Na jego pytanie obdarzyła go badawczym spojrzeniem, nie potrafiąc ukryć tego błysku w oku na jego zaczepny uśmiech.
Może powinniśmy, w liczbie mnogiej, w zasadzie nie brzmiało jak nic konkretnego, ale też nie było tak zupełnie
niczym.
—
Już chcesz uciec? Dopiero wróciłeś. Mam się narazić Twojej mamie? — odparła w zamian w rozbawieniu, po czym złapała kolejną przekąskę. Wizja wyjazdu sama w sobie była ekscytująca, a jeśli miałaby to zrobić z Sullivanem to… wyglądało to jak kolejny krok. Sam na sam, z dala od bliskich i wszystkiego, co znane. Zdani wyłącznie na swoje towarzystwo, bez możliwości ucieczki.
Stąd to skrzętne wyminięcie tematu. Swoją drogą, Ade do tej pory bardzo dobrze dogadywała się ze swoją
teściową, jednak nie była pewna, czy po tym wszystkim pani Hartley zdążyła się już wystarczająco nacieszyć swoim ukochanym synem. Na jej miejscu rudowłosa nie wypuściłaby go z rąk.
—
Raczej to była transakcja wiązana. Bez Twojego uśmiechu nie byłoby jedzenia — uznała, wzruszając przy tym zawadiacko ramionami, bo przecież doskonale ją znał i wiedział, co na nią działało. —
Ale liczy się całokształt. Nawet najlepszy posiłek nie smakuje tak dobrze, jeśli nie jest konsumowany w odpowiednim towarzystwie — kąciki jej ust uniosły się figlarnie ku górze.
Tak naprawdę w tamtym wypadku jedzenie było tylko dobrym pretekstem, żeby dać się wyciągnąć na tę randkę. Sullivan wystarczająco długo zabiegał o jej uwagę, nie dając za wygraną mimo zbywania go, aż nawet jej koleżanki zaczęły namawiać ją do tego, żeby zgodziła się z nim wyjść. Adeline już wtedy czuła, że jeśli to zrobi, przepadnie całkowicie. Za tymi ogromnymi pokładami pewności siebie, zawadiackim uśmiechem i konsekwentnym działaniem, z każdą chwilą w jego towarzystwie odkrywając coraz więcej cech, które przekonały ją do niego. Już wtedy wiedziała, że po tej pierwszej randce już nic nie będzie takie samo.
Na jego uwagę o zmartwychwstaniu i ten iście rozbrajający uśmiech zaśmiała się szczerze.
—
Czyżbyś aspirował do stworzenia swojej własnej grupy wyznawców? — zapytała żartobliwie, unosząc przy tym brew. Po chwili jednak pomyślała o jego
wyznawcach, czyli stadzie medialnych sępów, które przesunęły nazwisko Sullivana na pierwsze strony gazet. —
Jak się teraz czujesz z byciem na świeczniku? — spojrzała na niego łagodnym wzrokiem, w którym czaiła się troska.
Myśląc o tym, że jego powrót wzbudził tak ogromną sensację w mediach, nie tylko lokalnych, ale i ze względu na okoliczności, również krajowych, nieco martwiło ją, jak radził sobie z tym nagłym szumem wokół niego. W ciągu ostatniego roku, żyjąc w miarę
normalnym życiem, mógł się od tego odzwyczaić, poza tym sama Ade zdawała sobie sprawę, jak męczący ludzie potrafili być, gdy im na czymś zależało. Sully był silny i nazbyt często stwarzał pozory radzenia sobie ze wszystkim, ale… to często właśnie były tylko pozory.
—
Ale nie liczyłeś na to, że staniesz się moim superbohaterem — zauważyła z rozbawieniem, przekrzywiając głowę na bok. Innymi słowy — szukał jej. Tyle potrzebowała wiedzieć. A to, że ściągnął ją na chodnik przed pędzącym autem, było czystym przypadkiem. Aczkolwiek nie zajęła tym swoich myśli na długo, bo niespodziewanie odnotowała jeszcze jedną rzecz. —
Zrobiłeś dla mnie eklerki? — zapytała wyraźnie zaskoczona i przejęta. Mimowolnie ten gest poruszył w niej po raz kolejny czułe struny. —
W takim razie koniecznie muszę dziś ocenić Twój obecny poziom wypieków — dodała z postanowieniem w głosie, naprawdę biorąc sobie do serca to zadanie. W międzyczasie jej umysł mimowolnie zalały momenty, w których razem spędzali czas w kuchni. I ile razy byli cali w mące. Uśmiechnęła się do siebie, przymykając na chwilę oczy.
Na jego słowa nie sposób było się nie zgodzić. Chwila wytchnienia była nie tylko przyjemna, ale i niewiarygodnie potrzebna przez wzgląd na to, co ostatnio w ich życiach się działo. Jednocześnie to, co nie zostało wypowiedziane na głos, zawisło w powietrzu między nimi, czego dopełnieniem było odnalezienie ich rąk. Nie spodziewała się w tym momencie tego gestu ze strony Sully’ego, ale ciepło jego dłoni i delikatne muskanie kciukiem jej skóry wydało jej się takie… kojące. Na chwilę naprawdę zapomniała o wszystkim, co do tej pory mąciło jej umysł, pozwalając po prostu trwać chwili. Nagle przyszło jej coś do głowy.
—
A może być jeszcze przyjemniej — zaczęła, przekręcając się na bok i jednocześnie zmniejszając między nimi dystans. Spojrzała na niego swoimi niebieskimi tęczówkami, w których pojawił się błysk, a przy tym nadal trzymała jego dłoń. Znajdował się tak niebezpiecznie blisko, że obudziła się w niej przemożna ochota, by sięgnąć wolną dłonią jego policzek i pogładzić jego zarost. I przekonać się, czy jego usta wciąż smakowały tak samo dobrze. Przełknęła ślinę —
kiedy słońce nie będzie tak przeszkadzało w podziwianiu nieba — zamiast tego, co miała w myślach, zwinnym ruchem sięgnęła po okulary przeciwsłoneczne i zsunęła je z nosa mężczyzny, żeby z przebiegłym uśmieszkiem zaraz wsunąć je na własny, po czym zadowolona, jakby nigdy nic, położyła się z powrotem na plecach. I tylko jej szalone bicie serca zdradzało, jak niewiele jej wystarczyło, by zapomnieć o własnym rozsądku i pozwolić sobie na tęsknotę za nim, która uderzyła w nią bardziej, niż potrafiła to przed sobą przyznać.
Sullivan Hartley