człowiek.
Ale sam był sobie winien z tą wodą.
Nie trzyma się rury skierowanej wylotem w swoją stronę.
Skoro i tak był już cały mokry, Logan tylko pokręcił głową i wciąż z rozbawieniem, pokazał mu, jak prawidłowo odłożyć rurę na miejsce. Laurent wykonał polecenie wciąż ociekając wodą. Metal zadzwonił głucho, kiedy osadził go w uchwycie, a pompa znów stanowiła całość.
Praca była skończona.
- Dobra robota - mruknął Logan do chłopaków, zgarniając swoją koszulkę z ogrodzenia.
Materiał był ciepły od słońca. Chwycił też marynarkę Laurenta i rzucił mu ją bez ostrzeżenia.
- Na jakiś czas mamy z tym spokój. Brett, ogarnij się i pomóż Deanowi i reszcie.
Brett wyszczerzył zęby w uśmiechu i salutując o rondo swojego kapelusza odszedł w stronę zagrody, a Logan przeniósł wzrok z powrotem na Laurenta.
- A ty już masz spalony kark.
Zanim Laurent zdążył odruchowo do niego sięgnąć, Logan cmoknął z dezaprobatą i położył na nim swoją chłodną dłoń. Skóra była rozgrzana od słońca, choć jeszcze nie piekła tak mocno, jak mogła za kilka godzin. Kontrast z chłodem jego palców musiał być przyjemny. Potem ściągnął z głowy kapelusz i nasadził mu go na głowę dokładnie tak samo jak poprzednim razem, zdecydowanym ruchem, który nie pozostawiał miejsca na dyskusję.
Rondo opadło Laurentowi na oczy.
- Idziemy się przebrać. Margy da ci coś na oparzenia, zanim spieczesz się jak rak.
Przyklepał kapelusz dłonią.
- Zatrzymaj - powiedział, mrużąc oczy przed słońcem. Uśmiechnął się krzywo, a potem odwrócił się i ruszył przez pastwisko w stronę domu. Wspólna praca w pewien sposób zbliżała do siebie ludzi. Logan na razie odsunął na bok uprzedzenia i miał nadzieję, że Laurent również, przynajmniej dopóki nie przebiorą się i nie obmyją z błota.
Trawa uginała się pod jego ciężkimi butami, a popołudniowe słońce wisiało już niżej nad horyzontem. Konie pasły się spokojnie, omiatając zady długimi ogonami. Logan nie oglądał się za siebie. Nie musiał. Wiedział, że Laurent i tak pójdzie za nim.
Gdy adwokacik się z nim zwrównał, zamiast czekać na możliwą burę za głupie żarty przy rzeczoznawcy, sam się odezwał.
- Widziałem jak patrzysz na Legacy. - Zerknął na niego kątem oka. Kącik jego ust uniósł się ledwie zauważalnie. - Ciągnie cię do koni - zauważył na głos coś, co było oczywiste od chwili, kiedy Laurent zobaczył ogiera na padoku. Ludzie niezainteresowani patrzyli przez chwilę i szli dalej, nie próbowali dotykać, zachwycać się i nie głaskali chrap z takim uczuciem. A on miział go nawet przy rzeczoznawcy. Więc skoro nie bał się ubrudzić rąk i nie przeszkadzał mu koński zapaszek, to może jeszcze zrobią z niego kowboja? Tym bardziej, że dzieciak coraz bardziej wydawał się sam tego chcieć. - Kiedy ostatnio siedziałeś w siodle?

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Naprawdę trudno było nie wpatrywać się łakomie w nagi tors Logana. Laurent nie miał pojęcia, jakim cudem kowboj jest tego zupełnie nieświadomy, ale obserwowanie jak mięśnie napinają się pod opaloną skórą, było doświadczeniem niemal transcendentalnym. W pracy fizycznej było coś pociągającego w ten pierwotny, a z tego też powodu nieodparty sposób.
Przez to wszystko było mu jednocześnie trudno skupić się na robocie, ale z drugiej strony motywowało go, by pokazać, że nie jest tylko lalusiem z miasta. Urodził się tu i chociaż jego dłonie nie były poznaczone zgrubieniami i drobnymi bliznami, to nie znaczy, że nie bał się ubrudzić.
Miał ochotę zmyć te ich niedowierzające i pobłażliwe grymasy, udowadniając, że nie bał się ciężkiej pracy.
Poza tym, co mogło być trudnego w wymianie filtra?
Okazało się, że nawet odkręcenie śruby może sprawić pewne trudności, z którymi jednak się uporał. Gorzej poszło mu z rurą, ale nie przejął się lodowatą wodą spływającą mu po twarzy, ani mokrą koszulą, pod którą odznaczyły się sterczące z zimna sutki. Prysznic okazał się zaskakująco odświeżający. Laurent śmiał się wesoło, jakby ktoś zdjął mu ogromny ciężar z barków. W tej jednej sekundzie nie zastanawiał się, jak wygląda, ani co ktoś inny mógł sobie na jego temat pomyśleć, jakby znowu miał siedem lat.
Zaskoczyło go, że Logan zawtórował mu śmiechem. Spojrzał na niego spod wilgotnych rzęs z teatralnym wyrzutem.
Kto by pomyślał, że potrafisz się śmiać. Pewnie tylko z cudzego nieszczęścia — zarzucił mu żartobliwie, przyjmując bandanę od Bretta, którą otarł mokrą twarz. Zburzył dłonią ciemne, przyklapnięte od wody loki i wrócił do pracy, a po jej zakończeniu ciężko podniósł się z ziemi. Złapał marynarkę, zanim ta spadła w błoto, ale spodnie zdecydowanie potrzebowały profesjonalnej pralni chemicznej.
Pożegnał Bretta uniesioną dłonią, a następnie sapnął cicho pod wpływem niespodziewanego dotyku. Zaskoczony spojrzał znów na półnagiego mężczyznę, zaczynając rozumieć, że ten nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie robi na nim wrażenie. Zarumienił się na policzkach i to niestety nie od słońca. Przełknął ślinę, nie mając pojęcia, co Logan w ogóle do niego mówi. Kiwnął tylko głową, ale po chwili odzyskał rezon.
Zatrzymaj? Żebyś znowu mi mógł zabrać kapelusz, jak powiem coś, co ci się nie spodoba? — zapytał, unosząc brew, ale szybko położył na nim od góry dłoń, jakby Logan zamierzał dokładnie to zrobić. Poprawił rondo, a następnie ruszył za nim, starając się nie myśleć o tym, w jaki stanie było teraz jego ubranie.
Zacisnął mocniej palce na materiale trzymanej marynarki i zmarszczył brwi.
Lata temu jeździłem konno. Przestałem na złość ojcu, jak byłem jeszcze dzieciakiem. Potem żałowałem, ale byłem bardzo uparty — przyznał otwarcie, choć nie lubił tego, jak rozmowy z Loganem uświadomiły mu, że nie był synem, którego łatwo było kochać. Z odległego horyzontu spojrzał na stary, ale zadbany dom z dużym, drewnianym gankiem. W oknach powiewały firanki, a na elewacji nie było śladów wilgoci. Budynek sprawiał wrażenie przytulonego. — Ale masz rację. Lubię konie, dlatego chcę sprzedać ranczo za dobre pieniądze komuś, kto będzie o nie dbał, a nie zburzy wszystko i postawi tu hotel, robiąc ze zwierząt kiełbasę, dlatego oczekiwałem twojej pomocy — przystanął przy płocie, nie chcąc kończyć rozmowy w domu przy Margy. Oparł się przedramieniem o drewno, krzyżując nogi w kostkach i uniósł kapelusz, by spojrzeć na Logana spod jego ronda. — Więc może wyjaśnisz mi, co to był za cyrk z rzeczoznawcą? Dobrze bawiłeś się moim kosztem? — zdążył już ochłonąć, więc zadawał pytania bez pretensji czy gniewu, próbując zmusić upartego kowboja, by spojrzał na to wszystko z jego perspektywy. — Bo współpraca idzie nam całkiem nieźle, więc może zostaniemy przy tym? — dodał szybko, sprawiając, że dwa poprzednie pytania straciły na znaczeniu i tylko to jedno wymagało odpowiedzi.

Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Kiedy Laurent rzucił kąśliwym tekstem, uśmiech Logana przybrał zupełnie inny charakter. Stał się leniwy i szelmowski. Jakby mówił mu - jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz, dzieciaku.
Nie odpowiedział na zaczepkę, oczywiście że nie. Brett za to parsknął, rozbawiony faktem, że adwokacik ma jaja żeby rzucać takimi tekstami do ponurego i nieprzystępnego Callahana.
I wywołać na jego twarzy uśmiech zamiast kwaśnego grymasu.
Logan nie powiązał swojego gestu z rumieńcem u młodego Ashcrofta. W końcu było gorąco. Może się chłopak zmęczył, co byłoby zasadne, skoro dzielnie pracował na równi z nimi. Tak samo nie zwrócił uwagi na nieobecne spojrzenie. To z kolei łatwo było przepisać przegrzaniu głowy. Świetnie. Jeszcze tego mu brakuje żeby się szczeniak dorobił udaru bo... w sumie, bo co? Dlaczego w ogóle zdecydował się im pomóc, skoro równie dobrze mógł poczekać na niego na tarasie przy szklance zimnej lemoniady.
Może próbował coś sobie udowodnić? Bo przecież nie im, skoro i tak zamierzał odciąć się od tego miejsca i jego ludzi.
Uśmiechnął się kątem ust słysząc kolejną pyskówkę i dokładnie tak, jak Laurent się spodziewał, spróbował z powrotem zabrać mu kapelusz. Chwycił za rondo, ale nie szarpał, gdy adwokat z zaciętą miną przytrzymał go na miejscu. Ten gest sprawił jednak, że na twarzy Logana pojawiła się satysfakcja.
Laurent naprawdę zachowywał się jak dzieciak.
- Wcześniej tylko ci go pożyczyłem - zauważył, nadal rozbawiony w ten swój leniwy, stateczny sposób, którym bez wątpienia mógł rzucać na kolana, gdyby tylko zdawał sobie sprawę z własnego uroku.
Ruszyli przez pastwisko odprowadzani cichym szumem pompy i brzęczeniem owadów w rozgrzanym powietrzu popołudnia. Wokół unosił się zapach lata zmieszany z wonią zwierząt gospodarczych. Gdzieś w oddali zarżał koń, ale to nie dlatego Logan o nie zapytał. Odpowiedź natomiast wcale go nie zdziwiła. Gdyby Laurent nadal jeździł, nie szukałby innego miejsca do ćwiczeń, skoro miał to, chociaż zawsze istniała taka szansa. Cóż, teraz wszystko było jasne.
Nawet się nie skrzywił na wzmiankę o sprzedaży rancza. Przecież nie łudził się, że chłopak nagle zmieni zdanie.
Kiedy Laurent oparł się o ogrodzenie, Logan przystanął i wsunął ręce w tylne kieszenie dżinsów. Lekko zmrużył oczy, chociaż w kącikach jego ust czaił się uśmiech. Może odpowiedziałby na te pytania, gdyby nie padło ostatnie, które nieco zmieniało kontekst całej rozmowy.
Wyciągnął zza szlufki czerwoną bandanę i otarł nią spocony kark.
- Jestem za współpracą - powiedział i spojrzał ponad ramieniem Laurenta na Clover, która zainteresowana towarzystwem podeszła do ogrodzenia i właśnie pochylała wielki, brązowy łeb nad ramieniem adwokata.
Logan uśmiechnął się na ten widok.
Konie miał zdecydowanie po swojej stronie.
- Co powiesz na to, żeby pomóc mi przy koniach? One ewidentnie też cię lubią.
Dokładnie w tym momencie Clover skubnęła jego kapelusz, zrzucając mu go z głowy wprost w soczystą, zieloną trawę. Kiedy Laurent odruchowo się odwrócił, zobaczył kasztanowatą klacz, która potrząsnęła łbem i zarżała cicho. Jej sierść lśniła w słońcu jak wypolerowana miedź.
- No i przyznaj, że chciałbyś jeszcze raz usiąść w siodle - ciągnął Logan, pochylając się lekko i zaglądając mu w twarz, chociaż wciąż dzieliły ich przynajmniej dwa kroki. Jego oczy po raz pierwszy zdradziły coś, co wyglądało na ekscytację. Najbardziej niespodziewana była jednak arogancja, która dodawała im przekornego lśnienia i sprawiała, że wydawał się dużo młodszy.
- Mogę ci pomóc przypomnieć sobie jak to jest. Masz przed sobą najlepszego trenera w Ontario. Jeśli nie teraz, to już nigdy, szefie. - Wyprostował się, a potem spojrzał w stronę domu, a wszystkie te niespodziewane emocje przygasły, zostawiając zwyczajowego, statecznego Logana. - Ale najpierw musimy się przebrać.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Inaczej to zapamiętałem — zauważył, dociskając mocniej kowbojski kapelusz do głowy i uśmiechnął się przekornie. Podobał mu się ten szelmowski grymas, którego cień wciąż widział w kąciku warg Logana. — A wiesz, co się dzieje z takimi, co dają i odbierają? — spojrzał na niego znacząco spod szerokiego ronda, ostentacyjnie poprawiając nakrycie głowy, które od teraz należało do niego.
Podczas spaceru nie przejmował się zakurzonymi butami czy przemoczoną koszulą. Wilgotny materiał pomagał lepiej znieść wysoką temperaturę, szczególnie gdy lekki wiatr niósł ze sobą zapach spędzonego na wsi lata, które we wspomnieniach Laurenta pachniało rozgrzanym przez słońce sianem.
Przystanął przy płocie, wysuwając propozycję współpracy. Jego spojrzenie znów mimowolnie zsunęło się na nagi tors. Może zdałby sobie sprawę z obecności konia za swoimi plecami, gdyby akurat w tym momencie nie myślał o tym, jak Logan dobrze wygląda, jak przyjemnie byłoby poczuć ciężar jego ciała na sobie i docisnąć wargi do gorącej od słońca skóry. Może facet robił to specjalnie, po tym jak wczoraj Laurent nierozsądnie wyrzucił z siebie komentarz na temat jego wyglądu?
Nie wiedział, jak wiele z tych emocji maluje się w jego spojrzeniu.
Ty też mnie lubisz, kowboju — stwierdził arogancko z leniwym uśmieszkiem. — Pomogę ci przy koniach, jeśli ty przy kolejnym rzeczoznawcy nie będziesz zachowywał się jak wioskowy głupek — zmrużył lekko oczy i obrócił się w kierunku konia. Wyciągnął powoli dłoń, by poklepać go po szyi. — Tego zwolniłem, bo nie potrafił zrozumieć, że konie są największą zaletą tego miejsca. Był strasznym idiotą, prawda, ślicznotko? — zwrócił się do Clover, która znów zarzucił głową i zarżał, jakby wszystko zrozumiał.
Laurent podniósł kapelusz i wcisnął go z powrotem na głowę, przyjmując niedbałą pozę wsparty bokiem o płot, gdy Logan pochylił się w jego kierunku. Jak nic go podrywał i był w tym świetny. Prawda była taka, że był ogierem, którego najchętniej dosiadłby na tym ranczu. Niemal parsknął śmiechem, gdy ta myśl pojawiła się w jego głowie, a oczy zabłysły mu wesoło.
Najlepszego trenera w Ontario? — powtórzył z nutą niedowierzania i tym razem to on pochylił się w kierunku Logana, znacznie skracając między nimi dystans, jednocześnie łapiąc z nim kontakt wzrokowy. — Chętnie się przekonam, czy jesteś taki najlepszy — stwierdził z wymownym uśmiechem.
Sam nie wiedział, czy bardziej ekscytowała go perspektywa jazdy konnej, czy kolejnej godziny spędzonej sam na sam w towarzystwie Logana.
W domu czekały na nich przygotowane przez Mergy kanapki z szynką oraz zimna, kwaśna lemoniada.
— Kto cię tak urządził? — gospodyni spojrzała na przemoczoną koszulę Laurenta, a ten obejrzał się przez ramię na Logana, który właśnie był radośnie witany przez rozgorączkowanego Beau.
A jak myślisz? — rzucił wesoło, a następnie skręcił do pokoju gościnnego, z rozbawionym uśmiechem słuchając, jak Mergy ruga Callahana za to, że pewnie się przez niego przeziębi, bo przez to chemiczne jedzenie z miasta ma obniżoną odporność.
Drobna zemsta za historię z rzeczoznawcą.
Zajrzał do walizki, wyjmując z niej markowe spodnie dresowe z charakterystycznymi trzema paskami w widowiskowym wiśniowym kolorze i białą, pozbawioną nadruków bawełnianą koszulkę. Założył też już lekko przybrudzone adidasy, stanął jeszcze przed lustrem i związał ciemne loki w niedbały kok, który ukrył pod kowbojskim kapeluszem. Wszedł tak ubrany do kuchni, gdzie złapał w dłoń gotową kanapkę i popił pierwszy kęs lemoniadą.
— Wieczorem zrobię ci herbatę z malinami — Mergy wpatrywała się w niego troskliwie, a on tylko ze śmiechem machnął ręką i w kolejnym kęsie pochłonął pół kanapki. Praca na świeżym powietrzu wzmagała apetyt.
Nie trzeba. Może mi się należał ten prysznic — puścił kobiecie oczko, a następnie ze szklanką lemoniady w dłoni wyszedł na werandę. Oparł się łokciami o płot, jedząc kanapkę i czekając na Logana. — Musisz się o mnie bardziej troszczyć — powtórzył słowa Mergy, gdy usłyszał za sobą ciężkie kroki kowboja. Obrócił się przez ramię i posłał mu zadowolony z siebie uśmiech.

Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie skomentował tyrady o kapeluszu. Wciąż uśmiechnięty w ten swój specyficzny sposób, odwrócił się i ruszył w kierunku domu.
Nigdy zbyt głęboko nie analizował własnych emocji. Skupiał się na prostych myślach, a te zbyt skomplikowane, a więc często niewygodne, odsuwał od siebie udając, że nie istnieją. Funkcjonował tak przez lata, nawet przed śmiercią żony, a po niej, odciął się od nich jeszcze bardziej. Dlatego w ogóle nie skupiał się na fakcie, że obecność Laurenta na ranczu przestała go drażnić, a już tym bardziej, że przekomarzanie się z nim sprawiało mu frajdę. Zwykle stronił od słownych potyczek i w ogóle od ludzi. Większość z nich po prostu go drażniła. Była zbyt marudna, hałaśliwa, zadufana w sobie albo bezmyślna. Elegancik w teorii miał wszystkie te cechy, ale w jakiś niepojęty dla Logana sposób, zamiast jedynie go nimi wkurzać, sprawiał że miał ochotę utrzeć mu nosa albo pokazać, jak bardzo się myli.
Również w chęci sprzedaży rancza.
Tłumaczył to sobie odpowiedzialnością. Bo Laurent był dzieciakiem Luke'a, a skoro on sam jednego wyprowadził na ludzi, to może uda mu się z innym? Poza tym Laurent ułatwiał mu zadanie, zachowując się chwilami jak krnąbrny nastolatek. Na przykład wtedy, gdy z bezczelnością stwierdził, że Logan go lubi.
Brwi Callahana uniosły się lekko. Prychnął cicho i splótł muskularne ramiona na piersi, lekko przechylając głowę. Wyglądał jak lśniący w popołudniowym słońcu posąg, którego zatytułowano "och, czyżby?".
Nie analizował tych słów. Nie miało znaczenia czy go lubił czy nie. Zresztą, potrzeba było więcej niż trzech dni żeby zaskarbić sobie jego sympatię. To, co naprawdę było istotne, to sprawienie, by pokochał to miejsce równie mocno, co jego staruszek-nieboszczyk. I on.
Nie musieli się do tego lubić.
- Jestem prostym facetem - odparł na swoją obronę, udając że wcale go to nie bawi. Przemilczał też kwestię "umowy", mając nadzieję, że milczenia adwokacik nie uzna za zgodę.
Zdjął z barku koszulkę i zarzucił ją sobie na kark. Chwycił jej końce, jakby była ręcznikiem zarzuconym tam po prysznicu i nie skomentował również wieści, że Ashcroft pozbył się rzeczoznawcy ostatecznie nie korzystając z jego usług. Uśmiechnął się za to, i to tylko dlatego, że Laurent akurat odwrócił się do Clover i nie mógł zobaczyć tego jawnego zadowolenia. Gdy więc podniósł kapelusz i znów na niego spojrzał, Logan wyglądał na perfekcyjnie zwyczajnego.
Przynajmniej do chwili złożenia mu propozycji nauki.
Bo gdyby się nad tym zastanowił, to był nią podekscytowany. Pewnie sam nie potrafiłby powiedzieć dlaczego, skoro zwykle się tym nie zajmował. Ale to nie miało znaczenia. Naprawdę był najlepszym trenerem w Ontario, a teraz i tak nie chodziło o klasyczną lekcję tylko o przypomnienie dziedzicowi, co straci jeśli zrezygnuje z tego miejsca.
A sądząc po tym, jak lepił się do koni i miał na uwadze ich dobro, będzie mu przynajmniej bardzo przykro, jeśli się zdecyduje.
Gdy Laurent pochylił się ku niemu i zaczepnie stwierdził, że chce go sprowadzić, Logan uśmiechnął się pobłażliwie. Może gdyby miał do czynienia z kobietą, trafniej odczytałby te awanse, a tak, uznał je po prostu za kolejny przejaw przekornej natury.
- Musisz uwierzyć na słowo, bo nie masz kompetencji żeby to sprawdzić - zauważył, a kąciki jego ust znów drgnęły, zdradzając rozbawienie. Po tych słowach wskazał ruchem głowy posiadłość, sugerując żeby ruszyli tyłki na lunch.
Miał dzisiaj jeszcze trochę zajęć, jak zawsze zresztą. Musiał przede wszystkim zająć się trenowaniem młodych koni, ale uznał, że lepiej kuć żelazo póki gorące. Konie mogły poczekać jeszcze godzinę. Chyba, że elegancik wytrzyma w siodle dłużej bez narzekania na ból tyłka, w co szczerze wątpił.
Wchodząc do holu, zignorował rozradowanego szpica i westchnął tylko na kłamstwo Laurenta, przez które Margy przechrzciła go na dokuczliwego, starszego brata. Nie wyprowadzał jej z błędu, ale też do niczego nie przyznawał. Mruknął tylko, żeby nie wierzyła we wszystko, co mówi adwokacik bo ma wężowy język, na co gospodyni żartobliwie zdzieliła go ścierką po tyłku.
- Utrapienie z wami, chłopcy - skwitowała, ale wydawała się bardzo zadowolona, bo potem stwierdziła, ze bardzo się cieszy, że jednak dobrze się dogadują
W tym wypadku Logan też nie wyprowadzał jej z błędu.
Przebrał brudne dżinsy i założył kolejną z wielu koszulek bez rękawów. Złapał też z haczyka skórzany kapelusz. Zanim wyszedł, Margy wcisnęła mu w rękę kanapkę. Podziękował jej niedbałym uniesieniem ręki i wgryzł się w nią, wiedząc że Laurent czeka już na zewnątrz. Gospodyni także o tym zdążyła go już poinformować.
Ledwie otworzył drzwi, Beau śmignął mu koło nogi i wybiegł na ganek, od razu skacząc łapkami na Laurenta i jego wiśniowe dresy.
- Wracaj, mały potworze - mruknął, chwytając psa, który wcale nie uciekał, a podniesiony próbował wylizać mu twarz. Logan bezceremonialnie wyrzucił go za drzwi i wytarł polizany policzek przedramieniem.
- A ty musisz lepiej pilnować swojego pupila - odparł, poprawiając kapelusz i dojadając kanapkę. Obrzucił Laurenta krótkim spojrzeniem. Prezentował się tak czysto, że aż miło będzie go trochę ubrudzić. - W szafie Luke'a znajdziesz parę porządnych bryczesów. To tak na przyszłość.
Sprężystym krokiem zbiegł ze stopni tarasu, kierując się do stajni. Ogorzali kowboje pracujący w obejściu odprowadzali ich zaciekawionymi spojrzeniami. Logan nie zwracał na nich uwagi. Wiedział, że będą mieli widownie, nawet jeśli żaden z tych facetów nie stanie przy ujeżdżalni. Dobrze, niech widzą, że wielkiego pana adwokata interesuje coś więcej od tabelek, klauzul i pieniędzy.
Wybrał Laurentowi Pixie, najspokojniejszą gniadoszkę na całym ranczu. Wyprowadził ją z boksu i przykazując żeby się ze sobą poznali, wręczył Laurentowi zgarniętą przy wejściu szczotkę.
- Pozbądź się kurzu z jej grzbietu.
Zostawił ich samych na kilka chwil, samemu idąc po siodło i toczek. Wrócił po chwili i najpierw zamienił kapelusz Laurenta na kask. A gdyby próbował marudzić, stwierdził, że właśnie tak się o niego troszczy.
Potem zarzucił na grzbiet czysty czaprak, wygładził go dłonią i ostrożnie położył siodło. Poprawił jego położenie, wsunął dłoń pod przedni łęk, upewniając się, że nic nie uciska kłębu i sięgnął pod brzuch klaczy po popręg.
- Dobra dziewczynka.
Pixie poruszyła uszami i ciężko westchnęła, kiedy Logan zaciągał popręg stopniowo, dziurka po dziurce. Każdy koń próbował nabrać powietrza żeby poluzować sobie pas, dlatego po kilku sekundach jeszcze raz sprawdził napięcie i dociągnął go o jedną dziurkę. Na końcu opuścił strzemiona i poprawił wodze przewieszone przez szyję klaczy. Była gotowa do jazdy.
Zaprowadził ją i przyszłego jeźdźca na plac. Słońce wciąż grzało mocno, a w powietrzu unosił się silny zapach końskiego potu, stajni i kurzu.
Logan podprowadził Pixie pod drewniany schodek przy ogrodzeniu, ułatwiający poczatkującym wsiadanie.
- Wskakuj - rzucił do Laurenta. - Lewa noga w strzemię. Nie kopnij jej w zad.
Poczekał aż wykona polecenie i gdy siedział już na miejscu, odprowadził klacz kilka kroków dalej od ogrodzenia. Obrzucił krytycznym spojrzeniem jego postawę. Klasyczne błędy. Widać pamięć mięśniowa nie działała, albo jeździł tak dawno, że zupełnie zapomniał jak to się robi. Smutne, dorastać w takim miejscu i nie umieć jeździć. Jak bardzo musiał być uparty, by odebrać sobie coś, co ewidentnie sprawiało mu radość?
I dlaczego był teraz taki spięty?
Dopasował mu strzemiona, prosząc go by wyjmował i wkładał w nie stopy, mówiąc że noga nie może być ani za bardzo zgięta ani zbyt wyprostowana. Gdy skończył, chwycił go za kostkę i skorygował ustawienie stopy.
- Tylko przód. Kolano przylega do siodła. Nie ściskaj jej. I nie patrz na mnie, patrz przed siebie. Głowa wysoko, plecy proste. Nie, nie jakbyś połknął kij. Luźno, ale proste. - Instruował go, ale Laurent wciąż wyglądał na spiętego, jakby bał się albo denerwował. - I siedzisz miękko, na środku. Tak, właśnie tak. Ramiona luźniej. Jak trzymasz wodze?
Poprawił ułożenie jego dłoni.
Wszystkie korekty wykonywał stanowczo, ale łagodnie. Nie szarpał go, chociaż uścisk miał mocny i pewny.
- Wyglądasz jakbyś miał zaraz zdać jakiś egzamin. Rozluźnij się. Jeśli będziesz spięty, Pixie to poczuje. Im bardziej się rozluźnisz, tym łatwiej będzie jej zrozumieć, czego od niej chcesz. I nie przechylaj się ani do przodu ani do tyłu.
Przez kilka chwil próbował go jeszcze ustawić, poprawiając ułożenie ciała komendami, ale wreszcie westchnął, dochodząc do wniosku, że chyba wyszedł z wprawy, albo Laurent był wyjątkowo opornym uczniem.
- Dobra, spróbujemy inaczej.
Podprowadził Pixie pod ogrodzenie, a potem korzystając z jego pomocy z niezwykłą lekkością, wskoczył na nią za plecami Laurenta. Klacz nawet się nie ruszyła. Zastrzygła tylko uchem. Takie rzeczy robiło się zwykle w przypadku dzieci, ale przecież Laurent był dużym dzieckiem. Chociaż kiedy Logan siedział teraz tak blisko niego, mając przed sobą szerokie ramiona i rozgrzany słońcem kark, dużo trudniej było w nim zobaczyć rozwydrzonego szczeniaka.
- Dzisiaj nauczysz się tylko siedzieć. - Łagodnie odebrał mu wodze. - Oprzyj dłonie na łęku. - Głos Logana rozlegał się przy jego uchu, a oddech załaskotał w szyję. W osobliwy sposób obejmował go w tej pozycji, a chociaż ich ciała praktycznie się nie stykały, to dotykały się ramiona. i doskonale czuli emanujące z siebie ciepło. Logan natomiast dokładnie wyczuł znajomą już woń perfum zmieszanych z zapachem potu i wróciło do niego wspomnienie z nocy. Dłoń na piersi, oskarżenia, które wcale nimi nie były. Świadomość, że ma przed sobą kogoś, kto nigdy nie wstydził się przyznać przed sobą... Nie. Zdecydowanie odsunął od siebie głupie myśli.
Przełknął ślinę i westchnął, co dla kogoś, kto znał go lepiej, brzmiało jak wyraz czystej frustracji.
Pixie ruszyła spokojnym stępem wzdłuż ogrodzenia, nieporuszona ani niepojętnym uczniem ani dodatkowym ciężarem.
Ani tym bardziej rozterkami obu panów.
- Zamknij oczy - polecił Logan głosem niższym o kilka tonów, w zamyśle cierpliwym i kojącym, tłumacząc sobie, że nie ma to nic wspólnego z bliskością, o którą sam głupio się postarał. - Czujesz ten ruch?
Klacz szła spokojnie, kołysząc ich biodrami łagodnie na boki. Przyjemny, kojący ruch.
- Nie walcz z nim - kontynuował. - Twoja miednica ma się poruszać razem z koniem.
Logan puścił wodze i położył dłonie na jego biodrach. Wcale nie dlatego, że chciał, oczywiście że nie. Chodziło tylko o wskazanie miejsca.
- Tutaj. Wyobraź sobie, że rysują małe ósemki. Niech podążają za każdym krokiem.
Przez moment kołysali się w takt powolnego stępu, a Logan był cholernie świadom ciepła ciała pod palcami. Boże, zapomniał jak to jest dotykać drugiego człowieka w inny sposób niż uściśnięcie dłoni czy poklepanie po plecach. Teraz to do niego docierało. I naprawdę chciał być profesjonalny, powinien być, ale kiedy przesunął dłonie wyżej, na boki Laurenta, ruch był zbyt łagodny, zbyt leniwy, by można było go uznać za szorstką próbę korygowania postawy.
Był niemal pieszczotą.
- Oddychaj głęboko - zamruczał, samemu biorąc głęboki wdech i nieświadomie łaskocząc wydechem rozgrzaną skórę jego karku. - Rozluźnij się.
Ale miał wrażenie, że im bardziej każe rozluźnić się jemu, tym bardziej spina się sam.
Nieważne. Chodzi o to, by to on się rozluźnił. I tylko o to. Bez tego nie mógł nauczyć go anglezowania.

Laurent Ashcroft
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ashcroft Ranch”