-
Can we pretend that airplanes in the night sky are like shootin' stars?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Kolejnym wielkim plusem tego zatrudnienia była możliwość czytania nowych pozycji bez konieczności ich kupowania. Owszem, potrafiła przeznaczyć sporą część wypłaty na książki, wspierając przy tym autorów, których ceniła, ale niestety przez kończące się miejsce we wspólnym mieszkaniu, które wynajmowała z Syd musiała się ograniczyć. Dodatkowo jej zarobki wcale nie były kolosalnych rozmiarów i musiała lepiej zarządzać swoim budżetem, znacznie częściej czytając po prostu w wolnych chwilach, kiedy sklep nie roił się od klientów.
Dzisiaj nie było ich wielu. Pochmurny dzień, podczas którego niebo usilnie igrało ze światem, prowokując deszczem, ludzie preferowali siedzieć w domu, ewentualnie w pobliskich kawiarniach. Nikt wtedy nie przejmował się książkami, które jedynie czekał by ktoś je przeczytał. Miały tak wiele do opowiedzenia, a skazane były na milczenie.
-Jeszcze przyjdzie na was czas - rzuciła w eter, uśmiechając się szeroko gdy poczuła pod palcami przyjemny chłód okładek, po których przejechała palcem. Lubiła zapach nowych lektur, przywodziły jej na myśl dzieciństwo. Pamiętała jak mama siadała przy jej łóżku, czytając. Zawsze miała dla niej interesującą historię, rozbudzając w córce pociąg do świata fantazji. To ona wpoiła jej miłość do opowieści oraz słowa czytanego. Była jej za to wdzięczna bo o ile świat byłby ciemniejszy, gdyby nie książki.
Sięgnęła po pozycję znajdującą się na stosie oznaczonym napisem “Nowości”. Przyjrzała się okładce, rozpoznając osobę, której twarz widniała na tyle. Nie znała jej osobiście, ale ceniła za zmysł pisarski. Kryminały, które wychodziło spod ręki mężczyzny były wciągające na tyle, że Wildbird nie potrafiła się od nich oderwać, ignorując wszystko w chwili, w której zaczynała się największa akcja. Bywały brutalne, ale napisane w taki sposób, że człowiek przeżywał każde wydarzenie, każdą myśl bohaterów. Znała je wszystkie; mogłaby śmiało powiedzieć, że była jego fanką. Nie obsesyjną na tyle, by latać po całej Kanadzie w poszukiwaniu go, byleby tylko wymienić z nim kilka zdań, ale wystarczającą by wiedzieć wszystko o bohaterach przewijających się w jego historiach.
Oparła się o jeden z regałów tak, by mieć widok na wejście do księgarni i otworzyła na pierwszym rozdziale ciekawa, czym uraczy ją tym razem. Póki co nie pojawiało się rozczarowanie, ale Cassie zdawała sobie sprawę, że wena i natchnienie potrafiły być ulotne. Jaką szkodą by było, gdyby nagle autor je stracił.
Uciekając myślami gdzieś znacznie dalej, zatapiając się w wykreowanym brutalnie świecie, przegapiła moment, w którym w sklepie ktoś się pojawił. Dźwięk dzwoneczka powieszonego nad drzwiami zmieszał się z dźwiękiem syren policyjnego radiowozu w jej głowie, kiedy wzrok śledził tekst. Dopiero czując czyjąś bliską obecność, może cząstkę cienia padającą na jej twarz, uniosła wzrok, napotykając twarz.
-Oh - wyrwało się z jej ust, a książka trzymana w dłoni poleciała na podłogę. Spojrzała na nią, później na mężczyznę stojącego w niedalekiej odległości. Książka, mężczyzna, książka mężczyzna.
-Oh - powiedziała ponownie. Nie grzeszyła teraz rozmownością, znajdując się w stanie przeżywania szoku. - Jednak to co mówią, faktycznie jest prawdą. Zdjęcia nie zawsze idealnie odzwierciedlają prawdziwy wygląd - stwierdziła do autora jej ulubionych kryminałów, który postanowił zjawić się w miejscu jej pracy zaledwie kilka chwil po tym, jak o nim myślała.
Ares A. Horne
-
tylko deszcz i palce wystukujące na maszynie znajomy rytm mogły zagłuszyć myśli...
ale o niej nie
ona wciąż kręciła się gdzieś na granicy jawy i snu, w fikcji, kolejnej książce, wspomnieniu i myśli, że powinna być obok
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkijakie chcesztyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jego agentka narzekała, że miał już puścić kilka następnych rozdziałów do wydawnictwa, nie tych śmiesznych romansów, które wydawał pod pseudonimem Damon Wolf.
Chodziło o prawdziwe książki, jego kryminały, opatrzone na półkach jego podobizną i nazwiskiem.
Ares Horne.
Myślał tylko o pewnej blondwłosej śliczności, o kobiecie, która spędzała mu sen z powiek, która nie pozwalała pisać, bo zaprzątała jego głowę w sposób nachalny. Tak jak on natrętnie przechadzał się po wietrznych wzgórzach pomiędzy starym dworkiem, który kupił, a jej posiadłością. Wypatrywał Queenie.
Ale dzisiaj zamiast kolejnej rundki po odludzi, on wybrał... obcowanie z nimi.
Miał wpaść do księgarni, zgarnąć kilka książek, które, liczył na to, natchną go znowu. Które pozwolą mu zagłębić się w świat kryminału. Wyszukał niszowe pozycje od zagranicznych autorów, coś, co ludzie czytali z dreszczykiem emocji, który zbierał się na plecach. Takie czytał komentarze na stronach, kiedy zapisywał tytuły na małej karteczce.
Cudze dzieła, które chciał zgłębić. Ku inspiracji.
Żeby ten jego świat mrocznego romansu, odwrócił się znowu w kryminalne rozterki. Może jednak powinien iść do baru?
Zaczepić kogoś i wdać się w jakąś bójkę. Pozwolić zakłuć się w kajdanki i wylądować na dołku na dwadzieścia cztery godziny?
Ku inspiracji?
Bezpieczniejszą opcją była księgarnia.
Nie zwrócił uwagi na to czy jego książki widniały na półkach, nie zależało mu na tym. To wydawnictwa dbały o sprzedaż, a on... On przecież tylko pisał.
Tylko, albo aż.
bo kiedy płomiennowłosa dziewczyna wypuściła z rak jego powieść, z tym oh na pełnych ustach.
Kiedy oh wyrwało jej się znowu, gdy tylko jasne oczy napotkały jego twarz. To schylił się po książkę. Zacisnął na niej smukłe palce, a kiedy się wyprostował, kiedy ciemne spojrzenie wylądowało na twarzy dziewczyny, to usta wygięły mu się w delikatnym uśmiechu.
- Jest lepiej, czy gorzej? Chyba gorzej, skoro tak bardzo cię spłoszyłem... - rzucił trochę bezczelnie, a kiedy oddawał jej egzemplarz swojej książki, jego smagłe palce musnęły jej jasną skórę. W krótkim, acz niespodziewanym dotyku - mam nadzieję, że to nie przez nią tak wzdychasz? - uśmiechnął się znowu unosząc jedną brew, nawiązując do ohów, które na swój sposób były... rozczulające. Słodkie.
Szkoda, że Ares nie lubił słodyczy. Bo z tych wybierał steki.
- Pracujesz tutaj, czy tylko czytasz i upuszczasz książki? - znów bezczelny. Cały Ares. Jak bohaterowie jego książek, on też lubił prowokować. Czarnym spojrzeniem, które wodziło po jej niewinnej twarzyczce. Tym półuśmieszkiem, w którym uniósł się jeden kącik jego ust, a potem wytatuowaną dłonią, która spoczęła na ladzie, palcem, którym postukał w małą, białą karteczkę, którą tam położył, na której koślawo zapisał nazwiska i tytuły książek, które chciał kupić.
- Szukam tych pozycji, macie je? Albo może mogłabyś je dla mnie sprowadzić? - od razu przechodził na ty, ale jak się miał do niej zwracać, kiedy z wypiekami na policzkach zaczytywała się w zdaniach, które wyszły spod jego sprawnych palców? Per Pani?
dziki ptaszek?