ODPOWIEDZ
27 y/o
Welkom in Canada
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

012
look

Maj 2024
Adeline zawsze z niecierpliwością czekała na moment, w którym mogła wyrwać się ze szponów codzienności i znów ruszyć na obrzeża Toronto do miejsc, które znała niemal jak własną kieszeń. Usilnie przy tym wmawiała sobie, że chodziło jej przede wszystkim o chwilę oddechu od trosk, które zostawiała za sobą w momencie przekraczania granic Guildwood. To jednak nierozerwalnie wiązało się z towarzystwem pewnego blondyna, dzięki któremu wszystko, za czym tęskniła, stawało się o wiele łatwiejsze i bardziej osiągalne.
Max. Na Maxa zawsze mogła liczyć. Ilekroć udawało jej się znaleźć wolną chwilę między pracą a uczelnią, zwykle wystarczyła jedna wiadomość, żeby niedługo potem udać się na przejażdżkę konną czy gdziekolwiek, gdzie mogła swoją skromną osobą umilić mu czas. Tym razem nie było inaczej.
Blondwłosa lubiła cenne chwile wolności poświęcać budowaniu ich przyjaźni, bo tak pewnie określiłby to blondyn. Zawsze wiedział, co powiedzieć i jak ładnie ubrać pewne rzeczy w słowa, żeby nie brzmiały zbyt pospolicie. I ilekroć nadarzała się okazja, nie omieszkał jej poprawiać, wywołując tym w niej szczere rozbawienie. Miał duszę pisarza i żałowała, że wszystkie pomysły, jakie zapisywał na przypadkowych karteczkach czy serwetkach, chował do szuflady. Nie musiała wiedzieć, co tak skrzętnie sobie notował, by mieć pewność, że jego potencjał marnował się wraz z odkładaniem tych zapisków gdzieś głęboko, bez perspektyw na ujrzenie światła dziennego. Na nic jednak zdawały się jej słowa, by w końcu zebrał te pomysły w całość i wydał książkę. Mężczyzna był jednak zbyt uparty, żeby jej posłuchać.
Czasem odnosiła wrażenie, że za tymi spotkaniami kryły się czysto egoistyczne pobudki, bo obecność blondyna przynosiła jej znacznie więcej, niż chciała to przed sobą przyznać - w jakiś magiczny sposób potrafił poprawić jej humor nawet w chwilach, w których wydawało się to niemożliwe. Przy nim nigdy nie musiała niczego udawać, mogła być w pełni sobą. No, prawie, bo choć zwykle nie potrafiła pohamować bijącej od niej pewności siebie i skłonności do żartów, tak czasem prowadziły ją zbyt daleko, w o wiele bardziej niebezpieczne rejony, których odkrycie wywoływało w niej niewytłumaczalny dreszcz emocji. Było coś, co skutecznie powstrzymywało ją przed przekroczeniem magicznej linii między przyjaźnią, której kurczowo starała się trzymać, a czymś, czego bała się nazwać. Najbezpieczniej było uznać, że niektórych rzeczy nie warto było nazywać po imieniu.
Co nie oznaczało, że słuchała rozsądku, który dawał jej ciche sygnały, że nie powinna cieszyć się aż tak na wspólną wizytę w sklepie budowlanym. W zasadzie nie było to nic wielkiego, miała pomóc Maxowi w wyborze farby i nawet zaoferowała się nieść te puszki z powrotem do pickupa w zamian za skromną opłatę w wysokości jej ulubionych chrupków. Trzymała właśnie otwartą paczkę i podjadała je w drodze powrotnej z wyraźną beztroską wymalowaną na twarzy, jakby jej największym problemem był wybór piosenki w radio. Z głośników słychać było Forget You, którą sobie nuciła pod nosem bez skrępowania, aż dotarła do fragmentu o Ferrari.
O, właśnie, jak Ci się teraz jeździ z naprawioną skrzynią? — zapytała po chwili, spoglądając na Maxa z szerokim uśmiechem i niewinną miną, udając, że piosenka wcale tego tematu jej nie zasugerowała. — Przypomnij mi, czemu właściwie nie wymienisz tego starego, wysłużonego pickupa na coś, co bardziej… — ściągnęła brwi, na chwilę przerywając, by znaleźć odpowiednie określenie — …wtopi się w otoczenie? - dokończyła z cieniem rozbawienia widocznym w kącikach ust. To auto zdecydowanie zwracało na siebie uwagę, a jednak Max uparcie w kółko go naprawiał, ani myśląc o zmianie. — To znaczy, ja rozumiem, że traktujesz to jako część Twojej tożsamości, wiesz, masz starą duszę, ale na taką furę nie poderwiesz żadnej panny — zasugerowała z powagą, choć zawadiackie iskry w jej oczach całkowicie temu zaprzeczały. Nie potrafiła oprzeć się przed tą zaczepką, ale była też niezmiernie ciekawa jego odpowiedzi.
Dlatego oparła się łokciem o drzwi auta i przekręciła nieco w stronę blondyna, by z nieco figlarnym uśmiechem móc mu się przyglądać bez przeszkód. Lubiła go w tym wydaniu - w koszuli w kratę, z włosami w wiecznym nieładzie i rozbawieniem, które właśnie wywołała na jego twarzy. Z resztą, Maxa nie dało się nie lubić. Ani przeoczyć wzrokiem. Żadna z kobiet w sklepie, w którym jeszcze parę chwil temu robili zakupy, nie przeszła obok niego zupełnie obojętnie. Adeline nie mogła tego nie zauważyć. Trochę ją jednak bawiło, że kiedy idąc obok niego, łapała ich spojrzenia, pospiesznie odwracały wzrok.

Max Korhonen
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
186 cm
Pisarz/złota rączka what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, Jego
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Max zawsze powtarzał sobie, że na obrzeża Toronto jeździ przede wszystkim dla świętego spokoju. Tam wszystko wydawało się prostsze. Nie było telefonów urywających się od kolejnych zleceń, klientów zmieniających zdanie co pięć minut ani wiecznego pośpiechu, który od kilku lat zdawał się nieodłącznym elementem jego codzienności. Wystarczyło wyjechać kilkanaście kilometrów za miasto, żeby świat zwolnił do tempa, które pamiętał jeszcze z dzieciństwa. Z czasem zaczął jednak podejrzewać, że nie tylko o to chodziło. Bo odkąd w jego życiu pojawiła się Adeline, coraz częściej łapał się na tym, że na te wspólne wypady czekał bardziej niż chciał przed samym sobą przyznać. Wystarczała jedna wiadomość z pytaniem, czy ma wolne popołudnie, a wszystkie wcześniejsze plany nagle przestawały mieć większe znaczenie. Zadziwiająco łatwo znajdował czas dla niej, choć dla większości ludzi uparcie powtarzał, że ma go zdecydowanie za mało. Lubił jej towarzystwo. Było lekkie, niewymuszone i pozbawione oczekiwań. Nie musiał niczego udowadniać ani zastanawiać się nad każdym wypowiedzianym zdaniem. Przy Adeline wszystko przychodziło naturalnie. Potrafili przez godzinę rozmawiać o rzeczach całkowicie błahych, by chwilę później przejść do tematów, których z większością ludzi Max nigdy by nie poruszył. Coraz częściej dochodził do wniosku, że właśnie takich relacji najbardziej brakowało mu przez ostatnie lata. Nigdy jednak nie rozumiał, dlaczego z takim uporem wracała do tematu jego zapisków. Dla niego były jedynie luźnymi myślami, krótkimi historiami i zdaniami, które pojawiały się niespodziewanie, a równie szybko mogły zniknąć z pamięci. Zapisywał je wyłącznie po to, żeby ich nie zgubić. Nie uważał się za pisarza. Nie miał ambicji wydawania książek ani opowiadania ludziom historii o bohaterach, których sam stworzył. Wystarczało mu, że istniały gdzieś pomiędzy kartkami starych notesów i przypadkowymi serwetkami, do których zaglądał wyłącznie on. A mimo to za każdym razem, kiedy Adeline kolejny raz próbowała przekonać go, żeby coś z nimi zrobił, uśmiechał się pod nosem dokładnie tak samo. Bo nawet jeśli nadal uważał, że nigdy nie ujrzą światła dziennego, świadomość, że ona wierzyła w niego bardziej niż on sam, była dziwnie… przyjemna.
Zdecydowanie z czasem za ich spotkaniami zaczęły kryć się czysto egoistyczne pobudki, chociaż chyba oboje nie chcieli przyznać tego na głos. Nić porozumienia, jaką nawiązali początkowo, z czasem zaczęła przeradzać się w więź, która czasami zdawała się balansować między przyjaźnią a czymś znacznie trudniejszym do zdefiniowania. Jednak nigdy tego czegoś nie nazwali. Nie dlatego, że tego nie zauważali, ale dlatego, że oboje doskonale wiedzieli, gdzie znajdowała się granica, której nie powinni przekraczać. Granica wyznaczona przez pierścionek z diamentem znajdujący się na serdecznym palcu Adeline. Max przez długi czas wmawiał sobie, że właśnie tak jest najprościej. Że wystarczy trzymać się tego, co było bezpieczne, nie zadawać pytań, na które odpowiedzi mogłyby skomplikować wszystko, co udało im się zbudować. Problem polegał jednak na tym, że uczucia rzadko kiedy przejmowały się rozsądkiem. Mimo wszystko nauczył się z tym żyć. Nauczył się zatrzymywać tam, gdzie powinien. Doceniać to, co miał, zamiast ryzykować utratę wszystkiego. Dlatego pozwalał sobie na te chwile — na śmiech, drobne zaczepki i rozmowy, które mogły trwać godzinami — ale nigdy nie robił kroku dalej. Wiedział, że czyny, podobnie jak słowa, niosły za sobą konsekwencje. A na te konsekwencje nie byli jeszcze gotowi. Właśnie dlatego tak łatwo było mu wrócić do tej codzienności, w której ich rozmowy przeplatały się z drobnymi docinkami, śmiechem i pozornie nieistotnymi tematami. To było chyba najprostsze. Skupić się na tym, co było tu i teraz, zamiast zastanawiać się nad wszystkim, czego nie powinien chcieć. Adeline miała niezwykłą zdolność sprawiania, że przy niej rzeczy wydawały się mniej skomplikowane, nawet jeśli sam doskonale wiedział, że w rzeczywistości wcale takie nie były.
Dlatego też zaskakująco szybko przestał myśleć o tym, że jeszcze kilkanaście minut wcześniej stali w sklepie budowlanym, wybierając farbę jakby była to decyzja wymagająca niemal strategicznego planowania. Wystarczyło, że usłyszał jej nucenie dobiegające z głośników radia, żeby mimowolnie uśmiechnąć się pod nosem. Była jedną z niewielu osób, które potrafiły wejść do jego świata i od razu zachowywać się tak, jakby od zawsze miały tam swoje miejsce. Zerknął na nią kątem oka, kiedy podjadała chrupki z paczki, którą trzymała w dłoni, i przez chwilę zastanawiał się, czy kiedykolwiek przestanie go bawić to, jak bardzo potrafiła być jednocześnie absurdalna i całkowicie naturalna. Kobieta, która jeszcze chwilę wcześniej prowadziła z nim poważną rozmowę, nagle potrafiła siedzieć obok niego, nucąc piosenkę i traktując kilka przekąsek jako całkowicie uczciwą zapłatę za pomoc przy zakupach.
Na wzmiankę o skrzyni biegów odruchowo przeniósł wzrok na deskę rozdzielczą, jakby naprawdę musiał się zastanowić nad odpowiedzią. Prawda była taka, że po tylu naprawach znał ten samochód niemal na pamięć. Wiedział, które dźwięki oznaczały drobną usterkę, a które powinny skłonić go do zatrzymania się i sprawdzenia problemu. Pickup dawno przestał być dla niego tylko środkiem transportu. Był historią zapisaną w zadrapaniach lakieru, wymienionych częściach i wspomnieniach, których nie chciał oddawać za nic nowego. — Powiem ci, że jak na samochód, który według większości ludzi powinien już dawno przejść na emeryturę, radzi sobie całkiem nieźle. — odpowiedział z lekkim uśmiechem. — Skrzynia działa, nic nie stuka, nic nie próbuje odpaść w trakcie jazdy. Na moje standardy to prawie luksus. Kiedy jednak usłyszał jej kolejne pytanie, a przede wszystkim sposób, w jaki próbowała znaleźć odpowiednie określenie dla jego auta, od razu domyślił się, do czego zmierzała. To charakterystyczne zawieszenie głosu znał już zbyt dobrze. Adeline nigdy nie zostawiała zaczepki bez odpowiedniego komentarza.
Uniósł brew, przenosząc na nią spojrzenie pełne udawanego oburzenia. — Wtopi się w otoczenie? — powtórzył. — Czyli chcesz powiedzieć, że mój pickup jest zbyt charakterystyczny? pokręcił głową z cichym śmiechem, chociaż doskonale wiedział, że miała trochę racji. Samochód zdecydowanie nie należał do tych, które ginęły w tłumie. Był duży, stary i miał w sobie dokładnie ten rodzaj surowego charakteru, który sprawiał, że ludzie albo go kochali, albo kompletnie nie rozumieli. — Clem, gdybym chciał jeździć czymś, co wygląda jak każde inne auto na parkingu, już dawno bym to zrobił. — wzruszył ramionami. — Ale problem w tym, że wtedy musiałbym mieć samochód, który nic o mnie nie mówi.
Na chwilę jego spojrzenie uciekło przed siebie, na drogę rozciągającą się przed nimi. To nie był pierwszy raz, kiedy ktoś pytał go, dlaczego wciąż trzyma się tego konkretnego auta. Wielu ludzi uznałoby to za niepotrzebny sentyment. Dla niego jednak było w tym coś więcej. Nie chodziło o samą wartość samochodu, ale o wszystkie momenty, których był świadkiem. — Poza tym… — dodał po chwili, wracając spojrzeniem do niej. — Nie wszystko, co stare, trzeba od razu wymieniać na nowszy model. - kącik jego ust uniósł się lekko, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że to zdanie mogło zabrzmieć bardziej dwuznacznie, niż planował. Nie skomentował tego jednak. Zamiast tego pozwolił jej samej zdecydować, czy chce się tego doszukać. — A jeśli chodzi o poderwanie jakiejś panny… — zaczął z udawaną powagą, po czym zerknął na nią kątem oka. — To naprawdę myślisz, że problemem jest samochód? Uśmiechnął się zaczepnie, dając jej dokładnie tę odpowiedź, której prawdopodobnie się po nim spodziewała. — Myślę, że gdybym musiał liczyć na auto, żeby zrobić na kimś wrażenie, to miałbym większy problem niż stary pickup. Przez moment milczał, po czym dodał już lżej: — Ale przyznaję, trochę mnie bawi wizja, że jedyną rzeczą stojącą między mną a tłumem zachwyconych kobiet jest brak Ferrari. Parsknął cicho śmiechem, bo wiedział, że Adeline właśnie tego od niego oczekiwała — nie poważnej odpowiedzi, tylko kolejnej słownej potyczki. A tych, ku własnemu zaskoczeniu, nigdy nie miał dość.
Max przez chwilę nie zwrócił uwagi na to, że jej spojrzenie zatrzymało się na nim odrobinę dłużej. Był zbyt skupiony na drodze i na tym, by nie wjechać w żaden z tych irytujących fragmentów ulicy, które od lat zdawały się pojawiać dokładnie tam, gdzie najmniej ich potrzebował. Dopiero po chwili, czując na sobie jej wzrok, zerknął w jej stronę kątem oka. Nie musiał nawet pytać, bo znał ten wyraz twarzy. Ten lekko rozbawiony, trochę zaczepny uśmiech oznaczał, że Adeline właśnie znalazła kolejny temat, którego nie zamierzała odpuścić.
— Co? — zapytał z udawaną niewinnością. — Mam coś na twarzy, czy po prostu oceniasz, czy ta koszula w kratę faktycznie pasuje do mojego bardzo przemyślanego wizerunku człowieka, który nie próbuje robić na nikim wrażenia? Uśmiechnął się pod nosem, bo doskonale wiedział, że w jej przypadku cisza nigdy nie oznaczała braku komentarza. Wręcz przeciwnie — najczęściej była tylko krótką przerwą przed kolejną uwagą, którą musiał odeprzeć. Prawda była taka, że Max od dawna zdawał sobie sprawę z tego, że zwraca uwagę. Trudno było tego nie zauważyć, kiedy ludzie czasami odprowadzali go wzrokiem albo kiedy starsze kobiety z zadziwiającą regularnością próbowały zeswatać go ze swoimi wnuczkami przy każdej możliwej okazji. Aparycja była czymś, co dostał niejako w pakiecie, i nauczył się z niej korzystać, kiedy było to wygodne. Nie traktował tego jednak jako czegoś, czym powinien się chwalić. Sam wygląd potrafił otworzyć kilka drzwi, ale nigdy nie sprawił, że ktoś został na dłużej. Zresztą bardziej niż przypadkowe spojrzenia zawsze interesowało go to, co działo się później. Moment, w którym ktoś odkrywał, że za tą całą pewnością siebie i pozornym spokojem kryje się człowiek, który czasami zdecydowanie za dużo analizuje, za mało mówi i ma ogromny problem z wpuszczeniem kogokolwiek naprawdę blisko. Wychowanie ojca skutecznie nauczyło go, że emocje najlepiej trzymać pod kontrolą, a słabości nie pokazywać nikomu. Przez lata działało. Był samodzielny, poukładany i niezależny. Tylko czasami zastanawiał się, czy przypadkiem nie nauczył się tak dobrze chronić, że zapomniał, jak właściwie pozwalać komuś zostać.

I chyba właśnie dlatego spojrzenie Adeline znaczyło dla niego więcej niż wszystkie przypadkowe zainteresowane spojrzenia mijanych kobiet. Bo ona nie patrzyła tylko na koszulę, włosy czy to, że ktoś w sklepie zwrócił na niego uwagę. Ona znała człowieka, który znajdował się pod tym wszystkim. I może właśnie to było najbardziej niebezpieczne.
— Ale przyznam, że trochę mnie martwi twoja teoria. — dodał po chwili, wracając do ich wcześniejszego tonu. — Jeżeli naprawdę uważasz, że problemem jest tylko brak Ferrari, to chyba będę musiał przemyśleć swoje życiowe wybory. Posłał jej rozbawione spojrzenie. — Chociaż z drugiej strony… skoro jakoś udało mi się zdobyć twoją uwagę bez Ferrari, to może jednak nie jest ze mną tak źle. Powiedział to lekko, jak żart, ale przez krótką chwilę jego spojrzenie zatrzymało się na niej odrobinę dłużej, niż wymagała tego zwykła rozmowa. Zupełnie tak, jakby oboje doskonale wiedzieli, że w tych ich słownych przepychankach od dawna było coś więcej niż tylko niewinna zabawa.[/akapit]






Adeline Covington
wanilia
27 y/o
Welkom in Canada
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczekiwania. To coś, co musiała spełniać, odkąd tylko pamiętała. Jako jedyna córka Thomasa Covingtona zawsze być tą przykładną, z dobrymi ocenami i przyszłością nierozerwalnie związaną z Ironcrest Development. Była zobowiązana pomagać mu i gasić pożary w firmie, a przy tym grzecznie uśmiechać się w towarzystwie mimo, że wszystkie światła skierowane były na jej brata. Poza tym ojciec oczekiwał od niej związku z dobrą partią, aż trafiła jej się jedna z najlepszych w mieście. Covington niezmiernie cieszył się z powodu jej przyszłego ślubu. Idealna córka i żona. Tak miał wyglądać jej świat.
Tymczasem przy Maxie jej świat przybierał zupełnie innych kolorów. Blondyn nie oczekiwał od niej niczego więcej poza byciem tu i teraz. Poza śmiechem z żartów, niekończących się zaczepek i towarzystwem, który umilał czas. I jakimś cudem zawsze go dla niej znajdował, kiedy rzucała mu spontaniczną propozycję spotkania. Przy nim nie musiała być perfekcyjna. Mogła się wygłupiać, jeść ulubione chrupki w nagrodę za pomoc, śpiewać piosenki w drodze mimo fałszowania czy mylenia słów i przy tym wszystkim nie być ocenianą. Niewiele osób dawało jej to poczucie bezpieczeństwa. I właśnie za to wszystko Maxa doceniała. Nie był tylko przystojnym facetem otoczonym aurą tajemniczości, którą każda chętnie by zbadała. Był kimś więcej, kogo nie każdy mógł poznać. Dla niej również znaczył o wiele więcej, niż potrafiła to przyznać na głos.
Z trudem powstrzymała śmiech, próbując przybrać jak najbardziej poważną minę, na jaką w tej chwili było ją stać, gdy usłyszała o jego standardach. Jeśli wszystko jako tako się trzymało to znaczyło, że nie było żadnych powodów do zmartwień? Szczerze w to wątpiła, ale nie zamierzała tego podważać. Kiedy przykładała się do swoich zobowiązań, wszystko musiała mieć dopięte na ostatni guzik. Nie pozwalała sobie na fuck-upy. Wyjątek stanowiły tylko chwile, w których najistotniejszą sprawą była przede wszystkim zabawa. Wtedy całkowicie odpuszczała, pozwalając dać się ponieść chwili bez zastanawiania się nad konsekwencjami. No, chyba, że dotyczyły granic, których za nic nie powinna przekraczać. — Niezwykle łatwo Cię zadowolić — przyznała w zamian ze słyszalnym w głosie rozbawieniem. Jej stwierdzenie było o tyle przewrotne, że o ile zgadzało się w kwestii jego ukochanego pickupa, tak problem stawał się znacznie większy, gdy chodziło o płeć piękną. Nigdy nie zapytała go, jakie pod tym względem miał standardy, ale wolała nie kusić losu w obawie przed tym, co mogłaby usłyszeć. Musiało pozostać to dla niej niewiadomą. Dla ich własnego dobra.
Na jego udawane oburzenie nieznacznie się skrzywiła. — Zdecydowanie zwraca na siebie uwagę, choć chyba niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu — ściągnęła brwi w krytycznym geście, po czym parsknęła śmiechem. Charakterystyczny to było bez wątpienia prawidłowe określenie. W gruncie rzeczy nie miała temu samochodowi zbyt wiele do zarzucenia, bo dopóki był sprawny i odpowiadał Maxowi, nic innego nie powinno się liczyć. Był za to idealnym pretekstem do sprawdzenia granic cierpliwości blondyna, czego nie bała się wykorzystać. Przez chwilę z uwagą słuchała jego wyjaśnienia, przyznając w duchu, że brzmiało sensownie, ale… — Hmm… wiesz, Max — zaczęła po chwili namysłu, nieco pochylając się w jego kierunku i kładąc mu dłoń na przedramieniu — jak na kogoś, kto nie lubi się wyróżniać i woli odgrywać rolę enigmatycznego mężczyzny, ta argumentacja jest odrobinę pokrętna, nie sądzisz? — powiedziała konspiracyjnym głosem, a przez jej twarz przebiegł figlarny uśmiech. Kiedy czuła pod swoją dłonią jego napięte mięśnie, sekundy zdawały się wydłużać w nieskończoność. — Ale przyznaję, twoje nieszablonowe podejście do tego staruszka ma w sobie urok — dodała zaraz, jak gdyby nigdy nic prostując się na swoim miejscu i odkładając swoją dłoń na kanapę, by przesunąć po nim w nieco czułym geście. Mimo wszystko lubiła tego staruszka, choć niewątpliwie bardziej jego właściciela. — A co według ciebie mówi o tobie to auto? — zmieniła temat, będąc wyraźnie zaciekawiona jego punktem widzenia.
Następna jego uwaga o braku potrzeby wymiany na lepszy model w kontekście nie tylko maszyny, ale i panien, o których zdążyła napomknąć, na chwilę zatrzymała jej myśli. — To prawda. Nowe, nie zawsze oznacza lepsze — stwierdziła z lekkim uśmiechem. Chodziło jej w tym o coś znacznie większego - nowe znajomości nigdy nie zastępowały w pełni długich stażem przyjaźni, tak, jak nowe buty starych, rozchodzonych, na których można było polegać zawsze. Nagle sobie coś uświadomiła. — Poza tym, hej! Ja wcale taka stara nie jestem! — klepnęła go w ramię w geście oburzenia, ale rozbawienie w jej głosie zdradzało jej prawdziwe intencje. — Mnie nie waż się zmieniać na kogokolwiek innego — pogroziła mu palcem, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, jak to zabrzmiało, dlatego szybko skrzyżowała ręce na piersiach. — Zasłużyłam sobie na wysoką pozycję w rankingu twoich znajomych — wyjaśniła z udawaną urazą, ale ukradkowe spojrzenie skierowane w jego stronę wraz z zadziornie uniesionym kącikiem ust wskazywało na to, jak walczyła ze sobą, żeby chociaż nie parsknąć śmiechem. Dobrze wiedziała, że nie powinna sugerować mu niczego więcej ponad przyjaźń, dlatego musiała za wszelką cenę stłumić w sobie to nagłe uderzenie gorąca, jakie ją objęło na dźwięk własnych, trochę zbyt bezpośrednich słów.
Jego następną odpowiedź skwitowała przewróceniem oczami, bo w tym zupełnie się z nim nie zgadzała. — No przecież to nie Ty stanowisz problem — odparła bez namysłu i aż przygryzła wargę, po raz kolejny zdając sobie sprawę z tego, jak łatwo przy nim wyrażała własne myśli na głos. Zbyt łatwo. Fakt był taki, że Maxowi nie było potrzeba niczego więcej, żeby wzbudzić zainteresowanie innych kobiet. A uważała tak dlatego, że nie patrzyła na niego jedynie przez pryzmat wyglądu. Z pewnością zyskiwał przy bliższym poznaniu. I właśnie tu tkwił jeden, jedyny problem - mężczyzna zwykle nie chciał dać się poznać. Czuła się wyróżniona, mogąc dzielić z nim czas właśnie w taki, a nie inny sposób i swoją obecnością łamiąc mur, który wznosił przed całym światem. Była w pełni świadoma, jak ich relacja wpływała na niego. Równie duży wpływ blondyn miał na nią. — Uważam, że ten samochód to tylko zasłona dymna. Ale masz rację, tylko głupcy nie dostrzegają w nim żadnego potencjału — uznała, wzruszeniem ramionami nadając swojej wypowiedzi trochę lżejszego tonu. Jednocześnie wybrzmiewało w tym coś głębszego, bo myślała tak nie tylko o pojeździe, ale i samym Maxie. Jego potencjał po prostu się marnował. I nie mogła z tym zrobić dosłownie nic.
Dlatego rozsiadła się wygodniej na swoim miejscu i beztrosko przyglądała mu się z tym swoim uśmieszkiem, który zdecydowanie był znakiem, że po jej głowie chodziły kolejne, niesforne myśli. Zaśmiała się szczerze na jego pytanie i pokręciła głową. — Rzeczywiście, bez niej efekt byłby całkowicie odwrotny — zauważyła, nie kryjąc rozbawienia, również z powodu dwuznaczności swoich słów, z których tym razem niewiele sobie zrobiła. To przecież jeszcze nie oznaczało, że to na niej zrobiłby wrażenie bez koszuli, prawda? — Jakakolwiek inna zmieniłaby cię wręcz nie do poznania — wyjaśniła zaraz niewinnie się przy tym uśmiechając, tym samym nie pozwalając Maxowi dłużej zatrzymać się na pierwszej części jej odpowiedzi. Lawirowanie między własnymi słowami było niezwykle niebezpieczne, bo czasem wystarczyło tylko jedno dłuższe spojrzenie, żeby ich gra nabrała nieco głębszego znaczenia, którego żadne z nich nie zamierzało definiować. A ona miała do tych wspólnych zaczepek ogromną słabość, więc wykorzystywała do tego niemal każdą okazję, udając, że to nie było nic takiego.
Po chwili jednak Max wrócił do wcześniejszego tematu, jakim było posiadanie Ferrari, na co uśmiechnęła się lekko, starając się wyobrazić go sobie w takim aucie. I o ile ona ostatnio często takim się poruszała, za swojego prywatnego kierowcę mając swojego narzeczonego, tak połączenie Korhonena w tej luksusowej marce jakoś zupełnie jej nie grało. Świat bogaczy zupełnie do niego nie pasował. I za to również go lubiła - za prostotę i brak potrzeby imponowania innym. Natomiast jego kolejna sugestia i spojrzenie, które na niej zatrzymał, sprawiły, że przygryzła nieznacznie dolną wargę. Miał rację. Zdobył jej uwagę, i to nie dzięki fajnej furze, jaką mu zasugerowała chwilę wcześniej. — Wiesz, dlaczego? — zapytała swobodnie, delikatnie unosząc kąciki ust, jakby mówiła o pogodzie, a nie o ich relacji. — Bo byłeś na koniu. A Ferrari ma go w logo — zauważyła przebiegle, po czym zaśmiała się z własnej logiki. Bardzo słusznej w zasadzie, bo tak wyglądało ich pierwsze spotkanie. Uratował ją, zatrzymując pędzącą w popłochu Voltę. Tak naprawdę od ich przejażdżek konnych wszystko się zaczęło.
Kiedy jej śmiech ulotnił się z kabiny pickupa, cisza między nimi nie wydawała się niezręczna. Nigdy taka nie była, zupełnie jakby wystarczyła im ich obecność. W międzyczasie okolica, którą przemierzali, stała się coraz bardziej zalesiona, a zabudowania coraz rzadziej wyrastały znad zielonych połaci natury. Adeline zerknęła na dłoń Maxa, która trzymała bezwiednie drążek skrzyni biegów, po czym pod wpływem impulsu podniosła wzrok na jego twarz. — Hej, Maaax — zaczęła, poprawiając się na miejscu tonem, który ewidentnie zdradzał, że coś knuła. — Skoro tak zachwalasz ten swój skarb to może dałbyś mi się nim przejechać? — Uniosła wysoko brew, spoglądając na niego niewinnie. Nigdy nie prowadziła jego pickupa i uznała, że właśnie nadarzyła się ku temu doskonała sposobność. Poza tym chciała przekonać się, co tak naprawdę w nim widział. — No, proooszę. Tylko na chwilę, do domu już niedaleko — mówiąc to, zatrzepotała rzęsami, a jej twarz rozjaśnił najbardziej wdzięczny uśmiech, na jaki potrafiła się zdobyć. Starała się przy tym wyglądać najbardziej urokliwie i niewinnie, jak tylko mogła, żeby skruszyć serce blondyna. Ten manewr działał praktycznie zawsze, więc była pewna, że prędzej czy później mężczyzna jej ustąpi. Było w tym jednak coś cenniejszego, co sprawiało, że wpatrywała się w niego ze skupieniem i szczerym zaintrygowaniem - próba przekonania się, czy Max ufał jej na tyle, by powierzyć jej kolejną cenną dla niego rzecz.

Max Korhonen
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
186 cm
Pisarz/złota rączka what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, Jego
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Max od początku wiedział, że Adeline należała do ludzi, którzy potrafili znaleźć temat do przekomarzania się dosłownie ze wszystkiego. Wystarczył jeden niewinny komentarz, a kilka chwil później każde kolejne zdanie prowadziło ich coraz dalej od punktu wyjścia. Paradoks polegał na tym, że wcale mu to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie - przy niej rozmowy nigdy nie miały wyznaczonego kierunku, a mimo to zawsze kończyły się dokładnie tam, gdzie powinny - w miejscu, z którego żadne z nich nie miało ochoty odchodzić zbyt szybko. Dlatego pozwolił sobie jedynie na ciche parsknięcie, kiedy stwierdziła, że niezwykle łatwo było go zadowolić. — Uwierz mi, tylko tak ci się wydaje. — rzucił z rozbawieniem, nie odrywając wzroku od drogi. Kącik maxowych ust uniósł się wyżej, gdy zaczęła wytykać mu sprzeczność pomiędzy niechęcią do zwracania na siebie uwagi a wyborem najbardziej charakterystycznego pickupa w całym mieście. Miał już odpowiedzieć, lecz poczuł jej dłoń na swoim przedramieniu. Zaledwie kilka opuszków palców; krótki, niemal przypadkowy dotyk, a mimo to jego myśli na moment ucichły.
Nie spojrzał od razu na nią, najpierw zerkając na miejsce, w którym go dotykała, dopiero później przenosząc wzrok na jej twarz. Zastanawiało go, czy robiła to świadomie, czy po prostu podobne gesty przychodziły jej naturalnie. W każdym innym przypadku prawdopodobnie odsunąłby rękę albo udawał, że nic się nie wydarzyło, lecz przy Adeline jakoś nigdy nie czuł takiej potrzeby.

— To nie argumentacja jest pokrętna. — odezwał się. — To ty za bardzo lubisz analizować wszystko, co robię. — odparł z tym swoim charakterystycznym spokojem, który zawsze zdradzał, że właśnie próbował odwrócić uwagę od niewygodnego tematu. Gdy po chwili przesunęła dłonią po kanapie w jego stronę, jakby od niechcenia kończąc ten drobny gest czułości, mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. — A co mówi o mnie? Myślę… że właściciel jest równie uparty jak samochód. Obaj przeżyli już zdecydowanie więcej, niż powinni, obaj noszą trochę blizn i obaj uparcie odmawiają przejścia na emeryturę. — odpowiedział z rozbrajającą szczerością, chociaż do jego emerytury było jeszcze daleko.
Jej kolejne słowa sprawiły jednak, że uniósł brew; Mnie nie waż się zmieniać na kogokolwiek innego. Niby wypowiedziane z uśmiechem, niby obrócone w żart, a mimo wszystko na ułamek sekundy coś nieprzyjemnie ścisnęło go pod mostkiem. Nie było to spowodowane tym, że w zdaniu tym doszukiwał się w nich drugiego dna, raczej chodziło o to, że zorientował się, iż sam nigdy nawet nie rozważał podobnej możliwości. Obecność Adeline zdążyła stać się czymś tak naturalnym, że trudno było wyobrazić sobie codzienność bez jej telefonu, bez kolejnych głupich pomysłów i bez tej niekończącej się wojny na docinki. — Nie przesadzaj. — odpowiedział — Awansowałaś już dawno temu. Ranking przestał ciebie obowiązywać. — dodał, zerkając na nią krótko, zanim ponownie skupił wzrok na drodze.
Gdy stwierdziła, że problemem nigdy nie był on, a jedynie samochód, uśmiechnął się pod nosem z wyraźnym niedowierzaniem. Nie zamierzał jednak wdawać się z nią w dyskusję. Wiedział o sobie znacznie więcej, niż zdołał jej powiedzieć czy pokazać, dlatego też pozwolił, by wierzyła w tę wersję rzeczywistości, jaką razem stworzyli - była zdecydowanie przyjemniejsza od prawdy. Na wspomnienie konia i Ferrari nie wytrzymał. Krótkie, szczere rozbawienie wypełniło wnętrze starego pickupa. — Czyli przez cały ten czas żyłem w błędzie. Nie uratowałem cię wtedy ja. Zrobiło to logo Ferrari na czterech nogach. — pokręcił głową z niedowierzaniem. — Powinienem był od razu kupić czerwonego Mustanga. Oszczędziłbym sobie kilku miesięcy pracy nad znajomością. — rzucił zaczepnie, jednak szczerze powiedziawszy nie postąpiłby w takim sposób. Korhonen należał do grupy ludzi, którym nie imponowało to, co ktoś posiadał- bogacz czy biedak, obie te osoby były dla niego po prostu ludźmi - większą wagę przywiązywał do charakteru; w obu tych przypadkach spotkać można było dupka. Status majątkowy nie miał znaczenia.
Kiedy jednak usłyszał przeciągłe: Hej, Maaax…, od razu wiedział, że za chwilę padnie prośba, której powinien odmówić. Spojrzał na nią kątem oka dokładnie w chwili, gdy zaczęła trzepotać rzęsami z przesadną niewinnością. — Nie. — odpowiedział odruchowo, niemal natychmiast. Odpowiedź była szybka, stanowcza… i wytrzymała całe może dwie sekundy. Westchnął ciężko, po czym pokręcił głową z miną człowieka doskonale świadomego, że właśnie po raz kolejny przegrał walkę, której nawet nie próbował wygrać. Zwolnił, zjechał na szerokie pobocze i zatrzymał samochód. Przez chwilę siedział jeszcze nieruchomo, opierając dłonie na kierownicy, jakby zastanawiał się, czy naprawdę zamierza to zrobić. Ten pickup był jedną z niewielu rzeczy, których nie oddawał nikomu. Nie dlatego, że bał się o samochód. Po prostu nigdy nie czuł potrzeby, by komukolwiek go powierzać. Dopiero po kilku sekundach odpiął pas i wysiadł z samochodu. Okrążył maskę spokojnym krokiem, zatrzymując się przy drzwiach kierowcy, które otworzył przed Adeline z udawaną rezygnacją.
Max od początku zdawał sobie sprawę, że oddanie jej kluczyków będzie jednocześnie najgłupszą i najbardziej oczywistą decyzją, jaką mógł tego dnia podjąć. Właściwie po ich wszystkich wspólnych historiach powinien był wyciągnąć z tego jakieś wnioski. Problem polegał na tym, że w obecności Adeline rozsądek zaskakująco często przegrywał z ciekawością. Nie minęło nawet kilka minut, odkąd zamienił miejsce kierowcy na siedzenie pasażera, kiedy brunetka z tym charakterystycznym błyskiem w oku nagle zwolniła i zamiast trzymać się utwardzonej drogi, zdecydowanym ruchem skręciła w wąską, leśną ścieżkę. — C l e m — odezwał się powoli, obserwując jak gałęzie muskają boki jego ukochanego pickupa. — Powiedz mi, że przynajmniej masz jakiś plan. — poprosił.



Adeline Covington
wanilia
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”