Oczekiwania. To coś, co musiała spełniać, odkąd tylko pamiętała. Jako jedyna córka Thomasa Covingtona zawsze być tą przykładną, z dobrymi ocenami i przyszłością nierozerwalnie związaną z Ironcrest Development. Była zobowiązana pomagać mu i gasić pożary w firmie, a przy tym grzecznie uśmiechać się w towarzystwie mimo, że wszystkie światła skierowane były na jej brata. Poza tym ojciec oczekiwał od niej związku z dobrą partią, aż trafiła jej się jedna z najlepszych w mieście. Covington niezmiernie cieszył się z powodu jej przyszłego ślubu. Idealna córka i żona. Tak miał wyglądać jej świat.
Tymczasem przy Maxie jej świat przybierał zupełnie innych kolorów. Blondyn nie oczekiwał od niej niczego więcej poza byciem tu i teraz. Poza śmiechem z żartów, niekończących się zaczepek i towarzystwem, który umilał czas. I jakimś cudem zawsze go dla niej znajdował, kiedy rzucała mu spontaniczną propozycję spotkania. Przy nim nie musiała być perfekcyjna. Mogła się wygłupiać, jeść ulubione chrupki w nagrodę za pomoc, śpiewać piosenki w drodze mimo fałszowania czy mylenia słów i przy tym wszystkim nie być ocenianą. Niewiele osób dawało jej to poczucie bezpieczeństwa. I właśnie za to wszystko Maxa doceniała. Nie był tylko przystojnym facetem otoczonym aurą tajemniczości, którą każda chętnie by zbadała. Był kimś więcej, kogo nie każdy mógł poznać. Dla niej również znaczył o wiele więcej, niż potrafiła to przyznać na głos.
Z trudem powstrzymała śmiech, próbując przybrać jak najbardziej poważną minę, na jaką w tej chwili było ją stać, gdy usłyszała o jego standardach. Jeśli wszystko jako tako się trzymało to znaczyło, że nie było żadnych powodów do zmartwień? Szczerze w to wątpiła, ale nie zamierzała tego podważać. Kiedy przykładała się do swoich zobowiązań, wszystko musiała mieć dopięte na ostatni guzik. Nie pozwalała sobie na fuck-upy. Wyjątek stanowiły tylko chwile, w których najistotniejszą sprawą była przede wszystkim zabawa. Wtedy całkowicie odpuszczała, pozwalając dać się ponieść chwili bez zastanawiania się nad konsekwencjami. No, chyba, że dotyczyły granic, których za nic nie powinna przekraczać. —
Niezwykle łatwo Cię zadowolić — przyznała w zamian ze słyszalnym w głosie rozbawieniem. Jej stwierdzenie było o tyle przewrotne, że o ile zgadzało się w kwestii jego ukochanego pickupa, tak problem stawał się znacznie większy, gdy chodziło o płeć piękną. Nigdy nie zapytała go, jakie pod tym względem miał standardy, ale wolała nie kusić losu w obawie przed tym, co mogłaby usłyszeć.
Musiało pozostać to dla niej niewiadomą. Dla ich własnego dobra.
Na jego udawane oburzenie nieznacznie się skrzywiła. —
Zdecydowanie zwraca na siebie uwagę, choć chyba niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu — ściągnęła brwi w krytycznym geście, po czym parsknęła śmiechem. Charakterystyczny to było bez wątpienia prawidłowe określenie. W gruncie rzeczy nie miała temu samochodowi zbyt wiele do zarzucenia, bo dopóki był sprawny i odpowiadał Maxowi, nic innego nie powinno się liczyć. Był za to idealnym pretekstem do sprawdzenia granic cierpliwości blondyna, czego nie bała się wykorzystać. Przez chwilę z uwagą słuchała jego wyjaśnienia, przyznając w duchu, że brzmiało sensownie, ale… —
Hmm… wiesz, Max — zaczęła po chwili namysłu, nieco pochylając się w jego kierunku i kładąc mu dłoń na przedramieniu —
jak na kogoś, kto nie lubi się wyróżniać i woli odgrywać rolę enigmatycznego mężczyzny, ta argumentacja jest odrobinę pokrętna, nie sądzisz? — powiedziała konspiracyjnym głosem, a przez jej twarz przebiegł figlarny uśmiech. Kiedy czuła pod swoją dłonią jego napięte mięśnie, sekundy zdawały się wydłużać w nieskończoność. —
Ale przyznaję, twoje nieszablonowe podejście do tego staruszka ma w sobie urok — dodała zaraz, jak gdyby nigdy nic prostując się na swoim miejscu i odkładając swoją dłoń na kanapę, by przesunąć po nim w nieco czułym geście. Mimo wszystko lubiła tego staruszka, choć niewątpliwie bardziej jego właściciela. —
A co według ciebie mówi o tobie to auto? — zmieniła temat, będąc wyraźnie zaciekawiona jego punktem widzenia.
Następna jego uwaga o braku potrzeby wymiany na lepszy model w kontekście nie tylko maszyny, ale i panien, o których zdążyła napomknąć, na chwilę zatrzymała jej myśli. —
To prawda. Nowe, nie zawsze oznacza lepsze — stwierdziła z lekkim uśmiechem. Chodziło jej w tym o coś znacznie większego - nowe znajomości nigdy nie zastępowały w pełni długich stażem przyjaźni, tak, jak nowe buty starych, rozchodzonych, na których można było polegać zawsze. Nagle sobie coś uświadomiła. —
Poza tym, hej! Ja wcale taka stara nie jestem! — klepnęła go w ramię w geście oburzenia, ale rozbawienie w jej głosie zdradzało jej prawdziwe intencje. —
Mnie nie waż się zmieniać na kogokolwiek innego — pogroziła mu palcem, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, jak to zabrzmiało, dlatego szybko skrzyżowała ręce na piersiach. —
Zasłużyłam sobie na wysoką pozycję w rankingu twoich znajomych — wyjaśniła z udawaną urazą, ale ukradkowe spojrzenie skierowane w jego stronę wraz z zadziornie uniesionym kącikiem ust wskazywało na to, jak walczyła ze sobą, żeby chociaż nie parsknąć śmiechem. Dobrze wiedziała, że nie powinna sugerować mu niczego więcej ponad przyjaźń, dlatego musiała za wszelką cenę stłumić w sobie to nagłe uderzenie gorąca, jakie ją objęło na dźwięk własnych, trochę zbyt bezpośrednich słów.
Jego następną odpowiedź skwitowała przewróceniem oczami, bo w tym zupełnie się z nim nie zgadzała. —
No przecież to nie Ty stanowisz problem — odparła bez namysłu i aż przygryzła wargę, po raz kolejny zdając sobie sprawę z tego, jak łatwo przy nim wyrażała własne myśli na głos. Zbyt łatwo. Fakt był taki, że Maxowi nie było potrzeba niczego więcej, żeby wzbudzić zainteresowanie innych kobiet. A uważała tak dlatego, że nie patrzyła na niego jedynie przez pryzmat wyglądu. Z pewnością zyskiwał przy bliższym poznaniu. I właśnie tu tkwił jeden, jedyny problem - mężczyzna zwykle nie chciał
dać się poznać. Czuła się wyróżniona, mogąc dzielić z nim czas właśnie w taki, a nie inny sposób i swoją obecnością łamiąc mur, który wznosił przed całym światem. Była w pełni świadoma, jak ich relacja wpływała na niego. Równie duży wpływ blondyn miał na nią. —
Uważam, że ten samochód to tylko zasłona dymna. Ale masz rację, tylko głupcy nie dostrzegają w nim żadnego potencjału — uznała, wzruszeniem ramionami nadając swojej wypowiedzi trochę lżejszego tonu. Jednocześnie wybrzmiewało w tym coś głębszego, bo myślała tak nie tylko o pojeździe, ale i samym Maxie. Jego potencjał po prostu się marnował. I nie mogła z tym zrobić dosłownie nic.
Dlatego rozsiadła się wygodniej na swoim miejscu i beztrosko przyglądała mu się z tym swoim uśmieszkiem, który zdecydowanie był znakiem, że po jej głowie chodziły kolejne, niesforne myśli. Zaśmiała się szczerze na jego pytanie i pokręciła głową. —
Rzeczywiście, bez niej efekt byłby całkowicie odwrotny — zauważyła, nie kryjąc rozbawienia, również z powodu dwuznaczności swoich słów, z których tym razem niewiele sobie zrobiła. To przecież jeszcze nie oznaczało, że to na niej zrobiłby wrażenie bez koszuli, prawda? —
Jakakolwiek inna zmieniłaby cię wręcz nie do poznania — wyjaśniła zaraz niewinnie się przy tym uśmiechając, tym samym nie pozwalając Maxowi dłużej zatrzymać się na pierwszej części jej odpowiedzi. Lawirowanie między własnymi słowami było niezwykle niebezpieczne, bo czasem wystarczyło tylko jedno dłuższe spojrzenie, żeby ich gra nabrała nieco głębszego znaczenia, którego żadne z nich nie zamierzało definiować. A ona miała do tych wspólnych zaczepek ogromną słabość, więc wykorzystywała do tego niemal każdą okazję, udając, że to
nie było nic takiego.
Po chwili jednak Max wrócił do wcześniejszego tematu, jakim było posiadanie Ferrari, na co uśmiechnęła się lekko, starając się wyobrazić go sobie w takim aucie. I o ile ona ostatnio często takim się poruszała, za swojego prywatnego kierowcę mając swojego narzeczonego, tak połączenie Korhonena w tej luksusowej marce jakoś zupełnie jej nie grało. Świat bogaczy zupełnie do niego nie pasował. I za to również go lubiła - za prostotę i brak potrzeby imponowania innym. Natomiast jego kolejna sugestia i spojrzenie, które na niej zatrzymał, sprawiły, że przygryzła nieznacznie dolną wargę. Miał rację. Zdobył jej uwagę, i to nie dzięki
fajnej furze, jaką mu zasugerowała chwilę wcześniej. —
Wiesz, dlaczego? — zapytała swobodnie, delikatnie unosząc kąciki ust, jakby mówiła o pogodzie, a nie o ich relacji. —
Bo byłeś na koniu. A Ferrari ma go w logo — zauważyła przebiegle, po czym zaśmiała się z własnej logiki. Bardzo słusznej w zasadzie, bo tak wyglądało ich pierwsze spotkanie. Uratował ją, zatrzymując pędzącą w popłochu Voltę. Tak naprawdę od ich przejażdżek konnych wszystko się zaczęło.
Kiedy jej śmiech ulotnił się z kabiny pickupa, cisza między nimi nie wydawała się niezręczna. Nigdy taka nie była, zupełnie jakby wystarczyła im ich obecność. W międzyczasie okolica, którą przemierzali, stała się coraz bardziej zalesiona, a zabudowania coraz rzadziej wyrastały znad zielonych połaci natury. Adeline zerknęła na dłoń Maxa, która trzymała bezwiednie drążek skrzyni biegów, po czym pod wpływem impulsu podniosła wzrok na jego twarz. —
Hej, Maaax — zaczęła, poprawiając się na miejscu tonem, który ewidentnie zdradzał, że coś knuła. —
Skoro tak zachwalasz ten swój skarb to może dałbyś mi się nim przejechać? — Uniosła wysoko brew, spoglądając na niego niewinnie. Nigdy nie prowadziła jego pickupa i uznała, że właśnie nadarzyła się ku temu doskonała sposobność. Poza tym chciała przekonać się, co tak naprawdę w nim widział. —
No, proooszę. Tylko na chwilę, do domu już niedaleko — mówiąc to, zatrzepotała rzęsami, a jej twarz rozjaśnił najbardziej wdzięczny uśmiech, na jaki potrafiła się zdobyć. Starała się przy tym wyglądać najbardziej urokliwie i niewinnie, jak tylko mogła, żeby skruszyć serce blondyna. Ten manewr działał praktycznie zawsze, więc była pewna, że prędzej czy później mężczyzna jej ustąpi. Było w tym jednak coś cenniejszego, co sprawiało, że wpatrywała się w niego ze skupieniem i szczerym zaintrygowaniem - próba przekonania się, czy Max ufał jej na tyle, by powierzyć jej kolejną cenną dla niego rzecz.
Max Korhonen