To miała być jedna z tych
odpowiedzialnych decyzji.
Chociaż zaczęło się całkiem nieźle, od niezbyt przekonującej odmowy, gdy w przypadkowo zebranym podczas poprzedniego wieczoru towarzystwie padła sugestia, że pora wciąż jeszcze była
zbyt wczesna, by kończyć zabawę. Nawet jeśli niewiele brakowało, by mimo wszystko wsiadł do samochodu, który miał podrzucić ich gdzieś, gdzie mogliby tę zabawę kontynuować… ostatecznie jakieś resztki
zdrowego rozsądku musiały wziąć górę i zdołać przebić się do jego świadomości. Miał przecież wrócić do domu – swojego, Elsy… wszystko jedno, byleby rzeczywiście powrót ten nie zajął mu
znów kilku dni i nie skończył się całkiem uzasadnionymi pretensjami jego dziewczyny.
Pierwszym popełnionym błędem było jednak to, że nie zdecydował się na zamówienie sobie żadnego transportu, uznając najwyraźniej, że krótki spacer wcale nie będzie takim najgorszym pomysłem. I pewnie nie byłby, gdyby w głowie wciąż nie szumiała mu zdecydowanie zbyt duża ilość alkoholu, który całkiem skutecznie cały ten spacer utrudniał. Choć może wciąż miałby jakieś szanse na to, by mimo wszystko trzymać się tej swojej
odpowiedzialnej decyzji, gdyby nie drugi – już bardziej znamienny w skutkach – błąd.
Wydłużenie sobie drogi przez znajdujący się nieopodal skatepark wcale nie było wynikiem przypadku. Pamiętał przecież jeszcze z czasów nastoletnich, że w tym miejscu nietrudno było spotkać kogoś
interesującego, u kogo można byłoby nabyć trochę równie interesujących środków. I chociaż w aktualnym stanie zażywanie czegokolwiek mogłoby pewnie skończyć się co najmniej
fatalnie, najwyraźniej z jakiegoś powodu jego daleki od trzeźwości umysł musiał dojść do wniosku, że drobne zakupy w drodze do domu były naprawdę niezłym pomysłem. Bo widocznie wciąż jeszcze nie nauczył się, że rzetelna i obiektywna ocena własnych pomysłów stanowczo nie była jego mocną stroną…
Nie planował wprawdzie żadnego odpoczynku pod płotem, jednak… kiedy już dotarło do niego, że grawitacja powoli zaczynała z nim wygrywać tę nierówną walkę, musiał dojść do jedynego słusznego wniosku – albo usiądzie sam, albo lada moment zostanie do tego zmuszony. Przy odrobinie szczęścia rozbijając sobie przy tym
tylko pysk albo zdzierając kolana, jakby znów miał dziesięć lat i założył się z kolegami, komu szybciej uda się zjechać na rowerze z dość stromej górki. Jednego i drugiego wolałby mimo wszystko uniknąć. Zwłaszcza, że skoro posiedzenie w barze udało mu się zakończyć bez obitej mordy, może lepiej byłoby nie obijać jej sobie w tak idiotyczny sposób…
Nie zwrócił zbytniej uwagi na oceniające spojrzenie jakiejś matki, która postanowiła wykorzystać poranek na spacer ze swoim – na oko – kilkuletnim dzieckiem i która, tak przy okazji, najwyraźniej nie zakładała, że o tej porze miałaby narażać je na podobnie
oburzające widoki, jakie stanowił ledwie trzymający się na nogach Dante. Tym bardziej nie zwrócił też uwagi na przejeżdżającą nieopodal dziewczynę z deskorolką, skupiając się zamiast tego przede wszystkim na tym, by chociaż na chwilę znaleźć dość stabilne oparcie i dać sobie trochę czasu na odzyskanie sił. Albo powrót do nieco bardziej trzeźwego stanu, choć aż tyle czasu raczej nie zamierzał tutaj spędzać…
Zdążył przymknąć oczy, rozsiadając się całkiem wygodnie pod płotem i pewnie rozważyłby nawet krótką drzemkę na świeżym powietrzu, nie przejmując się przy tym nawet cieniem, który ktoś właśnie rzucił na jego twarz, zatrzymując się tuż obok. Właściwie… cień mógł uznać za całkiem przyjemny dodatek, który mógłby jedynie tę drzemkę ułatwić.
Tyle, że
cień postanowił się odezwać. Używając w dodatku jego imienia, czego raczej nie dało się tak po prostu zignorować.
Niechętnie otworzył oczy, skupiając spojrzenie na twarzy, która z jednej strony chyba powinna wydawać się dość znajoma, z drugiej jednak… nie miał pojęcia, jakie imię powinien do niej dopasować. Albo chociaż okoliczności, z którymi powinien ją kojarzyć.
–
Dante – potwierdził więc, przecierając twarz dłońmi i chyba nawet myśląc przez moment o tym, by podnieść się z ziemi. Dość szybko dotarło jednak do niego, że to akurat mógłby być jeden z gorszych pomysłów, na jaki mógłby aktualnie wpaść…
–
Słuchaj… – zaczął, mniej więcej w tej samej chwili tracąc jednak wątek i nie mając pojęcia, jak właściwie zamierzał pociągnąć tę wypowiedź dalej. Nie pozostawało mu więc chyba nic innego, jak tylko skwitować to krótkim rozbawionym parsknięciem, po którym raz jeszcze zerknął w kierunku tej dziwnie znajomej twarzy. –
O cholera, Mizzy, no nie?
Może jednak nie był
aż tak pijany, skoro dane mu było doznać tego chwilowego olśnienia. Po którym zresztą uśmiechnął się szeroko, niemal całkowicie pewien, że udało mu się trafić całkiem celnie. Może i wciąż nie czuł się na siłach, żeby pozbierać się spod tego płotu, ale przynajmniej był w stanie odszukać w pamięci właściwie imię…
–
Co ty robisz o… – zawahał się przez moment, zerkając na zegarek, by upewnić się, która była godzina. –
…tej porze? Większość normalnych ludzi chyba jeszcze śpi, czy coś…
Albo próbuje niezbyt skutecznie wrócić do domu. Też całkiem niezły sposób na spędzenie poranka…
Mizzy Thembo