
Zdarzały się takie dni jak te, kiedy wpadała do pracy Percivala od góry do dołu obsypana brokatem, którego nie zdołała zmyć po zajęciach kreatywnych z maluchami, a jej ubranie przesiąknięte było zapachem kleju biurowego i soku jabłkowego. ALE u w a g a, bo były też takie dni, kiedy ubrana w uroczą i przesłodką sukienkę, z makijażem podkreślającym jej naturalną urodę i ładnie spiętymi włosami maszerowała dumnie korytarzem komisariatu, w którym pracował jej drugi brat - Francis - i witała się z każdym radośnie, jakby z góry było wiadomo kim jest i co robi. BO BYŁO WIADOMO, nie pierwszy raz wpadała z dostawą pączków i kawy do pracy braciszka i nie pierwszy raz jego znajomi bili się o smakołyki Wendy.
Zdając sobie sprawę z tego, że brat jest w terenie wbiła do pomieszczenia socjalnego jak do siebie i rozstawiła czteropak kaw z smakowymi syropami (takich cudów to na miejscu nie mieli) i pudło pączków. — Ooo, to ta część rodziny Gardner, której nie sposób nie lubić — usłyszała znajomy głos za plecami i zaraz zrobiło się jej cieplej. Och dear lord, słodki Lorenzo przekroczył próg socjalnego. Wendy dałaby sobie rękę uciąć, że Francis za nim nie przepadał, ale ona zupełnie tego nie rozumiała. Owszem, Lorenzo zachodził już siwizną, ale był, B Y Ł no proszę spojrzeć raz jeszcze jaki był… był gorący. — Oh, daj spokój! Francis też jest super — odpowiedziała chichocząc i zaraz robiła maślane oczy, chciała nawet ręką wesprzeć się o stolik i myśląc, że jest wyższy przechyliła się za bardzo w bok i upadła. Na szczęście Lorenzo zawsze służył jej pomocną dłonią i zaraz pomógł się jej z tej podłogi podnieść. Wendy totalnie nie była sobą, gdy obok zjawiał się on, jakby coś pod kopułą jej przeskakiwało i nagle zachowywała się trochę jak słodka idiotka, dostosowując się do poziomu podrywu jaki on prezentował. — Wszystko całe, mała? — zapytał trzymając ją w ramionach zdecydowanie dłużej niż powinien. — Bardzo bolało? — dodał, a Wendy nieco oszołomiona zapytała. — Ale, co? — zapominając, że przed chwilą epicko upadła. — Czy bolało jak spadałaś z nieba? — zapytał tak pewny i dumny z siebie, że Gardner odjęło mowę. Na chwilę, ale szybko wróciła do siebie gdy wyrwała się z jego objęć. — Wyrywasz na to dziewczyny? — zapytała rozbawiona. On to lepiej żeby się nie odzywał w ogóle, bo samym wyglądem Gardner by na niego poleciała, ale tą gadką to mógł koncertowo zwalić sprawę. Zwykle to za młodszymi przepadała, ale ten Lorenzo lekko złapany siwizną wpadł jej w oko, szczególnie raz, kiedyś jak zmieniał koszulkę. Uf. Hot. teraz trochę spadł z rankingu tekstem o spadaniu z nieba, ale gdy tylko znów posłał jej czarujący uśmiech to nogi jej miękły. I zaraz znów do niej podszedł. — Może po pączku chciałabyś, żebym odprowadził cię po komisariacie? Mogę pokazać ci moją broń. Gwarantuję, że robi wrażenie — Wendy prawdopodobnie stała przed nim z rozdziawioną buzią nie kryjąc zaskoczenia tak wymownym podrywem, ale ktoś za plecami Lorenzo odchrząknął, a Wendy wychylając głowę zobaczyła brata. — Francis! — pisnęła trochę zbyt głośno i oblała się rumieńcem. — Cześć, mam pączki jak obiecałam — odparła radośnie wymijając Lorenza i doskakując do brata obejmując go ciepło.
