Nie lubił się z ciszą.
Nigdy, ale w szczególności odkąd jego prawie ex-żona poprosiła o podpisanie rozwodowych papierów i.. Głupi był, mógł po prostu podpisać, prawda? Czy to nie było przypadkiem tak, że związek kończył się w momencie, w którym jedna ze stron się poddawała? Czy w ogóle kiedykolwiek byli w
związku..? Od samego początku wszystko szybko, intensywnie, z perspektywy czasu wydawało mu się, że obydwoje próbowali non stop ogarnąć czego ta druga strona chciała i zamiast zapytać, uciekali w fizyczność, która wychodziła im najlepiej. Zero komunikacji. Zero próby rozwiązania czy naprawienia czegokolwiek, albo wyrażenia chęci, by ciągnąć to wszystko w jakiś lepszy sposób. Starał się dla niej, tak, ale.. Przecież to na tym nie polegało, prawda? Nie mógł walczyć z uzależnieniami
dla niej, starać się względnie o siebie dbać, żeby
być jej, nie powinien stawiać jednej osoby w epicentrum swojego wszechświata, bo nikt nie mógł znieść takiej presji. Też był w tym wszystkim winny; mimo że ostatnim razem, kiedy z nią rozmawiał, powiedział kilka nieprzyjemnych słów i odwrócił kota ogonem, wściekły, że miała kogoś innego. News flash, miała swoje życie i chciała je toczyć dalej.
Fair. Gdyby to od niego zależało, też by sobie nie poświęcał czasu.
Znów pił. Nawet tego nie ukrywał, z resztą z tego powodu unikał Cath i wolał pracować na cały zegar udając, że robi to tylko dlatego, by odbić swój dług wobec restauracji. Dług, który, swoją drogą, zaciągnął, by zabrać Vitę (swoją już-prawie-nie-żonę) do Vegas i się z nią ożenić. Bardzo nietrzeźwa decyzja, zaraz po odwyku i.. W sumie nic dziwnego, że wrócił do picia. Od narkotyków wciąż trzymał się z daleka, mimo bolesnej świadomości, że pewnie znalazłby się ktoś nawet w tej kuchni, kto mógłby się podzielić kokainą za odpowiednią cenę..
Woda przestała lecieć.
Zamrugał, drgnął, prostując się; stał z czołem ciężko opartym o metalową suszarkę na plastikowe opakowania nad zlewem, czerwony odcisk na skórze świadczył o tym, że całkiem długo.
-
Co..? - mruknął, wyraźnie zdezorientowany, przerzucając spojrzenie na swojego szafa kuchni. Ah. Świetnie. Zmarszczył brwi, zajęło mu moment, zanim jego zmęczony mózg przetrawił, co właśnie usłyszał. Wzruszył lekko jednym ramieniem.
-
Znajdzie się, spoko. - dodał nonszalancko, jak na nepo-baby przystało. Koniec końców, Diego mógł się iść poskarżyć do Cath i zażądać więcej funduszu na nowe rzeczy, które jej młodszy brat spierdolił.. albo żeby przestała się użalać nad młodszym Bennettem, wykopała na zbity ryj, to może w końcu nauczy się jakoś za siebie odpowiadać? Nah, na to drugie pewnie nie miałby odwagi.. Czy raczej miał zbyt wiele rozsądku.
Spojrzeniem przesunął za paczką fajek, lekko unosząc brwi. Okay, może nie zdawał sobie sprawy z tego, że Lexie pracował w tym konkretnym miejscu, bo to był rodzinny biznes. Może myślał, że jest jakimś bezdomnym przybłędą.
Fair, ostatnio nawet miał taki look.
-
Tylko Cath. No, wiesz. Ta która cię zatrudniła? - parsknął krótko, ale nie zamierzał się kłócić. Darowanym fajkom w zęby się nie zagląda czy coś w ten deseń. Odłożył tą biedną patelnię czy inny garnek, który trzymał w dłoni, umył łapy, krzywiąc się lekko, gdy podrażniona chemią skóra na wierzchu zgłosiła sprzeciw. Rączki księżniczki. Zanim zaczął pracę w kuchni, nie spodziewał się, że używali znacznie mocniejszych środków do mycia i że w gruncie rzeczy jego dłonie były nieskalane pracą do tego czasu. Ups.
-
Wiem, że mnie nie lubisz i tak dalej, ale jak chcesz się mnie pozbyć, to szybszym sposobem byłoby pójście do Cath. Nie, żeby miała wyrzucić własnego brata, ale to na pewno byłoby szybsze, niż rak. - uśmiechnął się krzywo, podrzucając w dłoni paczkę fajek, ale zamiast skierować kroki na tyły lokalu, został w miejscu, patrząc w stronę baru, gdzie przy ekspresie z kawą stał Castillo. Szkoda, że był cholernie nie-miły i z nim pracował, bo byłby naprawdę dobrym rozproszeniem, gdyby nie fakt, że.. Zerknął na swoją lewą dłoń, gdzie błyszcząca obrączka nadal przypominała o jego obietnicy.. Nawet jeśli był w separacji w drodze do rozwodu, obiecał tej jednej kobiecie, że będzie jej i głęboko w sobie nadal wierzył, że powinien ten celibat utrzymywać. Żadnych przystojnych Latynosów ani ładnych Latynosek. Czy innych grup etnicznych. Tylko ta jedna, która bujała się z jakimś innym fagasem, Vita Benn- Holloway. A, kurwa, do dupy z tym wszystkim.
-
Mam swoje, swoją drogą, ale doceniam gest. - dodał, stwierdzając, że pewnie brzmiał niewdzięcznie, kiedy w gruncie rzeczy naprawdę uważał fajkę i kawę za bardzo uroczy gest. -
..byłeś tam na zewnątrz przed chwilą, nie? Dalej skwar? - tak czy siak, wyjść musieli, żeby przysiąść na jakichś paletach na tyłach i rozłożyć się z tą kawą i fajką.. Nawet jeśli w tej fali upałów nie dało się oddychać.
hot stuff